Tajne państwo z kartonu

Na całym świecie prawicowi politycy i ich wyborcy uwielbiają fantazjować na temat istnienia „deep state” – tajnego układu personalnego, który, niewidoczny dla zwykłego śmiertelnika, steruje rzeczywistością polityczną i biznesową danego państwa. Deep state to prawdziwa, głęboka struktura władzy, która ludzi formalnie ją sprawujących, prezydentów i premierów, traktuje jak marionetki, ponieważ nimi steruje, a jeśli próbują wybić się na niepodległość, usuwa ze stanowiska. Jednym z największych orędowników istnienia takiego równoległego układu władzy jest Donald Trump. Próbuje on przekonać Amerykanów, że ten układ chce pozbawić go władzy, ponieważ ma on odwagę robić rzeczy zagrażające establishmentowi.

Również w Polsce od wielu lat słyszymy o istnieniu „układu”. Termin ten został spopularyzowany przez J. Kaczyńskiego w latach 2005-2007 i – podobnie jak idea deep state – był teorią spiskową, zgodnie z którą o losach Polski decyduje towarzyski układ złożony z ludzi biznesu i służb specjalnych, dla którego oficjalna struktura władzy jest tylko przykrywką. Teoria „układu” robi wśród wyborców prawicowych furorę, ponieważ jest psychologicznie zgodna z ich osobowościowym profilem, opartym na głębokiej nieufności do świata i stanowi wygodny mechanizm likwidowania dysonansu poznawczego. Czyż jest bowiem bardziej przekonujące wytłumaczenie każdej porażki, osobistej czy politycznej niż zwalenie winy na „układ”? Nie dość, że wytłumaczenie takie usprawiedliwia każde niepowodzenie, to jeszcze świadczy o przenikliwości człowieka, który je formułuje – jest więc idealne.

Przekonanie o istnieniu układu jest w rzeczywistości dowodem niedojrzałości tych, którzy je głoszą. Jak każda teoria spiskowa, zakłada, że rzeczywistość jest na tyle prosta, że ktoś może nią skutecznie sterować, pociągając za wszystkie sznurki i dodatkowo utrzymać to w całkowitej tajemnicy przed społeczeństwem. To mityczne przekonanie o istnieniu wszechmogącego, wieloosobowego i nieujawniającego się demiurga nie jest dowodem przenikliwości, ale dziecinadą. Jest dowodem braku świadomości, jak złożona jest rzeczywistość, jak różnorodne motywacje mają ludzie, którzy musieliby w idealnej zgodzie współpracować przez lata, aby taką ukrytą strukturę stworzyć i nią zarządzać. Teza o istnieniu tajnego państwa więcej mówi zatem o osobie, która ją głosi niż o rzeczywistości.

Myślenie „układowe” jest mimo to myślą przewodnią narracji prowadzonej przez polską prawicę. Ustalenia Okrągłego Stołu nie były instytucjonalną umową społeczną, która pozwoliła Polakom bez rewolucji przejść od totalitaryzmu do demokracji. Była tajnym układem komunistów i „agentów” – jak, obrażając pamięć wielu porządnych i zasłużonych dla Rzeczypospolitej ludzi – powiedział ostatnio A. Zybertowicz. Konstytucja z 1997 roku, w szczególności zawarta w niej zasada demokratycznego państwa prawnego, nie jest godną szacunku podstawą działań instytucji państwowych, ale – jak zwykł mawiać L. Morawski – trikiem chroniącym interesy postkomunistów. Wyprowadzana z zasady demokratycznego państwa prawnego zasada ochrony praw nabytych rzekomo chroniła w latach 90 status quo wytworzone na skutek rozkradzenia publicznego majątku. Instytucje takie, jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, także nie są w rozumieniu zwolenników teorii układu tym, czym są. W 2006 roku Trybunał, a w 2016 roku Sąd Najwyższy zostały przecież oskarżone przez PiS o realizację ukrytych interesów postkomunistycznego układu. Oskarżenie o układ jest myślą przewodnią polityki PiS – nic nie jest takie, jakie się wydaje, oficjalny wymiar instytucji to zasłona dymna dla prawdziwej gry interesów, ten, kto wierzy w instytucje jest co najwyżej pożytecznym idiotą. „Prawdziwie” mądrzy ludzie wiedzą, że instytucje to tylko gra pozorów.

Fantasmagoria, że poza oficjalnymi instytucjami istnieje grupa ludzi trzymających prawdziwą władzę, ma poważne skutki dla myślenia o państwie rzeczywistym: prowadzi do lekceważenia oficjalnych instytucji państwa. Nie ma się przecież prawdziwej władzy wtedy, kiedy ma się oficjalną władzę instytucjonalną. Instytucje są tylko przykrywką dla prawdziwej władzy, są i narzędziami, i przedmiotami manipulacji, więc nie trzeba się nimi przejmować. Orędownicy istnienia układu wyznają zatem zasadę, że z tajnym układem władzy można walczyć tylko jego własną bronią: grą pozorów. Skoro prawdziwa władza to niewidoczny dla gołego oka układ, aby ją mieć, trzeba podobny układ stworzyć.

Tę ryzykowną tezę zdają się potwierdzać działania PiS. Od 2015 roku partia obsadza stanowiska instytucjonalne ludźmi, którzy nie mają sprawować realnej, instytucjonalnej władzy. W opinii publicznej, zilustrowanej doskonale scenami z „Ucha Prezesa”, Prezydent RP jest w swoich decyzjach całkowicie uzależniony politycznie od woli J. Kaczyńskiego i z tego powodu lekceważony. Premierzy rządu RP – B. Szydło i M. Morawiecki – są także postrzegani jako osoby eufemistycznie mówiąc nie w pełni decyzyjne. „Ucho Prezesa” w podobny sposób ukazuje J. Przyłębską, osobę sprawującą funkcję jego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W jednym z odcinków ubrana w sędziowską togę aktorka uderzająco podobna do Przyłębskiej dziwi się sytuacji, w której miałaby podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję. Taki jest odbiór społeczny relacji między osobami pełniącymi władzę instytucjonalną a J. Kaczyńskim. Zgodnie z tym odbiorem, ten ostatni – nie pełniąc żadnej funkcji władczej – kieruje działaniami oficjalnych polskich instytucji z tylnego siedzenia.

Opublikowane przez Gazetę Wyborczą taśmy pokazują, że dokładnie taki sam system sprawowania władzy J. Kaczyński stosuje w biznesie. Nie pełni on żadnej oficjalnej funkcji w spółce „Srebrna”. Jest tylko członkiem Rady Programowej właściciela „Srebrnej”: Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Nie ma zatem prawa nawet reprezentować tego Instytutu, a tylko go nadzorować, nie mówiąc już o reprezentowaniu samej spółki, a jednak prowadzi w jej imieniu negocjacje. Podobnie jak w polityce, w biznesie Prezes Kaczyński preferuje zatem układ dwupoziomowy – oficjalne instytucje, takie jak zarządy spółek, stanowią tylko pierwszy, pozorny element całej układanki. Ważniejszy jest drugi, realny poziom władzy, sprawowany przez Kaczyńskiego. Na tym poziomie może on mówić „ta praca była wykonana dla nas”, mając na myśli pracę oficjalnie wykonaną dla podmiotów występujących na pierwszym poziomie.

Lekceważenie oficjalnych instytucji, zarówno na poziomie politycznym, jak i na poziomie biznesowym, prowadzi do opłakanych skutków. Zamiast przejrzystych relacji instytucjonalnych buduje się nietransparentne relacje osobiste. Zamiast uniwersalnych i obiektywnych reguł promuje się partykularne interesy i subiektywnych ludzi. Tym samym zawraca się z drogi, którą już dawno obrała cywilizacja zachodnia, która nie na ludziach, ale na instytucjach rozumianych jako zbiory przejrzystych reguł buduje państwa. Chodzi w tym przypadku nie tylko o instytucje rozumiane jako organizacje (np. banki czy spółki), ale także instytucje jako wytwory konwencjonalne i kulturowe. Do tych ostatnich należą między innymi instytucja pieniądza czy instytucja umowy.

Instytucje są narzędziem przezwyciężania ludzkich wad i ograniczeń. Spółkę wymyślono dlatego, że prowadzenie biznesu przez konkretnego człowieka może trwać tylko tak długo, jak długo trwa jego życie. Instytucja spółki pozwala przezwyciężyć to ograniczenie. Spółka istnieje dłużej niż żyje człowiek, umowa trwa dłużej niż wypowiedziane słowo, prawo obowiązuje dłużej niż pojedynczy rozkaz. Jako człowiek decyduję według mojego interesu, jako przedstawiciel instytucji decyduję w interesie instytucji – czasami wbrew mojemu interesowi. Instytucje są więc bezosobowe i ponadludzkie, są oparte na niezależnych regułach, których pojedynczy człowiek nie może według swej woli zmienić.

Lekceważenie instytucji jest dla nich zabójcze, bo instytucje są faktami społecznymi opartymi na zaufaniu – istnieją tylko dlatego, że w ich działanie wierzymy i je respektujemy. Instytucja pieniądza ma sens tylko wtedy, kiedy ludzie ufają, że za bezwartościowy materialnie kawałek papieru, wydany przez bank centralny, będą mogli nabywać konkretne rzeczy mające wartość materialną. Kiedy to zaufanie upada, upada instytucja – doświadczamy tego zjawiska w krajach, które przechodzą głęboki kryzys ekonomiczny. W takich krajach oficjalną walutę zastępuje często inna forma pieniądza, taka, której ludzie ufają. To potwierdza, że instytucje istnieją tylko wtedy, kiedy ludzie je szanują.

Ktoś, kto nie ufa instytucjom, lekceważy je czy nimi pogardza, musi działać poza regułami te instytucje tworzącymi – musi działać bez żadnego trybu. PiS nie ufa instytucjom, bo ufa tylko ludziom, i to swoim ludziom. Tworzy porządek ponad i poza porządkiem instytucjonalnym. Niby funkcjonują niezależny Trybunał Konstytucyjny i służąca interesowi publicznemu prokuratura. Ale jednocześnie politycy tajnie spotykają się z sędziami w siedzibie TK w czasie, gdy ten rozpatruje ważne dla nich sprawy, a prezes Kaczyński odwiedza Prokuratora Generalnego, gdy podległa mu prokuratura prowadzi dotyczącą Prezesa osobiście sprawę.  Instytucje nie mają więc znaczenia, a ich rozmontowanie daje konkretnym ludziom nieograniczoną wolność w działaniu. Zawsze można zmienić zdanie, zawsze można pogadać z człowiekiem, zawsze można nagiąć regułę. Takie działanie jest oszustwem: korzystam z mocy instytucji, kiedy jest to dla mnie wygodne, jestem natomiast pozbawiony ograniczeń, kiedy mnie krępują, bo mogę to skrępowanie zlekceważyć.

Taka pogarda dla instytucji jest w rzeczywistości pogardą dla społeczeństwa. Jest pogardą dla jego zdolności do samodzielnego decydowania o sobie, dla decydowania ludzi o sobie samych. Zawarta umowa czy uchwalone prawo jest w normalnym państwie podstawą dla zaufania. Poważne traktowanie instytucji pozwala na sterowanie naszym życiem, planowanie i realizację planów. Tworzenie poza instytucjami drugiego układu decyzyjnego jest manipulacją, a manipulacja jest przemocą. Jest także wyrazem jakiejś głębokiej skazy na psychice tego, który manipuluje: wyrazem przekonania, że ktoś chce manipulować nim. Manipulujący sam musi więc manipulować, zacierać ślady i mylić trop. Nikt nie może wiedzieć, do czego dąży. Jeśli nikt nie będzie wiedział, nikt nie zdoła go oszukać.

Zaklęte koło manipulacji i nieprzejrzystości prowadzi prędzej czy później do katastrofy. Ludzie, którym, jak się zdawało, można było ufać, wyłamują się z układu, czyli, w rozumieniu jego twórcy, zdradzają, na przykład przez nagrywanie rozmów i przekazanie ich prasie. Pozostaje wtedy niedowierzanie, że społeczeństwo, które dowiaduje się o tym drugim poziomie spraw, uznają go za niedopuszczalny i stawia oskarżenia.

Sprawa taśm spowodowała co najmniej kilka doniesień do prokuratury. Wszystkie zarzuty stawiane w tych doniesieniach, nie przesądzając ich zasadności, oparte są na nietransparencji i wykorzystywaniu instytucji do własnych, ukrytych celów. Oskarżenie o oszustwo, sformułowane przez pełnomocników Birgfellnera, jest oparte na twierdzeniu, że J. Kaczyński wykorzystał zaufanie osobiste i relację rodzinną z ich klientem, zachęcając go do pracy dla spółki „Srebrna”, a jednocześnie – ponieważ działał poza oficjalnymi instytucjonalnymi regułami (nie reprezentował oficjalnie spółki) – mógł się następnie z relacji biznesowej w dogodnym dla siebie momencie wycofać. Nie mógłby tego zrobić, gdyby działał oficjalnie i zawarł normalną, przewidzianą przez instytucje prawa cywilnego umowę.

Drugie oskarżenie, sformułowane przez posłów PO, także jest związane z manipulowaniem oficjalnymi instytucjami. Zarzut oszustwa sądowego zarzut wprowadzenia w błąd sądu, aby ten dokonał rozstrzygnięcia, w efekcie którego jakiś podmiot (w tym przypadku spółka „Srebrna”) poniesie szkodę, rozporządzając w wyniku zmanipulowanej decyzji sądu swoim majątkiem. To rozporządzenie miałoby polegać na zapłaceniu długu, którego normalne zapłacenie byłoby wyprowadzeniem pieniędzy ze spółki, a więc, zgodnie ze słowami samego J. Kaczyńskiego – powszechnym w Polsce przestępstwem. Wprowadzeniem w błąd sądu miałoby być natomiast sformułowana przez Kaczyńskiego propozycja skierowania sprawy płatności za prace Birgfellnera na drogę sądową, mimo nieistnienia rzeczywistego sporu (Kaczyński mówi przecież, że wykonanych prac nie kwestionuje).

Trzecie doniesienie do prokuratury jest oparte na podejrzeniu przestępstwa płatnej protekcji. Złożył je Ryszard Petru, który twierdzi, że działania J. Kaczyńskiego były – jak czytamy w odpowiednim artykule kodeksu karnego – powoływaniem się na wpływy w instytucji państwowej bądź wywołaniem lub utwierdzeniem w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, oraz podjęciu się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść finansową lub osobistą. Słowa klucze w opisie zarzucanego przestępstwa są następujące: instytucje, wpływy, załatwienie, korzyść. A więc znów podejrzenie o manipulację instytucjami państwa (być może sądami albo władzą samorządową po wybranych wyborach w Warszawie), dzięki posiadaniu wpływów (tajne państwo) w celu osiągnięcia korzyści finansowej (przychody z najmu wież) bądź osobistej (upamiętnienie brata).

Podkreślmy jeszcze raz – nie rozstrzygamy, czy powyższe zarzuty są zasadne, bo od tego są takie instytucje, jak prokuratura i sądy, które będą w tej sprawie, miejmy nadzieję, działać oficjalnie i bezstronnie. Pokazujemy jedynie, że wszystkie te oskarżenia wynikają z lekceważenia instytucji i będącej skutkiem tego lekceważenia ogromnej nietransparencji w działaniach J. Kaczyńskiego.

Doświadczenie ostatnich trzech lat oraz nagrania opublikowane przez Gazetę Wyborczą paradoksalnie pokazują, że człowiek najbardziej przekonany o istnieniu drugiego dna w polityce i biznesie okazuje się głównym twórcą tego drugiego dna w swojej aktywności. Ten, który ściga tajny układ, w którym pod płaszczykiem oficjalności załatwia się prawdziwe polityczne i biznesowe interesy, sam w takim dwupoziomowym układzie działa, i to zarówno w polityce, jak i w biznesie. Prezes Kaczyński, od zawsze oskarżający kogoś innego o sprawowanie tajnej kontroli nad działaniami innych osób, sam taką kontrolę sprawuje. Prawdopodobnie ktoś, kto uznaje za prawdziwą władzę jedynie władzę ukrytą, niewidoczną dla ludzkiego oka, sam takiej prawdziwej władzy zapragnął.

W działaniach rzekomo wszechmocnego układu, trzęsącego polską polityką, widać jednak zadziwiająco dużo amatorszczyzny. Państwo na tym drugim, głębszym poziomie, nie potrafi zadbać o swoją tajność – rozmowy i negocjacje, które nigdy nie miały ujrzeć dziennego światła, zostają kilkanaście razy nagrane, a następnie udostępnione opinii publicznej. Czy demiurg, który nie potrafi zabezpieczyć się przed tak prostym zagrożeniem, jest w stanie rządzić światem? Potwierdza się teza, że istnienie tajnego układu jest niemożliwe. Zbyt dużo elementów i zbyt wiele osób trzeba by kontrolować, aby taki układ działał. Tajne, ukryte państwo okazuje więc państwem teoretycznym, żeby nie powiedzieć – państwem z kartonu. Jedyny realny wpływ przekonania o jego istnieniu na naszą rzeczywistość to upadek oficjalnych instytucji i ogromna nieprzejrzystość w życiu publicznym, które cofają nas w budowaniu prawdziwego państwa o kilkanaście lat.

Skrócona wersja niniejszego tekstu ukazała się w ostatnim numerze “Tygodnika Powszechnego”

4 Comments Tajne państwo z kartonu

  1. bisnetus March 3, 2019 at 12:50 am

    Ja też nie wierzę w istnienie Układu Słonecznego, czy układu krwionośnego. Przecież nie jestem niedojrzałym ciemniakiem.

    A bardziej poważnie, to podzielając poczucie śmieszności wobec większości teorii spiskowych, i wyjątkową śmieszność krytyki układów przez wybitne wytwory, twórców i beneficjentów tychże układów, a do takich zaliczam właśnie Kaczyńskiego lub Trumpa, trudno mi zaakceptować uogólnienie, że w życiu społecznym nie ma układów, w tym również zdegenerowanych i szkodliwych układów.

    Wszelkie współzależności między ludźmi, grupami ludzi, grupami wpływów, czy w końcu instytucjami są formą układów, które kształtują korzystnie lub niekorzystnie życie społeczne.Te układy mogą być żywe, skostniałe, zamknięte, otwarte, zdrowe, twórcze lub chore i patologiczne.

    I tak np. korporacyjna struktura świata medialnego, tego prywatnego i publicznego od dawna jest traktowana jako jedno z głównych realnych zagrożeń demokracji. Wolność słowa i myśli w tym “układzie” staje się iluzoryczna i ta patologia się dość wyraźnie wyraża w niektórych krajach, jak USA, Włochy, Polska, Rosja. Niedawno Szwajcarzy podjęli w referendum bardzo mądrą decyzję utrzymania strasznie tam drogich publicznych mediów, bo mieli świadomość, że bez takich mediów i pewnych gwarancji standardów debaty publicznej mogą zapomnieć o funkcjonowaniu tamtejszej wyjątkowo bezpośredniej demokracji. Tego nie wolno zostawić paru prywatnym koncernom medialnym, które not bene za likwidacją mediów publicznych strasznie lobbowały.

    Nieraz już krytykowałem inny toksyczny układ, jakim jest w Polsce dyktat oraz monopol zupełnie oderwanych od społeczeństwa nomenklatur partyjnych w państwie wykluczający całe społeczeństwo z oddolnego udziału w procesach wyborczych. Układ ten jest konsekwentnie przez twórców i beneficjentów (nomenklatury partyjne i medialne) jak źrenica w oku chroniony z opłakanym dla społeczeństwa i państwa skutkami.

    “Polska resortowa”, korporacyjność wielu zawodów, nawet trójpodział władzy, to są realnie funkcjonujące układy, których funkcjonowanie należy omawiać. Nie wylewajmy więc dziecka z kąpielą. Absurdalność niektórych teorii spiskowych nie oznacza, że układów, w tym szkodliwych w ogóle nie ma i nie należy o nich dyskutować. Na układy nie ma rady. Troszczyć należy się o to, by układy działały zdrowo, rozwojowo i korzystnie dla jego uczestników i całego społeczeństwa.

    Reply
  2. tkm March 3, 2019 at 5:49 pm

    Jasno i precyzyjnie. Matczak na prezydenta!

    Reply
  3. WAX March 8, 2019 at 11:53 am

    Niniejszy Pański artykuł jest kolejną po wykładzie na UW doskonałą i precyzyjną analizą. Jako taki jest jakością zdecydowanie wyjątkową w debacie publicznej.

    Chcialbym jednak odnieść się do drugiej strony medalu czyli “braku zaufania Polaków do instytucji”.
    Oczywiście bierze sie ten brak z naszej historii, a konkretnie destrukcyjnego wpływu rozbiorów oraz PRLu, kiedy instytycje państwa miały charakter głównie represyjny, nie zaś wspomagajacy rozwój społecznych więzi i inicjatyw.

    Pisze Pan: “Taka pogarda dla instytucji jest w rzeczywistości pogardą dla społeczeństwa”.
    To prawda, lecz niestety jesteśmy społeczeństwem (co także jest mocno uwarunkowane historią), które żywi dla siebie sporo pogardy. Ten poziom wydaje się być większy niż na Zachodzie Europy i USA. Tam widac też wiekszą wzajemną życzliwość oraz zaufanie.

    Otóż tak się składa, że i ten temat PiS umie wykorzystać i zdyskontować, oczywiście manipulując. PiS stosuje w tym dwie strategie:
    1. Po pierwsze dzieląc społeczeństwo umie tę naturalną i kluturową agresję skanalizować. Dla “lepszego sortu” możliwość projekcji agresji na “gorszy sort” jest mechanizmem obronnym przynoszącym znaczącą ulgę. Oczywiście w drugą stronę działa to tak samo. Lecz PiS korzysta jako kontroler wrogości i agregresji oraz jej inicjator,moderator tudzież sędzia.
    2. Oprócz agresji PiS stworzył też wartości pozytywne jako odpowiedź na uczucie pogardy, tą wartością jest nagłaśniane “wstawanie z kolan” czy np “kult żołnierzy wyklętych” oraz cała propaganda “nikt nie będzie nam mówił” – dodatkowo mająca fatalne tradycje sobiepaństwa ‘na zagrodzie’. W ten sposob społeczeństwo gardzące sobą otrzymuje namiastkę godności i kanalizuje wlasną agresję. Sa to dwa bardzo wygodne i atrakcyjne uproszczenia, rozładowywacze napięcia.

    I na koniec o układach. [tutaj w dużym stopniu zgadzam sie z poprzednim komentującym – bisnetusem ]
    Otóż, warto dostrzec przyczyny w społecznej nieufnosci do instytucji, przyczyny racjonalne.
    Wymieńmy je na przykładzie nieufności do instytucji sądowniczych, bowiem sądy i bliskie im instytycje ewidentnie przyczyniły się do utraty zaufania do siebie.

    Przykłady:
    Komornicy, którzy bezprawnie zajmowali mienie osób trzecich! i błyskawicznie licytowali je za bezcen? [od traktorów aż po grzybki w słoiku]
    Policja, która ich czynności ochraniała, zamiast chronić PRAWA (w sumie tak podstawowego jak prawo własności osob niezwiazanych z dłużnikiem)
    Sędziowie, którzy nie wstrzymywali takich przestępczych egzekucji a tylko rozładali bezradnie ręce,
    oraz Państwo (Minister Sprawiedliwości) ktory mówił “nic nie możemy zrobić takie mamy prawo”.
    Jakże nie nazwać tego zjawiska układem?

    Inny przykład:
    Całymi latami sądy krzywdziły zwykłych obywateli w sporach z korporacjami (banki, telekomunikacja, firmy pożyczkowe etc) – setki emerytów naciągniętych na poliso-lokaty i umowy z tzw. “małym druczkiem”. Czlowiek uczciwy przegrywał ze zwykłym cwaniactwem cynicznie polukrowanym i opakowanym w prawniczą nowomowę.
    Rząd w kółko odpowiadał “takie jest prawo, ludzie sami sobie są winni”. To była arogancja władzy i instytucji.
    Zwykły obywatel czuł, że korporacje mają prawników, zaś prawnicy “przekonają” sądy – jak miał to nazywać inaczej niż układem, skoro w ten sposob latami bezkarnie gwałcono jego poczucie sprawiedliwości. I niestety nie działo się to na marginalną skalę (bo to zdarza się wszędzie) ale na skalę systemową.

    Przykłądów można wymienić dużo, dużo więcej. Zapatrzony w siebie system sprawiedliwości obrastał w arogancję, Państwo/Sejm nie widziało potrzeby reform i oddlało sie od społecznych odczuć. To wszystko było paliwem dla demagogii PiSu. A PiS tę bolesną rzeczywistość “zagospodarował” i wzmocnił wieloletnią propagandą.

    Reply
    1. Marcin Matczak March 8, 2019 at 1:48 pm

      Bardzo dziękuję za ten wnikliwy komentarz. Jest w nim dużo prawdy i bardzo poważnie przemyślę przedstawione tezy.

      Reply

Leave a Reply to tkm Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *