Posts by Marcin Matczak

Na śmierć Pawła Adamowicza

Prezydenta Adamowicza spotkałem osobiście raz w życiu. Rozmawialiśmy w Europejskim Centrum Solidarności dwa lata temu. To zbyt mało, by mieć tytuł do wspominania Go, ale wystarczająco dużo, aby Jego śmierć nie była czymś dalekim i abstrakcyjnym. Prawdą jest, że spotkany choć raz człowiek pozostawia w naszym życiu cząstkę siebie – i gdy umiera, umiera wraz z nim ta cząstka, uwypukla się ta chwila jedynego spotkania. Taka śmierć nie jest już obcą śmiercią.

 
Nie ma co dużo pisać. Rozpada nam się państwo i rozpada nam się społeczeństwo. Obraz tego państwa i społeczeństwa każdy może sobie pooglądać w filmikach pani Pieli, które z lubością nadaje państwowa telewizja: ludzie z powykrzywianymi twarzami, wylewająca się z ekranu brzydota, prostactwo, oszustwo, zachłanność. Oto Polska właśnie według miłościwie nam panujących. A ja nie chcę takiej Polski.
 
Chcę na prezydenta Rzeczypospolitej człowieka, który potrafi się uśmiechać szczerze, jak Paweł Adamowicz. Chcę na premiera  mojego kraju człowieka, który wznosi się na szczyty człowieczeństwa i w odruchu najgłębszego ludzkiego współczucia odwiedza matkę zabójcy. Chcę Polski, która choć raz w roku bije jednym, świątecznym sercem, która jest cała jak Gdańsk – odważna jak Westerplatte, solidarna jak Stocznia, potężna jak dźwięk niesiony przez  organy w Oliwie i otwarta na świat jak Zatoka Pucka.
 
I nie chcę obojętności. Nie chcę, żebyście mówili poważnym głosem „Straszna tragedia!”, a potem zasiadali z popcornem przed telewizją albo Twitterem, żeby oglądać z sadystyczną przyjemnością, jak Pawłowicz obrzuca obelgami kolejną osobę, czując, że jesteście przecież od niej lepsi. Dopóki pozwalamy rzeczom się dziać wokół nas i dobrze nam w roli widzów, dopóty będzie tak, jak było. Brzydko i prostacko, jak w filmach Pieli, zawistnie i chamsko jak w postach Matki Kurki. Brudno, ciemno i duszno. Aż znowu obudzi nas jakaś tragedia i znowu tylko na moment.
 
Jeśli jest jakaś nadzieja w czyjejkolwiek śmierci, to jest to nadzieja, że po niej już nigdy nic nie będzie takie samo. I niech nie będzie. Stać nas na więcej, stać nas na Polskę, która jest jak Gdańsk z ostatnich słów Pawła Adamowicza: jest szczodra, dzieli się dobrem, chce być krajem solidarności. Polskę, która jest najcudowniejszym miejscem na świecie. Miejscem, za które wzajemnie moglibyśmy sobie dziękować. 
 

 

 
 

Ziobro kontra Matczak – pełen kontekst

W związku z publiczną informacją dotyczącą woli wszczęcia przez Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę postępowania dyscyplinarnego wobec mnie, chciałbym przedstawić moje stanowisko w tej sprawie. Stanowisko to składa się z trzech wstępnych tez oraz załączonych wyjaśnień, które w związku ze sprawą złożyłem około dwóch miesięcy temu na ręce Rzecznika Dyscyplinarnego Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie. Mam nadzieję, że przedstawione wyjaśnienia pozwolą sobie czytelnikowi wyrobić samodzielne zdanie na temat powstałej sytuacji.

Po pierwsze, chcę oświadczyć, że nie kwestionuję prawa Ministra Ziobry do żądania wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec mnie. Jest to normalna procedura, w której Minister ma prawo kwestionować moje działanie, a ja mam prawo się bronić. Kwestionuję jednak wybiórczość działań Ministra. Nie rozumiem, dlaczego ktoś, kto często mówi, że wszyscy są równi wobec prawa, nie wszczyna podobnego postępowania wobec mec. Tomczyńskiego, który na Twitterze wulgarnie zwracał się do mieszkańców Warszawy, oczekując od nich poparcia w wyborach Patryka Jakiego. Dlaczego ktoś, kto mówi, że prawo jest takie samo dla wszystkich, nie rozpoczyna procedury dyscyplinarnej wobec prof. Jana Majchrowskiego, który ze względu na osobisty konflikt z prof. Sadurskim oficjalnie zabronił realizować studentowi wybrany przez niego program studiów, przez co naraził go na trudności w zaliczeniu roku. Minister nie tylko wobec tych osób nie podejmuje jakichkolwiek działań, ale są one usadawiane w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i czynione jej prezesami. Jaki jest powód tej wybiórczości w stosowaniu prawa, które jest podobno takie samo dla wszystkich? Według mnie odpowiedź jest prosta – jeśli ktoś popiera rząd Prawa i Sprawiedliwości, może pisać i mówić wszystko. Może nawet, jak mec. Tomczyński, oficjalnie chwalić polityczne przemówienia premiera Morawieckiego już po uzyskaniu nominacji do SN, i nie jest to naruszenie zasady apolityczności sędziego. Co innego, gdyby Tomczyński założył koszulkę z napisem „Konstytucja”. Wtedy biada mu, ponieważ oznaczałoby to, że krytykuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. Zasada jest więc prosta – pełna tolerancja dla Pana zwolenników, pełna surowość dla krytyków. Problem z tym, że to nie ma nic wspólnego z równością wobec prawa, o której tak często Pan mówi.

Po drugie, zastanawiam się, czy Pan Minister zamierza podjąć jakieś kroki wobec Piotra Wielguckiego, do którego kierowałem mój wpis. Wielgucki jest osobą, która z niewyobrażalnie wulgarnego atakowania ludzi uczynił swoje codzienne zajęcie. Jest to człowiek, który w co drugim wpisie odnosi się do ludzi per „ścierwo”, który pisze o defekowaniu i podcieraniu się ludźmi, który oficjalnie grozi użyciem przemocy fizycznej wobec innych osób. Nie spodziewam się, żeby Pan Minister, który jest jednocześnie Prokuratorem Generalnym, zareagował w tej sprawie i to z jednego, podstawowego powodu. Rząd Prawa i Sprawiedliwości toleruje, a posłowie koalicji rządzącej aktywnie wspierają takich ludzi jak Wielgucki, traktując ich jak bojówki użyteczne w atakowaniu ich przeciwników. Dowodem na to jest oficjalny sojusz między Wielguckim a Krystyną Pawłowicz. Zachęcam do przeczytania moich wyjaśnień zamieszczonych poniżej, szczególnie fragmentu, w którym Wielgucki i Pawłowicz wspólnie analizują kształt mojej czaszki, chcąc ustalić moje pochodzenie rasowe. Jest to bezpośrednie nawiązanie do praktyk nazistowskich, stosowanych wobec Żydów, a sportretowanych w filmie „Europa, Europa” Agnieszki Holland. Ponownie pytam publicznie – dlaczego Pan, Panie Ministrze, właśnie Pan, który tak często mówi o równości wobec prawa, toleruje nazistowskie zachowania Pana koleżanki i jej partnera-hejtera? Ponownie odpowiedź jest jedna – ponieważ ich działania są dla Pana politycznie pożyteczne. Jest bowiem rządowi Prawa i Sprawiedliwości na rękę, kiedy hejter Wielgucki pisze o defekowaniu i podcieraniu się profesorem Sadurskim, tym samym profesorem, który ten rząd codziennie krytykuje.

Po trzecie wreszcie, być może podobnie jak Wielgucki, który wielokrotnie to oświadczał, ma Pan nadzieję, że postępowanie dyscyplinarne spowoduje, że przestanę się wypowiadać publicznie, w szczególności na temat działań Pana i Pana rządu. Proszę na to nie liczyć. Aby bronić człowieka przed najgorszą z możliwych mową nienawiści napisałem 280 znaków i jeśli będzie trzeba, odpowiem za to. Zapewniam jednak, że ani na chwilę nie przestanę mówić w Polsce i zagranicą, na ulicy, w telewizji, na spotkaniach z robotnikami i profesorami, że brutalnie łamiecie Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej. Będę to robił tak długo, aż przestaniecie i odpowiecie za to prawnie. 

Poniżej wyjaśnienie przesłane Rzecznikowi Dyscyplinarnemu OIRP w Warszawie:

Mój wpis z 27 września 2018 r. był elementem dyskusji prowadzonej na serwisie Twitter przez Piotra Wielguckiego, prof. Wojciecha Sadurskiego i przez mnie. W dyskusji tej Piotr Wielgucki wielokrotnie formułował pod adresem prof. Sadurskiego i moim wypowiedzi skrajnie wulgarne i agresywne, mające bez wątpienia charakter mowy nienawiści. Bezpośrednio przed moją wypowiedzią, którą Piotr Wielgucki uznał za groźbę karalną, sformułował on dwie wypowiedzi, które pozwolę sobie przytoczyć, przepraszając jednocześnie za ich wulgarny charakter.

Wypowiedź pierwsza była kierowana do prof. Sadurskiego i brzmiała: „A ja bym się na ciebie nawet nie wysrał, ani tobą nie podtarł”. Wypowiedź druga była kierowana do prof. Sadurskiego i do mnie, i brzmiała: „(…) tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną. Rozumiesz, czy poprawić”.

Powyższe wypowiedzi nie są wyjątkiem w publicznej aktywności Piotra Wielguckiego na profilu Twitter. Wprost przeciwnie, w wielu wypowiedziach w sposób skrajnie wulgarny atakuje on swoich interlokutorów, czyniąc z mowy nienawiści narzędzie poniżania innych. Przykładowo, w swoich wypowiedziach wielokrotnie zwraca się on do swoich rozmówców frazą „Wypad ścierwo”, a pod adresem prof. Sadurskiego formułował wypowiedzi takie, jak „bolszewicki cham, taki modelowy w walonkach i onucach, cuchnący bimbrem”. Konkretnie pod moim adresem Piotr Wielgucki wielokrotnie używał słów takich, jak „idiota”, „nieuk”, „osioł”, „rasista”, „szowinista”, „fanatyk” groził mi relegacją z uczelni („Ciebie Marcin należy przede wszystkim dyscyplinarnie relegować z uczelni, boś nieuk i kabotyn Marcin”- wypowiedź z 24 września, poprzedzająca o trzy dni moją wypowiedź, która stała się przedmiotem skargi) i podważał moje kompetencje zawodowe oraz akademickie („nie ma bladego pojęcia o prawie, absolutnie żadnego”), oraz kierował do mnie tak wulgarne słowa, jak „spierdalaj” (16.09.2018) .

Jednocześnie, Piotr Wielgucki we wrześniu 2018 roku umieścił w serwisie Twitter liczne wpisy w odpowiedzi na wpisy poseł Krystyny Pawłowicz, w których na podstawie analizy mojego zdjęcia i – jak to określiła – „kształtu czaszki” ustaliła on moje pochodzenie rasowe („płaska stepowa twarz, wystające kości policzkowe. Takie były twarze agresorów podbijających Polskę ze wschodu… (wypowiedź z 22.09. 2018 r.) oraz „ale pan jest ze stylu i urody stalinowski stepowy kałmuk, nic na to nie poradzę” (wypowiedź z tego samego dnia). W ten sposób Krystyna Pawłowicz nawiązała bezpośrednio do zdyskredytowanych teorii frenologicznych Franza Josefa Galla oraz niechlubnej tradycji fizjonomiki, która wielokrotnie w przeszłości była wykorzystywana dla działań dyskryminacyjnych i rasistowskich, czego najbardziej zbrodniczym przykładem były praktyki ustalania przynależności do narodowości żydowskiej na podstawie kształtu czaszki, stosowane w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Piotr Wielgucki w swoich wpisach powielał „kwalifikację” mojej osoby dokonana przez Krystynę Pawłowicz, powtarzając stosowane przez nią wobec mnie określenie „kałmuk stepowy” (np. w wypowiedzi z 27.09.2018), a tym samym wspierając ten inspirowany poglądami rasistowskimi atak na mnie.

Przedstawiam powyższe informacje po to, aby ukazać rzeczywisty kontekst mojej wypowiedzi, która stała się podstawą skargi Piotra Wielguckiego. Wypowiedź tę sformułowałem w odpowiedzi na skrajnie wulgarną mowę nienawiści osoby, która taką mowę nienawiści uprawia wobec mnie i innych osób od dawna, wręcz uczyniła z mowy nienawiści swój znak rozpoznawczy. Dodatkowo, sformułowałem ją w odpowiedzi na bezpośrednio poprzedzające wypowiedzi Piotra Wielguckiego o defekowaniu na innych ludzi i na formułowane przez niego zapowiedzi agresji fizycznej wobec prof. Sadurskiego i mnie („tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną. Rozumiesz, czy poprawić”). Celem mojej wypowiedzi było zmuszenie Piotra Wielguckiego do refleksji nad jego działaniem oraz – w efekcie tej refleksji – zaprzestanie mowy nienawiści wobec mnie i innych osób. Aby osiągnąć ten cel, użyłem hipotetycznego przykładu, w którym córka Piotra Wielguckiego czyta nienawistne wypowiedzi swojego ojca, a on wstydzi się tych wypowiedzi. Hipotetyczności mojej wypowiedzi dowodzi fakt, że Córka Piotra Wielguckiego nie studiuje prawa, a na mój cel wskazuje wyraźne odniesienie do mowy nienawiści w treści mojej wypowiedzi. Chcę z całą mocą podkreślić, że mimo skrajnie wulgarnego charakteru wypowiedzi Piotra Wielguckiego, moja wypowiedź nie zawierała żadnego wulgaryzmu ani groźby, nie była także w jakikolwiek sposób kierowana do Córki Piotra Wielguckiego, a jedynie do niego. W szczególności kończące moją wypowiedź sformułowanie „będziesz piszczał, jak wróci do domu” nie było groźbą, a jedynie stanowiło bezpośrednie odniesienie do „piszczenia”, o którym Piotr Wielgucki pisał w swojej wypowiedzi kierowanej do prof. Sadurskiego i do mnie, ale nie odnosiło się – tak jak wpis Piotra Wielguckiego – do agresji fizycznej, ale poczucia wstydu, które powinien w sobie wytworzyć Piotr Wielgucki w związku z używaniem mowy nienawiści. 

Za całą pewnością powinienem był sformułować moją wypowiedź tak, aby jasne było, że stosuję eksperyment myślowy, który ma zmusić Piotra Wielguckiego do refleksji, np. przez użycie słowa „Wyobraź sobie…”, albo „Czy zastanawiałeś się, co by było, gdyby…”. Takie sformułowanie byłoby możliwe, gdyby nie ograniczenia techniczne wypowiedzi w serwisie Twitter, w którym maksymalna długość wpisu wynosi 280 znaków, a które zmuszają do wielokrotnego skracania już napisanej wypowiedzi, co rodzi ryzyko nieporozumień. Mając do dyspozycji dłuższą formę byłbym w stanie jaśniej i lepiej wyrazić moja intencję, jednak w tej konkretnej wypowiedzi, ze względu na jej wymuszoną skrótowość, stało się inaczej, co pozwoliło Piotrowi Wielguckiemu zinterpretować moją wypowiedź w sposób skrajnie dla mnie niekorzystny i wyrwany z kontekstu.  

Z powodu wspomnianej skrótowości mojej wypowiedzi, bezpośrednio po niej wielokrotnie publicznie tłumaczyłem, jaka była moja intencja i sens moich słów. Uczyniłem to jeszcze tego samego dnia (27.09.2018) w wypowiedzi dla TVP Info, w której na zarzut, że próbowałem wciągnąć w moją dyskusję z Piotrem Wielguckim jego Córkę, wyraźnie stwierdziłem, że moja wypowiedź była eksperymentem myślowym i argumentem, mającym zmusić Piotra Wielguckiego do refleksji nad stosowana przez niego mową nienawiści.  Na swoim blogu marcinmatczak.pl umieściłem dwa teksty, które także wyjaśniały moje intencje. W pierwszym z nich, opublikowanym w tym samym dniu, co moja wypowiedź, a zatytułowanym, „Dlaczego będę nadal rozmawiał z hejterami” napisałem: 

„celem było uświadomienie mu [Piotrowi Wielguckiemu], że jego słowa mogą być hipotetycznie czytane przez kogoś, kto jest mu bliski. Taki eksperyment myślowy jest najlepszym sposobem na uświadomienie sobie, jaka jest wartość moralna naszych słów. Ja często, kiedy piszę albo mówię, staram się sobie wyobrazić, co powiedziałby mój syn, gdyby to przeczytał. Czy byłby ze mnie dumny, czy też czy wstydziłby się mnie.”

Chcę podkreślić, że taka interpretacja mojej wypowiedzi była całkowicie jasna dla wielu odbiorców. Przykładowo, prof. Sadurski w swoim komentarzu do mojej wypowiedzi napisał: „Tam nie było ani grama straszenia lecz tylko próba uświadomienia hejterowi, co by jego  córka poczuła, gdyby chamski post Jej ojca był tekstem do dyskusji o mowie nienawiści. „Thought experiment”. No ale chcą jakoś dorwać do niewygodnego dla władzy Profesora” (27.09.2018).

Mój drugi wpis, datowany na 28.09, był publicznym listem kierowanym do Córki Piotra Wielguckiego. Zdecydowałem się go napisać ze względu na rozpowszechnianie skrajnie nieprzychylnej i wyrwanej z kontekstu interpretacji moich słów przez Piotra Wielguckiego oraz portale internetowe (takie jak wpolityce.pl), wielokrotnie atakujące mnie w przeszłości w związku z moją działalnością w obronie polskiej Konstytucji. To rozpowszechnianie mogłoby spowodować u Córki Piotra Wielguckiego fałszywe przekonanie, jakobym był jej osobą nieprzychylną. W liście, którego treść załączam w całości do niniejszego wyjaśnienia napisałem:

„Nie znamy się, ale ze względu na jedną z moich publicznych wypowiedzi być może dotrą do Pani niepokojące wiadomości. Wiadomości te, które wynikają z błędnej interpretacji moich słów, mogą wskazywać, że chciałem Pani zaszkodzić w planowanych studiach prawniczych. Postanowiłem napisać ten publiczny list, żeby wyraźnie potwierdzić, że nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał wobec żadnego młodego człowieka intencji zaszkodzenia mu. Nie było to w żadnym wypadku ani treścią, ani intencją moich słów.”

Także później wyrażałem ubolewanie z powodu tego, że mój wpis został sformułowany w sposób umożliwiający nieuprawnioną interpretacja i wyrwanie z kontekstu. Przykładowo w wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” (8.10.2018) powiedziałem w związku z tą sprawą: „Żałuje tej sytuacji, tak jak zawsze żałuję, gdy moje wyrwane z kontekstu słowa mogą zranić kogoś niewinnego. Gdybym mógł cofnąć czas, napisałbym tak: ‘Niech pan sobie wyobrazi, że ktoś bliski panu to czyta”. Tłumaczyłem także, że „mowa nienawiści jest złem, na które trzeba reagować, najlepiej obrazowymi przykładami, ale że użyty w pośpiechu przykład był niewłaściwy”.

Na zakończenie chce wskazać, że wbrew twierdzeniu Piotra Wielguckiego przedstawionym w skardze treść mojej wypowiedzi z całą pewnością nie stanowiła groźby karalnej, o której mowa w art. 190 kodeksu karnego. Nawet najbardziej nieprzychylna interpretacja moich słów nie może prowadzić do wniosku, że groziłem Piotrowi Wielguckiemu lub komukolwiek innemu popełnieniem na jego szkodę przestępstwa. To raczej słowa Piotra Wielguckiego, kierowane do mnie i prof. Sadurskiego („tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną”) stanowi groźbę karalną dokonania przestępstwa naruszenia naszej nietykalności cielesnej (art. 217 kodeksu karnego). Nie ma także żadnych podstaw, aby traktować moją wypowiedź jako przestępstwo stalkingu (art. 190a kodeksu karnego), ponieważ pojedynczej wypowiedzi, nawet skrajnie nieprzychylnie zinterpretowanej, nie sposób przypisać znamion uporczywego nękania. Ponownie, biorąc pod uwagę długotrwałość i charakter kampanii nienawiści prowadzonej przez Piotra Wielguckiego wobec mnie, tę kampanię należałoby w kategoriach stalkingu rozpatrywać. Wreszcie w sposób oczywisty w mojej wypowiedzi nie kierowałem wobec nikogo groźby wszczęcia postępowania karnego. Ponownie, to Piotr Wielgucki próbował mnie zastraszyć w ten sposób wielokrotnie formułując groźbę zawiadomienia prokuratury o mojej wypowiedzi oraz groźbę wszczęcia wobec mnie postępowania dyscyplinarnego (np. w wypowiedzi z dnia 27.09).

Chciałbym podkreślić także, że Piotr Wielgucki ewidentnie traktuje skargę do OIRP jako narzędzie publicznego zdyskredytowania mnie i wpłynięcia w ten sposób na moją aktywność publiczną, z którą się politycznie nie zgadza. Świadczy jego aktywność na profilu Twitter prowadzona po złożeniu skargi. Przykładowo w odpowiedzi na mój wpis zupełnie nie związany ze sprawą skargi do OIRP (dotyczący np. postanowienia TSUE o zabezpieczeniu) Piotr Wielgucki pisze: „Marcin (…) napisałeś już wyjaśnienia na wezwanie OIRP Warszawa? Wykonałeś? Czy zostałeś zawieszony jako radca prawny, do czasu wydania postanowienia o wykluczeniu bądź ukaraniu?”. W odpowiedzi na mój wpis dotyczący niezasadności uznania koszulki z napisem „Konstytucja” za agitację wyborczą, Piotr Wielgucki pisze „Marcin, kolejny raz pytam, napisałeś już wyjaśnienia dla OIRP Warszawa, w związku z twoim bandyckim wpisem atakującym dziecko?”. W komentarzu do mojej wypowiedzi krytykującej wypowiedzi polityków kwestionujących prawo TSUE do odpowiadania na pytania prejudycjalne sądów polskich, Piotr Wielgucki pisze: „Marcin idź spać, zanim napiszesz jeszcze coś głupszego albo pisz wyjaśnienia dla OIRP Warszawa”. 

Podsumowując, intencją i treścią mojej wypowiedzi, którą przedmiotem swojej skargi uczynił Piotr Wielgucki, była potrzeba przeciwstawienia się ekstremalnie wulgarnej i szkodliwej mowie nienawiści stosowanej permanentnie przez autora skargi. Przeciwstawianie się mowie nienawiści uważam za jeden z obowiązków radcy prawnego, wynikający ze ślubowania radcowskiego, które kiedyś z dumą składałem. Jednocześnie, widząc, że moja wypowiedź została wyrwana z kontekstu i zinterpretowana przez nieprzychylne mi osoby jako groźba, dołożyłem wszelkich starań, aby wyjaśnić rzeczywisty sens mojej wypowiedzi i przeciwstawić się takiej, zupełnie niesłusznej interpretacji. Uważam, że wypowiedzi publiczne powinny być interpretowane w kontekście, a przy ich interpretowaniu powinno się wszelkie wątpliwości rozstrzygać na korzyść osoby formułującej te wypowiedzi, a nie odwrotnie. Tymczasem skarga Piotra Wielguckiego, osoby aktywnie zwalczającej mnie w przestrzeni publicznej, prezentuje moją wypowiedź w sposób skrajnie wyrwany z kontekstu (nie wspominając ani o jego własnych, poprzedzających tę wypowiedź, słowach, ani o moich późniejszych działaniach, takich jak publiczny list do jego Córki), interpretuje ją w sposób skrajnie niekorzystny i całkowicie błędny prawnie jako groźbę karalną, oraz stanowi narzędzie zdyskredytowania mnie w oczach opinii publicznej, czego dowodzą wypowiedzi autora skargi formułowane już po jej złożeniu.

‪Dlaczego sędzia nie może być tylko „ustami ustawy” czyli o czym jest „Imperium tekstu”.‬

Wśród piszących o interpretacji prawniczej można zauważyć co najmniej dwa stanowiska co do tego, jak sędzia powinien stosować prawo. Pierwsze stanowisko, wywodzone jeszcze od Monteskiusza, głosi, że sędzia powinien być „ustami ustawy”, a więc że powinien stosować prawo takie, jakim ustanowił je prawodawca, niczego nie poprawiając, niczego nie ujmując, ani niczego nie dodając. To stanowisko jest czasami określane mianem pasywizmu sędziowskiego (bo w jego ramach sędzia jest pasywny), albo mianem formalizmu, ponieważ sędzia będący ustami ustawy stosuje literalnie tzw. najbardziej lokalną (szczegółową) regułę, nie oglądając się na cel prawa, na jego skutki i nie uwzględniając ogólnych zasad, takich jak sprawiedliwość, równość czy proporcjonalność.

Aby pokazać działanie sędziego działającego według modelu „ust ustawy”, skorzystajmy ze znanego przykładu, który omawiałem w mojej poprzedniej książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Stare weneckie prawo, wspomniane przez Szekspira w „Kupcu weneckim”, zabraniało „rozlewać krew na ulicy” pod groźbą kary śmierci. Jak w świetle tego prawa należałoby osądzić lekarza, który upuścił krwi chorej osobie leżącej na drodze, by ją ratować? W sensie ścisłym krople krwi zostały rozlane na ulicy, wydaje się więc, że sędzia będący ustami ustawy, powinien skazać lekarza na śmierć. Taka decyzja wydaje się jednak bezsensowna, ponieważ – jak można mniemać – nie taki był cel weneckiego prawa. Było nim prawdopodobnie zapobieganie zamieszkom i bójkom w obrębie miasta, które często prowadziły do rozlewu krwi. Poza tym, tworzący to prawo nie chcieli zapewne, aby jego skutkiem było skazywanie na śmierć lekarzy, którzy ratują czyjeś życie. 

 
Czy jednak sędzia będący „ustami ustawy” może zinterpretować stosowane prawo i zgodnie z jego celem bądź w taki sposób, aby uniknąć niepożądanych skutków? Czy może mieć pewność, jakie były intencje prawodawcy, jeśli nie zostały one wyraźnie wyrażone w tekście ustawy? Może jednak celem weneckiego prawa było zapobieganie wylewaniu krwi na ulicę w celu zapobieżenia epidemii? Te wszystkie wątpliwości prowadzą często do konkluzji czysto formalistycznej: dura lex sed lex – twarde prawo, ale prawo. Sędzia będący ustami ustawy nie może poprawiać prawodawcy.

Drugie stanowisko, przeciwne do modelu „ust ustawy”, zaproponował Ronald Dworkin pod postacią mitycznego „sędziego Herkulesa”. Sędzia ten jest wybitnym znawcą prawa, rozumianego nie tylko jako wyraźnie zapisane w nim reguły. Poza regułami prawo zawiera również zasady. Od reguł, które mają charakter zero-jedynkowy, zasady różnią się tym, że trzeba je ważyć, a więc stosować w większym albo mniejszym stopniu. Taką zasadą jest na przykład zasada karania za czyny, które są szczególnie szkodliwe społecznie. Stosowanie prawa to wspólne stosowanie reguł i zasad, w tym korekta takiego skutku zastosowania reguł, które są nie do zaakceptowania z punktu widzenia zasad. 

 
W naszym przykładzie z lekarzem upuszczającym krwi choremu na ulicy wspólne zastosowanie reguły nakazującej karanie oraz zasady oceniającej poziom szkodliwości społecznej czynu lekarza doprowadziłby zapewne do jego uniewinnienia. Stałoby się tak także z tego powodu, że sędzia Herkules stosując prawo bierze pod uwagę jego cel, rozumiany jako kierunek moralnego myślenia społeczeństwa i prawodawcy (tzw. policies). A trudno założyć, aby społeczeństwo i prawodawca uznawali działanie lekarza za złe moralnie.

 
 
Sędzia naśladujący sędziego Herkulesa nie jest formalistyczny, ponieważ nie stosuje wyłącznie litery prawa, ale zasady i policies, składające się na to, co tradycyjnie nazywamy „duchem prawa”. Nie jest też na pewno sędzią pasywnym, ponieważ prowadzi złożone rozważania, aktywnie szukając właściwego rozwiązania sprawy, nie stosując łatwej „ucieczki w formalizm”. Z drugiej strony jednak krytycy sędziego Herkulesa twierdzą, że uzyskuje on zbyt daleko idącą wolność decydowania i poprawiania reguł ustanowionych przez prawodawcę, kiedy ich skutki nie dadzą się pogodzić z zasadami prawa. Jest więc Herkules oskarżany o aktywizm sędziowski, który przeciwstawia się sędziowskiej wstrzemięźliwości (krytykowanej przez innych jako pasywizm), w tym o chęć zastąpienia prawodawcy w jego roli.
 
Przykładem sporu pomiędzy powyższymi dwoma modelami jest trwająca w Polsce dyskusja nad tzw. bezpośrednim stosowaniem Konstytucji przez sędziów. Zwolennicy takiego stosowania chcą, aby sędziowie byli Herkulesami: aby stosowali reguły zawarte w ustawach wraz z zasadami zawartymi w Konstytucji, oraz – gdy jest to konieczne – modyfikowali skutki stosowania reguł poprzez odwołanie do ważniejszych od nich zasad. Przeciwnicy bezpośredniego stosowania Konstytucji chcieliby, aby sędziowie byli ustami ustawy, bez względu, co ta ustawa mówi i bez względu na to, jakie są skutki stosowania tej ustawy w świetle wartości obecnych w prawie. Dure lex sed lex.
 
W „Imperium tekstu” przedstawiam wizję sędziego i prawnika, którą można ulokować między Monteskiuszowskimi „ustami ustawy” a Dworkinowskim sędzią Herkulesem, choć z pewnością bliżej jej do sędziego Herkulesa. Moim celem było zaproponowanie takiego sposobu rozumienia i stosowania prawa, które jest wierne tekstowi prawnemu rozumianemu jako całość, a więc obejmującego zarówno Konstytucję i ustawy, zarówno literę, jak i ducha prawa, ale jednocześnie nie prowadzi do absurdalnych lub głęboko niemoralnych rozstrzygnięć
 
Dlatego „Imperium tekstu” wyjaśnia, że prawo jest złożoną praktyką społeczną, w ramach której jedna grupa ludzi (prawodawcy) projektuje pewien idealny świat, w którym chce żyć dane społeczeństwo. W tym idealnym świecie wszyscy kierowcy jeżdżą 50 km/h w obszarze zabudowanym, każdy oddaje pożyczone pieniądze, a Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym. Inna grupa ludzi (sędziowie i prawnicy stosujący prawo) dbają o to, aby ten idealny świat stał się rzeczywistością. Oczywiście, świat realny nigdy nie osiągnie ideału, ale chodzi o to, żeby do tego dążyć. 
 
Kluczową tezą „Imperium tekstu” jest twierdzenie, że zadaniem sędziego jest urzeczywistnienie CAŁOŚCI świata postulowanego przez wszystkich prawodawców (zarówno tych tworzących ustawy, jak i tych tworzących konstytucje), a nie tylko urzeczywistnienie małego kawałka, postulowanego przez wyrwaną z kontekstu szczegółową regułę, realizowaną bez oglądania się na całość. Takie podejście powoduje na przykład, że idealny sędzia nie może zastosować reguły prawnej dotyczącej reprywatyzacji w taki sposób, aby naruszyć jednocześnie zasady sprawiedliwości społecznej oraz nie zapewnić ochrony ludzkiej godności. 
 
Takie podejście oznacza także wiele innych rzeczy, o których napiszę w dalszych postach. Teraz tylko skonkluduję – sędzia nie może być tylko ustami ustawy, ale bycie Herkulesem wymaga pewnych obostrzeń. W mojej książce staram się je sformułować.
 
Książkę „Imperium tekstu” można nabyć tutaj:
 
http://scholar.com.pl/sklep.php?md=products&id_p=2798

Unijny Trybunał ogranicza suwerenność Prezydenta i PiS w łamaniu Konstytucji

Dzisiaj Prezydent Duda skrytykował Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za działania w obronie niezależności polskich sądów. „Uważam (…), że Trybunał Sprawiedliwości UE, orzekając w tej sprawie – w sprawie, która jest bez wątpienia sprawą wewnętrzną, bo regulacja organizacji wymiaru sprawiedliwości jest sprawą wewnętrzną – posunął za daleko” – oświadczył prezydent w wywiadzie dla radiowej Trójki, o czym donosi Interia.pl

To kolejna wypowiedź PAD o UE i znowu atak na jej podstawowe instytucje. Prezydencie, niezależność sądów jest podstawą członkostwa w Unii i jej obrona nie ogranicza niczyjej suwerenności! Nie da się być silnym krajem w Unii chcąc ją rozsadzić od wewnątrz.

Praktyki TSUE nie są groźne dla suwerenności państw UE. Są groźne dla swobody Pana i swobody PiS w naruszaniu polskiej Konstytucji poprzez niszczenie niezależności Sądu Najwyższego.

Obrona niezależności polskich sądów przez TSUE nie jest ingerencją w organizację sądów, bo organizacja to jedno, a niezależność to drugie. Możemy dowolnie zorganizować sobie sądy, ale muszą być niezależne, bo takie są reguły, na które zgodziliśmy się przystępując do Unii.

Piłkarze mogą dowolnie wybrać kolor koszulek, byleby były wystarczająco odmienne od koszulek przeciwników. Polska może dowolnie zorganizować sądownictwo, byleby było wystarczająco niezależne od polityków. W obu przypadkach ingeruje sędzia, jeśli nie są.

Czego możemy się nauczyć od Prezydenta Busha

Wspominamy dzisiaj zmarłego Prezydenta Busha. Jako Polacy możemy się od Niego nauczyć na pewno jednej rzeczy – szacunku dla przeciwników politycznych i zrozumienia, że polityczne zacietrzewienie nie może nigdy przesłonić dobra wspólnego. CNN przypomina dzisiaj list, który Prezydent Bush zostawił w Gabinecie Owalnym w Białym Domu Billowi Clintonowi, z którym właśnie przegrał wybory prezydenckie. 

„Drogi Billu,

Kiedy przed momentem wszedłem do tego gabinetu, miałem to samo uczucie zadziwienia i szacunku, którego doświadczyłem cztery lata temu. Wiem, że i Ty go doświadczysz.

Życzę Ci, żebyś był tu bardzo szczęśliwy. Mnie nigdy nie zdarzyło się doświadczyć tutaj samotności, którą opisywali niektórzy Prezydenci.

Nadejdą bardzo trudne momenty, będą stawać się jeszcze trudniejsze ze względu na krytykę, którą możesz uznawać za niesprawiedliwą. Nie jestem zbyt dobry w dawaniu rad, ale nie pozwól, aby krytycy Cię zniechęcili i zepchnęli z obranego przez Ciebie kursu.

Kiedy będziesz czytał ten list, będziesz NASZYM Prezydentem. Życzę Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego, co najlepsze.

Twój sukces jest od teraz sukcesem naszego kraju. Będę Ci mocno kibicował.

Powodzenia

George”

Lekcja, która dał tym pięknym i prostym listem Prezydent Bush, jest nam potrzebna zwłaszcza dzisiaj, kiedy walka polityczna czyni z Polaków dwa osobne plemiona. Warto tę lekcję zapamiętać. 

Wznieśmy toast za silną Polskę w Europie

Dzisiaj polski rząd wycofał się z haniebnej próby przejęcia całkowitej kontroli nad Sądem Najwyższym. Przez ponad półtora roku propagandowa maszyna władzy wmawiała Polakom, że sędziowie są wrogami ludu i dlatego trzeba ich poniżyć, opluć i wyrzucić na bruk. Dzisiaj ci, którzy siali tę propagandę, musieli cofnąć te słowa.

Przez ten cały czas ludzie, którym na sercu leży dobro Polski, protestowali przeciwko propagandzie i barbarzyńskiej próbie zniszczenia państwa prawa. Wychodziliśmy pod sądy ze światłem świec, które miały odpędzić złe duchu autorytaryzmu. I to się udało.

W uchwalonej dzisiaj ustawie polski rząd przyznaje, że kadencja I Prezes SN nigdy nie została przerwana. Że sędziowie Sądu Najwyższego nigdy nie przestali pełnić swojej funkcji. Przyznaje to, co zawsze było dla nas oczywiste.

Cieszmy się tą chwilą. Nasz opór ma sens, jesteśmy silni naszą solidarnością i naszymi wartościami. Ci, którzy próbowali zamachu na Konstytucję, okazali się słabi. Wygraliśmy bitwę w wojnie, która cały czas trwa. Ale wygrana bitwa to okazja, by wznieść toast. Więc wznieśmy – za przyszłość silnej, praworządnej Polski, która jest ważnym członkiem Unii Europejskiej, szanuje swoje prawa i dotrzymuje słowa. I walczmy dalej o pełne przywrócenie polskiego państwa prawa.

Artur Celmer został wydany Polsce. Co to oznacza?

Irlandzka sędzia Donnelly zdecydowała, że należy wydać Polsce Artura Celmera, którego sprawa doszła aż do Trybunału Sprawiedliwości UE. Czy to oznacza, że z polskim sądownictwem wszystko jest ok? Niestety, wprost przeciwnie.

Najpierw przypomnijmy fakty. Za Arturem Celmerem Polska wysłała do Irlandii Europejski Nakaz Aresztowania – taki jakby list gończy. Normalnie państwa Unii wykonują taki nakaz automatycznie i przekazują delikwenta państwu, które nakaz wydało. W przypadku Celmera automatyzm nie zadziałał, bo irlandzka sędzia powzięła wątpliwość. Uznała, że powinna dogłębniej zbadać, czy wydanie Celmera Polsce jest zasadne.

To powzięcie wątpliwości było spowodowane przez ogólnie znane w Europie działania polskiego rządu w stosunku do sądownictwa. Sędzia irlandzka uznała, że musi w tej sprawie zapytać Trybunał Sprawiedliwości: czy ma działać jak dotąd, automatycznie, czy też czy ma za każdym razem sprawdzać zasadność przekazania osoby ściganej, jeśli działania rządu powodują wątpliwości co do niezależności sądownictwa.

I tu leży pies pogrzebany. Sprawa Celmera nie dotyczyła tego, czy w Polsce jest nadal praworządność. Dotyczyła tego, czy działania polskiego rządu atakujące niezależność sądownictwa pozwalają sędziom w innych krajach wstrzymać i opóźnić wysłanie oskarżonego do Polski. Trybunał odpowiedział jasno – tak, pozwalają. Jeśli sędzia powziął wątpliwość co do niezależności sądownictwa na podstawie rzetelnych źródeł (a za takie Trybunał uznał dokumenty Komisji Europejskiej, która rozpoczęła wobec Polski procedurę naruszeniową z art. 7), to ma prawo wstrzymać procedurę i zbadać dany przypadek. Dokładnie tak samo, jak w sytuacji, kiedy sędzia ma informacje, że warunki w więzieniach danego państwa urągają godności więźniów, sędzia musi zbadać, jak będzie wykonywana kara wobec danego więźnia.

Wyrok Trybunału był porażką Polski – inne państwa Unii straciły do nas zaufanie. Gdyby nie majstrowanie przy sądach, Celmer byłby w Polsce już pół roku temu. A tak będzie wysłany z dużym opóźnieniem. Co więcej, wysłanie każdego innego poszukiwanego Europejskim Nakazem Aresztowania będzie opóźnione. Taki jest efekt deformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości – zamiast przyśpieszenia w wymierzaniu sprawiedliwości, opóźnienie.

Dlatego jeśli dzisiaj lub jutro Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosi, że wysłanie Celmera do Polski oznacza, że wszystko z sądami jest u nas ok, zapytajcie, czy aby na pewno. Jeśli muszę zastanowić się przez pół roku, czy pojechać gdzieś na wakacje, bo jest tam niebezpiecznie, to raczej nie powiedziałbym, że to miejsce jest idealną destynacją. Podobnie, jeśli sędzia musi zbadać, czy można wysłać do Polski człowieka, aby został tam osądzony (jak, nie przymierzając do Rosji czy na Białoruś), choć gdzie indziej wysyła bez sprawdzenia, to raczej nie jest to kraj idealnego sądownictwa.

W sprawie Celmera sędzia irlandzka stwierdziła, że systemowe problemy z polskim sądownictwem istnieją i są realne, ale w konkretnym przypadku Celmera i sądu, który będzie go sądził, nie odbierają mu prawa do sprawiedliwego procesu. I tylko tyle. Podobnie stwierdziłaby np. w przypadku Rumunii – mimo systemowych złych warunków w rumuńskich więzieniach, mogłoby się zdarzyć, że to konkretne, do którego ma być wysłana osoba poszukiwana Europejskim Nakazem Aresztowania, nie jest takie złe. Rząd Rumunii w tym hipotetycznym przypadku nie powinien ogłaszać triumfu z powodu poprawy sytuacji w rumuńskich więzieniach. Podobnie polski rząd nie powinien uznawać wysłania do Polski Celmera za sukces, a raczej powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, z czyjej winy stało się to tak późno i czy w innych sprawach stanie się tak w ogóle.

Polskość i pseudopolskość – esej na stulecie polskiej niepodległości

 


Polska inteligencja zbyt łatwo oddaje pole w dyskusji o patriotyzmie i istocie polskości. Z jakiegoś powodu postrzega te wartości jako wstydliwe, zbyt pompatyczne, niegodne sceptycznego intelektualisty. To błąd. W świecie, który potrzebuje jak nigdy dotąd poczucia tożsamości i przynależności, wycofanie się z dyskusji o polskości oznacza oddanie inicjatywy innym, którzy chętnie z tego wycofania się skorzystają i wypełnią polskość swoją własną treścią.

Musimy sobie uświadomić, że w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w Polsce trwa wojna o polskość. Wojnę tę toczą nacjonaliści, którzy chcą Polakom polskość odebrać i zdefiniować na swój brunatny sposób. Z okazji wielkiego święta polskości odpowiedzmy nacjonalizmowi i pokażmy jak my rozumiemy polskość w przeciwieństwie do ich pseudopolskości. Nie pozwólmy sobie odebrać tego, co najważniejsze – tożsamości i tradycji – i uczynić jej własnością wąskiej grupy 

Pseudopolskość nacjonalistów boi się tego, co inne, bo jest oparta na skrzętnie ukrywanej słabości i niepewności. Prawdziwa polskość jest otwarta na inność i odmienność, bo czuje się silna i pewna siebie. Nie musi nienawidzić inności dlatego, że się jej obawia. Jest zainteresowana innością, żeby móc jeszcze mocniej docenić swoją tożsamość. Prawdziwa polskość to polskość Polski XVI-wiecznej: wielonarodowościowej, tolerancyjnej religijnie i światopoglądowo i dlatego właśnie silnej, dlatego właśnie wielkiej. Polski, która nie musiała wstawać z kolan, bo to inni przed Nią klękali.

Pseudopolskość nacjonalistów jest oparta na pseudochrześcijaństwie. Prawdziwa polskość jest oparta na istocie chrześcijaństwa, którą jest pochylenie się nad słabymi i potrzebującymi, nieodrzucanie nikogo i świadomość swojej własnej niedoskonałości, która zmusza do ciągłej pracy nad sobą. Polskość to zdolność chrześcijan do szacunku dla ateistów i zdolność ateistów do szacunku dla religii. To sojusz wierzących i niewierzących w imię wspólnego dobra – Rzeczypospolitej.

Pseudopolskość nacjonalistów jest oparta na pogardzie dla intelektu i mądrości. Prawdziwa polskość to polskość Mikołaja Kopernika i Marii Curie-Skłodowskiej, to geniusz naszych noblistów – odwaga intelektu, który przekracza stereotypy i zadziwia świat swoją błyskotliwością.

Pseudopolskość nacjonalistów jest napędzana łatwą nienawiścią. Prawdziwa polskość jest oparta na trudnej empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. Jest oparta na świadomości, że wszyscy ludzie są w głębi duszy podobni.

Pseudopolskość nacjonalistów oparta jest na kulcie śmierci i wojny. Prawdziwa polskość dąży do współpracy, nie do konfliktu. Prawdziwa polskość wie, że wojnę, jak nienawiść, łatwo wzniecić. Wie także, że najtrudniejszą na świecie  rzeczą jest do wojny nie dopuścić.

Pseudopolskość nacjonalistów oparta jest na ksenofobii. Prawdziwa polskość to polskość pierwszej „Solidarności” – wspólnoty ludzi, którzy walczą o wolność swoją i innych, a nie zamykali się na innych. 

Pseudopolskość nacjonalistów wyznaje antysemityzm. Prawdziwa polskość wie, że ponadtysiącletnia wspólna historia wszystkich Polaków, bez względu na ich pochodzenie i religię, jest powodem do wielkiej dumy i świętowania, nie do nienawiści.

Pseudopolskość nacjonalistów flirtuje z neofaszyzmem i neonazizmem. Prawdziwa polskość neofaszyzmem gardzi a z neonazizmem walczy, jak Warszawa w 1944 roku walczyła z nazizmem. Prawdziwa polskość nie może tolerować symboli faszyzmu i nazizmu na swojej ziemi, a szczególnie w sercu Warszawy, która została zgwałcona, zabita i spalona przez te haniebne ideologie.

Precz z pseudopolskością nacjonalistów! Prawdziwa polskość to tolerancja i otwartość naszych szesnastowiecznych władców, mądrość i wnikliwość wielkich polskich uczonych, antyfaszyzm i antynazizm warszawskich powstańców, mądre, obejmujące wszystkich chrześcijaństwo i mądry, niedyskryminujący wierzących ateizm. To otwarta  i pokojowa wspólnota „Solidarności”, która była i jest w stanie przewodzić Europie w walce o wartości najważniejsze. 

 
To są wzorce, z których jesteśmy dumni i które chcemy realizować w ciągu następnych stu lat naszej niepodległości. 

Postprawda, postprawo i minister Dworczyk

Żyjemy w czasach postprawdy. Co to oznacza, najlepiej tłumaczy Mark Fergusson w serwisie Quora:
 
„Jesli powiem coś, co ci się nie spodoba, możesz przeglądnąć internet i znaleźć kogoś, kto mówi coś zupełnie odwrotnego. Łatwizna. Ja nie mam racji albo jest remis i Bóg jeden wie, co jest prawdą. I możesz tak zrobić w każdej kwestii, dzięki czemu nigdy nie musisz zmieniać swojego zdania, używając bezkresnej zawartości internetu do zbudowania swojej osobistej bańki, w której twoja opinia jest prawdą. Jeśli twoje przekonania są nonsensowne, stają się one odporne na prawdę, ponieważ te źródła, które próbują cię poprawić, zostały zdyskredytowane albo zakwestionowane przez inne źródła, itd. Nie ma zatem kompletnie znaczenia, jak wiele razy nonsens czy kłamstwo zostanie wykazane.”
 
Postprawda jest szczególnie wygodna dla populistycznych polityków, którzy dzięki niej mogą bronić każdego głupstwa. Mistrzem w tej grze jest Trump, istny prorok postprawdy, który niemal codziennie zarzuca mediom kłamstwo, dyskredytując je. Dzięki temu nie musi zupełnie liczyć się z ich krytyką – w pewnym sensie, korzystając ze swojej publicznej pozycji, dezaktywuje prawdę i dlatego łatwiej mu kłamać.
 
Postprawda podminowuje fundament każdego społeczeństwa, bo upośledza język. Podstawową funkcja języka jest jego zdolność do komunkowania prawdy, dlatego wszystkie społeczeństwa tępią kłamstwo. Postprawda powoduje, że przestajemy sobie wierzyć i nie jesteśmy w stanie ostatecznie zweryfikować naszej wiedzy. A tak długo społeczeństwo nie pociągnie. Wynika to z faktu, że prawda, jak mówi klasyk, nie leży po środku tylko leży tam, gdzie leży, i jeśli jej nie odnajdziemy, zaczniemy popełniać tragiczne w skutkach błędy.
 
Problem postprawdy rozszerza się na sądy i zamienia powoli w problem postprawa. Tak jak ludzie obawiający się niezależnej od nich prawdy promują postprawdę, tak ludzie obawiający się niezależnych od siebie sądów promują postprawo. Tak jak dzięki postprawdzie już żaden fakt nie jest jednoznaczny i ostatecznie przesądzający sprawe, tak dzięki postprawu żaden wyrok sądowy nie jest jednoznaczny i ostateczny. Dlaczego? Bo tak jak populistycznie i systematycznie zarzuca się stronniczość wszelkim twierdzeniom, tak populistycznie i systematycznie zarzuca się polityczność wszelkim decyzjom sądów. W tym zakresie w rolę małego Trumpa od wielu miesięcy wcielają się u nas zarówno politycy partii rzadzącej, jak i opozycji.
 
Wczoraj kolejne twierdzenie z kategorii postprawa sformułowal minister Dworczyk, mówiąc, że sąd decydujący o kłamstwie Premiera Morawieckiego w sprawie krakowskiego smogu jest “rozpolitykowany” i że działa w “antyrządowym amoku”. Tymczasem dość oczywiste jest, że Premier kłamał, mówiąc, że Kraków nie zrobił nic w sprawie smogu, bo zrobił bardzo dużo. Żadna postprawda tego nie zmieni. Wygląda więc na to, że to nie sąd wpadł w antyrządowy amok, ale przedstawiciel rządu wpadł w amok antysądowy.
 
Wypowiedź ministra Dworczyka musi być powszechnie i mocno potępiona, bo uderza w fundament społeczeństwa. Społeczeństwo musi bowiem posiadać jakąś ostateczną i niewzruszoną metodę rozwiązywania sporów, dokładnie tak, jak musi mieć jakąś wiarygodną metodę weryfikowania prawdziwosci twierdzeń. W przypadku prawdy metodę taką zapewnia jedynie nauka i jej metodologia. W przypadku prawa metodą tą, jedyną skuteczną, jaką znamy, jest niezależne sądownictwo, którego rostrzygnięć nie podważamy i nie deprecjonujemy. Jeśli będziemy to robić, jeśli nie uchronimy prawdy i prawa przed atakami proroków postprawdy i postprawa, będzie z nami źle.
 

Polskie państwo prawa – remanent po trzech latach

Poniższy tekst został pierwotnie opublikowany w wydanej przez Gazetę Wyborczą “Czarnej księdze trzech lat rządów PiS”  i nosi w niej tytuł “Koniec trójpodziału władzy”.

 

I oto jesteśmy na jesieni 2018 roku. Mocno poobijani po prawie trzyletnim boju o Konstytucję i praworządność, albo o sprawiedliwość i demokrację, w zależności od tego, po której stronie staliśmy. Kurz jeszcze nie opadł, bo walka wchodzi na nowy poziom – już nie jest tylko krajowa, bo wraz z zaangażowaniem Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości konflikt lokalny przerodził się w regionalny. Wciąż każdy wynik jest możliwy, ale pewnych efektów tego konfliktu nie da się cofnąć. Trzeba więc podsumować to, co stało się dotychczas.

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość przystąpiło do działań, których głównym przesłaniem było zlikwidowanie tzw. imposybilizmu prawnego. Terminu tego użył Jarosław Kaczyński jeszcze za poprzednich rządów PiS, zaraz po tym, jak Trybunał Konstytucyjny uchylił ustawę lustracyjną, jeden ze sztandarowych projektów legislacyjnych tamtego rządu. Imposybilizm prawny oznacza niemożność zreformowania państwa ze względu na sztuczne, abstrakcyjne obostrzenia prawne, które – w rozumieniu twórcy tego terminu – nie są społeczeństwu potrzebne. Są one wręcz szkodliwe, ponieważ hamują wolę narodu, który chce zmian.

Problem z imposybilizmem polega na tym, że nie jest do końca jasne, skąd mamy wiedzieć, czego naród chce. Ograniczenia prawne nałożone Konstytucją to ograniczenia, które na władzę nałożył ten sam naród, który niby teraz chce je zrzucić. Oczywiście, bywają narody kapryśne i zmienne, i nie można im odmówić prawa do zmiany zdania. Tyle tylko, że zmiana zdania musi nastąpić w tej samej formie, w jakiej nastąpiło wyrażenie tego zdania, a więc poprzez zmianę Konstytucji. Do tego trzeba mieć polityczną siłę większości konstytucyjnej, a takiej PiS w wyborach nie otrzymało. Twierdzenie zatem, że naród chce fundamentalnej zmiany, nie jest uzasadnione, a polega tylko na intuicji politycznej lidera zwycięskiej partii. W państwach współczesnych, które chcą funkcjonować pokojowo, bez rewolucji, intuicja polityczna to za mało, żeby zmienić ustrój.

Jak się jednak okazuje, można próbować. Jeśli nie da się zmienić Konstytucji formalnie, można zmieniać ją faktycznie, przejmując kontrolę nad instytucjami, które mają tej Konstytucji bronić. Przez cały rok 2016 trwały zatem usilne starania partii rządzącej, aby sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, który w naszym systemie prawnym jest głównym konstytucyjnym policjantem. Konstytucja ma rację bytu o tyle, o ile jest ktoś, kto może skutecznie stwierdzić, że ustawa zaproponowana przez rząd a uchwalona przez parlament jest z tą konstytucją niezgodna. Jeśli nie ma kogoś takiego, każde naruszenie Konstytucji ujdzie rządzącym płazem, podobnie jak przy braku policjanta lub policyjnej kamery na skrzyżowaniu uchodzi kierowcom płazem każde naruszenie przepisów o ruchu drogowym. Dlatego pierwszym etapem procesu likwidacji imposybilizmu prawnego była próba faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego. I była to próba niestety udana.

Po grudniu 2016 roku, kiedy zakończył swoją kadencję Andrzej Rzepliński, Trybunał Konstytucyjny nie tylko przestał być jakąkolwiek przeszkodą dla władzy politycznej, która chce swobodnie zmieniać Polskę, ale zaczął być aktywnie wykorzystywany jako narzędzie tej zmiany. Najpierw Minister Sprawiedliwości efektywnie wykluczył z orzekania trzech dawniej wybranych sędziów, co nie byłoby możliwe bez współpracy wybranej niezgodnie z Konstytucją na stanowisko Prezes TK Julii Przyłębskiej. Następnie Trybunał został wykorzystany do przejęcia kontroli nad innymi instytucjami ważnymi dla państwa prawa, a mianowicie nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym. W ten sposób pierwszy etap tzw. naprawiania polskich instytucji odpowiedzialnych za obronę państwa prawa zakończył się całkowitym popsuciem Trybunału Konstytucyjnego. Sensem istnienia sądu konstytucyjnego w każdej demokracji jest jego zdolność do sprzeciwienia się aktualnie rządzącej większości. Taki jest sens posiadania konstytucji, która ogranicza rządzących w ich działaniach politycznych, a więc i taki jest sens istnienia konstytucyjnego policjanta, jakim Trybunał jest. Jeśli ten policjant zgadza się we wszystkim z tymi, których ma pilnować, a nawet pomaga w realizacji ich planów, cała konstrukcja zostaje postawiona na głowie.

Wynika to z faktu, że po II Wojnie Światowej, a więc po doświadczeniu nazizmu i holokaustu. zrozumieliśmy, że większość, która demokratycznie zdobyła władzę, może wydzielić ze społeczeństwa mniejszość, prześladować ją, a ostatecznie ją zabić. Aby nigdy więcej taka sytuacja się nie powtórzyła, w drugiej połowie XX wieku wzmocniliśmy rolę konstytucji oraz regulacji międzynarodowych chroniących prawa człowieka. Współcześnie te regulacje pełnią rolę, jaką kiedyś pełniły wymogi prawa naturalnego: ograniczają swobodę prawodawcy, ustalają nieprzekraczalne granice, takie jak nienaruszalność godności człowieka czy specjalna ochrona jego wolności. Z tego samego wzmocniona została rola sądów konstytucyjnych, stojących na straży tych wartości.

W Polsce mogliśmy tego ostatecznie dokonać dopiero w 1997, kiedy pozbawiliśmy Sejm możliwości odrzucania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego odpowiednią większością głosów. Oznaczało to, że wyroki Trybunału stały się ostateczne – i takie były, zanim obecna większość rządząca przyznała sobie prawo do ich oceny przed publikacją. Kiedy bowiem premier Szydło odmówiła publikacji wyroku Trybunału i uznała, że nie ma on mocy prawnej, w rzeczywistości postawiła siebie i swój rząd ponad konstytucją. Z całą pewnością ta decyzja była najbardziej szkodliwym w skutkach precedensem w historii polskiego państwa prawa. Po tej decyzji już nigdy nie będzie można być pewnym, czy inny polityk nie zechce wykorzystać tego precedensu dla swoich celów. Dlatego właśnie zakwestionowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z najpoważniejszych deliktów konstytucyjnych, które przyniósł obecny kryzys, i który musi zostać w przyszłości przykładnie ukarany przez Trybunał Stanu.

Następnym krokiem w demontażu polskiego państwa prawa było przejęcie przez obecną władzę kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa (KRS). Rada ta, zgodnie z Konstytucją RP, jest organem stojącym na straży niezależności sądów i niezależności sędziów, i pełni kluczową rolę. Decyduje o sędziowskich powołaniach i awansach, a także ma chronić sędziów przed jakimikolwiek zewnętrznymi naciskami, w tym naciskami ze strony polityków. Jej konstrukcja została w Konstytucji pomyślna w taki sposób, żeby była ona platformą pozwalającą na współpracę wszystkich trzech władz. Dlatego każda z władz ma w niej przedstawicieli, i każda swoich przedstawicieli wybiera.

A raczej wybierała, ponieważ narzędziem przejęcia kontroli na KRS stała się zmiana wyboru tych członków Rady, którzy reprezentują sędziów. Mimo że przedstawicieli władzy ustawodawczej w KRS nadal wybiera władza ustawodawcza, mimo że przedstawicieli władzy wykonawczej w Radzie nadal wybiera władza wykonawcza, to przedstawicieli sędziów nie wybierają już sędziowie. Ich przedstawicieli wybiera władza ustawodawcza. To trochę tak, jak gdyby przedstawicielki kobiet do Krajowej Rady Równouprawnienia Płci (gdyby w Konstytucji taka istniała) były wybierane przez mężczyzn. Dodatkowo, kiedy patrzy się na powiązania członków KRS z Ministrem Sprawiedliwości, a więc z władzą wykonawczą, którą ci sędziowie mają równoważyć, to właściwie ma się pewność, że te wybrane przez mężczyzn kobiety byłyby od nich całkowicie zależne. Tak jak w tej hipotetycznej sytuacji trudno oczekiwać, że zależne od mężczyzn i wybierane przez nich kobiety będą równoważyły męską władzę, tak w sytuacji rzeczywistej trudno oczekiwać, że wybrani przez polityków i zależni od nich sędziowie będą równoważyć władzę polityczną.

Nowy wybór sędziowskich członków KRS zamienił to ciało, zgodnie ze scenariuszem przećwiczonym w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, w podmiot działający i myślący dokładnie tak, jak tego chce obecna władza. Bolesnym symbolem tej jedności celów, myśli i działań jest milczenie KRS wobec oburzających społeczność międzynarodową ataków na polskie sądy. KRS nie reaguje na ataki słowne, które raz po raz politycy przypuszczają na sędziów, podejmujących działania niezgodne z linią partii rządzącej. Co więcej, KRS nie widzi nic złego w urzeczywistniających się obecnie groźbach wszczęcia postępowań dyscyplinarnych, które ewidentnie są sposobem na zastraszenie środowiska sędziowskiego oraz wytworzenie tzw. efektu mrożącego – obawy przed sprzeciwem wobec władzy.

W zamian za to członkowie KRS powołani przez obecną większość parlamentarną bez szemrania głosują nad sędziowskimi awansami z uwzględnieniem dostarczonej przez polityków „czarnej listy” sędziów, którzy śmieli głośno mówić o polskich problemach w Brukseli. Koronnym argumentem na to, że KRS działa i myśli dokładnie tak, jak chce tego władza, jest zlekceważenie postanowienia o zabezpieczeniu wydanego ostatnio przez Naczelny Sąd Administracyjny, które nakazało zatrzymać proces obsadzenia wakatów w SN. Mimo że sędziowie NSA zakazali KRS przekazania uchwał Prezydentowi RP, KRS – ta sama, która ma wzmacniać pozycję sędziów, zrobiła to, a tym samym poniżyła sędziów, uznając decyzje przez nich wydane za pozbawione znaczenia.

Tak jak Trybunał Konstytucyjny posłużył jako narzędzie przejęcia kontroli nad KRS, tak przejęta KRS posłużyła politykom za narzędzie przejęcia kontroli nad Sądem Najwyższym. Zdominowana przez polityków KRS dość łatwo i rekordowo szybko wybrała kandydatów do Izby Dyscyplinarnej SN. Szybkość wyboru, który trwał krócej niż prowadzony mniej więcej w tym samym czasie konkurs na kalendarzyki kieszonkowe dla posłów, była odwrotnie proporcjonalna do niezależności wybranych kandydatów od aktualnie rządzących.

W wyniku przeprowadzonej procedury za sędziów SN uważają się obecnie między innymi Jan Majchrowski, nadzorujący przygotowanie polskiej odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej, Adam Tomczyński, radca prawny komplementujący władzę w telewizji publicznej oraz prokurator Adam Roch. Majchrowski w odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej poparł propagowaną przez obecną władzy, a heretycką tezę, że nasza Konstytucja nie wymaga zachowania okresu vacatio legis, a więcupływu pewnego czasu między ogłoszeniem a wejściem w życie ustawy, choć tej oczywistości uczy się studentów na pierwszym roku prawa. Tomczyński w przeddzień swojego przesłuchania w KRS prezentował swoje zadziwiające rozumienie apolityczności sędziego, wychwalając wyborcze przemówienie premiera Morawieckiego. Natomiast Roch, zaufany prokurator Zbigniewa Ziobry, nakazał przesłuchanie rodzącej kobiety, co Europejski Trybunał Praw Człowieka słusznie uznał za nieludzkie traktowanie. Taki oto zespół ludzi decyduje o charakterze nowej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wyznaczając zaiste nieznany dotąd wzorzec niezależności i moralności. Na szczęście osoby te zostały powołane do SN w oczywiście nieważnej procedurze, zapoczątkowanej obwieszczeniem Prezydenta RP, które mimo jasnego wymogu Konstytucji, nie zostało kontrasygnowane przez Premiera. Daje to nadzieje na ich rychłe usunięcie z zajmowanych stanowisk w momencie, kiedy podstawowe wymogi państwa prawa zostaną w Polsce przywrócone.

Kiedy popatrzy się na trzy procesy przejęcia kontroli nad trzema kluczowymi polskimi instytucjami państwa prawa, można wskazać pewien ich wspólny mianownik. To, co te procesy łączy, to cel: rzeczywista likwidacja kontroli nad działaniami władzy. W efekcie przejęcia tych trzech instytucji doszło do zmiany ustroju Polski. Ustrój oparty na trójpodziale władzy zamienił się nam na ustrój jednolitej władzy państwowej, znany z czasów komunistycznych, mimo że formalnie nie zmieniliśmy konstytucji. Nie sposób nazwać tej zmiany inaczej niż pełzającym zamachem stanu.

Wspólnym mianownikiem zamachów na niezależność TK, KRS i SN była także drastyczna zmiana języka, którym mówimy o prawie i gwałt na doktrynie prawniczej. Przeprowadzona rewolucja wymagała wytworzenia nieznanych dotąd sposobów interpretacji prawa. Jednym z tych sposobów byłą tzw. wykładnia wroga konstytucji (termin wprowadzony przez prof. Zajadło), widoczna zarówno w odpowiedzi zaprezentowanej Komisji Weneckiej, jak i w uzasadnieniach wyroków wydawanych przez Trybunał Konstytucyjny czy KRS już po przejęciu ich przez polityków. Innym była reinterpretacja uznanych doktryn, takich jak wspomniana już koncepcja vacatio legis.

Także powszechnie znana w Europie doktryna limitowania uprawnień władzy publicznej, znana pod hasłem „co nie jest władzy dozwolone, jest jej zakazane”, została przez obecnie rządzących odwrócona. Zgodnie z poglądem jednego z polityków PiS to, że Konstytucja nakazuje władzy działanie na podstawie prawa nie oznacza wcale, że nie wolno jej działać poza prawem (!).  Absurdalność tej wypowiedzi przebija jedynie twierdzenie, także sformułowane przez polityka rządzącej większości, że konstytucja musi być zgodna z ustawami, które ją doprecyzowują. Nieprawnikom zapewne trudno sobie wyobrazić jak horrendalne jest to stwierdzenie. To tak, jak gdyby proboszcz oczekiwał, że Katechizm Kościoła Katolickiego będzie zgodny z treścią jego kazania, a nie odwrotnie.

Trzecim wreszcie elementem, który łączy przejęcie politycznej kontroli nad TK, KRS i SN, jest drastyczne osłabienie autorytetu prawa, autorytetu sędziów i autorytetu sądów. Skoro bowiem premier może zlekceważyć wyrok TK, a KRS i Prezydent mogą zlekceważyć postanowienia zabezpieczające wydane przez SN i NSA, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy obywatel mógł zlekceważyć każdą decyzję sądu. Jeśli bowiem niezadowolenie z tej decyzji jest wystarczającym powodem, żeby ją ignorować, to prawo traci jakikolwiek sens. To właśnie osłabienie autorytetu prawa może okazać się najbardziej trwałą i najbardziej opłakaną w skutkach schedą po obecnej władzy.

Najsmutniejsze jest to, że prowadzona od trzech lat tzw. reforma polskiego sądownictwa, u której zarania stało przekonanie o konieczności likwidacji imposybilizmu prawnego do jeszcze gorszego imposybilizmu prowadzi. Naruszenie niezależności polskich instytucji sądowych doprowadziło do tzw. sprawy Celmera, w której Trybunał Sprawiedliwości w rzeczywistości nakazał sądom UE każdorazowe badanie, czy polskie sądy są na tyle niezależne, że można z zaufaniem wysłać do nich podsądnego. Taka decyzja oznacza drastyczne osłabienie skuteczności polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zamiast szybkiego osądzenia oskarżonych, musimy czekać, aż sprawa niezależności naszego sądownictwa zostanie w każdej konkretnej sprawie wykazana. Podobnie jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, który pomimo wielu zmian sądzi o połowę mniej spraw niż przed zmianami, a jednocześnie cieszy się o wiele mniejszym zaufaniem społeczeństwa. Zamiast więc obiecanej poprawy mamy spowolnienie, osłabienie skuteczności oraz obniżenie poziomu moralnego w polskich instytucjach sądowych – symbolem tej ostatniej jest usunięcie z SN sędziego Zabłockiego, obrońcy opozycjonistów z okresu PRL oraz powołanie do tegoż sądu wspomnianego już prokuratora Rocha. Zaiste, dobra zmiana. 

Imposybilizm prawny zatem, zamiast likwidacji, uległ dalszemu wzmocnieniu. Co więcej, coraz częściej zaczyna on przyczyniać się do imposybilizmu gospodarczego. Jest prawdą powszechnie znaną, że stabilne państwo prawa, oparte na niezależności sądownictwa, jest warunkiem dla dokonywania inwestycji zagranicznych w danym kraju. Wynika to z faktu, że każdy, kto inwestuje u nas swoje pieniądze, chce mieć pewność, że są one chronione prawem i że w razie sporu z państwem niezależny sąd zagwarantuje sprawiedliwy proces. Niestety, kontrolowane przez polityków sądy takiego procesu nie gwarantują, przez co poziom inwestycji zagranicznych spada – do poziomu najniższego w naszej ostatniej historii. Osłabienie państwa prawa jest zatem jednoznaczne z osłabieniem polskiej gospodarki.

Jeśli dodać do tego olbrzymi konflikt z Unią Europejską, spowodowany forsowaniem ustaw sądowych, to wynik remanentu polskiej praworządności nie jest, niestety, zadowalający. Mnóstwo kosztów, niewidoczne zyski, zamiast plusa duży minus. A więc manko, które w wymiarze gospodarczym było w PRL-u uznawane za przestępstwo. Miejmy nadzieję, że tak też w wymiarze politycznym i prawnym będzie traktowane teraz. Manko praworządności musi być bowiem wyrównane, a ci, którzy do niego doprowadzili, muszą być ukarani. Inaczej nigdy nie przywrócimy prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości.