Category Prawo

Precz z władzą, która nie szanuje zasad

Ciągle zastanawiam się, czy w Polsce ktoś jeszcze nie może spać, bo jest łamana Konstytucja. Może jednak ktoś zastanawia się, co by było, gdyby Kaczyński i spółka nie rozwalili państwa prawa? Poniżej staram się w tym pomóc.
 
Kiedy PiS w 2015 roku zaczął drastycznie i systemowo łamać Konstytucję, jako prawnicy ostrzegaliśmy, że demontaż systemu praworządności źle się skończy. W czasie jednego z przemówień pod Pałacem Prezydenckim mówiłem, że łamanie Konstytucji nie jest łamaniem abstrakcyjnej idei. Łamanie Konstytucji jest zawsze łamaniem człowieka – jego wolności, dobrobytu, zdrowia, a czasem życia. Wielu mówiło wtedy, że histeryzujemy.
 
Dlatego wielu z nas pozwoliło na to, aby PiS przejął nielegalnie kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Najpierw przez powołanie dublerów, potem przez nielegalne powołanie J. Przyłębskiej na prezesa TK, następnie przez odsunięcie od orzekania sędziego Biernata oraz trzech sędziów wybranych w roku 2010. Końcowym etapem destrukcji było powołanie do TK czynnych i kontrowersyjnych polityków – S. Piotrowicza i K. Pawłowicz, którzy w momencie powołania nie spełniali wymogów wiekowych.
 
Efektem tego wszystkiego jest trybunał-wydmuszka: osoba pełniąca funkcję Prezesa jest bliską znajomą Jarosława Kaczyńskiego, z którą jada obiady, w składzie Trybunału zasiada komunistyczny prokurator i inne osoby, które ze względu na swoje publiczne karygodne wypowiedzi nigdy nie powinny tam być.
 
Dlaczego o tym przypominam? Trybunał Konstytucyjny ma jedną funkcję: kiedy większość, która wygrała wybory, robi coś, co narusza prawa mniejszości, ta mniejszość może pójść do niezależnego Trybunału Konstytucyjnego i poprosić o ocenę, czy prawo uchwalane przez większość może obowiązywać. Sama demokracja nie załatwia sprawy i niczego nie gwarantuje – 51% kanibali mogłoby demokratycznie zdecydować, że zjedzą pozostałe 49%. Trybunały i sądy konstytucyjne wzmocniono po II Wojnie Światowej właśnie po to, żeby większość już nigdy nie złamała nienaruszalnych praw mniejszości. 
 
U nas do Trybunału mniejszość już nie chodzi – liczba spraw po przejęciu go przez PiS spadła o 80 procent. Mniejszość do Trybunału nie chodzi, bo po co, skoro jest on przedłużeniem władzy większości? Do Trybunału chodzi za to często właśnie ta większość, z prośbą o uprzejme potwierdzenie, że wolno im zrobić to, co chcą. Albo po to, żeby decyzją Trybunału rozmontować następną instytucję, która tej większości przeszkadza.
 
Piszę o tym dzisiaj, bo coraz większa grupa ludzi z różnych stron sceny politycznej zaczyna odczuwać bardzo konkretne efekty ataku na rzekomo abstrakcyjne zasady praworządności. Odczuwa to konserwatywny mężczyzna-rolnik, któremu nagle, bez chronienia jego interesów w toku zakaże się hodowli zwierząt, i liberalna kobieta, której za tydzień Niby-Trybunał wyda decyzję w sprawie aborcji (oczywiście na wniosek większości). Rozumie to przedsiębiorca, który ma problem z dochodzeniem odszkodowania za zamknięcie firmy. Nagle ludzie rozumieją, że władza, której nie kontroluje Konstytucja, może absolutnie wszystko.
 
Powinniśmy zrozumieć to wszyscy. Gdyby szanowano Konstytucję, nie byłoby propagandowej telewizji publicznej, która wykorzystuje 2 mld złotych w sytuacji, gdy lekarzom brakuje kombinezonów i maseczek – zmiana ustawy medialnej została uznana za niekonstytucyjną, ale przecież nikt się tym nie przejmuje. Gdybyśmy mieli normalny Trybunał Konstytucyjny, nie zmarnowano by 70 milionów na niekonstytucyjny pocztowy plebiscyt w maju, bo zaskarżono by do niego ustawę, którą w wariackim tempie uchwalano. Co więcej, pewnie nikt by jej nie próbował uchwalić, bo wiedziałby, że nigdy przez konstytucyjne sito nie przejdzie. Gdyby był Trybunał, nie byłoby latem wymuszonych, pandemicznych wyborów Prezydenta, bo ustawy, które je umożliwiły zostałyby wyrzucone do kosza przez niezależnych sędziów. A gdyby nie było tych niekonstytucyjnych wyborów, cały aparat państwa mógłby się skupić na przygotowaniu do skutecznego zwalczania pandemii. Ponieważ wybory były, rząd promował prezydenta, prezydent siebie, a ministrowie zastanawiali się, czy dotknie ich powyborcza rekonstrukcja rządu – nie było czasu myśleć o przygotowaniu się na drugie uderzenie wirusa.
 
W ten sposób zamach na abstrakcyjne zasady konstytycyjne skończył się bardzo konkretnym cierpieniem chorych ludzi, którzy nie mogą liczyć na swoje państwo, które – zamiast im pomagać – było zajęte czymś innym. W ten sposób zniszczenie systemu państwa dotyka nie tylko rolników, nie tylko kobiety, ale każdego z nas, bo każdy może zachorować.
 
Kiedyś Mao kazał zabić w Chinach wszystkie wróble, bo wyjadały ziarno. Kiedy ludzie to zrobili, okazało się, że naruszyli równowagę ekosystemu – brak wróbli spowodował plagę szarańczy, która zniszczyła uprawy i doprowadziła do wielkiego głodu. Trybunał Konstytucyjny może się wielu wydawać nie ważniejszy od wróbla. Ale jest elementem systemu, który bez niego upada i przygniata konkretnych ludzi.
 
Dlatego mówię zupełnie poważnie i niepolitycznie: precz z władzą, która nie szanuje Konstytucji! Nieważne, czy to lewica, czy prawica, czy dół, czy góra, czy środek. Precz z samowolą i poczuciem bezkarności! Następnym razem, kiedy będziecie wybierać sobie liderów, pamietajcie proszę, że przywódca, który ma uczciwe zamiary, nie boi się Konstytucji i kontroli Trybunału Konstytucyjnego. A taki, który się boi, nie zasługuje na powierzenie mu władzy i powinien być wyrzucony precz. Wybierajcie, kogo chcecie, ale niech, do cholery, szanuje zasady, które wspólnie ustaliliśmy.

Jeśli nie jesteś zwierzęciem futerkowym, masz legislacyjnego pecha

Problem z Morawieckim, który latem przekonywał Polaków, że wirus jest w odwrocie, polega nie tylko na tym, że wprowadzał wtedy ludzi w błąd. Wszystko wskazuje na to, że tak myślał i dlatego jako premier nie przygotował swojego rządu i Polski na drugą falę COVID. Zamiast tego rząd zajmował się wyborami, walką o stołki i wpadkowymi ustawami, jak np. ustawa futerkowa. O ryzyku zajmowania się problemami społecznymi w złej kolejności piszę w dzisiejszym felietonie w Magazynie Gazety Wyborczej.

Tworzenie prawa ma uznaną na świecie metodologię – nazywa się oceną skutków regulacji (OSR). Jej zadaniem jest wylanie wiadra zimnej wody na rozpalone głowy polityków, którzy właśnie uznali, że dany problem jest donioślejszy od innych, i dlatego trzeba wszystko rzucić. Jednym z elementów OSR jest racjonalne ustalenie, które problemy społeczne wymagają rozwiązania w pierwszej kolejności. To kluczowe z jednego powodu: czas parlamentarny nie jest z gumy. Parlament ma określoną liczbę posiedzeń, które trwają określoną liczbę godzin, i w danej kadencji może uchwalić określoną liczbę ustaw.

Dlatego potrzebna jest selekcja problemów, które zasługują na rozwiązanie legislacyjne w pierwszej kolejności. OSR dogłębnie analizuje problem oraz pokazuje, co się stanie, gdy się go nie rozwiąże. Premier na podstawie OSR może ocenić, które problemy są kluczowe, bo ich nierozwiązanie spowoduje najpoważniejsze negatywne skutki.

U nas jednak błyskawiczny, intuicyjny OSR przeprowadza siedzący na kanapie przed telewizorem lub komputerem Jarosław Kaczyński. Jego ogląd sytuacji decyduje, jakie problemy się rozwiązuje, a jakich nie. Jeśli jesteś kotem albo innym zwierzęciem futerkowym, masz szczęście. Ale jeżeli znajdujesz się poza empatycznym zasięgiem emocji Kaczyńskiego, to masz pecha. To legislacja współczucia. To polityka indywidualnego wglądu w to, co dobre i słuszne. Znane zresztą z historii. Kiedy Saparmurat Niyazov, dożywotni prezydent Turkmenistanu, rzucił w 1997 roku palenie, nakazał to samo wszystkim członkom gabinetu. A ponieważ akurat kochał konie, to zrobił dla nich wiele dobrego. Dodatkowo zakazał baletu, opery, a także noszenia brody oraz długich włosów przez mężczyzn. Nie wiem dlaczego. Może po prostu ich nie lubił.

Tak to wygląda. Kiedy Słońce Narodu nie ma akurat nikogo w szpitalu, trudniej o ustawy reformujące służbę zdrowia. Jeśli akurat nie ma dzieci, trudno o reformę dziecięcej opieki psychiatrycznej. Ale za to, jeśli coś kocha lub czegoś nienawidzi, ta miłość lub nienawiść stają się najlepszym powodem uchwalenia ustawy.

Więcej na ten temat pod linkiem:

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26382813,marcin-matczak-jako-prawnika-ustawa-futerkowa-niepokoi-mnie.html

 

Jak powinny zachować się uczciwe władze RP w czasie epidemii

Znajomy zasugerował mi, że warto może napisać post o tym, jak UCZCIWIE powinny zachować się władze RP w obecnej sytuacji konstytucyjnej. Ma rację – nawet jeśli wydaje się to jasne, nie jest oczywiste dla wszystkich.

1. Uczciwe władze RP powinny już dawno ogłosić najmniej inwazyjny ze stanów nadzwyczajnych, czyli stan klęski żywiołowej. Włosi stan nadzwyczajny z powodu koronawirusa ogłosili 31 stycznia, wiele państw zrobiło to niedługo potem. Nasza władza ciągle wmawia nam, że stanu wyjątkowego nie ma, choć kraj został właściwie zamknięty i nic normalnie nie funkcjonuje

2. Uczciwe władze RP powinny oprzeć się na art. 232 Konstytucji i ustawie o stanie klęski żywiołowej, zgodnie z którą taki stan ogłasza się, żeby przeciwdziałać skutkom katastrofy naturalnej (art. 2 ustawy), a katastrofą naturalną jest między innymi masowe występowanie choroby zakaźnej ludzi (art. 3 ustawy). Czyli dokładnie to, co teraz występuje.

3. Uczciwe władze RP powinny wskazać obywatelom, że zgodnie z art. 228 ust 7 Konstytucji, „W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu (…) nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu.” Ten konstytucyjny mechanizm został wpisany do Konstytucji RP 23 lata temu, aby zadziałać dokładnie w takich sytuacjach, jak nasza obecna. Nie jest jednak wciąż wykorzystywany.

4. Uczciwe władze RP powinny na podstawie art. 228 ust. 7 Konstytucji w związku z Jej art. 8 ust. 2 (bezpośrednie stosowanie konstytucji) odwołać wybory 10 maja, poczekać do końca epidemii (np. do czerwca), odliczyć 90 dni i zorganizować wybory w normalnych warunkach. Uczciwe władze RP nie wmawiają obywatelom, że odsunięcie wyborów grozi destabilizacją polityczną. Nie grozi, bo zgodnie z Konstytucją kadencja Prezydenta zostaje odpowiednio przedłużona.

5. Uczciwe władze RP nie powinny w czasie epidemii ani chwili poświęcać wyborom, bo jest to po prostu zbrodnia – wokół umierają ludzie i upada gospodarka. Czas pracy parlamentu i rządu nie jest z gumy. Każda chwila poświęcona a spotkania, analizy, negocjacje polityczne (np. Kaczyńskiego z Gowinem), każde ustalenia dotyczące wyborów (np. Morawieckiego z Sasinem) to czas, którego zabraknie, aby uratować czyjeś życie lub zdrowie, aby uratować dorobek czyjegoś życia, czyjeś miejsce pracy. W czasie epidemii nie ma czasu na nic innego niż zwalczanie epidemii! Poczta Polska powinna skupić się na przyspieszonym przekazywaniu przesyłek ważnych dla ratowania życia i zdrowia, a u nas musi przestać dostarczać zwykłe przesyłki, żeby podołać organizacji wyborów. Przecież to jest absurd. W idei stanu nadzwyczajnego klęski żywiołowej chodzi o jedno – spory polityczne mają zostać odsunięte na bok, a nie stać się centrum zainteresowania rządu, wszyscy, absolutnie wszyscy muszą zająć się ratowaniem ludzkiego życia i zdrowia, a nie zagwarantowaniem sobie kolejnych pięciu lat na państwowym garnuszku!

6. Uczciwe władze RP nie wmawiają ludziom, że nie można ogłosić stanu klęski żywiołowej, bo państwo musiałoby płacić odszkodowania firmom, które nie mogą z powodu takiego stanu funkcjonować. Przecież o to właśnie chodzi, że kiedy dla ochrony nas wszystkich poświęca się dobytek, dorobek i majątek niektórych, należy im się odszkodowanie. To najbardziej normalna zasada i uczciwe władze nie nadużywają prawa, żeby wykpić się z obowiązku pomocy szczególnie poszkodowanym. Władze, które tak działają, korzystają z cudzego nieszczęścia.

7. Uczciwe władze RP nie okłamują obywateli, że wprowadzenie stanu nadzwyczajnego klęski żywiołowej oznacza wojsko na ulicach i zamknięte media, niczym w stanie wojennym. Konstytucja jasno mówi w art. 228 ust. 5, że wszelkie działania władz w czasie stanu nadzwyczajnego muszą być PROPORCJONALNE, a więc adekwatne do zagrożenia. W stanie klęski żywiołowej wojsko nie jeździ po ulicach czołgami, tylko pomaga lekarzom albo osobom starszym. W czasie klęski żywiołowej władza nie zamyka mediów, tylko korzysta z ich pomocy, aby skuteczniej komunikować się ze społeczeństwem.

8. Uczciwe władze RP nie kłamią i nie wykorzystują narodowej tragedii do własnych, egoistycznych celów politycznych, bo to jest obrzydliwe. Po prostu.

Tak robią uczciwe władze. A jak robią nasze, każdy widzi.

Wojna metafor w sprawie list poparcia do neoKRS

Mamy walkę metafor w sprawie list poparcia do neoKRS. PiS przedstawia dwie fałszywe metafory:

(1) poparcie jest jak wrzucenie głosu do urny. Nie można go wycofać.

(2) Poparcie jest jak głosowanie w sprawie osobistej – zasadą jest tajność, żeby nie było nacisku.‬
 
‪Poparcie kandydata nie jest jak głosowanie w wyborach – jest ono warunkiem, aby można było na kogoś głosować. Zanim sejm głosuje nad ustawą, musi wiedzieć, że popiera ją 15 posłów. Musi więc wiedzieć, kto podpisał i czy był posłem. Bo poparcia  anonimowego nie można zweryfikować.‬
 
‪Poparcie kandydata do KRS nie jest jak  wrzucenie głosu do urny, ale raczej jest podobne do udzielenia komuś pełnomocnictwa. Pełnomocnictwo można cofnąć, gdy utraci się do kogoś zaufanie. A po cofnięciu dana osoba nie może dalej działać w tej roli, którą dawało jej pełnomocnictwo‬.
 
‪Gdy prof.Chojna-Duch najpierw uzyskała poparcie posłów PiS jako kandydatka do TK, a potem to poparcie wycofano, nikt nad nią nie głosował. Czy można by ją wybrać ważnie po wycofaniu poparcia? Nie. Wtedy można było wycofać poparcie, a w przypadku s. Nawackiego nie można było?‬
 
‪Poparcie sędziów w wyborach do KRS jest kluczowe, bo sędziowie delegują na członka KRS obronę swojej niezawisłości. Tak samo jak posłowie delegują na sędziego TK część władzy ustawodawczej (rolę negatywnego ustawodawcy). Utrata poparcia uniemożliwiało kandydowanie Nawackiego do KRS, tak jak uniemożliwiało kandydowanie Chojny-Duch do TK. ‬

Doniosłość niezawisłości

O niezawisłości mówi się w ostatnich latach dużo. Czymże ona jednak tak naprawdę jest? Uznaje się, że ma dwa wymiary: wewnętrzny i zewnętrzny. Wewnętrzna niezawisłość sędziego to jego zdolność do oparcia się naciskom, na przykład naciskom politycznym, ale nie tylko – także naciskom wielkiego biznesu, mediów, czy sądzonego właśnie celebryty i jego zagorzałych fanów. Zewnętrzna niezawisłośćto zorganizowanie w taki sposób pracy sędziego, aby przed naciskami nie miał okazji się bronić, używając do tego celu siły swej wewnętrznej niezawisłości.

Te dwa rodzaje niezawisłości tłumaczy dobrze metafora samolotowa. Niezawisłość wewnętrzna sędziego jest jak wewnętrzna zdolność kapitana samolotu, aby nie podporządkować się naciskom pasażerów. Nawet jeśli tymi pasażerami są ważni politycy, którzy koniecznie chcą zmienić trasę lotu samolotu, a to oznaczałoby przelot na niebezpiecznym terytorium. Oprócz jednak odporności pilota na naciski, zapewnia mu się takie warunki pracy, aby się tą odpornością jak najrzadziej wykazywać musiał. Zewnętrzny wymiar niezawisłości obrazuje zasada sterylności kokpitu – nikogo nie ma w nim być, nikt nie mapilotowi przeszkadzać pilotowi w staraniach, aby bezpiecznie wylądować. Podobnie, nikt nie ma sędziemu przeszkadzać w jego staraniach, aby wydać bezstronny wyrok.

Jak wyjaśnić doniosłość niezawisłości? Z pomocą przychodzi nam metafora lekarza. Wyobraźmy sobie, że w naszym kraju władzę zdobywa partia, która ma bardzo zdecydowane stanowisko w jakichś sprawach medycznych. Na przykład Partia Absolutnych Przeciwników Aborcji, Partia Ochrony Dzieci przed Złem Szczepionek, czy też partiazrzeszająca tzw. świadków Jehowy, którzy ze względów religijnych sprzeciwiają się transfuzji krwi. Wyobraźmy sobie następnie, że partia ta wymienia wszystkich lekarzy w polskich szpitalach – zwalnia bardziej doświadczonych, powołuje mniej doświadczonych, a jednocześnie jasno komunikuje, że oczekuje od lekarzy „postawy służebnej wobec państwa”. Dodatkowo, lekarze, którzy publicznie sprzeciwiają się poglądom medycznym bliskim partii rządzącej są publicznie krytykowani w mediach rządowych, a nawet zaczyna się wobec nich prowadzić postępowania dyscyplinarne. Oczywiście – jak głosi propaganda – wszystko to robi się, aby wśród lekarzy nie było świętych krów, a ci, którzy są uczciwi, mogą spać bezpiecznie.

 

Następnie wyobraźmy sobie, że przychodzimy do takiego zreformowanego szpitala z problemem medycznym. Przychodzi kobieta w ciąży, dla której donoszenie dziecka zagrożą jej życiu. Przychodzi ojciec z dwulatkiem, aby go zaszczepić. Po wypadku trafia tam dziewczyna, którapotrzebuje przetoczenia krwi. I lekarz radzi, aby ciąży nie usuwać, aby dziecka nie szczepić, i aby nie dokonywać transfuzji. Pytamy, czy jest co do tego absolutnie przekonany. Mówi, że robi to wyłącznie w oparciu o swoją wiedzę medyczną. Pytamy, czy nie mówi tak, bo jest naciskany przez rząd. Odpowiada, że on się czuje niezawisły i żeby go takim pytaniem nie obrażać.

 

Wiecie, co jest najgorsze w naruszeniu niezawisłości zewnętrznej? To, że nawet jeśli ten lekarz jest porządnym, odważnym człowiekiem, nawet  jeśli w tym konkretnym przypadku ma rację, nawet jeśli istnieją rzeczywiste medyczne powody dla jego decyzji, i tak mu nie uwierzycie. Przecież czasami nie wolno szczepić. Być może zdarza się tak, że transfuzja nie jest rekomendowana. Nie ma to znaczenia – i tak nie uwierzycie, bo w najważniejszej dla was sprawie nie macie pewności, czy ktoś nie uległ naciskom. I pójdziecie do innego lekarza.

Zniszczenie niezawisłości w jej wymiarze zewnętrznym niszczy sens zawodu lekarza i niszczy sens zawodu sędziego, bo niszczy zaufanie. Nawet jeśli w konkretnym wyroku sędzia orzeknie wyłącznie na podstawie swojego sumienia i praw, nie uwierzymy mu, jeśli publicznie się na niego naciska, a decyzja jest przypadkowo zgodna z tymi naciskami. Dlatego właśnie nie wolno naruszać niezawisłości ani w przypadku lekarza, ani w przypadku pilota, a przede wszystkim w przypadku sędziego. Bo nie ma „prywatnych” sędziów, do których można by pójść, aby skonsultować swój przypadek, tak jak można pójść do prywatnego lekarza, jeśli nie ufa się temu, którego wynagradza państwo. Dlatego prawo polskie, unijne i międzynarodowe mówi, że sąd zależny od kogoś nie spełnia podstawowego wymogu bycia sądem. Taki sąd nie może decydować o ludzkich sprawach, bo nikt mu nie uwierzy, że decyduje w oparciu o prawo.

Fragment mojego artykułu z dzisiejszego wydania Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej.

 

 

Czas się cofnąć

Jak wygląda krajobraz polskiej praworządności po wczorajszej uchwale SN? Podsumujmy fakty:

 
a) obecne polskie władze od pięciu lat twierdzą, że mandat demokratyczny, otrzymany przez nie w zwyczajnych wyborach, pozwala im dowolnie zmieniać polskie sądownictwo;
 
b) ponieważ nawet dla nich jest jasne, że wygranie zwykłych wyborów nie pozwala łamać Konstytucji, swoje urzędowanie nowe władze zaczynają od zamachu stanu – Sejm unieważnia wybór trzech legalnie wybranych sędziów TK, prezydent pomaga powołać ich dublerów, premier polskiego rządu odmawia opublikowania i podporządkowania się wyrokom Trybunału Konstytucyjnego; Prezydent ponownie łamie Konstytucji poprzez powołanie do kierowania TK osoby pełniącej funkcję prezesa; 
 
c) te działania oraz wynikające z nich kroki (m.in. odsunięcie wiceprezesa TK i trzech innych sędziów od orzekania, manipulowanie składami TK)pozwalają ubezwłasnowolnić Trybunał – staje się on narzędziem rozmontowania i blokowania innych instytucji konstytucyjnych (KRS i SN);
 
d) potem idzie już gładko, bo Konstytucja bez niezależnego TK jest jak prawo o ruchu drogowym bez policji – wolno wszystko. Władza przejmuje KRS, przeprowadza zamach na SN (częściowo udany dzięki oporowi obywateli) i w brutalny sposób dyscyplinuje sędziów niepoddających się nielegalnym działaniom;
 
e) pod płaszczykiem „reformy” władze dokonują drastycznej wymiany kadrowej w sądach, nieopartej na indywidualnej ocenie sędziów, ale na populistycznym zarzucie zbiorowej odpowiedzialności za bycie „komunistą”. Ten zarzut jest kierowany wobec grupy zawodowej sędziów, która średnio w 1989 roku miała kilkanaście lat.
 
f) w efekcie tej wymiany do KRS i do niektórych sądów trafiają ludzie, którzy są w dokładnie takim samym wieku jak usuwani z nich „komuniści”, mają jednocześnie niskie kompetencje merytoryczne i moralne, co daje swój wyraz m.in.  w bulwersującej aferze hejterskiej. Ideą zmiany w sądach jest więc hasło „Zmieniać dla samej zmiany – nawet na gorsze”.
 
g) sytuacja „zreformowanych” sądów drastycznie się pogarsza – liczba spraw w TK spada o 80 proc, obrazując spadek zaufania do tej instytucji. Sprawy w sądach trwają dłużej, nie krócej. Ogromna większość polskich sędziów, ściganych absurdalnymi zarzutami dyscyplinarnymi, np. za noszenie koszulki z napisem „Konstytucja”, czuje, że ich niezawisłość jest zagrożona.
 
h) sprawa polskiego sądownictwa przenosi się na poziom unijny – dla instytucji UE jest jasne, że działania polskiego rządu naruszają wspólne dla państw Unii, w tym dla Polski, wartości. Jest to także jasne dla polskich wydziałów prawa, rad adwokackich w Polsce i na świecie, dla Komisji Weneckiej, dla ONZ i szeregu innych krajowych i międzynarodowych instytucji;
 
i) polskie sprawy trafiają do najwyższego unijnego sądu – TSUE. On także nie ma wątpliwości, że działania polskich władz naruszają zasady praworządności. W ostatniej sprawie z listopada TSUE upoważnia polski Sąd Najwyższy do ostatecznej oceny, czy sędziowie powołani po zmianach wprowadzonych przez PiS mogą wydawać ważne wyroki;
 
j) polski Sąd Najwyższy dwukrotnie stwierdza, że nie mogą – najbardziej dobitnie we wczorajszej uchwale wydanej przez kilkudziesięciu sędziów. Oznacza to jasno, że zmiany wprowadzone przez PiS były wadliwe i muszą zostać cofnięte;
 
k) polskie władze atakują TSUE i Sąd Najwyższy, politycy ponownie przypisują sobie prawo do oceny, czy decyzje sądów są wiążące. Premier kieruje do ubezwłasnowolnionego TK bezpodstawny wniosek, który ma unieważnić uchwałę SN. W ten sposób podważa nie tylko decyzję SN, ale także decyzję TSUE. 
 
l) TK, do którego powołano osoby nienawidzące Unii Europejskiej, w tym panią Pawłowicz, nazywającą Unię „szmatą”, zapewne poprze Premiera. Będziemy mieli więc wojnę polskiej Konstytucji, interpretowanej przez panią Pawłowicz, z prawem Unii. Wojnę Polski z organizacją, do której przystąpiliśmy na mocy decyzji Suwerena, i który na taką wojnę nikomu nie dał zgody.
 
W imię jakich wartości to wszystko jest robione? Jakie korzyści z działań polskich władz mają obywatele? W sądach jest chaos, relacje Polski z UE są w najgorszym stanie od naszego do niej przystąpienia, istnieje poważne ryzyko, że czystka sądowa pozbawi nas funduszy unijnych. A co mamy w zamian? Poczucie, że zdekomunizowaliśmy sądy? Z prokuratorem Piotrowiczem w TK? Poczucie, że odpolityczniliśmy sądy? Z panią Pawłowicz w TK? Poczucie, że sędziowie polscy są lepsi moralnie i bardziej kulturalni? Z agresją panów Nawackiego i Radzika, wylewającą się z ekranu? Poczucie suwerenności? Tak, jeśli suwerenność rozumiemy jako prawo do samozniszczenia.
 
Czas sobie uświadomić, że od pięciu lat zmierzamy do katastrofy. Czas zrozumieć, że trzeba się cofnąć. Trzeba powołać na nowo KRS, trzeba załatwić sprawę sędziów przez nią powołanych, trzeba oczyścić tę stajnię Augiasza. Zamiast walczyć z uchwałą SN i decyzją TSUE, polskie władze powinny je wykorzystać dla naprawy tego, co zostało zepsute. Siłę polityczną naprawdę można pokazać w inny sposób niż poprzez krzyczenie, że ma się w nosie 60 sędziów SN. Decyzja o cofnięciu się pokazuje prawdziwą mądrość, która spotka się z większym szacunkiem obywateli niż krzyk.

Kilka komentarzy do dzisiejszego wyroku TSUE

Wyrok TSUE nie jest bezpośredni, ale kryterialny – daje polskim i europejskim sądom kryteria, wg których mają oceniać legalność neoKRS i status powołanych przez nią sędziów. To kryterium to ich niezależność od polityków w percepcji społecznej – np. brak reprezentowania sędziów

„Percepcja” została obśmiana przez polski rząd jako „wrażenie”, ale to poważne kryterium prawne, wynikające między innymi z orzecznictwa Trybunału w Strasburgu i dające się zmierzyć. Np. w żadnym kraju EU 90 proc. sędziów nie uznaje, że ich KRS ich nie reprezentuje.

Wyrok TSUE oznacza odroczoną śmierć neoKRS, Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Ta śmierć nastąpi nie w wyniku bezpośredniego działania TSUE, ale przez działanie sądów w PL i UE, które na podstawie wyroku TSUE będą pomijać decyzje sędziów powołanych przez neoKRS.

W wyniku wyroku TSUE sądy będą mieć prawo i obowiązek (1) przejąć kompetencje sądów, w których zasiadają sędziowie powołani przez neoKRS, (2) zlekceważyć ich wyroki. To oznacza, że bez zmiany neoKRS i każda jej decyzja o powołaniu sędziów nie będzie miała żadnego prawnego skutku.

Po wyroku TSUE każda decyzja neoKRS o powołaniu sędziów będzie zwiększać chaos prawny w Polsce. Każdy sąd wyższej instancji i każdy sąd zagraniczny będzie musiał ocenić, czy taki sędzia jest w ogóle sędzią i czy wyroki przez niego wydane są wyrokami.

Żaden obywatel nie będzie mógł polegać na wyroku wydanym przez sędziego powołanego przez neoKRS – taki wyrok, w sprawie nieruchomości czy opieki nad dzieckiem, będzie mógł zostać zakwestionowany przez inny sąd tylko z tego powodu, że osoba go wydająca nie była sędzią.

Dalsze kroki po wyroku TSUE: polski SN oceni legalność neoKRS i Izby Dyscyplinarnej w sprawie, w której zadał pytanie. Ta sprawa będzie precedensowa dla innych sądów w Polsce – na podstawie tego wyroku SN będzie mógł ocenić także legalność Izby Kontroli Nadzwyczajnej i SP.

Dyskusja o wieku kandydatów PiS do TK

Rozwija się nam z prędkością lawiny dyskusja, czy kandydaci PiS do TK spełniają warunki wiekowe niezbędne do ich powołania. Jedni twierdzą, że nie spełniają tych warunków, bo ustawa mówi o spełnianiu „wymagań niezbędnych do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego SN”. Jeśli ktoś ma więcej niż 65 lat (a wszyscy kandydaci mają), nie może „pełnić urzędu na stanowisku sędziego SN”, może być co najwyżej sędzią SN w stanie spoczynku, a taki nie pełni urzędu, bo nie może orzekać. Inni twierdzą, że chodzi wyłącznie o kwalifikacje merytoryczne, nie o wiek. Uważam, że pierwsze stanowisko jest poprawne, jednak chcę zwrócić uwagę na inną rzecz.

 
Już sama wątpliwość, czy Państwo Pawłowicz, Chojna-Duch i Piotrowicz spełniają warunki bycia kandydatami do TK jest zabójcza dla państwa prawa. A winę ponosi za to PiS. To jego posłowie rozpoczęli tragiczną w skutkach praktykę kwestionowania statusu nieodwoływalnych sędziów TK z powodu bzdurnych zarzutów proceduralnych. Najpierw zakwestionowali wybór całej piątki sędziów TK wybranych na jesieni 2015 z powodu domniemanego naruszenia procedury ich zgłoszenia. Później Zbigniew Ziobro zakwestionował powołanie trójki sędziów, dokonane w 2010 roku (tej trójki, która właśnie  odchodzi), przez złożenie wniosku do TK o uznanie ich powołania za niezgodne z konstytucją. Powód ponownie był absurdalny – głosowanie na jednej, a nie na trzech kartach.
 
Wiecie, do czego prowadzi ta praktyka? Do tego, że kiedy za cztery lata obecna opozycja wygra wybory, natychmiast zakwestionuje wybór proponowanej teraz przez PiS trójki z powodu tego, że nie spełniali wymogów wiekowych, gdy byli powoływani. Co więcej, w porównaniu z wcześniejszymi zarzutami PiS opozycja będzie mieć argumenty sto razy silniejsze. W ten sposób TK nigdy nie będzie już sądem stabilnym, a żaden sędzia nie będzie mógł czuć się bezpieczny. I nie bronię w tej sposób pani Pawłowicz czy pana Piotrowicza – przeciwnie, uważam, że są kandydatami, o których nikt nigdy nie powinien nawet pomyśleć. Chodzi mi o państwo i jego instytucje – najgorszym skutkiem niszczenia państwa prawa przez PiS jest uznanie wszystkiego w prawie za wględne i możliwe do zakwestionowania. Najgorszym skutkiem zamachu na państwo prawa jest uznanie, że kaprysem wodza można zdestabilizować każdą instytucję. Nie można pozwolić na to, żeby anomalia wprowadzona przez PiS stała się zwyczajem konstytucyjnym.
 
Dlatego apeluję do PiS – powołajcie do TK kandydatów, którzy nie budzą wątpliwości formalnych. Powołajcie ich lege artis, z zachowaniem wszelkich terminów. Po to, aby nikt nie miał pokusy kontynuowania waszej cynicznej politycznej gry, którą rozpoczęliście cztery lata temu. Pokażecie przez to, że dbacie o interes i stabilność instytucji, a nie względy osobiste. 
 
Wiem, że doradzam wam w sprawie umocnienia pozycji waszych kandydatów, a potem sędziów w TK. Ale tak powinno się robić, jeśli dla kogoś ważniejsza jest stabilność instytucji państwowych niż umieszczenie w najważniejszym polskim sądzie swoich bliskich znajomych.

Dlaczego idę w niedzielę na wybory


Kiedy cztery lata temu zaangażowałem się w życie publiczne, zrobiłem to z jednego powodu: nie mogę znieść ludzi, którzy bezczelnie łamią dane komuś słowo albo zasady, a jednocześnie czują się z tego powodu dumni. Ludzi, którzy przysięgają na Konstytucję, gdy obejmują urząd, a nazajutrz bezczelnie ją gwałcą, uznając to za dowód swojej skuteczności. 

Naprawdę, nie mam problemu z ludźmi, którzy robią w swoim życiu coś złego – kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ludzie przysięgają sobie miłość przed ołtarzem, a potem coś idzie nie tak i się rozstają. Trudno, takie jest życie. Ludzie robią prawo jazdy, a potem łamią przepisy na drodze. Zdarza się każdemu. Ale czy normalna jest sytuacja, w której ten, który łamie dane słowo albo narusza zasady, jest z tego dumny, chwali się tym na lewo i prawo, uważa się za bohatera, bo kogoś oszukał? Bo zakpił sobie z jakichś wartości?

Wszystkie polskie rządy łamały Konstytucję, tak jak większość z nas narusza jakieś przepisy, kiedy na przykład prowadzimy samochód. Ale żaden z dotychczasowych rządów nie szczycił się tym, że to robił. Żaden też nie uczynił z łamania zasad swojego programu. Normalny człowiek, którego zatrzyma policja po wykroczeniu drogowym, czuje jakiś drobny wstyd, tłumaczy się i zazwyczaj nie protestuje, kiedy policja nakłada na niego mandat. W niektórych wątpliwych sytuacjach odwoła się do sądu – ale nigdy nie przyjdzie mu do głowy, aby wyroku sądu nie respektować. 

Władza PiS wprowadziła do naszego życia coś straszliwego – pogardę dla prawa i zasad, bezczelność, która szczyci się tym, że prawo i zasady narusza, a także kompletny, ale to kompletny brak wstydu. Ta bezczelność i brak wstydu pozwala tej władzy nie tylko łamać zasady, ale agresywnie atakować wszystkich, którzy to naruszenie jej wytykają. Złamać dane słowo albo przepisy i okazać skruchę – to zachowanie, które można zrozumieć. Złamać przepisy, zaatakować policjanta, który wymierza mandat i rozwiązać sąd, który może za to skazać, a dodatkowo wyśmiać ludzi, którzy przeciwko temu wszystkiemu protestują – to moralne barbarzyństwo. 

Nie wiem, jak można głosować na ludzi, którzy przysięgają na Konstytucję, a dzień później z uśmiechem na twarzy ją łamią. Jak można zaufać ludziom, którzy co drugie słowo przywołują wartości najwyższe, aby pomiędzy jednym i drugim przywołaniem kolejny raz złamać podstawowe dla państwa zasady? Jak można wiązać swoją przyszłość z ludźmi, którzy jedną ręką potępiają komunizm, a drugą dają najwyższe stanowiska komunistycznemu prokuratorowi? Jak można? 

Nie oczekuję dla mojego kraju władzy idealnej, bo takiej nie ma. Oczekuję władzy normalnej – takiej, która, jak każdy, popełnia błędy, ale jest gotowa po ludzku ponieść tego konsekwencje. Jestem jednak pewien, że nie chcę dla mojego kraju władzy bezczelnej, która z chamstwa czyni cnotę, a bezprawie uznaje za nowy rodzaj sprawiedliwości. Dlatego idę w niedzielę na wybory. Wy też idźcie.

Nie dlatego, że jesteście „lewakami”, antypatriotami, zdrajcami narodu czy wrogami Kościoła. Nie czuję się ani „lewakiem”, cokolwiek to obraźliwe i mgliste słowo znaczy. Nie jestem także na pewno wrogiem Kościoła. Czuję się jednak zobowiązany chronić mój kraj przed ekstremalną hipokryzją, przed zalewem nienawiści i kłamstwa, przed faryzeuszowską pewnością siebie ludzi, którzy codziennie pouczają mnie, jak mam żyć, a sami zapomnieli, co znaczy wstyd. Czuję się zobowiązany ratować mój kraj przed władzą, która codziennie na ustach ma Boga i Kościół, a przez nienawiść do ludzi i zasad jest do głębi antychrześcijańska i antykatolicka. 

Dlatego zrobię wszystko, żeby ta władza nie niszczyła mojego państwa ani dnia dłużej, choćby tym wszystkim, co mogę zrobić, miało być oddanie tego jednego głosu, który mi przysługuje.

A jeżeli ta władza będzie nadal rządzić, od powyborczego poniedziałku będę jeszcze dokładniej patrzył jej na ręce – jak zresztą każdej innej, która zdecyduje się naruszyć najważniejsze dla Polaków zasady i śmiać się z tego powodu ludziom w twarz.

Afera Piebiaka i trzy problemy polskiego życia publicznego

Źle się dzieje w państwie polskim. Ujawniona przez Onet afera, ukazująca, jak partyjni nominaci organizują akcję nienawiści wobec polskich sędziów, sama w sobie jest przerażająca. Jest ona jednak symptomem głębszych problemów, które toczą polskie życie publiczne. W nawale faktów spróbujmy te głębsze problemy zidentyfikować.

Problem nienawiści

Co najmniej od czasu Machiavellego wiemy, że polityka nie jest uczciwą grą dżentelmenów, ale brutalną walką o przetrwanie. Nie o intelektualną jakość argumentów w niej chodzi, ale o skuteczność, a tę osiąga się zazwyczaj grając nieczysto i niemoralnie. Obecność nienawiści w polityce nie jest więc żadnym zaskoczeniem. Zaskoczeniem jest jej dominacja, której ostatnio doświadczamy.

Powodem rozpętania kampanii nienawiści wobec sędziów przeciwstawiających się zmianom w sądownictwie była chęć skutecznej realizacji tych zmian. Taki obraz wyłania się z opublikowanych rozmów pomiędzy osobami zaangażowanymi w ministerialny skandal. Miały one cel (tzw. reformę sądownictwa), postrzegały działania sędziów takich jak prof. Markiewicz jako przeszkodę na drodze jej realizacji, i użyły kampanii nienawiści jako środka do usunięcia tej przeszkody. Co ważne, uznały, że jest to środek całkowicie przez wielkość celu uświęcony.

W rozmowach pomiędzy Pebiakiem a Emilią, które opublikował Onet, nienawiść jest jednak nie tylko narzędziem ataku wobec przeciwnika politycznego, ale staje się narzędziem jego politycznej likwidacji. Kampania nienawiści wobec sędziów ma ich uciszyć, mają „zgasnąć” – ma ich w sensie politycznym nie być. W jednym ze zdań Piebiak pisze: „Pani Emilio, może tę aborcję [plotkę o aborcji] to jako ostateczne rozwiązanie zastosujemy”. Chciałoby się wierzyć, że chodzi tu o ostateczność, rozumianą jako rozwiązanie stosowane wtedy, kiedy inne nie dadzą rezultatu. Ale może być i tak, że chodzi o Endlösung, ostateczne rozwiązanie traktowane jako eliminację – nie fizyczną na szczęście, ale polityczną i społeczną.

Reforma sądownictwa mogłaby zostać przeprowadzona dlatego, że jest mądra i warta przeprowadzenia. To byłby luksus. Mogłaby być przeprowadzona dlatego, że ten, kto chce ją przeprowadzić ma większość, nawet, jeśli nie byłaby mądra. Wiele było takich reform, po każdej stronie sceny politycznej. Ale w myśleniu widocznym w aferze Piebiaka chodzi o coś więcej. Chodzi o to, aby przy okazji wprowadzonych zmian zlikwidować społecznie i politycznie ich przeciwnika. Sędziów („wszyscy won!), ale w przypadku innych zmian także nauczycieli („wyrzucić tę czerwoną lumpeninteligencję na pysk!”) czy lekarzy-rezydentów („niech jadą!). Dzięki usunięciu przeciwnika politycznego, a więc kogoś, kto może się skutecznie przeciwstawić działaniu władzy, władza ta może wszystko, a wprowadzone zmiany stają się nieusuwalne. W normalnej demokracji mogłaby je usunąć kolejna większość parlamentarna, ale społeczna destrukcja opozycji przy pomocy propagandowych kampanii nienawiści powoduje, że szansa na to staje się mrzonką

Nienawistne ataki ad personam, które w porozumieniu z Ministerstwem Sprawiedliwości prowadzili hejterzy, dlatego są tak moralnie naganne, ponieważ poniżają człowieka totalnie. Zbicie konkretnego argumentu nie wyklucza przedstawienia nowego argumentu. „Zbicie” czy „wygaszenie” człowieka wyklucza przedstawienie argumentu – wyklucza bowiem człowieka z publicznej dyskusji jako jej niegodnego. Po czterech latach rządów PiS problemem nie jest to, że władza nie argumentuje na rzecz wprowadzanych przez siebie zmian. Poszliśmy o wiele dalej – problemem jest likwidacja przestrzeni, w której taka argumentacja mogłaby się toczyć. Przestrzeń dla argumentacji, dla dyskusji, wymaga istnienia drugiej strony, rozmówcy, który w tej dyskusji może uczestniczyć. Nienawiść jako narzędzie polityki likwiduje tę przestrzeń, ponieważ usuwa tę osobę poza przestrzeń dyskusji. Niszczy ją, ucisza, odmawia prawa wzięcia udziału w rozmowie.

W ten sposób władzę sprawuje się nie dlatego, że ma się lepsze pomysły na realizację dobra wspólnego (siła argumentu). Nie dlatego, że ma się poparcie większości, a więc ma się prawo – oczywiście w granicach konstytucyjnych – do realizacji wartości, z którymi nie zgadza się mniejszość, nawet, jeśli są merytorycznie nieprzekonujące (argument siły). Władzę sprawuje się i utrzymuje, ponieważ nikt inny nie ma możliwości jej uzyskać, ponieważ wszyscy inni zostali wyciszeni i przez otwarcie okazywaną nienawiść usunięci poza przestrzeń debaty politycznej. Ekstremalnym przykładem dominacji nienawiści w polityce jest terror państwa totalitarnego. Totalność jako źródłosłów jego nazwy oznacza całość, wszystkość, a więc brak innego, drugiego, odmiennego.

Problem przeciętności

Widzowie tego przygnębiającego ministerialnego spektaklu, który pokazał Onet, zastanawiają się, skąd wzięli się na szczytach władzy ludzie, którzy są zdolni do takiej nikczemności wobec innych. Oburzenie jest tym większe, im większy jest rozziew pomiędzy deklarowanymi wartościami, wprowadzanymi do życia publicznego przez tak zwaną „dobra zmianę”, a plugawością zachowań jej reprezentantów. Na przykład tych, którzy porównują I Prezes Sądu Najwyższego do suki czy organizują akcję wysyłania Jej kartek ze słowem „Wyp…j!”. Skąd u tych, którzy mieli być jakoby nową, lepszą elitą, tak żenujący moralny poziom?

Jednym ze stwierdzonych w literaturze politologicznej zjawiskiem towarzyszącym upadaniu demokracji są tak zwane „przeciętne powołania” (mediocre appointments), a więc mianowanie na ważne publiczne stanowiska ludzi, którzy w normalnych warunkach funkcjonowania demokracji nie mieliby szans na tych stanowiskach się znaleźć. Archetypem takiego przeciętnego powołania jest przedwojenny Nikodem Dyzma. Bardziej współczesne przykłady obejmują sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy nie nadawali się do orzekania na drugim od dołu poziomie sądownictwa, a których polityczna wola katapultowała na sam szczyt hierarchii sędziowskiej. Przeciętnych powołań jest całe mnóstwo w neoKRS czy w nowych izbach Sądu Najwyższego, do których trafiają sędziowie z niewielkim stażem, błyskawicznie awansujący z sądu rejonowego, dodatkowo obarczeni wyrokami dyscyplinarnymi.

Cały pomysł PiS na reformę sądownictwa opiera się na karkołomnym założeniu, że trzeba usunąć z sądów sędziów najbardziej doświadczonych, będących naturalnymi liderami swojego środowiska (stąd obniżenie wieku emerytalnego sędziów SN)i, i zastąpić ich tymi, którzy znajdowali się dotąd na drugim końcu sędziowskiej hierarchii. Pomysł ten przypomina chęć reformowania szpitala przez usunięcie z niego najbardziej doświadczonych profesorów medycyny i zastąpienie ich lekarzami rodzinnymi, z niewielkim stażem. Nie jest on tylko po prostu niemądry, ale niesie ze sobą wiele dodatkowych konsekwencji dla życia publicznego.

Tradycyjny sposób awansu zawodowego w zawodach prawniczych ma wiele wad, ale jedną ważną zaletę. Mimo że zbyt skostniały może ograniczać konkurencję, a tym samym obniżać jakość zbiorowego prawniczego umysłu, pozwala on sprawdzić w boju przyszłych sędziów najwyższych instytucji sądowniczych. Przechodzenie poszczególnych poziomów awansu sędziowskiego, od sądu rejonowego po najwyższy, i pozostawanie na każdym z poziomów przez pewien czas, pozwala sędziemu nie tylko zdobyć wystarczające doświadczenie zawodowe, ale także dojrzeć w czysto ludzkim sensie tego słowa. Nie bez przyczyny mówi się, że najlepszym modelem sądownictwa jest ten, w którym pozycja sędziego to ukoronowanie kariery prawniczej. Tylko prawnik, który ma za sobą wiele lat doświadczeń, sprawdzony w różnych sytuacjach, ktoś, kto musiał wielokrotnie wykazać się zdolnością do pokojowego rozwiązywania konfliktów, znający dobrze siebie i życie, ma odpowiednie kwalifikacje do rozstrzygania ludzkich dramatów, które są chlebem powszednim w sądach.

W państwie PiS powołania do najwyższych instytucji prawniczych opierają się jednak na kryteriach innych niż doświadczenie. Ludzie tam trafiający nie są poddani długiemu procesowi selekcji, nie są obserwowani na każdym poziomie swojej kariery. Takich przykładów wśród bohaterów afery Piebiaka jest wiele – długie pozostawanie na dole hierarchii sądowej, wielokrotne odmowy awansów, wreszcie błyskawiczny awans z dołu na szczyt.

Brak doświadczenia oznacza brak umiejętności merytorycznych i miękkich umiejętności interpersonalnych. Ten pierwszy brak powoduje tendencję do agresji w kontaktach z przeciwnikiem, który umiejętności merytoryczne posiada. Skoro bowiem nie jest się w stanie pokonać kogoś argumentem, używa się często kija. Brak umiejętności interpersonalnych powoduje z kolei nieumiejętność rozwiązywania konfliktów, a więc znowu skłania do agresji. Całości dopełnia wynikające z wcześniejszego braku awansu poczucie poniżenia i związana z nim chęć odwetu za wszelką cenę, bez cienia racjonalności. Tak nowy lider środowiska prawniczego staje się doskonałym materiałem na hejtera. Trudno od kogoś takiego oczekiwać, że będzie wzorcem moralności.

Często mówi się, że współczesne demokracje zamieniają się w państwa mafijne. Państwo mafijne musi stosować przemoc, bo tak jak organizacja mafijna nie może w żaden inny sposób uzasadnić swojego istnienia – nie ma przecież żadnego tytułu moralnego. Mafia różni się od państwa mafijnego tym jednak, że nie stawia na swoim czele ludzi przeciętnych, małych. Vito Corleone był niewątpliwie człowiekiem złym, ale nie był człowiekiem małym. Państwo mafijne może być gorsze od mafii, ponieważ stawia na swoim czele ludzi jednocześnie złych moralnie i przeciętnych, małych. Od czasów Hanny Arendt i jej tezy o banalności zła wiemy, jak groźni są tacy ludzie, kiedy mogą wreszcie wyładować swoją frustrację.

Problem bezkarności

Trzecim problemem, który od jakiegoś czasu trawi polskie życie publiczne, jest problem bezkarności. Także i on jest widoczny w aferze Piebiaka, która oprócz aspektu czysto moralnego ma także poważny wymiar prawny. A prawo i kara to pojęcia symbiotycznie powiązane – jeśli łamiesz prawo, powinieneś zostać ukarany. Gorzej, jeśli prawo łamie ten, który za skuteczność karania odpowiada.

Świadomość tego problemu miał już Juwenalis, kiedy dwa tysiące lat temu pytał o to, kto pilnuje strażników. Kiedy o przestępstwo podejrzany jest zwykły obywatel, ściga go prokurator. Kiedy jednak podejrzenie przestępstwa pada na urząd kierowany przez prokuratora generalnego, sprawy się komplikują. Niestety, w sprawie Piebiaka, pracownika Ministerstwa Sprawiedliwości, kierowanego przez Prokuratora Generalnego, Zbigniewa Ziobrę, pytanie Juwenalisa wybrzmiewa szczególnie mocno.

Jak wskazał portal Dogmaty Karnisty, ludzie zaangażowani w zorganizowany hejt przeciw sędziom mogli popełnić co najmniej sześć przestępstw: przekroczenie uprawnień, działanie w grupie mającej na celu przestępstwo, podżeganie do zniesławienia i do uporczywego nękania, udostępnienie danych osobowych i udostępnienie informacji poufnych. To poważne zarzuty i w państwie prawa powinny zostać one dokładnie przeanalizowane przez niezależny podmiot. Problem w tym, że takiego prawdopodobnie w Polsce już nie ma.

Od czterech lat PiS niszczy kluczowe dla państwa prawa mechanizmy checks and balances, a więc bezpieczniki konstytucyjne, mające chronić społeczeństwo przez samowolą władzy. Takimi bezpiecznikiem są przede wszystkim niezależna prokuratura i niezależne sądy. Pierwsza na pewno w Polsce nie istnieje, a niezależność sądów jest z każdym dniem ograniczana. Brak niezależności prokuratury jest szczególnie widoczny w tzw. selektywnym stosowaniu prawa, a więc uznaniowym decydowaniu, które przestępstwa ścigać, a których nie. Prokuratura działa w Polsce zgodnie z powiedzeniem Oscara Benevidesa, byłego prezydenta Peru: „moim przyjaciołom wszystko, moim wrogom prawo”. Jeśli ściganie przestępstwa jest nie na rękę partii rządzącej, nie ściga się go. Tak jest na przykład w przypadku podejrzenia oszustwa, kierowanych pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy jednak podejrzenie pada na wroga władzy, sprawiedliwość wymierza się szybko i surowo.

Obecna polska władza ma poczucie bezkarności, które jest widoczne w przekonaniu, że w pełni kontroluje prokuraturę i że może lekceważyć wyroki sądów. Tak robiła z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego, tak ostatnio zrobiła z wyrokiem sądu administracyjnego, nakazującym ujawnienie podpisów pod listami poparcia dla kandydatów do neoKRS. Poczucie pełnej kontroli nad wymiarem sprawiedliwości wyraził w rozmowie z panią Emilią sam Piebiak, mówiąc: „za czynienie dobra nie wsadzamy”. To zdanie jest podsumowaniem zmian w polskim sądownictwie – obecnie „wsadza” nie sąd, ale Ministerstwo Sprawiedliwości, i to ono decyduje nie tylko o tym, kto czyni dobro, a kto zło, ale nawet o tym, co jest złe, a co dobre.

Co zrobić z problemem bezkarności? Jej poczucie wynika między innymi z poparcia społecznego dla partii rządzącej. Jeśli spadnie poparcie, zmniejszy się także przekonanie o bezkarności. Dlatego konieczne jest informowanie opinii publicznej o szczegółach afery ministerialnej. Nawet jeśli trzecia władza jest w Polsce poważnie osłabiona, może ją zastąpić władza czwarta, czyli media. Sprawa Piebiaka nie może ucichnąć, bo będzie to dowód na bezkarność. Jeśli nie uda się powołać komisji śledczej w parlamencie, a ze względu na większość posiadaną tam przez PiS jest to mało prawdopodobne, powinna powstać społeczna komisja śledcza w tej sprawie. Komisja ta powinna publicznie przesłuchać panią Emilię oraz sędziów, wobec których prowadzono kampanię nienawiści. Powinna także zaprosić do złożenia wyjaśnień Łukasza Piebiaka oraz inne osoby zamieszane w skandal, w tym członków neoKRS i Izby Dyscyplinarnej SN. Prawdopodobnie się nie stawią, ale pokaże to Polakom, kto ma w tej sprawie coś do ukrycia. Bezkarność prawna nie musi oznaczać bezkarności politycznej – ujawnienie szczegółów ministerialnego skandalu przy wykorzystaniu mediów może być surową polityczną karą.

Afera Piebiaka jest lustrem, w którym odbijają się poważne problemy polskiego życia publicznego: dominacja nienawiści jako narzędzia niszczenia przeciwnika politycznego, plaga przeciętności, z której wywodzi się banalność zła i poczucie bezkarności, która powoduje, że puszczają kolejne hamulce. Wyjaśnienie Piebiak-gate pomoże choć w części te trzy problemy rozwiązać.

Artykuł w zmienionej wersji ukazał się wcześniej w Tygodniku Powszechnym.