Category Prawo

Afera Piebiaka i trzy problemy polskiego życia publicznego

Źle się dzieje w państwie polskim. Ujawniona przez Onet afera, ukazująca, jak partyjni nominaci organizują akcję nienawiści wobec polskich sędziów, sama w sobie jest przerażająca. Jest ona jednak symptomem głębszych problemów, które toczą polskie życie publiczne. W nawale faktów spróbujmy te głębsze problemy zidentyfikować.

Problem nienawiści

Co najmniej od czasu Machiavellego wiemy, że polityka nie jest uczciwą grą dżentelmenów, ale brutalną walką o przetrwanie. Nie o intelektualną jakość argumentów w niej chodzi, ale o skuteczność, a tę osiąga się zazwyczaj grając nieczysto i niemoralnie. Obecność nienawiści w polityce nie jest więc żadnym zaskoczeniem. Zaskoczeniem jest jej dominacja, której ostatnio doświadczamy.

Powodem rozpętania kampanii nienawiści wobec sędziów przeciwstawiających się zmianom w sądownictwie była chęć skutecznej realizacji tych zmian. Taki obraz wyłania się z opublikowanych rozmów pomiędzy osobami zaangażowanymi w ministerialny skandal. Miały one cel (tzw. reformę sądownictwa), postrzegały działania sędziów takich jak prof. Markiewicz jako przeszkodę na drodze jej realizacji, i użyły kampanii nienawiści jako środka do usunięcia tej przeszkody. Co ważne, uznały, że jest to środek całkowicie przez wielkość celu uświęcony.

W rozmowach pomiędzy Pebiakiem a Emilią, które opublikował Onet, nienawiść jest jednak nie tylko narzędziem ataku wobec przeciwnika politycznego, ale staje się narzędziem jego politycznej likwidacji. Kampania nienawiści wobec sędziów ma ich uciszyć, mają „zgasnąć” – ma ich w sensie politycznym nie być. W jednym ze zdań Piebiak pisze: „Pani Emilio, może tę aborcję [plotkę o aborcji] to jako ostateczne rozwiązanie zastosujemy”. Chciałoby się wierzyć, że chodzi tu o ostateczność, rozumianą jako rozwiązanie stosowane wtedy, kiedy inne nie dadzą rezultatu. Ale może być i tak, że chodzi o Endlösung, ostateczne rozwiązanie traktowane jako eliminację – nie fizyczną na szczęście, ale polityczną i społeczną.

Reforma sądownictwa mogłaby zostać przeprowadzona dlatego, że jest mądra i warta przeprowadzenia. To byłby luksus. Mogłaby być przeprowadzona dlatego, że ten, kto chce ją przeprowadzić ma większość, nawet, jeśli nie byłaby mądra. Wiele było takich reform, po każdej stronie sceny politycznej. Ale w myśleniu widocznym w aferze Piebiaka chodzi o coś więcej. Chodzi o to, aby przy okazji wprowadzonych zmian zlikwidować społecznie i politycznie ich przeciwnika. Sędziów („wszyscy won!), ale w przypadku innych zmian także nauczycieli („wyrzucić tę czerwoną lumpeninteligencję na pysk!”) czy lekarzy-rezydentów („niech jadą!). Dzięki usunięciu przeciwnika politycznego, a więc kogoś, kto może się skutecznie przeciwstawić działaniu władzy, władza ta może wszystko, a wprowadzone zmiany stają się nieusuwalne. W normalnej demokracji mogłaby je usunąć kolejna większość parlamentarna, ale społeczna destrukcja opozycji przy pomocy propagandowych kampanii nienawiści powoduje, że szansa na to staje się mrzonką

Nienawistne ataki ad personam, które w porozumieniu z Ministerstwem Sprawiedliwości prowadzili hejterzy, dlatego są tak moralnie naganne, ponieważ poniżają człowieka totalnie. Zbicie konkretnego argumentu nie wyklucza przedstawienia nowego argumentu. „Zbicie” czy „wygaszenie” człowieka wyklucza przedstawienie argumentu – wyklucza bowiem człowieka z publicznej dyskusji jako jej niegodnego. Po czterech latach rządów PiS problemem nie jest to, że władza nie argumentuje na rzecz wprowadzanych przez siebie zmian. Poszliśmy o wiele dalej – problemem jest likwidacja przestrzeni, w której taka argumentacja mogłaby się toczyć. Przestrzeń dla argumentacji, dla dyskusji, wymaga istnienia drugiej strony, rozmówcy, który w tej dyskusji może uczestniczyć. Nienawiść jako narzędzie polityki likwiduje tę przestrzeń, ponieważ usuwa tę osobę poza przestrzeń dyskusji. Niszczy ją, ucisza, odmawia prawa wzięcia udziału w rozmowie.

W ten sposób władzę sprawuje się nie dlatego, że ma się lepsze pomysły na realizację dobra wspólnego (siła argumentu). Nie dlatego, że ma się poparcie większości, a więc ma się prawo – oczywiście w granicach konstytucyjnych – do realizacji wartości, z którymi nie zgadza się mniejszość, nawet, jeśli są merytorycznie nieprzekonujące (argument siły). Władzę sprawuje się i utrzymuje, ponieważ nikt inny nie ma możliwości jej uzyskać, ponieważ wszyscy inni zostali wyciszeni i przez otwarcie okazywaną nienawiść usunięci poza przestrzeń debaty politycznej. Ekstremalnym przykładem dominacji nienawiści w polityce jest terror państwa totalitarnego. Totalność jako źródłosłów jego nazwy oznacza całość, wszystkość, a więc brak innego, drugiego, odmiennego.

Problem przeciętności

Widzowie tego przygnębiającego ministerialnego spektaklu, który pokazał Onet, zastanawiają się, skąd wzięli się na szczytach władzy ludzie, którzy są zdolni do takiej nikczemności wobec innych. Oburzenie jest tym większe, im większy jest rozziew pomiędzy deklarowanymi wartościami, wprowadzanymi do życia publicznego przez tak zwaną „dobra zmianę”, a plugawością zachowań jej reprezentantów. Na przykład tych, którzy porównują I Prezes Sądu Najwyższego do suki czy organizują akcję wysyłania Jej kartek ze słowem „Wyp…j!”. Skąd u tych, którzy mieli być jakoby nową, lepszą elitą, tak żenujący moralny poziom?

Jednym ze stwierdzonych w literaturze politologicznej zjawiskiem towarzyszącym upadaniu demokracji są tak zwane „przeciętne powołania” (mediocre appointments), a więc mianowanie na ważne publiczne stanowiska ludzi, którzy w normalnych warunkach funkcjonowania demokracji nie mieliby szans na tych stanowiskach się znaleźć. Archetypem takiego przeciętnego powołania jest przedwojenny Nikodem Dyzma. Bardziej współczesne przykłady obejmują sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy nie nadawali się do orzekania na drugim od dołu poziomie sądownictwa, a których polityczna wola katapultowała na sam szczyt hierarchii sędziowskiej. Przeciętnych powołań jest całe mnóstwo w neoKRS czy w nowych izbach Sądu Najwyższego, do których trafiają sędziowie z niewielkim stażem, błyskawicznie awansujący z sądu rejonowego, dodatkowo obarczeni wyrokami dyscyplinarnymi.

Cały pomysł PiS na reformę sądownictwa opiera się na karkołomnym założeniu, że trzeba usunąć z sądów sędziów najbardziej doświadczonych, będących naturalnymi liderami swojego środowiska (stąd obniżenie wieku emerytalnego sędziów SN)i, i zastąpić ich tymi, którzy znajdowali się dotąd na drugim końcu sędziowskiej hierarchii. Pomysł ten przypomina chęć reformowania szpitala przez usunięcie z niego najbardziej doświadczonych profesorów medycyny i zastąpienie ich lekarzami rodzinnymi, z niewielkim stażem. Nie jest on tylko po prostu niemądry, ale niesie ze sobą wiele dodatkowych konsekwencji dla życia publicznego.

Tradycyjny sposób awansu zawodowego w zawodach prawniczych ma wiele wad, ale jedną ważną zaletę. Mimo że zbyt skostniały może ograniczać konkurencję, a tym samym obniżać jakość zbiorowego prawniczego umysłu, pozwala on sprawdzić w boju przyszłych sędziów najwyższych instytucji sądowniczych. Przechodzenie poszczególnych poziomów awansu sędziowskiego, od sądu rejonowego po najwyższy, i pozostawanie na każdym z poziomów przez pewien czas, pozwala sędziemu nie tylko zdobyć wystarczające doświadczenie zawodowe, ale także dojrzeć w czysto ludzkim sensie tego słowa. Nie bez przyczyny mówi się, że najlepszym modelem sądownictwa jest ten, w którym pozycja sędziego to ukoronowanie kariery prawniczej. Tylko prawnik, który ma za sobą wiele lat doświadczeń, sprawdzony w różnych sytuacjach, ktoś, kto musiał wielokrotnie wykazać się zdolnością do pokojowego rozwiązywania konfliktów, znający dobrze siebie i życie, ma odpowiednie kwalifikacje do rozstrzygania ludzkich dramatów, które są chlebem powszednim w sądach.

W państwie PiS powołania do najwyższych instytucji prawniczych opierają się jednak na kryteriach innych niż doświadczenie. Ludzie tam trafiający nie są poddani długiemu procesowi selekcji, nie są obserwowani na każdym poziomie swojej kariery. Takich przykładów wśród bohaterów afery Piebiaka jest wiele – długie pozostawanie na dole hierarchii sądowej, wielokrotne odmowy awansów, wreszcie błyskawiczny awans z dołu na szczyt.

Brak doświadczenia oznacza brak umiejętności merytorycznych i miękkich umiejętności interpersonalnych. Ten pierwszy brak powoduje tendencję do agresji w kontaktach z przeciwnikiem, który umiejętności merytoryczne posiada. Skoro bowiem nie jest się w stanie pokonać kogoś argumentem, używa się często kija. Brak umiejętności interpersonalnych powoduje z kolei nieumiejętność rozwiązywania konfliktów, a więc znowu skłania do agresji. Całości dopełnia wynikające z wcześniejszego braku awansu poczucie poniżenia i związana z nim chęć odwetu za wszelką cenę, bez cienia racjonalności. Tak nowy lider środowiska prawniczego staje się doskonałym materiałem na hejtera. Trudno od kogoś takiego oczekiwać, że będzie wzorcem moralności.

Często mówi się, że współczesne demokracje zamieniają się w państwa mafijne. Państwo mafijne musi stosować przemoc, bo tak jak organizacja mafijna nie może w żaden inny sposób uzasadnić swojego istnienia – nie ma przecież żadnego tytułu moralnego. Mafia różni się od państwa mafijnego tym jednak, że nie stawia na swoim czele ludzi przeciętnych, małych. Vito Corleone był niewątpliwie człowiekiem złym, ale nie był człowiekiem małym. Państwo mafijne może być gorsze od mafii, ponieważ stawia na swoim czele ludzi jednocześnie złych moralnie i przeciętnych, małych. Od czasów Hanny Arendt i jej tezy o banalności zła wiemy, jak groźni są tacy ludzie, kiedy mogą wreszcie wyładować swoją frustrację.

Problem bezkarności

Trzecim problemem, który od jakiegoś czasu trawi polskie życie publiczne, jest problem bezkarności. Także i on jest widoczny w aferze Piebiaka, która oprócz aspektu czysto moralnego ma także poważny wymiar prawny. A prawo i kara to pojęcia symbiotycznie powiązane – jeśli łamiesz prawo, powinieneś zostać ukarany. Gorzej, jeśli prawo łamie ten, który za skuteczność karania odpowiada.

Świadomość tego problemu miał już Juwenalis, kiedy dwa tysiące lat temu pytał o to, kto pilnuje strażników. Kiedy o przestępstwo podejrzany jest zwykły obywatel, ściga go prokurator. Kiedy jednak podejrzenie przestępstwa pada na urząd kierowany przez prokuratora generalnego, sprawy się komplikują. Niestety, w sprawie Piebiaka, pracownika Ministerstwa Sprawiedliwości, kierowanego przez Prokuratora Generalnego, Zbigniewa Ziobrę, pytanie Juwenalisa wybrzmiewa szczególnie mocno.

Jak wskazał portal Dogmaty Karnisty, ludzie zaangażowani w zorganizowany hejt przeciw sędziom mogli popełnić co najmniej sześć przestępstw: przekroczenie uprawnień, działanie w grupie mającej na celu przestępstwo, podżeganie do zniesławienia i do uporczywego nękania, udostępnienie danych osobowych i udostępnienie informacji poufnych. To poważne zarzuty i w państwie prawa powinny zostać one dokładnie przeanalizowane przez niezależny podmiot. Problem w tym, że takiego prawdopodobnie w Polsce już nie ma.

Od czterech lat PiS niszczy kluczowe dla państwa prawa mechanizmy checks and balances, a więc bezpieczniki konstytucyjne, mające chronić społeczeństwo przez samowolą władzy. Takimi bezpiecznikiem są przede wszystkim niezależna prokuratura i niezależne sądy. Pierwsza na pewno w Polsce nie istnieje, a niezależność sądów jest z każdym dniem ograniczana. Brak niezależności prokuratury jest szczególnie widoczny w tzw. selektywnym stosowaniu prawa, a więc uznaniowym decydowaniu, które przestępstwa ścigać, a których nie. Prokuratura działa w Polsce zgodnie z powiedzeniem Oscara Benevidesa, byłego prezydenta Peru: „moim przyjaciołom wszystko, moim wrogom prawo”. Jeśli ściganie przestępstwa jest nie na rękę partii rządzącej, nie ściga się go. Tak jest na przykład w przypadku podejrzenia oszustwa, kierowanych pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy jednak podejrzenie pada na wroga władzy, sprawiedliwość wymierza się szybko i surowo.

Obecna polska władza ma poczucie bezkarności, które jest widoczne w przekonaniu, że w pełni kontroluje prokuraturę i że może lekceważyć wyroki sądów. Tak robiła z wyrokami Trybunału Konstytucyjnego, tak ostatnio zrobiła z wyrokiem sądu administracyjnego, nakazującym ujawnienie podpisów pod listami poparcia dla kandydatów do neoKRS. Poczucie pełnej kontroli nad wymiarem sprawiedliwości wyraził w rozmowie z panią Emilią sam Piebiak, mówiąc: „za czynienie dobra nie wsadzamy”. To zdanie jest podsumowaniem zmian w polskim sądownictwie – obecnie „wsadza” nie sąd, ale Ministerstwo Sprawiedliwości, i to ono decyduje nie tylko o tym, kto czyni dobro, a kto zło, ale nawet o tym, co jest złe, a co dobre.

Co zrobić z problemem bezkarności? Jej poczucie wynika między innymi z poparcia społecznego dla partii rządzącej. Jeśli spadnie poparcie, zmniejszy się także przekonanie o bezkarności. Dlatego konieczne jest informowanie opinii publicznej o szczegółach afery ministerialnej. Nawet jeśli trzecia władza jest w Polsce poważnie osłabiona, może ją zastąpić władza czwarta, czyli media. Sprawa Piebiaka nie może ucichnąć, bo będzie to dowód na bezkarność. Jeśli nie uda się powołać komisji śledczej w parlamencie, a ze względu na większość posiadaną tam przez PiS jest to mało prawdopodobne, powinna powstać społeczna komisja śledcza w tej sprawie. Komisja ta powinna publicznie przesłuchać panią Emilię oraz sędziów, wobec których prowadzono kampanię nienawiści. Powinna także zaprosić do złożenia wyjaśnień Łukasza Piebiaka oraz inne osoby zamieszane w skandal, w tym członków neoKRS i Izby Dyscyplinarnej SN. Prawdopodobnie się nie stawią, ale pokaże to Polakom, kto ma w tej sprawie coś do ukrycia. Bezkarność prawna nie musi oznaczać bezkarności politycznej – ujawnienie szczegółów ministerialnego skandalu przy wykorzystaniu mediów może być surową polityczną karą.

Afera Piebiaka jest lustrem, w którym odbijają się poważne problemy polskiego życia publicznego: dominacja nienawiści jako narzędzia niszczenia przeciwnika politycznego, plaga przeciętności, z której wywodzi się banalność zła i poczucie bezkarności, która powoduje, że puszczają kolejne hamulce. Wyjaśnienie Piebiak-gate pomoże choć w części te trzy problemy rozwiązać.

Artykuł w zmienionej wersji ukazał się wcześniej w Tygodniku Powszechnym.

Teksańska masakra piłą legislacyjną

Wyobraź sobie, że jesteś przywódcą grupy ludzi i chcesz, aby ci ludzie w jakiś sposób się zachowali. Masz generalnie dwa wyjścia. Pierwsze – wydajesz im po prostu rozkaz. Mówisz na przykład, że mają wstać z krzeseł, stanąć na jednej nodze, podnieść do góry ręce i pomachać nimi nad głową. Efekt może być różny – niektórzy zrobią to bez wahania, ale inni, z wrodzonej nieufności, zastanowią się, dlaczego niby mieliby wykonywać tak dziwaczne ruchy i czy nie chcesz ich ośmieszyć. Ich wahanie spowoduje, że twój rozkaz nie będzie do końca skuteczny. Ale masz drugie wyjście: możesz ich zapytać, czy wiedzą, że długie siedzenie bez ruchu powoduje problemy z krążeniem, a następnie poprosić o wskazanie możliwych rozwiązań tego problemu. Ktoś powie, że dobrym rozwiązaniem jest gimnastyka. Wtedy proponujesz, żeby wstali, stanęli na jednej nodze, podnieśli do góry ręce i pomachali nimi nad głową. Efekt będzie zapewne lepszy niż poprzednim razem.

Powyższy przykład obrazuje dwa podejścia do tworzenia prawa. Pierwsze traktuje prawo jako rozkaz władzy, którego nikomu nie trzeba tłumaczyć – ma być po prostu wykonany. Nie dyskutuje się ani potrzeby jego wydania, ani jego treści. To podejście było w historii prawa najbardziej popularne, a jego szczególne natężenie przypadło na przełom wieku XIX i XX. Wykonywanie obowiązków na zasadach bezmyślnej tresury doprowadziło ostatecznie do procesów norymberskich. Dopiero wtedy bowiem uświadomiliśmy sobie, że ślepe posłuszeństwo prawu nie musi być zaletą, a tłumaczenie swojego postępowania frazą „ja tylko wykonywałem rozkazy”, nie może nikogo usprawiedliwić.

Drugie podejście, oparte na konsultowaniu tworzonego prawa z tymi, którzy mają je wykonywać (urzędnikami, sędziami) oraz z tymi, którzy mają mu podlegać (obywatelami), rozwinęło się po II Wojnie Światowej. Jego stosowanie wynika z przekonania, że prawo przedyskutowane z jego adresatami ma lepszą jakość i lepszą skuteczność. Lepsza jakość wynika z prostego faktu, że nikt, nawet najmądrzejszy władca, nie wie wszystkiego. Szerokie konsultacje pozwalają przezwyciężyć tzw. ograniczoną racjonalność przywódcy, ponieważ naświetlają z wielu perspektyw problem, który on lub ona mogą postrzegać jedynie z wąskiej, bo własnej perspektywy.

Lepsza skuteczność konsultowanego prawa jest efektem jego zrozumienia przez adresatów. Nie jest już ono oparte jedynie na argumencie siły, ale stoi za nim siła argumentu. Lepsza skuteczność jest także efektem jego uwspólnienia – chętniej przestrzega się norm, w których ustanowieniu brało się udział. Stąd wzrastająca w ostatnich latach popularność takich technik regulowania życia publicznego, jak samoregulacja, a więc stanowienie norm przez ich adresatów, bez udziału prawodawcy. Zaskakująco często takie regulacje są bardziej skuteczne niż narzucone z zewnątrz.

Zrozumienie, że prawo skonsultowane jest prawem lepszym, zaowocowało wprowadzeniem na poziomie międzynarodowym i krajowym licznych obowiązków konsultowania aktów prawnych przed ich uchwaleniem. W Polsce obowiązek taki wynika między innymi z naszego członkostwa w OECD, konsultacje są także szeroko promowane przez Unię Europejską. Z tego powodu polski rząd ma obowiązek konsultować projekty aktów prawnych, a więc przyjmować uwagi organizacji społecznych, przedsiębiorców i wszystkich zainteresowanych planowaną legislacją. Ma także obowiązek odnieść się do zgłaszanych uwag, uzasadniając zarówno ich przyjęcie, jak i odrzucenie. Wszystko po to, aby o regulowanej rzeczywistości więcej wiedzieć i aby bardziej włączyć społeczeństwo obywatelskie w proces ustanawiania dla niego norm.

Tyle teoria. W praktyce poziom konsultacji społecznych był w Polsce zawsze niski. Konsultacje traktowano jako przykry, formalny obowiązek. Do anegdot przeszły historie wysyłania do konsultacji potężnego projektu ustawy w piątek o 16.00 z terminem na zgłaszanie uwag ustalony na poniedziałek, na godzinę 9.00, albo prezentowanie nowej wersji projektu ustawy w kilka godzin po przedstawieniu przez zainteresowanych kilku tysięcy stron komentarzy. Nigdy jednak w historii naszej młodej demokracji rozmyślnie i systemowo nie zwalczano debaty nad uchwalanym prawem i nie karano za to, że ktoś w tej debacie odważył się wziąć udział. A tak jest niestety obecnie.

Sposób tworzenia prawa w Polsce wraca do wzorców znanych z końca XIX wieku – zamienia się w wydanie rozkazu, zakończone srogim „Wykonać!”. Kluczowe dla ustroju państwa projekty ustaw nie tylko nie są konsultowane przed ich przedstawieniem parlamentowi, ale nie są także dyskutowane w samym parlamencie. Brak konsultacji wynika często z faktu, że dla wprowadzania ważnych zmian w prawie używa się tzw. trybu poselskiego, a nie trybu rządowego, w którym sposób konsultowania ustaw jest jasno rozpisany, precyzyjne są także wymogi dotyczące przygotowania tzw. oceny skutków regulacji, która tłumaczy zainteresowanym cele i efekty nowego prawa. Brak konsultacji wynika z decyzji politycznej rządzącej partii, która woli uchwalać szybko, a nie dobrze.

Z tego powodu debata parlamentarna została sprowadzona do swojej parodii, ponieważ jej uczestnicy mają często kilkadziesiąt sekund na przedstawienie swojej tezy. Przypomina mi to wysłuchanie publiczne w sprawie pewnego projektu ustawy, które odbyło się kilkanaście lat temu w Sali Kongresowej Pałacu Kultury w Warszawie, ponieważ udziałem w nim było zainteresowanych ponad tysiąc osób, które nie pomieściłyby się w budynku Sejmu. Każdy z uczestników otrzymał całe 1,5 minuty na wypowiedź, a mi zapadło w pamięć wystąpienie pewnego pana, który swój czas wykorzystał na oświadczenie, że zawsze marzył o wystąpieniu na deskach Sali Kongresowej, po czym opuścił scenę.

Dlaczego systemowo zwalcza się debatę nad prawem? Jest kilka powodów. Po pierwsze, nasza obecna władza lubi udawać teksańskiego szeryfa, który z ludźmi gada mało, bardzo lubi za to ustawiać ich do pionu. Ponieważ, jak się często podkreśla, Polska jest Teksasem Europy, takie działanie spotyka się z poklaskiem części społeczeństwa. Jest w tym poklasku podziw dla zdecydowania w ruchach, swady, pokazu siły i męskości – wszystkie te cechy podziwiają osoby z symptomami osobowości autorytarnej. Trzeba jednak pamiętać, że, jak pisałem w jednym z ostatnich komentarzy dla Tygodnika, szybkie stanowienie prawa jest jak szybka jazda samochodem: budzi podziw głupich i niedoświadczonych, ale przerażenie mądrych i znających życie. Może się podobać tym, którzy sami czują się niepewnie, ale prowadzi bardzo często do opłakanych skutków.

Po drugie, szybkie stanowienie prawa, bez pytania nikogo o zdanie, jest wyrazem paternalizmu, który także jest bliski obecnej polskiej władzy. Skoro konsultowanie aktu prawnego ma być lekarstwem na to, że przywódca nie wie wszystkiego, to pytanie o opinię innych może się wydawać słabością – przyznaniem, że nie pozjadało się wszystkich rozumów. Taki poziom pokory może być nieosiągalny dla kogoś, kto widzi siebie w roli zbawcy narodu i budowniczego nowego wspaniałego świata. Dorobiliśmy się w efekcie przywódców, którzy uważają, że nie muszą się z nikim konsultować, bo przecież to oni wiedzą najlepiej, co jest dla nas dobre. Takie podejście prowadzi do modelu jednolitej władzy państwowej, znanej z systemów totalitarnych i do opłakanych konsekwencji w postaci prawa żenującej jakości, którego ludzie nie chcą przestrzegać, ponieważ go nie rozumieją, a tym samym traktują jako ciało obce w tkance społeczeństwa. Takie prawo podlega szybkiej inflacji i jest nieskuteczne.

Systemowe eliminowanie debaty nad stanowieniem wspólnych dla Polaków norm przeszło ostatnio w kolejną, ostrzejszą fazę. W czasie prac nad zmianą kodeksu karnego nie tylko w zupełnie nieuzasadnionym pośpiechu naruszono wszelkie możliwe procedury i nie tylko pominięto konsultacje społeczne. Wprowadzono nową jakość – osobom, które mimo to zdecydowały się wyrazić swoje zdanie na temat projektowanych zmian zagrożono sądem. Mowa tu oczywiście o absurdalnej groźbie Ministerstwa Sprawiedliwości, dotyczącej złożenia pozwu przeciw profesorom UJ, którzy przedstawili krytyczną opinię na temat projektu zmian kodeksu karnego.

Dlaczego tak się stało? Ponieważ w świecie władzy, która ma ciągoty autorytarne, każdy, kto myśli inaczej, jest zagrożeniem. Chęć przedyskutowania danego rozwiązania jest traktowana jako zamach na nieomylność tego, kto to rozwiązanie zaproponował. Dlatego spotyka się z odporem i agresją władzy, a także formułowanym przez niektórych współobywateli zarzutem krytykanctwa słusznej linii partii, znanym z czasów minionych. Sytuacja, w której Ministerstwo atakuje profesorów prawa za opinię, przypomina mi inną sytuację, będącą dogłębną ilustracją psychologii naszej obecnej władzy. W czasie jednej z rozmów telewizyjnych pomiędzy Krystyną Pawłowicz a sędzią Waldemarem Żurkiem ta pierwsza krzyknęła w stronę swojego rozmówcy: „Cicho!”. Odnoszę wrażenie, że preambuła każdej ustawy uchwalanej przez obecną władzę powinna brzmieć: „Cicho!” – macie milczeć, kiedy my w swojej mądrości uchwalamy prawo, a potem je pokornie wykonać.

Uchwalanie zmian kodeksu karnego z pogwałceniem procedur i przy wtórze uciszania krytyków jest przestępstwem przeciwko rozumowi. Kodeksy są najważniejszymi po konstytucji aktami prawnymi, dlatego ich zmiana powinna być szczególnie ostrożna. Odzwierciadlają to zasady zmiany kodeksów, nakazujące dłuższy namysł nad ich nowelizacją niż nad nowelizacją innych ustaw. Złamanie tych procedur było spowodowane potrzebą polityczną – w zmianach kodeksu karnego nie chodziło przecież o to, aby były mądre, ale aby dokonać ich szybko. W ten sposób można było pokazać społeczeństwu, że szeryf nie stracił impetu i walczy z przestępczością. Problem w tym, że jeszcze nigdy żadna zmiana ustawy sama w sobie przestępczości nie zwalczyła – nowe prawo musi być jeszcze wprowadzone przez kogoś w życie i odpowiednio zastosowane. Zmiana prawa bez namysłu, aby je tylko zmienić i zorganizować imponującą konferencję prasową, to legislacja gestów – zmiana tekstu ustawy jest łatwa, realne zwalczanie przestępczości jest dużo trudniejsze.

Ktoś może zapytać, czy mamy posunąć się do absurdu i kodeks karny konsultować z jego adresatami, czyli przestępcami. Nie musimy tego robić, choć nikt nie widzi problemu w konsultowaniu zabezpieczeń komputerowych z hakerami. Chodzi o dyskusję z tymi, którzy to prawo mają stosować i wiedzą, jak działa ono w praktyce. Takie konsultacje mogłyby być może doprowadzić władzę do wniosku, że samo podniesienie kar za przestępstwa pedofilskie nie zwalczy pedofilii. Mimo że surowość kar ładnie wygląda w telewizji, specjaliści wiedzą, że to poczucie nieuchronności kary odstrasza przestępców, a nie jej wysokość. Wiedzą także, że przyczyny popełniania przestępstw, w szczególności przestępstw pedofilskich, są bardzo złożone, i że to, jaka kara grozi aktualnie za dane przestępstwo, nie jest kluczowym elementem kalkulacji pedofila, który chce zaatakować dziecko. W zwalczaniu tego rodzaju przestępczości kluczowe są środki zaradcze, w postaci sprawnego systemu sygnalizacji wczesnych symptomów zachowań pedofilskich, przejrzystej procedury ich zgłaszania i sankcji za tuszowanie. Ich wypracowanie wymaga dyskusji z pedagogami, psychologami i wieloma innymi specjalistami. A taką dyskusję, jak powiedziano, obecna władza systemowo eliminuje z przestrzeni społecznej. W efekcie w teksańskim stylu zaostrza kary i liczy na to, że każdy pedofil przed atakiem skonsultuje nowy kodeks karny i mimo świadomości, że jego zachowanie najprawdopodobniej nie zostanie wykryte, a jego przełożeni mają tendencję do tuszowania, powstrzyma się od krzywdzenia dzieci, ponieważ potencjalna kara wzrosła.

Tytuł tego tekstu jest parafrazą tytułu znanego horroru. Nie bez przyczyny. To, co dzieje się z polską legislacją, to istny horror. Prawo, zwłaszcza prawo karne jest narzędziem ekstremalnie niebezpiecznym, zwłaszcza jeśli ktoś posługuje się nim bezmyślnie i w pośpiechu. Od czasu zniesienia kary śmierci już na szczęście nie pozbawia ono ludzi życia, ale może pozbawić majątku, rodziny czy wolności – jak ostatnio słyszeliśmy, na zawsze. W teorii legislacji sytuację bezmyślnych i błyskawicznych zmian prawa przedstawia się poprzez obraz małpy z brzytwą. W Polsce grasuje obecnie małpa z włączoną piłą łańcuchową – jej działania nie tylko nie przynoszą pożytku, ale mogą spowodować ogromne i nieodwracalne szkody. Miejmy nadzieję, że w tej sprawie przyjdzie rychłe opamiętanie.

Zmieniona wersja tekstu ukazała się wcześniej w Tygodniku Powszechnym.

Polska PiS: naród, socjalizm i brak państwa prawa

Zgodnie z tzw. prawem Godwina, osoba, która w dyskusji porówna przeciwnika do Hitlera albo nazistów, tę dyskusję przegrywa. Nie zamierzam porównywać Kaczyńskiego do Hitlera, a PiS do nazistów, bo oczywiście nie chcę tej dyskusji przegrać. Chcę tylko ocenić wizję państwa, którą Kaczyński przedstawił na konwencji w Lublinie i pokazać, że wiedzie ona nas w przepaść.

Doświadczenia Republiki Weimarskiej i niemieckiego totalitaryzmu nauczyły nas jednego – są takie wizje państwa i społeczeństwa, które dają ludziom w miarę normalne życie, i są takie, które dają ludziom nie dającą się zmierzyć rozpacz. Nie będzie nigdy w historii świata drugiego Hitlera, tak jak nie było Hitlera przed Hitlerem. Będą tylko wizje państwa mądre i głupie, takie, które mają dużą szansę powodzenia i takie, które tej szansy nie mają. Jeżeli jesteśmy stworzeniami racjonalnymi, powinniśmy się z historii nauczyć niepowtarzania wizji państwa, które się skompromitowały. Jarosław Kaczyński się niestety nie nauczył.

Na ostatniej konwencji w Lublinie przedstawił bowiem wizję państwa, która została wielokrotnie skompromitowana jako niezdolna do dostarczenia ludziom szczęścia i dobrobytu, o którym przywódca PiS tak wiele mówi. Ta wizja państwa jest oparta na czterech filarach: narodzie, państwie dobrobytu, jednolitości światopoglądowej i wyższości woli politycznej nad prawem. Jak pokazuje przeszłość ludzkości, kombinacja tych elementów produkuje mieszankę wybuchową nad którą jej twórcy nie potrafią w pewnym momencie zapanować. Omówmy jej składniki po kolei.

Kaczyński mówi: naszym celem jest państwo narodowe, bo nie ma demokracji poza państwem narodowym. To jest twierdzenie, które prowokuje dwa pytania. Pierwsze z nich, to pytanie o to, jak PiS rozumie naród. Czy tak, jak wskazuje nasza obecna Konstytucja, a więc jako „wszystkich obywateli Rzeczypospolitej”, także tych, którzy nie są Polakami z krwi? Czy też bardziej biologicznie? Długo już trwający flirt PiS ze skrajną prawicą i wygodna dla wszelkiej maści nacjonalistów polityka ich „rozumienia” mogą skłaniać do drugiej odpowiedzi. A więc Polska dla Polaków, ksenofobiczna, zamknięta na innych. Słaba Polska sanacyjna, nie wielka I Rzeczpospolita, od morza do morza, czerpiąca z bogactwa swojej różnorodności narodowej i silna tolerancją.

Drugie pytanie: dlaczego Kaczyński mówi, że demokracja nie jest możliwa poza państwem narodowym? To wyraźny atak na Unię Europejską, bo to Unię antyliberałowie w stylu Orbana i Salviniego oskarżają się o niedemokratyczność ze względu na jej ponadpaństwowość, a więc niezdolność do czerpania legitymacji z woli konkretnego narodu. Kaczyński nie wierzy w Unię Europejską i gdyby nie ogromne poparcie Polaków dla naszego w niej członkostwa chętnie by nas z niej wyprowadził. Nie mogąc tego zrobić, PiS systematycznie niszczy pozycję Polski w UE, co jest strategią samobójcy. Tymczasem Unia jest sojuszem, który zapewnił najdłuższy w jej historii pokój. Antyunijność to antypolskość – to chęć izolowania Polski i chęć zniszczenia europejskiego pokoju.

Drugi element wizji państwa PiS to „państwo dobrobytu”. Umieszczam tę nazwę w cudzysłowie, ponieważ nie o wizję rzeczywistego welfare state tu chodzi. Prawdziwe państwo dobrobytu jest w rzeczywistości produktem myśli liberalnej, nie socjalistycznej, i jest powiązane nierozerwalnie z pełną racjonalnością gospodarczą i praworządnością. Wizja Kaczyńskiego natomiast to wizja nieracjonalnego rozdawnictwa, opartego na wizji ekonomicznej, zgodnie z którą pieniądze biorą się z bankomatu.

Prawdziwe państwo dobrobytu musi przede wszystkim umieć dobrze liczyć, a Polska już od dawna nie liczy, łudząc się, że koniunktura gospodarcza będzie trwać wiecznie. Nie będzie, a rozdawnictwo dramatycznie podniesie poziom oczekiwań, który, w przypadku kryzysu ekonomicznego, spowoduje wielką narodową frustrację. Nie oskarżam PiS-u o hitleryzm – oskarżam o to, że przygotowuje grunt pod wielki narodowy gniew, podobny do tego, który trawił Republikę Weimarską, gdy przyszedł światowy kryzys lat trzydziestych, kiedy ludzka frustracja wyniosła nazistów do władzy. Ponieważ znamy historię, wiemy, co się później zdarzyło.

Oprócz wizji biologicznego i odizolowanego od Europy narodu, wizji nieracjonalnego rozdawnictwa bez liczenia jego skutków, w państwie Kaczyńskiego ma panować jednolitość poglądów, gwarantowana ciężką ręką Kościoła katolickiego. Skoro poza Kościołem panuje nihilizm, to oznacza przecież, że poza Kościołem nie ma żadnego porządku wartości, który wart byłby realizowania. Jak zachowa się silne państwo, kiedy jakiś pisarz, reżyser czy twórca poprosi o finansowanie aktywności promującej inny niż katolicki porządek wartości? Czy państwo Kaczyńskiego będzie promować nihilizm? Toż byłaby to czysta niegospodarność, po cóż bowiem promować coś, co nie ma żadnej wartości.

Twierdzenie o nihilizmie poza Kościołem jest zapowiedzią kontynuacji finansowej cenzury, którą PiS od czterech lat uprawia i właśnie zapowiedział, że będzie uprawiał dalej. Cenzura ta polega na finansowaniu tylko takich mediów i tylko takiej twórczości, która jest zgodna z wiodącą wizją światopoglądową, a odbywa się na przykład przez kanalizowanie wydatków reklamowych spółek Skarbu Państwa w odpowiednim, akceptowanym przez władzę kierunku. Co gorsza – może skutkować podobnym finansowaniem badań naukowych. Taka cenzura powoduje zabijanie różnorodności, a brak różnorodności powoduje degenerację. Nie bez przyczyny największe dokonania naukowe ludzkości, w tym odkrycia Newtona, nastąpiły po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, która była także ostatecznym upadkiem jednolitego światopoglądu Kościoła katolickiego. To wolność twórcza i różnorodność poglądów była mechanizmem, który zaledwie trzysta lat później pozwolił ludziom zwalczyć choroby zakaźne i stanąć na Księżycu. Okazało się, że poza Kościołem może także być dobro, a nie tylko nihilizm. Tej tezie Kaczyński w Lublinie zaprzeczył.

Wreszcie czwarty filar: wola polityczna ponad państwem prawa. Kaczyński oskarżył polskie sądy i trybunały o zamach stanu, o to, że zamiast demokracji mamy „trybunalską” wizję państwa, gdzie sądy mogą absolutnie wszystko, a politycy nic. To pogląd, który nie przestaje mnie zadziwiać. W czasie jednego z programów w TVP Info zapytałem Bronisława Wildsteina, czy zna jakikolwiek kraj, w którym sędziowie wprowadzili totalitaryzm, bo ja znam wiele takich, w których totalitaryzm wprowadzili politycy. Wildstein odpowiedział, że krajem, w którym totalitaryzm wprowadzili sędziowie, są Stany Zjednoczone. Pomyślałem wtedy: daj nam, Boże, taki totalitaryzm!

Jak pisał John H. Ely, wszystkie instytucje państwa prawa, takie jak podział władz, istnienie sądu konstytucyjnego i kontrola prawa nad polityką są po to, aby już nigdy nie powtórzył się Holocaust. To mocne i emocjonalne stwierdzenie jest bardzo racjonalne. Holocaust z punktu widzenia teorii demokracji to sytuacja, w której większość, swoją polityczną wolą wyizolowała i zabiła mniejszość. Holocaust zdarzył się, bo dla politycznej woli większości zabrakło jakichkolwiek hamulców. Takim hamulcem są silne, niezależne od polityków instytucje państwa prawa chroniące prawa mniejszości przed atakiem większości. Takimi instytucjami w Polsce są Trybunał Konstytucyjny, sądy i Rzecznik Praw Obywatelskich. Wszystkie te instytucje PiS albo faktycznie zlikwidował, albo drastycznie osłabił. Jednocześnie osłabiając je, wszedł w wielki konflikt z Unią Europejską, w którym Polska ponosi ogromne szkody, a benefitów nie widać (widać za to kompletną degrengoladę moralną odnowionej sędziowskiej elity).

Chciałbym, aby Jarosław Kaczyński, kreujący swoją wizję państwa, zadał sobie jedno pytanie: jak będzie wyglądać Polska w momencie, w którym spadnie na nią poważny ekonomiczny kryzys, co, jak się zdaje, jest bardzo prawdopodobne w kolejnych latach. Ta Polska będzie państwem izolowanym w Europie i społeczeństwem z ogromnymi, rozbudzonymi oczekiwaniami finansowymi. Będzie państwem właściwie wychodzącym z Unii Europejskiej, ponieważ dalsze niszczenie państwa prawa spowoduje zmniejszenie płynących do Polski europejskich funduszy i poparcie dla Unii istotnie spadnie. Jeśli w takie państwo uderzy ekonomiczny kataklizm, wywoła on ogromną frustrację i gniew społeczny, który zawsze kończy się szukaniem kozła ofiarnego (którego zresztą Kaczyński zapewne chętnie wskaże). Co więcej, ten gniew zrealizuje się w kraju, który nie będzie miał już żadnych bezpieczników, chroniących mniejszość przez agresją większości.

Nie zamierzam porównywać Kaczyńskiego do Hitlera, a PiS do nazistów. Znam prawo Godwina. Ale oskarżam wizję państwa, którą Kaczyński zaproponował, o rzecz najgorszą: o bezdenną głupotę. Cała ludzka historia pokazuje, że izolowany, oparty na chowie wsobnym biologiczny naród, który żyje ponad stan i niszczy swoje ekonomiczne sojusze, który zabija różnorodność i który osłabia instytucje zapewniające pokojowe współistnienie większości i mniejszości, jest skazany na porażkę, bo jest skazany na konflikt. Co zrobi PiS, kiedy ten konflikt wybuchnie? Na kogo wtedy zwali winę?

Tekst ukazał się wcześniej w Gazecie Wyborczej.

Polska Watergate

17 czerwca 1972 roku, w Waszyngtonie, grupa pięciu mężczyzn została przyłapana na nielegalnych działaniach, mających na celu zdyskredytowanie politycznych przeciwników prawicowego rządu. Jak stwierdził później Mark Felt, jeden z bohaterów tej historii, nie byli to zbyt bystrzy faceci. Prawie dokładnie po dwóch latach od tego momentu, Prezydent Nixon został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska, ze względu na swoje związki z kampanią oczerniania opozycji i kłamstwa, których dopuścił się w czasie jej wyjaśniania. Afera Watergate, bo o niej mowa, na zawsze odmieniła Amerykę, pokazując, że ludzie powołani do przestrzegania najwyższych standardów mogą bardzo nisko upaść.

Ujawnione w ostatnim tygodniu działania wiceministra Piebiaka oraz kilku innych osób, mające na celu zdyskredytowanie krytyków rządu PiS, noszą pewne podobieństwo do Watergate, matki wszystkich afer. Oto grupa ludzi pracujących dla prawicowego rządu wykorzystuje w nielegalny sposób informacje mające poniżyć jego przeciwników. Prawicowy rząd twierdzi, że nie ma żadnej wiedzy o tych działaniach, i odcina się od nich. W tym tłumaczeniu nic jednak nie trzyma się kupy, w tle sprawy jest finansowanie tych działań z pieniędzy rządowych, a powiązania przyłapanej grupy sięgają na sam szczyt państwowej administracji. Czy afera Piebiaka to polska Watergate?

Analogie są potrzebne, jeśli mogą być pouczające. Ta, jak się zdaje, jest. Watergate pokazała, że rząd mający usta pełne sloganów o wartościach, może być podły. Że ci, których naród powołał do wierności prawu, mogą je bezczelnie łamać, aby zrealizować swój polityczny interes. Pokazała także, że jedynym antidotum na niemoralność władzy jest niezależny system publicznych bezpieczników w postaci niezależnego sądownictwa i niezależnych mediów. Warto prześledzić te analogie, aby wyciągnąć z nich lekcje dla Polski.

Pierwsza analogia to łamanie prawa przez strażników prawa. Działania grupy partyjnych nominatów do Ministerstwa Sprawiedliwości, KRS i Sądu Najwyższego wobec sędziów krytykujących zmiany w sądownictwie nie są po prostu elementem wszechobecnego współcześnie hejtu, i nie powinno się ich rozpatrywać wyłącznie w kategoriach moralnych. Te działania noszą znamiona poważnych naruszeń prawa, np. ujawnienia danych osobowych prześladowanych sędziów osobom trzecim, przestępstwa zagrożonego karą nawet trzyletniego więzienia. Zachęcanie do uporczywego nękania (do stalkingu) i podżeganie do zniesławiania to także przestępstwa, podobnie jak przekroczenie uprawnień oraz współdziałanie w zorganizowanej grupie mającej na celu przestępstwo. Portal Dogmaty Karnisty wskazuje sześć potencjalnych przestępstw, których mogli się dopuścić bohaterowie Piebiak-gate, co pokazuje, że sprawa w sensie prawnym jest bardziej niż poważna.

Powraca więc starożytne pytanie Juwenalisa – jeśli strażnicy prawa je naruszają, kto ma pilnować samych strażników? O ile tzw. system checks and balances, a więc system konstytucyjnych zabezpieczeń przed samowolą prawną władzy, opierający się na niezależnej prokuraturze, sądach i mediach działał w latach 70. w USA całkiem dobrze, o tyle w Polsce w przypadku prokuratury nie działa wcale, a w przypadku sądów jest poważnie osłabiony. Na szczęście, choć trzecia władza została wprowadzona przez PiS w głęboki kryzys, wciąż można mówić o niezależności władzy czwartej, a więc wolnych mediów, które w omawianej sprawie już wykonały ogromną pracę. Pytanie tylko jak długo – w szufladach rządu PiS czai się już przecież projekt „repolonizacji” mediów, który mimo tej fantazyjnej i patriotycznej nazwy jest zwykłym planem zamknięcia dziennikarzom ust.

Jeśli jednak mamy wyciągnąć wnioski z Watergate dla naszej sytuacji, to trzeba pamiętać, że kluczową rolę w jej ujawnieniu odegrał ostatecznie Sąd Najwyższy USA, który swoim wyrokiem nakazał administracji Nixona ujawnienie opinii publicznej kluczowych dla afery informacji. Tu nasza analogia sygnalizuje nam pierwszy problem. W ostatnich czterech latach rząd PiS pokazał wielokrotnie, że wyroki sądów mało go obchodzą. Mało go obchodziły wyroki Trybunału Konstytucyjnego, mało go obchodzi niedawny wyrok sądu administracyjnego, nakazujący, nomen omen, ujawnienie opinii publicznej ważnych dla działania państwa informacji o podpisach pod listami poparcia do KRS. Jaki zresztą sąd najwyższy miałby PiS do czegokolwiek przymusić, skoro jest on coraz bardziej napakowany partyjnymi nominatami, a co najmniej jeden z nich jest nawet bezpośrednio zamieszany w sprawę, ponieważ prawdopodobnie zachęcał do akcji nienawiści wobec Małgorzaty Gersdorf.

Afera Piebiaka pokazuje w całej pełni rozpaczliwą sytuację, w której znalazła się Polska. Demontaż państwa prawa spowodował, że kiedy strażnicy prawa łamią prawo, nie ma kto ich pilnować. Państwo trzymane w ręku jednej osoby nie będzie przecież tej ręki kąsać. Jak mówił, Bob Woodrow, jeden z nieustępliwych dziennikarzy, którzy doprowadzili do ujawnienia afery, „Watergate stanowi modelowe studium przypadku relacji i uprawnień poszczególnych władz. Jest to także moralny spektakl ze smutnym i dramatycznym zakończeniem”. Istnieje niestety ryzyko, że Piebiak-gate, które niewątpliwie jest moralnym, smutnym i dramatycznym spektaklem, będzie stanowić modelowe studium upadku podziału władz – ich niezdolności do wzajemnego kontrolowania, niezdolności do pilnowania strażników.

Druga lekcja z analogii pomiędzy skandalem w polskim Ministerstwie Sprawiedliwości a Watergate to lekcja hipokryzji władzy. I w USA, i w Polsce, prawicowe rządy cechuje wyjątkowe upodobanie do moralizowania. W pewnym sensie ideą przewodnią prawicy jest założenie, że ludzie nie są sami z siebie zdolni do postępowania zgodnego z moralnością, dlatego zadaniem rządu jest ich tej moralności nauczyć. Stąd ulubionymi postaciami prawicy są rozmaitej maści szeryfowie – nieosiągalne wzorce wszelkich cnót, które same postępują nienagannie, a tych, którzy robią inaczej, szybko i sprawnie sprowadzają na dobrą drogę.

Szok powodowany kiedyś przez Watergate, a teraz przez Piebiak-gate, jest szczególny, ponieważ okazuje się, że ci, którzy wciąż mówią o moralności, sami są głęboko niemoralni. Opinii publicznej trudno jest uwierzyć w słowa i czyny, które ukazują zepsucie niebywałej miary. Są przecież w zapisanych rozmowach rzeczy straszne – porównywanie ludzi do psów, odwoływanie się do „ostatecznego rozwiązania” (Endlosung) poprzez dobicie przeciwnika plotką o aborcji, jest nawet targanie pamięci bohaterów prawicy, przez porównywanie hejterki do Inki. Jednocześnie jest ciągle mowa o wartościach najwyższych: o działaniu dla dobra kraju, o patriotyzmie. Ta obrzydliwa mieszanka może przyprawić o nudności.

Niestety, upadek moralny na szczytach polskiej władzy nie jest przypadkiem, ale efektem prowadzonej systematycznie polityki. Pomysł PiS na „naprawę” polskiego sądownictwa opiera się od początku na absurdalnym założeniu. Aby było lepiej, należy usunąć ze stanowisk naturalnych liderów środowiska sędziowskiego i zastąpić ich ludźmi z dołu hierarchii sędziowskiej. Należy wyrzucić z TK, KRS i Sądu Najwyższego najbardziej doświadczonych sędziów i powołać na ich miejsce ludzi, którzy w normalnych warunkach nigdy powołani do tych organów by nie zostali. W efekcie, na szczyty hierarchii sędziowskiej trafiają ludzie mali, katapultowani tam wolą polityczną, nie własnymi zasługami. Stąd te błyskawiczne kariery rozlicznych Dyzmów, stąd ignorancja i arogancja widoczna w działaniach jawnych i jeszcze bardziej widoczna w ich działaniach niejawnych, które właśnie odkrywamy.

Niemoralność osób zaangażowanych w aferę Piebiaka jest prostą konsekwencją polityki personalnej PiS, która nie rozumie, że na szczyt hierarchii państwa trzeba wspinać się długo i powoli, jak na ośmiotysięcznik. Każdy etap tej wspinaczki jest testem wytrzymałości i przydatności danej osoby do wejścia wyżej. Na każdym z poziomów trzeba także jakiś czas pozostać, jeśli wcześniej się na nim nie było, bo w przeciwnym razie szybka kontynuacja wspinaczki skończy się źle. W życiu jak w górach, jeśli ktoś wspina się zbyt szybko, szybko upada, fizycznie bądź moralnie, i obserwowany przez nas skandal jest tego najlepszym dowodem. PiS, często powołujący się na Biblię, naruszył w swojej polityce personalnej biblijną zasadą wierności w rzeczach małych, która musi poprzedzać wierność w rzeczach wielkich. I teraz za to płaci, tak jak płacili za to republikanie po Watergate. Prezydent Ford, który zastąpił ustępującego w wyniku afery Nixona, stwierdził przecież, że z Watergate płynie jedna polityczna nauka: nigdy więcej nie można pozwolić, aby aroganccy polityczni nastolatkowie ominęli szczeble normalnego publicznego awansu. Innymi słowy, błyskawiczny awans wynosi na szczyty nieprzygotowanych i to zawsze kończy się źle.

I wreszcie trzecia lekcja płynąca z porównania skandalu w Ministerstwie Sprawiedliwości z aferą Watergate: nie można być na tyle naiwnym, aby sądzić, że działania dobre dla władzy, prowadzone przez ludzi związanych z władzą, są prowadzone bez wiedzy i woli tej władzy. Premier Morawiecki, mówiąc o dymisji Piebiaka „sądzę, że to kończy sprawę”, ujawnił wiele: to zdanie wypowiedziane zbyt szybko pokazuje, że premier bardzo by tego chciał, a jednocześnie użycie w nim osłabiającego słowa „sądzę” dowodzi jego poważnych wątpliwości, że tak się stanie.

I dobrze, że premier ma takie wątpliwości, bo tak się stać nie powinno – afera Piebiaka zaczyna się od Piebiaka, tak jak afera Watergate zaczęła się od budynków Watergate. Ale Watergate skończyła się na spektakularnym upadku politycznym Nixona, choć wygrał on jeszcze wybory, które nastąpiły po jej ujawnieniu. Jak skończy się afera Piebiaka? Kto będzie polskim Nixonem?
Ponieważ Piebiak raportuje swoje działania „Szefowi”, to on jest naturalnym kandydatem do tej roli. Trzeba tego Szefa odnaleźć, nawet gdyby zapewniał, że nic o sprawie nie wiedział, i nawet, gdyby zachowywał się jak żandarm z „Casablanki”. Ten, który przez trzy czwarte filmu przesiaduje w kasynie, korzystając z jego uciech, aby w pewnym momencie wstać i powiedzieć: „jestem oburzony – tutaj uprawia się hazard” i aresztować innych grających.

Watergate daje i w tym zakresie pewną lekcję. Wspomniany na początku Mark Felt, pracownik FBI, pomagający dziennikarzom badającym aferę, instruował ich w następujący sposób: „kiedy badasz spisek taki, jak ten, lina musi się powoli zaciskać wokół każdej szyi. Zaczynasz od najdalszych końców, zdobywasz dowody (…) Potem idziesz o poziom wyżej i robisz to samo na następnym poziomie. Jeśli od razu strzelisz zbyt wysoko i nie trafisz, wszyscy zaangażowani poczują się uspokojeni. Tak badają spiski prawnicy. Jestem przekonany, że inteligentni dziennikarze też tak powinni robić. Wy tak powinniście robić”.

Afera Piebiaka zdarza się Polsce w złym momencie. Jak powiedziano, osłabione państwo prawa może sobie z nią nie poradzić, skoncentrowanie władzy w rękach partii rządzącej nie będzie ułatwiać jej rozwiązania. Ale ujawnienie przestępczych działań władzy w aferze Watergate dokonało się dzięki tytanicznej pracy dziennikarzy i to dziennikarze mogą doprowadzić do końca polską Watergate. System publicznych, konstytucyjnych bezpieczników obejmuje także wolność prasy i ten bezpiecznik na szczęście nie został jeszcze wyłączony. Wciąż jest więc nadzieja, że czwarta władza może wyręczyć władzę trzecią. I niech tak się stanie.

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej.

Chaos i porządek w narracji PiS

Jak wiecie od czterech lat zwalczam działania PiS atakujące sądy i konstytucję. Nie jestem politykiem, ale jako obywatel nie chcę, by przez kolejne 4 lata praworządność była niszczona jeszcze bardziej. Dlatego chcę, żeby wybory wygrała partia praworządna – wszystko mi jedno, jaka. Dlatego jeśli jako zwolennicy praworządności chcecie wygrać wybory, przeczytajcie to, co piszę poniżej.
 
W skrócie moja myśl jest taka: nie atakujcie Kościoła i tradycyjnych wartości, w tym rodziny. Atakujcie destrukcję praworządności, osłabianie Unii Europejskiej i powolne wyprowadzanie z niej Polski, oraz bezmyślne działania PiS w obliczu zbliżającej się katastrofy klimatycznej.
 
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, przeczytajcie poniższe, dłuższe wyjaśnienia.
 
………………
 
Kluczowa w komunikacji PiS z wyborcami jest para pojęć: chaos i porządek. Jest ona stosowana na wielu poziomach. 
 
PiS identyfikuje źródła powodujące chaos i brak kontroli w życiu ludzi, a następnie daje rozwiązania, które ograniczają chaos i przywracają poczucie kontroli. Przykład: brak środków do życia w wielodzietnej rodzinie (źródło chaosu i braku kontroli nad życiem) i 500+ jako rozwiązanie likwidujące chaos i przywracające poczucie kontroli nad życiem. Często politycy PiS kreują albo podkręcają chaos, aby ich wyborcy tym bardziej docenili przywrócenie porządku. Przykład: najazd uchodźców, którzy przyniosą nowe bakterie, gwałty i rozboje (strach i chaos) – niewpuszczenie uchodźców jako rozwiązanie gwarantujące porządek i poczucie kontroli.
 
Politycy PiS ciągle mówią o chaosie (gender i LGTB jako zagrożenie dla rodziny, rozkradanie państwa, rosnąca przestępczość) i ciągle kreują się na szeryfów przywracających porządek (powrót do tradycyjnych, katolickich wartości, surowe kary dla przestępców) To działa, bo ludzie postrzegają współczesny świat jako groźny i szukają kogoś, kto pomoże im nad tym światem zapanować. Kogoś, kto wprowadzi porządek i bezpieczeństwo.
 
Wielki chaos powodują szczególnie takie sytuacje, z którymi człowiek nie jest w stanie sobie psychicznie poradzić – śmierć kogoś bliskiego, katastrofa, zdrada. Takim zdarzeniem był Smoleńsk – większości ludzi trudno zmierzyć się z brutalną prawdą, że setka najważniejszych ludzi w państwie może w jednej chwili zginąć przypadkiem. Powoduje to ogromny strach przed przypadkowością świata i brutalnością losu. Każde wytłumaczenie, nawet nieracjonalne, nawet wbrew faktom, jest lepsze niż wyjaśnienie, że zadziałał ślepy i okrutny los, bo wyjaśnienie nadaje sens i porządkuje świat. Teoria zamachu wyjaśnia, że nie my jako naród jesteśmy tej śmierci winni i że nic nie dzieje się przypadkiem. A to daje spokój. Stąd prawie dziesięć lat narracji PiS sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem, ale dającej ukojenie. Porządkującej chaos w ludzkich głowach i sercach.
 
Myśleliście, że film Sekielskich pogrąży PiS, będący w sojuszu z Kościołem? Nieprawda. Wielu ludzi nie może się wewnętrznie pogodzić z tym, że kapłan może być pedofilem. Prawda  pokazana w filmie tych ludzi wcale nie wyzwala, ale przygniata – wiemy już od czasów „Dzikiej kaczki” Ibsena, że prawda może być zbyt ciężka, by ją unieść. Prawda powoduje silny dysonans poznawczy – napięcie, które powiększa niepokój i poczucie chaosu. Oto świat się wali. W takiej sytuacji PiS mówi: to nieprawda, to złośliwy atak na Kościół. I spokój wraca – bo czasami kłamstwo jest wygodniejsze od stanięcia twarzą w twarz z prawdą.
 
Są jednak co najmniej trzy obszary, gdzie narracja PiS „ograniczam chaos, wprowadzam porządek” nie działa: praworządność, Unia Europejska i kryzys ekologiczny. W tych trzech obszarach PiS wprowadza chaos i nie ma narzędzia przywrócenia porządku. Łamie konstytucję i demontuje praworządność, popiera destrukcję Unii Europejskiej (wspierając starania Wielkiej Brytanii o brexit i osłabiając Unię) i zaprzecza kryzysowi klimatycznemu, który niepokoi ludzi, szczególnie młodych, a ponieważ zaprzecza problemowi, nie może zaproponować rozwiązania. Sieje chaos i nie daje żadnego rozwiązania przywracającego porządek.
 
Jaki z tego wniosek? W walce z PiS nie można pogłębiać chaosu w tych obszarach, w których PiS ma (bądź udaje, że ma) lekarstwo. Frontalne uderzanie w Kościół zwiększa poczucie chaosu, frontalne uderzanie w tradycyjny model rodziny zwiększa poczucie chaosu, agresja i pogarda wobec elektoratu PiS zwiększa poczucie zagrożenia, więc zwiększa poczucie chaosu. A na te chaosy PiS ma gotowe rozwiązania, dlatego zwiększanie poziomu emocji jest mu na rękę – po prostu staje się jeszcze bardziej swojemu elektoratowi potrzebny.
 
W walce z PiS o polską praworządność trzeba kłaść nacisk na te obszary, w których PiS potęguje chaos, a nie ma rozwiązania: destrukcja  praworządności, która zwiększa konflikt z Unią (a więc zwiększa chaos). Popieranie brexitu i osłabienia Unii (destrukcja porządku, a więc chaos) oraz zaprzeczanie kryzysowi ekologicznemu i bezradność wobec niego. I w tych obszarach trzeba oferować rozwiązania, które zwiększają poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad światem.
 
Dlaczego? Bo polityka to głównie emocje. Pamiętajcie o tym. Każde swoje działanie oceniajcie według trzech pytań: 1. Czy moje działanie zwiększa poczucie zagrożenia, a więc chaos? 2. Jeśli tak, kto oferuje rozwiązanie przywracające porządek – ja czy mój rywal polityczny? 3. Jeśli rozwiązanie oferuje rywal, nie podejmujcie działania zwiększającego poziom chaosu.
 
I nie martwcie się, że osłabicie mobilizację wśród swoich zwolenników przez obniżenie ich poziomu emocji. Po prostu podnoście te emocje w odpowiednich obszarach i obniżajcie w innych. 

Rocznica katastrofy i zinstytucjonalizowany nakaz pamięci

Dzisiaj rocznica katastrofy smoleńskiej – jednej z największych tragedii narodowych w historii Polski. W tym dniu, w godzinę katastrofy, o 8.41, powinny zawyć syreny, aby ją upamiętnić – nie ma co do tego żadnej wątpliwości.

Dlaczego jednak, aby tak się stało, trzeba dziecinnie instrumentalizować prawo? Poniżej pismo Wojewody Zachodniopomorskiego nakazujące przeprowadzić dzisiaj o 8.41 obowiązkowy test syren alarmowych. Ani słowa o katastrofie, ani słowa o upamiętnieniu. 

Tak obecna władza traktuje prawo – nie jako wartość samą w sobie, ale jako narzędzie manipulowania ludźmi, jako narzędzie instrumentalnego, poniżającego traktowania. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że taka manipulacja obniża autorytet wojewody, prawa i obraża panięć o samej katastrofie? Że budzi sprzeciw i wewnętrzny odruch obrony przed manipulacją, która przecież jest rodzajem przemocy? 

Dlaczego nie możemy żyć w normalnym kraju, w którym Wojewoda prosi o upamiętnienie, a nie zmusza do tego, instrumentalnie wykorzystując prawo? W którym hołd okazywany Zmarłym jest naturalną, nie narzuconą reakcją? Takie działanie obraża pamięć o tych, którzy byli, i niszczy więzi społeczne między tymi, którzy są.

TK jako narzędzie mentalnego polexitu

Kilka uwag o dzisiejszym “wyroku” Trybunału Konstytucyjnego:
 
1. Po raz kolejny wniosek do TK był anomalią na skalę światową – od czasu przejęcia przez PiS kontroli politycznej nad TK ogromna większość wniosków do tego organu to wnioski większości rządzącej, a nie opozycji. Jest to absurdalne, ponieważ większość kwestionuje przed Trybunałem swoje własne ustawy – najpierw je więc uchwala, a potem oskarża o niekonstytucyjność. Po co to robi? Żeby otrzymać od kontrolowanego przez siebie organu potwierdzenie, że działa legalnie. To tak jakby burmistrz, który kontroluje policję w swoim mieście, donosił sam na siebie, że jechał nieprzepisowo, tylko po to, żeby zależny od niego szef policji mógł na konferencji prasowej powiedzieć całem miastu, że burmistrz jeździ przepisowo i generalnie jest wzorem kierowcy.
 
2. Ten wniosek był szczególnie kuriozalny, bo oprócz złożenia go przez parlamentarzystów PiS, złożyła go sama neoKRS – kolejny organ politycznie kontrolowany przez PiS. Zamiast więc bronić niezależności sądownictwa, neoKRS postanowiła donieść na samą siebie, aby dostać od TK glejt, że wszystko z jej powołaniem było ok. Działanie neoKRS było tak oczywistym nadużyciem prawa, że stwierdził to sam profesor-sprawozdawca (powołany na miejsce jednego z sędziów-dublerów, a więc nieuprawniony do zasiadania w składzie TK). NeoKRS pokazała tym samym, że prawo już nie znaczy prawo – prawo jest wyłącznie instrumentem ochrony własnej pozycji.
 
3. TK w nielegalnym składzie potwierdził to, czego chcieli politycy. Wybór sędziowskich członków KRS przez polityków jest dla TK całkowicie ok, mimo że jest niezgodny z polską tradycją konstytucyjną oraz zasadą podziału i równowago władz. Od 20 lat było tak, że parlament (władza ustawodawcza) miał swoich przedstawicieli w KRS i ich wybierał, Prezydent (władza wykonawcza) miał swojego przedstawiciela i go/ją wybierał, i władza sądownicza miała swoich przedstawicieli i ich wybierała. Logiczne i sprawiedliwe, prawda? Otóż według PiS i TK nie. Parlament może wybrać swoich przedstawicieli i jeszcze wybrać sędziom ich przedstawicieli, bo przecież oni sami nie potrafią. Kiedyś pisałem, że gdyby w Polsce istniała Rada Równouprawnienia Płci, złożona w połowie z kobiet i w połowie z mężczyzn, to według logiki PiS i TK byłaby wybierana w całości przez mężczyzn. Dokładnie tak – przecież skoro twierdzi się, że politycy lepiej wiedzą, kto powinien reprezentować sędziów, podobnie twierdzono by, że mężczyźni lepiej wiedzą, kto ma reprezentować kobiety. Absurd do kwadratu.
 
4. Dodatkowym absurdem dzisiejszego “wyroku” jest potwierdzenie, że jeśli ustawa zabrania komuś odwołania od szkodliwej dla niego decyzji, to taka sytuacja jest jak najbardziej zgodna z Konstytucją. Decyzja taka to wstyd na cały cywilizowany świat: nie ma większego zaprzeczenia świętej dla prawa w Polsce, w Europie i na świecie zasadzie PRAWA DO SĄDU. Dzisiejsza absurdalna decyzja jest ewenementem, za który będziemy się jeszcze długo wstydzić. Ale w sensie politycznym nie jest zaskoczeniem. Była ona potrzebna PiS, żeby sabotować sprawę Polski przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. Na tle przepisu, który nie pozwalał kandydatom na sędziów do SN odwołać się od negatywnej decyzji neoKRS, złożono pytania prejudycjalne do Trybunału w Luksemburgu. Skoro TK potwierdził, że ten przepis jest ok, będzie można wykorzystać ten argument do walki polskości z europejskością, do urojonej walki naszej Konstytucji z prawem unijnym itd. Oznacza to, że PiS nie tylko wykorzystuje Trybunał Konstytucyjny jako narzędzie walki politycznej w kraju, ale także jako narzędzie walki z Unią Europejską. PiS najwyraźniej uważa, że triki w postaci napakowania  Trybunału swoimi sędziami, a następnie wykorzystania tych sędziów do wydania antyeuropejskich “wyroków”, wzmocnią naszą pozycję w Europie. Tymczasem działania takie przypominają strzelanie z procy w okno sąsiada. Głupie, szkodliwe, dziecinne i do tego nielegalne. 
 
Działanie PiS wespół z TK jest szkodliwe dla Polski, bo jest szkodliwe dla pozycji Polski w Europie. Spowoduje ono dalsze osłabienie naszej pozycji w Unii Europejskiej, zagrozi sprawie funduszy europejskich, które Polska mogłaby otrzymać.  Tym samym w dalekiej perspektywie zniechęci Polaków do Unii Europejskiej, bo umożliwi ulubioną narrację eurosceptyków “po co nam Unia, skoro nic z tego nie mamy”. Oczywiście ci sami eurosceptycy przemilczą, że mamy z Unii coraz mniej, bo sami swoim głupim zachowaniem to spowodowaliśmy. Taki proces nazywam mentalnym polexitem – długofalowym zniechęcaniem Polaków do Unii Europejskiej. Poświęcamy naszą pozycję w Unii dla obrony stołków kilkunastu osób w neoKRS i dla marzeń wąskiej grupy ludzi o władzy absolutnej. Nie ma w tym działania ani kawałka dobra dla Polski i Polaków.
 

Rząd szykuje nam kolejny spór z Unią Europejską – tym razem o KRS

Trybunał Konstytucyjny „przypadkowo” wyznaczył termin rozprawy w sprawie konstytucyjności powołania neoKRS na kilka dni przed spodziewanym wyrokiem TSUE, który także może dotyczyć tej kwestii. Dlaczego?

Sprawa wydaje się jasna. Jeśli TK stwierdzi, że powołanie neoKRS było prawidłowe, a TSUE powie, że nie, polski rząd zyska argument, żeby z wyrokiem TSUE się nie zgodzić. W efekcie będziemy mieć kolejny konflikt z Unią Europejską. Oczywiście będzie on okraszony sosem suwerenności, wstawania z kolan i dumy narodowej. W rzeczywistości będzie oznaczał, że dla obrony kilkunastu stołków obsadzonych w KRS decyzją polityczną po raz kolejny nasz rząd jest gotów poświęcić dobre relacje Polski z Unią Europejską.

Przypomnijmy, że większość polskich sędziów nie uważa neoKRS za podmiot ich reprezentujący i realizujący swój konstytucyjny cel, jakim jest ochrona niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Z całą pewnością więc ochrona składu osobowego neoKRS nie jest podyktowana zapewnieniu temu organowi możliwości pełnienia jego funkcji. Chodzi o zachowanie politycznej kontroli nad powoływaniem sędziów. Dla tego politycznego celu próbuje się wykorzystać Trybunał Konstytucyjny jako taran do uderzenia w Trybunał Sprawiedliwości UE i rozpętać kolejny spór, dzięki któremu będzie można pokazać polskiemu społeczeństwu, jaka ta Unia okropna.

Apeluję z całego serca do sędziów TK, żeby nie dali się wykorzystywać politykom jak marionetki. Prawdziwych sędziów stać na wyrok zgodny i z Konstytucją, i z wartościami unijnymi – pomiędzy nimi nie ma przecież sprzeczności. Stać ich na wyrok zgodny nie z doraźnym interesem grupy polityków, ale z polskim interesem narodowym, który może realizowany jedynie w ramach współpracy z Unią Europejską. Bardzo chciałbym, żeby ten wyrok był dowodem na to, że Trybunałem Konstytucyjnym nie powinno się pomiatać, składając doń absurdalne wnioski (takim wnioskiem jest kwestionowanie konstytucyjności po to, żeby ją potwierdzić) i wykorzystując go jako polityczne narzędzie w walce o wąski partyjny interes.

Tajne państwo z kartonu

Na całym świecie prawicowi politycy i ich wyborcy uwielbiają fantazjować na temat istnienia „deep state” – tajnego układu personalnego, który, niewidoczny dla zwykłego śmiertelnika, steruje rzeczywistością polityczną i biznesową danego państwa. Deep state to prawdziwa, głęboka struktura władzy, która ludzi formalnie ją sprawujących, prezydentów i premierów, traktuje jak marionetki, ponieważ nimi steruje, a jeśli próbują wybić się na niepodległość, usuwa ze stanowiska. Jednym z największych orędowników istnienia takiego równoległego układu władzy jest Donald Trump. Próbuje on przekonać Amerykanów, że ten układ chce pozbawić go władzy, ponieważ ma on odwagę robić rzeczy zagrażające establishmentowi.

Również w Polsce od wielu lat słyszymy o istnieniu „układu”. Termin ten został spopularyzowany przez J. Kaczyńskiego w latach 2005-2007 i – podobnie jak idea deep state – był teorią spiskową, zgodnie z którą o losach Polski decyduje towarzyski układ złożony z ludzi biznesu i służb specjalnych, dla którego oficjalna struktura władzy jest tylko przykrywką. Teoria „układu” robi wśród wyborców prawicowych furorę, ponieważ jest psychologicznie zgodna z ich osobowościowym profilem, opartym na głębokiej nieufności do świata i stanowi wygodny mechanizm likwidowania dysonansu poznawczego. Czyż jest bowiem bardziej przekonujące wytłumaczenie każdej porażki, osobistej czy politycznej niż zwalenie winy na „układ”? Nie dość, że wytłumaczenie takie usprawiedliwia każde niepowodzenie, to jeszcze świadczy o przenikliwości człowieka, który je formułuje – jest więc idealne.

Przekonanie o istnieniu układu jest w rzeczywistości dowodem niedojrzałości tych, którzy je głoszą. Jak każda teoria spiskowa, zakłada, że rzeczywistość jest na tyle prosta, że ktoś może nią skutecznie sterować, pociągając za wszystkie sznurki i dodatkowo utrzymać to w całkowitej tajemnicy przed społeczeństwem. To mityczne przekonanie o istnieniu wszechmogącego, wieloosobowego i nieujawniającego się demiurga nie jest dowodem przenikliwości, ale dziecinadą. Jest dowodem braku świadomości, jak złożona jest rzeczywistość, jak różnorodne motywacje mają ludzie, którzy musieliby w idealnej zgodzie współpracować przez lata, aby taką ukrytą strukturę stworzyć i nią zarządzać. Teza o istnieniu tajnego państwa więcej mówi zatem o osobie, która ją głosi niż o rzeczywistości.

Myślenie „układowe” jest mimo to myślą przewodnią narracji prowadzonej przez polską prawicę. Ustalenia Okrągłego Stołu nie były instytucjonalną umową społeczną, która pozwoliła Polakom bez rewolucji przejść od totalitaryzmu do demokracji. Była tajnym układem komunistów i „agentów” – jak, obrażając pamięć wielu porządnych i zasłużonych dla Rzeczypospolitej ludzi – powiedział ostatnio A. Zybertowicz. Konstytucja z 1997 roku, w szczególności zawarta w niej zasada demokratycznego państwa prawnego, nie jest godną szacunku podstawą działań instytucji państwowych, ale – jak zwykł mawiać L. Morawski – trikiem chroniącym interesy postkomunistów. Wyprowadzana z zasady demokratycznego państwa prawnego zasada ochrony praw nabytych rzekomo chroniła w latach 90 status quo wytworzone na skutek rozkradzenia publicznego majątku. Instytucje takie, jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, także nie są w rozumieniu zwolenników teorii układu tym, czym są. W 2006 roku Trybunał, a w 2016 roku Sąd Najwyższy zostały przecież oskarżone przez PiS o realizację ukrytych interesów postkomunistycznego układu. Oskarżenie o układ jest myślą przewodnią polityki PiS – nic nie jest takie, jakie się wydaje, oficjalny wymiar instytucji to zasłona dymna dla prawdziwej gry interesów, ten, kto wierzy w instytucje jest co najwyżej pożytecznym idiotą. „Prawdziwie” mądrzy ludzie wiedzą, że instytucje to tylko gra pozorów.

Fantasmagoria, że poza oficjalnymi instytucjami istnieje grupa ludzi trzymających prawdziwą władzę, ma poważne skutki dla myślenia o państwie rzeczywistym: prowadzi do lekceważenia oficjalnych instytucji państwa. Nie ma się przecież prawdziwej władzy wtedy, kiedy ma się oficjalną władzę instytucjonalną. Instytucje są tylko przykrywką dla prawdziwej władzy, są i narzędziami, i przedmiotami manipulacji, więc nie trzeba się nimi przejmować. Orędownicy istnienia układu wyznają zatem zasadę, że z tajnym układem władzy można walczyć tylko jego własną bronią: grą pozorów. Skoro prawdziwa władza to niewidoczny dla gołego oka układ, aby ją mieć, trzeba podobny układ stworzyć.

Tę ryzykowną tezę zdają się potwierdzać działania PiS. Od 2015 roku partia obsadza stanowiska instytucjonalne ludźmi, którzy nie mają sprawować realnej, instytucjonalnej władzy. W opinii publicznej, zilustrowanej doskonale scenami z „Ucha Prezesa”, Prezydent RP jest w swoich decyzjach całkowicie uzależniony politycznie od woli J. Kaczyńskiego i z tego powodu lekceważony. Premierzy rządu RP – B. Szydło i M. Morawiecki – są także postrzegani jako osoby eufemistycznie mówiąc nie w pełni decyzyjne. „Ucho Prezesa” w podobny sposób ukazuje J. Przyłębską, osobę sprawującą funkcję jego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W jednym z odcinków ubrana w sędziowską togę aktorka uderzająco podobna do Przyłębskiej dziwi się sytuacji, w której miałaby podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję. Taki jest odbiór społeczny relacji między osobami pełniącymi władzę instytucjonalną a J. Kaczyńskim. Zgodnie z tym odbiorem, ten ostatni – nie pełniąc żadnej funkcji władczej – kieruje działaniami oficjalnych polskich instytucji z tylnego siedzenia.

Opublikowane przez Gazetę Wyborczą taśmy pokazują, że dokładnie taki sam system sprawowania władzy J. Kaczyński stosuje w biznesie. Nie pełni on żadnej oficjalnej funkcji w spółce „Srebrna”. Jest tylko członkiem Rady Programowej właściciela „Srebrnej”: Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Nie ma zatem prawa nawet reprezentować tego Instytutu, a tylko go nadzorować, nie mówiąc już o reprezentowaniu samej spółki, a jednak prowadzi w jej imieniu negocjacje. Podobnie jak w polityce, w biznesie Prezes Kaczyński preferuje zatem układ dwupoziomowy – oficjalne instytucje, takie jak zarządy spółek, stanowią tylko pierwszy, pozorny element całej układanki. Ważniejszy jest drugi, realny poziom władzy, sprawowany przez Kaczyńskiego. Na tym poziomie może on mówić „ta praca była wykonana dla nas”, mając na myśli pracę oficjalnie wykonaną dla podmiotów występujących na pierwszym poziomie.

Lekceważenie oficjalnych instytucji, zarówno na poziomie politycznym, jak i na poziomie biznesowym, prowadzi do opłakanych skutków. Zamiast przejrzystych relacji instytucjonalnych buduje się nietransparentne relacje osobiste. Zamiast uniwersalnych i obiektywnych reguł promuje się partykularne interesy i subiektywnych ludzi. Tym samym zawraca się z drogi, którą już dawno obrała cywilizacja zachodnia, która nie na ludziach, ale na instytucjach rozumianych jako zbiory przejrzystych reguł buduje państwa. Chodzi w tym przypadku nie tylko o instytucje rozumiane jako organizacje (np. banki czy spółki), ale także instytucje jako wytwory konwencjonalne i kulturowe. Do tych ostatnich należą między innymi instytucja pieniądza czy instytucja umowy.

Instytucje są narzędziem przezwyciężania ludzkich wad i ograniczeń. Spółkę wymyślono dlatego, że prowadzenie biznesu przez konkretnego człowieka może trwać tylko tak długo, jak długo trwa jego życie. Instytucja spółki pozwala przezwyciężyć to ograniczenie. Spółka istnieje dłużej niż żyje człowiek, umowa trwa dłużej niż wypowiedziane słowo, prawo obowiązuje dłużej niż pojedynczy rozkaz. Jako człowiek decyduję według mojego interesu, jako przedstawiciel instytucji decyduję w interesie instytucji – czasami wbrew mojemu interesowi. Instytucje są więc bezosobowe i ponadludzkie, są oparte na niezależnych regułach, których pojedynczy człowiek nie może według swej woli zmienić.

Lekceważenie instytucji jest dla nich zabójcze, bo instytucje są faktami społecznymi opartymi na zaufaniu – istnieją tylko dlatego, że w ich działanie wierzymy i je respektujemy. Instytucja pieniądza ma sens tylko wtedy, kiedy ludzie ufają, że za bezwartościowy materialnie kawałek papieru, wydany przez bank centralny, będą mogli nabywać konkretne rzeczy mające wartość materialną. Kiedy to zaufanie upada, upada instytucja – doświadczamy tego zjawiska w krajach, które przechodzą głęboki kryzys ekonomiczny. W takich krajach oficjalną walutę zastępuje często inna forma pieniądza, taka, której ludzie ufają. To potwierdza, że instytucje istnieją tylko wtedy, kiedy ludzie je szanują.

Ktoś, kto nie ufa instytucjom, lekceważy je czy nimi pogardza, musi działać poza regułami te instytucje tworzącymi – musi działać bez żadnego trybu. PiS nie ufa instytucjom, bo ufa tylko ludziom, i to swoim ludziom. Tworzy porządek ponad i poza porządkiem instytucjonalnym. Niby funkcjonują niezależny Trybunał Konstytucyjny i służąca interesowi publicznemu prokuratura. Ale jednocześnie politycy tajnie spotykają się z sędziami w siedzibie TK w czasie, gdy ten rozpatruje ważne dla nich sprawy, a prezes Kaczyński odwiedza Prokuratora Generalnego, gdy podległa mu prokuratura prowadzi dotyczącą Prezesa osobiście sprawę.  Instytucje nie mają więc znaczenia, a ich rozmontowanie daje konkretnym ludziom nieograniczoną wolność w działaniu. Zawsze można zmienić zdanie, zawsze można pogadać z człowiekiem, zawsze można nagiąć regułę. Takie działanie jest oszustwem: korzystam z mocy instytucji, kiedy jest to dla mnie wygodne, jestem natomiast pozbawiony ograniczeń, kiedy mnie krępują, bo mogę to skrępowanie zlekceważyć.

Taka pogarda dla instytucji jest w rzeczywistości pogardą dla społeczeństwa. Jest pogardą dla jego zdolności do samodzielnego decydowania o sobie, dla decydowania ludzi o sobie samych. Zawarta umowa czy uchwalone prawo jest w normalnym państwie podstawą dla zaufania. Poważne traktowanie instytucji pozwala na sterowanie naszym życiem, planowanie i realizację planów. Tworzenie poza instytucjami drugiego układu decyzyjnego jest manipulacją, a manipulacja jest przemocą. Jest także wyrazem jakiejś głębokiej skazy na psychice tego, który manipuluje: wyrazem przekonania, że ktoś chce manipulować nim. Manipulujący sam musi więc manipulować, zacierać ślady i mylić trop. Nikt nie może wiedzieć, do czego dąży. Jeśli nikt nie będzie wiedział, nikt nie zdoła go oszukać.

Zaklęte koło manipulacji i nieprzejrzystości prowadzi prędzej czy później do katastrofy. Ludzie, którym, jak się zdawało, można było ufać, wyłamują się z układu, czyli, w rozumieniu jego twórcy, zdradzają, na przykład przez nagrywanie rozmów i przekazanie ich prasie. Pozostaje wtedy niedowierzanie, że społeczeństwo, które dowiaduje się o tym drugim poziomie spraw, uznają go za niedopuszczalny i stawia oskarżenia.

Sprawa taśm spowodowała co najmniej kilka doniesień do prokuratury. Wszystkie zarzuty stawiane w tych doniesieniach, nie przesądzając ich zasadności, oparte są na nietransparencji i wykorzystywaniu instytucji do własnych, ukrytych celów. Oskarżenie o oszustwo, sformułowane przez pełnomocników Birgfellnera, jest oparte na twierdzeniu, że J. Kaczyński wykorzystał zaufanie osobiste i relację rodzinną z ich klientem, zachęcając go do pracy dla spółki „Srebrna”, a jednocześnie – ponieważ działał poza oficjalnymi instytucjonalnymi regułami (nie reprezentował oficjalnie spółki) – mógł się następnie z relacji biznesowej w dogodnym dla siebie momencie wycofać. Nie mógłby tego zrobić, gdyby działał oficjalnie i zawarł normalną, przewidzianą przez instytucje prawa cywilnego umowę.

Drugie oskarżenie, sformułowane przez posłów PO, także jest związane z manipulowaniem oficjalnymi instytucjami. Zarzut oszustwa sądowego zarzut wprowadzenia w błąd sądu, aby ten dokonał rozstrzygnięcia, w efekcie którego jakiś podmiot (w tym przypadku spółka „Srebrna”) poniesie szkodę, rozporządzając w wyniku zmanipulowanej decyzji sądu swoim majątkiem. To rozporządzenie miałoby polegać na zapłaceniu długu, którego normalne zapłacenie byłoby wyprowadzeniem pieniędzy ze spółki, a więc, zgodnie ze słowami samego J. Kaczyńskiego – powszechnym w Polsce przestępstwem. Wprowadzeniem w błąd sądu miałoby być natomiast sformułowana przez Kaczyńskiego propozycja skierowania sprawy płatności za prace Birgfellnera na drogę sądową, mimo nieistnienia rzeczywistego sporu (Kaczyński mówi przecież, że wykonanych prac nie kwestionuje).

Trzecie doniesienie do prokuratury jest oparte na podejrzeniu przestępstwa płatnej protekcji. Złożył je Ryszard Petru, który twierdzi, że działania J. Kaczyńskiego były – jak czytamy w odpowiednim artykule kodeksu karnego – powoływaniem się na wpływy w instytucji państwowej bądź wywołaniem lub utwierdzeniem w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, oraz podjęciu się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść finansową lub osobistą. Słowa klucze w opisie zarzucanego przestępstwa są następujące: instytucje, wpływy, załatwienie, korzyść. A więc znów podejrzenie o manipulację instytucjami państwa (być może sądami albo władzą samorządową po wybranych wyborach w Warszawie), dzięki posiadaniu wpływów (tajne państwo) w celu osiągnięcia korzyści finansowej (przychody z najmu wież) bądź osobistej (upamiętnienie brata).

Podkreślmy jeszcze raz – nie rozstrzygamy, czy powyższe zarzuty są zasadne, bo od tego są takie instytucje, jak prokuratura i sądy, które będą w tej sprawie, miejmy nadzieję, działać oficjalnie i bezstronnie. Pokazujemy jedynie, że wszystkie te oskarżenia wynikają z lekceważenia instytucji i będącej skutkiem tego lekceważenia ogromnej nietransparencji w działaniach J. Kaczyńskiego.

Doświadczenie ostatnich trzech lat oraz nagrania opublikowane przez Gazetę Wyborczą paradoksalnie pokazują, że człowiek najbardziej przekonany o istnieniu drugiego dna w polityce i biznesie okazuje się głównym twórcą tego drugiego dna w swojej aktywności. Ten, który ściga tajny układ, w którym pod płaszczykiem oficjalności załatwia się prawdziwe polityczne i biznesowe interesy, sam w takim dwupoziomowym układzie działa, i to zarówno w polityce, jak i w biznesie. Prezes Kaczyński, od zawsze oskarżający kogoś innego o sprawowanie tajnej kontroli nad działaniami innych osób, sam taką kontrolę sprawuje. Prawdopodobnie ktoś, kto uznaje za prawdziwą władzę jedynie władzę ukrytą, niewidoczną dla ludzkiego oka, sam takiej prawdziwej władzy zapragnął.

W działaniach rzekomo wszechmocnego układu, trzęsącego polską polityką, widać jednak zadziwiająco dużo amatorszczyzny. Państwo na tym drugim, głębszym poziomie, nie potrafi zadbać o swoją tajność – rozmowy i negocjacje, które nigdy nie miały ujrzeć dziennego światła, zostają kilkanaście razy nagrane, a następnie udostępnione opinii publicznej. Czy demiurg, który nie potrafi zabezpieczyć się przed tak prostym zagrożeniem, jest w stanie rządzić światem? Potwierdza się teza, że istnienie tajnego układu jest niemożliwe. Zbyt dużo elementów i zbyt wiele osób trzeba by kontrolować, aby taki układ działał. Tajne, ukryte państwo okazuje więc państwem teoretycznym, żeby nie powiedzieć – państwem z kartonu. Jedyny realny wpływ przekonania o jego istnieniu na naszą rzeczywistość to upadek oficjalnych instytucji i ogromna nieprzejrzystość w życiu publicznym, które cofają nas w budowaniu prawdziwego państwa o kilkanaście lat.

Skrócona wersja niniejszego tekstu ukazała się w ostatnim numerze “Tygodnika Powszechnego”

Jak mądrze stosować prawo? 10 rad wynikających z “Imperium tekstu”

“Imperium tekstu” jest książką przedstawiającą teorię interpretacji i stosowania prawa. Teoria jednak musi mieć przełożenie praktyczne – niektórzy uważają nawet, że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Dlatego w zakończeniu mojej najnowszej książki sformułowałem dziesięć rad dla interpretujących i stosujących prawo. Rady te wynikają wprost z koncepcji wyrafinowanego tekstualizmu, którą przedstawiam w “Imperium tekstu’. Oto one:

Teza 1 – Myśl kategoriami świata postulowanego przez tekst, nie kategoriami tekstu

Prawo nie jest jedynie tekstem czy zbiorem norm, ale jest całościową, racjonalną wizją świata. Wizja ta została zaplanowana przez prawodawcę, a zadaniem prawnika jest ją zrealizować. Stosowanie przepisu może wydawać się łatwe, wzięcie odpowiedzialności za kształt świata, który powstaje w wyniku zastosowania tego przepisu, jest trudne. To ostatnie jest jednak obowiązkiem prawników, bo każde zastosowanie tekstu zmienia czyjeś życie i czyjś świat.

Teza 2 – Wdrażaj w życie nie tylko proste reguły, ale także fundamentalne zasady prawa

Efekty stosowania przepisów niższego rzędu muszą być zawsze oceniane pod względem ich zgodności z zasadami konstytucyjnymi oraz zasadami prawa międzynarodowego. Prawnik ma obowiązek tak wykładać i stosować przepisy niższego rzędu, aby ich rzeczywiste konsekwencje nie urągały zasadom prawa, w szczególności takim, jak zasada proporcjonalności, zasada sprawiedliwości społecznej i ochrona godności człowieka. Tylko wtedy bowiem wiernie realizuje wizję świata zaplanowaną przez prawodawcę i współtworzy świat, w którym warto żyć.

Teza 3 – Nie wyrywaj przepisów z kontekstu – izolowana wykładnia prawa jest poważnym błędem. 

Prawo jest całościową wizją przyszłego świata, więc prawnik ma obowiązek wykładać prawo całościowo. Izolowana wykładnia językowa pojedynczych przepisów, bez uwzględnienia wykładni systemowej, bez uwzględnienia celu i funkcji stosowanego prawa, jest wykładnią błędną. Obowiązkiem prawnika jest realizacja całego świata postulowanego przez prawo, a nie realizacja pojedynczego przepisu.

Teza 4 – Znaczenia słów szukaj w praktyce językowej, nie w słowniku.

Wykładnia językowa nie jest wykładnią słownikową, polegającą na odczytaniu definicji danego terminu. Wykładnia językowa polega na zbadaniu historii użycia danego wyrażenia w języku powszechnym i specjalistycznym, ustaleniu stanu rzeczy, do którego w przeszłości wyrażenie to się odnosiło (ustalenie kontekstu), oraz upewnieniu się, że w tym samym kontekście dane wyrażenie zostało użyte w interpretowanym przepisie prawnym. Wreszcie, stan faktyczny, do którego stosuje się tak zinterpretowane wyrażenie, musi być stanem rzeczy relewantnie podobnym do stanów rzeczy, do których interpretowane wyrażenie odnosiło się w przeszłości. Wykładnia językowa jest badaniem tradycji użycia słów przez dana społeczność, nie badaniem definicji słownikowej. Tylko wtedy zbliża język prawny do języka, którym posługują się ludzie będący adresatami prawa i nie zaskakuje ich.

Teza 5 – Szukaj całościowego celu prawa

Prawo nie bez przyczyny jest systemem – postuluje bowiem systemową wizję świata. Usuwanie sprzeczności w wykładaniu prawa jest uzasadnione koniecznością realizacji spójnej wizji rzeczywistości, w której jako społeczeństwo chcemy żyć. Jeśli prawo jest złej jakości, nie jest to twoją winą. Ale twoją odpowiedzialnością jest stosować je w spójny i racjonalny sposób, realizując wartości konstytucyjne i wartości prawa ponadnarodowego. To one definiują ostateczny cel prawa – rzeczywistość sprawiedliwą, praworządną, w której prawa i wolności człowieka są skutecznie chronione.

Teza 6 – Uzupełniaj luki w prawie, ale rób to mądrze

Prawnik ma obowiązek uzupełniać luki w prawie, bo w przeciwnym razie wizja świata postulowana przez tekst prawny nie będzie całościowa. Uzupełnienia luk w prawie nie jest prawotwórstwem, ale wyrazem wierności prawodawcy.  Musi być jednak dokonywane ze szczególną dbałością o to, by uzupełnienie było spójne z innymi elementami tekstu prawnego. Uzupełnienie luki, które nie daje się pogodzić z innymi wymogami stawianymi przez tekst prawny, w szczególności z wymogami konstytucyjnymi, jest poważnym nadużyciem.

Teza 7 – Masz prawny obowiązek stosować Konstytucję i prawo międzynarodowe

Bezpośrednie stosowanie konstytucji i prawa międzynarodowego nie może być w pracy prawnika sytuacją wyjątkową. Masz obowiązek stosować zasady konstytucyjne oraz zasady prawa ponadnarodowego, w szczególności wspólnotowego, przy rozstrzyganiu konkretnych spraw. Rozstrzygnięcie zgodne z ustawą, ale którego konsekwencje nie dają się pogodzić z konstytucją i prawem ponadnarodowym, jest złym rozstrzygnięciem.

Teza 8 – Wykładaj prawo dynamicznie

Wyrażenia języka prawnego są w ciągłym użyciu. Każde użycie, każde zakwalifikowanie rzeczywistości jako podpadającej pod dane wyrażenie, a w szczególności obserwacja skutków takiego zakwalifikowania, pozwala nam lepiej zrozumieć znaczenie tego wyrażenia. Nazywanie świata jest ciągłą nauką i procesem pogłębionego rozumienia sensu naszych pojęć. Dlatego im dłużej posługujemy się danym wyrażeniem, tym lepiej je rozumiemy. Z tego powodu wyrażeniom języka prawnego, które stosujemy tu i teraz, należy nadawać znaczenie współczesne, nawet wtedy, kiedy interpretowany akt prawny został uchwalony dawno temu. Tylko wtedy stosujemy prawo według naszej najlepszej wiedzy o świecie i języku, który ten świat próbuje opisać.

Teza 9 – Opieraj swoją decyzję na wielu przesłankach interpretacyjnych

Formalizm prawniczy postuluje zredukowanie do minimum liczby przesłanek interpretacyjnych, na których opiera się prawnik. Tymczasem decyzja interpretacyjna powinna być oparta na maksymalnie szerokiej bazie argumentacyjnej. Nie opieraj zatem swojej decyzji jedynie na literalnie rozumianym przepisie czy też na jakiejkolwiek innej, wyizolowanej przesłance (np. na jednym elemencie historii legislacyjnej, na wyjątkowym orzeczeniu czy odizolowanym poglądzie doktryny). Idealna interpretacja to taka, w efekcie której twoje rozumienie przepisu okazuje się zgodne z jego celem, z funkcją realizowaną przez daną grupę przepisów i gałąź prawa, ze stanowiskami prezentowanymi we wcześniejszych orzeczeniach polskich i zagranicznych, a także taka, która nie wchodzi w konflikt z ustalonymi poglądami doktryny krajowej i zagranicznej. 

Teza 10 – Paremia „Dura lex sed lex” to często usprawiedliwienie błędnej wykładni prawa

Kiedy po dokonaniu wykładni przychodzi ci na myśl paremia „Dura lex sed lex”, zastanów się dwa razy, zanim uznasz, że wynik twojej wykładni jest prawidłowy.  Bardzo często zaskakujący czy trudny do zaakceptowania wynik wykładni prawa wynika z faktu, że została ona źle przeprowadzona. Prawo postuluje racjonalną wizję świata, więc nieracjonalny, zaskakujący wynik wykładni może być symptomem nieuwzględnienia w procesie wykładni celu prawa bądź zasady konstytucyjnej (zasady prawa ponadnarodowego). Oczywiście, czasami „twardy” wynik wykładni jest w pełni racjonalny. Ale tylko czasami.

Niewątpliwie wszystkie powyższe tezy mają jeden wspólny mianownik – interpretacja i stosowanie prawa wymaga całościowego myślenia o świecie, który za pomocą prawa jest w naszej rzeczywistości realizowany. Wymóg ten wynika z podstawowej tezy niniejszej książki: poprzez prawo kreujemy przyszły świat, w którym będziemy żyć. W świetle tej tezy decyzja sędziego czy urzędnika nie jest kawałkiem papieru, dotyczącym jakiejś szczegółowej kwestii, ale decyzją o fragmencie przyszłości adresata i fragmencie przyszłości społeczeństwa, którego ten adresat jest częścią. Brak takiej świadomości prowadzi do rozchwiania wspólnych celów, powoduje chaos, a przez to stanowi zaprzeczenie prawa rozumianego jako wspólny plan świata, w którym funkcjonujemy.