Category Prawo

Tajne państwo z kartonu

Na całym świecie prawicowi politycy i ich wyborcy uwielbiają fantazjować na temat istnienia „deep state” – tajnego układu personalnego, który, niewidoczny dla zwykłego śmiertelnika, steruje rzeczywistością polityczną i biznesową danego państwa. Deep state to prawdziwa, głęboka struktura władzy, która ludzi formalnie ją sprawujących, prezydentów i premierów, traktuje jak marionetki, ponieważ nimi steruje, a jeśli próbują wybić się na niepodległość, usuwa ze stanowiska. Jednym z największych orędowników istnienia takiego równoległego układu władzy jest Donald Trump. Próbuje on przekonać Amerykanów, że ten układ chce pozbawić go władzy, ponieważ ma on odwagę robić rzeczy zagrażające establishmentowi.

Również w Polsce od wielu lat słyszymy o istnieniu „układu”. Termin ten został spopularyzowany przez J. Kaczyńskiego w latach 2005-2007 i – podobnie jak idea deep state – był teorią spiskową, zgodnie z którą o losach Polski decyduje towarzyski układ złożony z ludzi biznesu i służb specjalnych, dla którego oficjalna struktura władzy jest tylko przykrywką. Teoria „układu” robi wśród wyborców prawicowych furorę, ponieważ jest psychologicznie zgodna z ich osobowościowym profilem, opartym na głębokiej nieufności do świata i stanowi wygodny mechanizm likwidowania dysonansu poznawczego. Czyż jest bowiem bardziej przekonujące wytłumaczenie każdej porażki, osobistej czy politycznej niż zwalenie winy na „układ”? Nie dość, że wytłumaczenie takie usprawiedliwia każde niepowodzenie, to jeszcze świadczy o przenikliwości człowieka, który je formułuje – jest więc idealne.

Przekonanie o istnieniu układu jest w rzeczywistości dowodem niedojrzałości tych, którzy je głoszą. Jak każda teoria spiskowa, zakłada, że rzeczywistość jest na tyle prosta, że ktoś może nią skutecznie sterować, pociągając za wszystkie sznurki i dodatkowo utrzymać to w całkowitej tajemnicy przed społeczeństwem. To mityczne przekonanie o istnieniu wszechmogącego, wieloosobowego i nieujawniającego się demiurga nie jest dowodem przenikliwości, ale dziecinadą. Jest dowodem braku świadomości, jak złożona jest rzeczywistość, jak różnorodne motywacje mają ludzie, którzy musieliby w idealnej zgodzie współpracować przez lata, aby taką ukrytą strukturę stworzyć i nią zarządzać. Teza o istnieniu tajnego państwa więcej mówi zatem o osobie, która ją głosi niż o rzeczywistości.

Myślenie „układowe” jest mimo to myślą przewodnią narracji prowadzonej przez polską prawicę. Ustalenia Okrągłego Stołu nie były instytucjonalną umową społeczną, która pozwoliła Polakom bez rewolucji przejść od totalitaryzmu do demokracji. Była tajnym układem komunistów i „agentów” – jak, obrażając pamięć wielu porządnych i zasłużonych dla Rzeczypospolitej ludzi – powiedział ostatnio A. Zybertowicz. Konstytucja z 1997 roku, w szczególności zawarta w niej zasada demokratycznego państwa prawnego, nie jest godną szacunku podstawą działań instytucji państwowych, ale – jak zwykł mawiać L. Morawski – trikiem chroniącym interesy postkomunistów. Wyprowadzana z zasady demokratycznego państwa prawnego zasada ochrony praw nabytych rzekomo chroniła w latach 90 status quo wytworzone na skutek rozkradzenia publicznego majątku. Instytucje takie, jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, także nie są w rozumieniu zwolenników teorii układu tym, czym są. W 2006 roku Trybunał, a w 2016 roku Sąd Najwyższy zostały przecież oskarżone przez PiS o realizację ukrytych interesów postkomunistycznego układu. Oskarżenie o układ jest myślą przewodnią polityki PiS – nic nie jest takie, jakie się wydaje, oficjalny wymiar instytucji to zasłona dymna dla prawdziwej gry interesów, ten, kto wierzy w instytucje jest co najwyżej pożytecznym idiotą. „Prawdziwie” mądrzy ludzie wiedzą, że instytucje to tylko gra pozorów.

Fantasmagoria, że poza oficjalnymi instytucjami istnieje grupa ludzi trzymających prawdziwą władzę, ma poważne skutki dla myślenia o państwie rzeczywistym: prowadzi do lekceważenia oficjalnych instytucji państwa. Nie ma się przecież prawdziwej władzy wtedy, kiedy ma się oficjalną władzę instytucjonalną. Instytucje są tylko przykrywką dla prawdziwej władzy, są i narzędziami, i przedmiotami manipulacji, więc nie trzeba się nimi przejmować. Orędownicy istnienia układu wyznają zatem zasadę, że z tajnym układem władzy można walczyć tylko jego własną bronią: grą pozorów. Skoro prawdziwa władza to niewidoczny dla gołego oka układ, aby ją mieć, trzeba podobny układ stworzyć.

Tę ryzykowną tezę zdają się potwierdzać działania PiS. Od 2015 roku partia obsadza stanowiska instytucjonalne ludźmi, którzy nie mają sprawować realnej, instytucjonalnej władzy. W opinii publicznej, zilustrowanej doskonale scenami z „Ucha Prezesa”, Prezydent RP jest w swoich decyzjach całkowicie uzależniony politycznie od woli J. Kaczyńskiego i z tego powodu lekceważony. Premierzy rządu RP – B. Szydło i M. Morawiecki – są także postrzegani jako osoby eufemistycznie mówiąc nie w pełni decyzyjne. „Ucho Prezesa” w podobny sposób ukazuje J. Przyłębską, osobę sprawującą funkcję jego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W jednym z odcinków ubrana w sędziowską togę aktorka uderzająco podobna do Przyłębskiej dziwi się sytuacji, w której miałaby podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję. Taki jest odbiór społeczny relacji między osobami pełniącymi władzę instytucjonalną a J. Kaczyńskim. Zgodnie z tym odbiorem, ten ostatni – nie pełniąc żadnej funkcji władczej – kieruje działaniami oficjalnych polskich instytucji z tylnego siedzenia.

Opublikowane przez Gazetę Wyborczą taśmy pokazują, że dokładnie taki sam system sprawowania władzy J. Kaczyński stosuje w biznesie. Nie pełni on żadnej oficjalnej funkcji w spółce „Srebrna”. Jest tylko członkiem Rady Programowej właściciela „Srebrnej”: Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Nie ma zatem prawa nawet reprezentować tego Instytutu, a tylko go nadzorować, nie mówiąc już o reprezentowaniu samej spółki, a jednak prowadzi w jej imieniu negocjacje. Podobnie jak w polityce, w biznesie Prezes Kaczyński preferuje zatem układ dwupoziomowy – oficjalne instytucje, takie jak zarządy spółek, stanowią tylko pierwszy, pozorny element całej układanki. Ważniejszy jest drugi, realny poziom władzy, sprawowany przez Kaczyńskiego. Na tym poziomie może on mówić „ta praca była wykonana dla nas”, mając na myśli pracę oficjalnie wykonaną dla podmiotów występujących na pierwszym poziomie.

Lekceważenie oficjalnych instytucji, zarówno na poziomie politycznym, jak i na poziomie biznesowym, prowadzi do opłakanych skutków. Zamiast przejrzystych relacji instytucjonalnych buduje się nietransparentne relacje osobiste. Zamiast uniwersalnych i obiektywnych reguł promuje się partykularne interesy i subiektywnych ludzi. Tym samym zawraca się z drogi, którą już dawno obrała cywilizacja zachodnia, która nie na ludziach, ale na instytucjach rozumianych jako zbiory przejrzystych reguł buduje państwa. Chodzi w tym przypadku nie tylko o instytucje rozumiane jako organizacje (np. banki czy spółki), ale także instytucje jako wytwory konwencjonalne i kulturowe. Do tych ostatnich należą między innymi instytucja pieniądza czy instytucja umowy.

Instytucje są narzędziem przezwyciężania ludzkich wad i ograniczeń. Spółkę wymyślono dlatego, że prowadzenie biznesu przez konkretnego człowieka może trwać tylko tak długo, jak długo trwa jego życie. Instytucja spółki pozwala przezwyciężyć to ograniczenie. Spółka istnieje dłużej niż żyje człowiek, umowa trwa dłużej niż wypowiedziane słowo, prawo obowiązuje dłużej niż pojedynczy rozkaz. Jako człowiek decyduję według mojego interesu, jako przedstawiciel instytucji decyduję w interesie instytucji – czasami wbrew mojemu interesowi. Instytucje są więc bezosobowe i ponadludzkie, są oparte na niezależnych regułach, których pojedynczy człowiek nie może według swej woli zmienić.

Lekceważenie instytucji jest dla nich zabójcze, bo instytucje są faktami społecznymi opartymi na zaufaniu – istnieją tylko dlatego, że w ich działanie wierzymy i je respektujemy. Instytucja pieniądza ma sens tylko wtedy, kiedy ludzie ufają, że za bezwartościowy materialnie kawałek papieru, wydany przez bank centralny, będą mogli nabywać konkretne rzeczy mające wartość materialną. Kiedy to zaufanie upada, upada instytucja – doświadczamy tego zjawiska w krajach, które przechodzą głęboki kryzys ekonomiczny. W takich krajach oficjalną walutę zastępuje często inna forma pieniądza, taka, której ludzie ufają. To potwierdza, że instytucje istnieją tylko wtedy, kiedy ludzie je szanują.

Ktoś, kto nie ufa instytucjom, lekceważy je czy nimi pogardza, musi działać poza regułami te instytucje tworzącymi – musi działać bez żadnego trybu. PiS nie ufa instytucjom, bo ufa tylko ludziom, i to swoim ludziom. Tworzy porządek ponad i poza porządkiem instytucjonalnym. Niby funkcjonują niezależny Trybunał Konstytucyjny i służąca interesowi publicznemu prokuratura. Ale jednocześnie politycy tajnie spotykają się z sędziami w siedzibie TK w czasie, gdy ten rozpatruje ważne dla nich sprawy, a prezes Kaczyński odwiedza Prokuratora Generalnego, gdy podległa mu prokuratura prowadzi dotyczącą Prezesa osobiście sprawę.  Instytucje nie mają więc znaczenia, a ich rozmontowanie daje konkretnym ludziom nieograniczoną wolność w działaniu. Zawsze można zmienić zdanie, zawsze można pogadać z człowiekiem, zawsze można nagiąć regułę. Takie działanie jest oszustwem: korzystam z mocy instytucji, kiedy jest to dla mnie wygodne, jestem natomiast pozbawiony ograniczeń, kiedy mnie krępują, bo mogę to skrępowanie zlekceważyć.

Taka pogarda dla instytucji jest w rzeczywistości pogardą dla społeczeństwa. Jest pogardą dla jego zdolności do samodzielnego decydowania o sobie, dla decydowania ludzi o sobie samych. Zawarta umowa czy uchwalone prawo jest w normalnym państwie podstawą dla zaufania. Poważne traktowanie instytucji pozwala na sterowanie naszym życiem, planowanie i realizację planów. Tworzenie poza instytucjami drugiego układu decyzyjnego jest manipulacją, a manipulacja jest przemocą. Jest także wyrazem jakiejś głębokiej skazy na psychice tego, który manipuluje: wyrazem przekonania, że ktoś chce manipulować nim. Manipulujący sam musi więc manipulować, zacierać ślady i mylić trop. Nikt nie może wiedzieć, do czego dąży. Jeśli nikt nie będzie wiedział, nikt nie zdoła go oszukać.

Zaklęte koło manipulacji i nieprzejrzystości prowadzi prędzej czy później do katastrofy. Ludzie, którym, jak się zdawało, można było ufać, wyłamują się z układu, czyli, w rozumieniu jego twórcy, zdradzają, na przykład przez nagrywanie rozmów i przekazanie ich prasie. Pozostaje wtedy niedowierzanie, że społeczeństwo, które dowiaduje się o tym drugim poziomie spraw, uznają go za niedopuszczalny i stawia oskarżenia.

Sprawa taśm spowodowała co najmniej kilka doniesień do prokuratury. Wszystkie zarzuty stawiane w tych doniesieniach, nie przesądzając ich zasadności, oparte są na nietransparencji i wykorzystywaniu instytucji do własnych, ukrytych celów. Oskarżenie o oszustwo, sformułowane przez pełnomocników Birgfellnera, jest oparte na twierdzeniu, że J. Kaczyński wykorzystał zaufanie osobiste i relację rodzinną z ich klientem, zachęcając go do pracy dla spółki „Srebrna”, a jednocześnie – ponieważ działał poza oficjalnymi instytucjonalnymi regułami (nie reprezentował oficjalnie spółki) – mógł się następnie z relacji biznesowej w dogodnym dla siebie momencie wycofać. Nie mógłby tego zrobić, gdyby działał oficjalnie i zawarł normalną, przewidzianą przez instytucje prawa cywilnego umowę.

Drugie oskarżenie, sformułowane przez posłów PO, także jest związane z manipulowaniem oficjalnymi instytucjami. Zarzut oszustwa sądowego zarzut wprowadzenia w błąd sądu, aby ten dokonał rozstrzygnięcia, w efekcie którego jakiś podmiot (w tym przypadku spółka „Srebrna”) poniesie szkodę, rozporządzając w wyniku zmanipulowanej decyzji sądu swoim majątkiem. To rozporządzenie miałoby polegać na zapłaceniu długu, którego normalne zapłacenie byłoby wyprowadzeniem pieniędzy ze spółki, a więc, zgodnie ze słowami samego J. Kaczyńskiego – powszechnym w Polsce przestępstwem. Wprowadzeniem w błąd sądu miałoby być natomiast sformułowana przez Kaczyńskiego propozycja skierowania sprawy płatności za prace Birgfellnera na drogę sądową, mimo nieistnienia rzeczywistego sporu (Kaczyński mówi przecież, że wykonanych prac nie kwestionuje).

Trzecie doniesienie do prokuratury jest oparte na podejrzeniu przestępstwa płatnej protekcji. Złożył je Ryszard Petru, który twierdzi, że działania J. Kaczyńskiego były – jak czytamy w odpowiednim artykule kodeksu karnego – powoływaniem się na wpływy w instytucji państwowej bądź wywołaniem lub utwierdzeniem w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, oraz podjęciu się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść finansową lub osobistą. Słowa klucze w opisie zarzucanego przestępstwa są następujące: instytucje, wpływy, załatwienie, korzyść. A więc znów podejrzenie o manipulację instytucjami państwa (być może sądami albo władzą samorządową po wybranych wyborach w Warszawie), dzięki posiadaniu wpływów (tajne państwo) w celu osiągnięcia korzyści finansowej (przychody z najmu wież) bądź osobistej (upamiętnienie brata).

Podkreślmy jeszcze raz – nie rozstrzygamy, czy powyższe zarzuty są zasadne, bo od tego są takie instytucje, jak prokuratura i sądy, które będą w tej sprawie, miejmy nadzieję, działać oficjalnie i bezstronnie. Pokazujemy jedynie, że wszystkie te oskarżenia wynikają z lekceważenia instytucji i będącej skutkiem tego lekceważenia ogromnej nietransparencji w działaniach J. Kaczyńskiego.

Doświadczenie ostatnich trzech lat oraz nagrania opublikowane przez Gazetę Wyborczą paradoksalnie pokazują, że człowiek najbardziej przekonany o istnieniu drugiego dna w polityce i biznesie okazuje się głównym twórcą tego drugiego dna w swojej aktywności. Ten, który ściga tajny układ, w którym pod płaszczykiem oficjalności załatwia się prawdziwe polityczne i biznesowe interesy, sam w takim dwupoziomowym układzie działa, i to zarówno w polityce, jak i w biznesie. Prezes Kaczyński, od zawsze oskarżający kogoś innego o sprawowanie tajnej kontroli nad działaniami innych osób, sam taką kontrolę sprawuje. Prawdopodobnie ktoś, kto uznaje za prawdziwą władzę jedynie władzę ukrytą, niewidoczną dla ludzkiego oka, sam takiej prawdziwej władzy zapragnął.

W działaniach rzekomo wszechmocnego układu, trzęsącego polską polityką, widać jednak zadziwiająco dużo amatorszczyzny. Państwo na tym drugim, głębszym poziomie, nie potrafi zadbać o swoją tajność – rozmowy i negocjacje, które nigdy nie miały ujrzeć dziennego światła, zostają kilkanaście razy nagrane, a następnie udostępnione opinii publicznej. Czy demiurg, który nie potrafi zabezpieczyć się przed tak prostym zagrożeniem, jest w stanie rządzić światem? Potwierdza się teza, że istnienie tajnego układu jest niemożliwe. Zbyt dużo elementów i zbyt wiele osób trzeba by kontrolować, aby taki układ działał. Tajne, ukryte państwo okazuje więc państwem teoretycznym, żeby nie powiedzieć – państwem z kartonu. Jedyny realny wpływ przekonania o jego istnieniu na naszą rzeczywistość to upadek oficjalnych instytucji i ogromna nieprzejrzystość w życiu publicznym, które cofają nas w budowaniu prawdziwego państwa o kilkanaście lat.

Skrócona wersja niniejszego tekstu ukazała się w ostatnim numerze “Tygodnika Powszechnego”

Jak mądrze stosować prawo? 10 rad wynikających z “Imperium tekstu”

“Imperium tekstu” jest książką przedstawiającą teorię interpretacji i stosowania prawa. Teoria jednak musi mieć przełożenie praktyczne – niektórzy uważają nawet, że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Dlatego w zakończeniu mojej najnowszej książki sformułowałem dziesięć rad dla interpretujących i stosujących prawo. Rady te wynikają wprost z koncepcji wyrafinowanego tekstualizmu, którą przedstawiam w “Imperium tekstu’. Oto one:

Teza 1 – Myśl kategoriami świata postulowanego przez tekst, nie kategoriami tekstu

Prawo nie jest jedynie tekstem czy zbiorem norm, ale jest całościową, racjonalną wizją świata. Wizja ta została zaplanowana przez prawodawcę, a zadaniem prawnika jest ją zrealizować. Stosowanie przepisu może wydawać się łatwe, wzięcie odpowiedzialności za kształt świata, który powstaje w wyniku zastosowania tego przepisu, jest trudne. To ostatnie jest jednak obowiązkiem prawników, bo każde zastosowanie tekstu zmienia czyjeś życie i czyjś świat.

Teza 2 – Wdrażaj w życie nie tylko proste reguły, ale także fundamentalne zasady prawa

Efekty stosowania przepisów niższego rzędu muszą być zawsze oceniane pod względem ich zgodności z zasadami konstytucyjnymi oraz zasadami prawa międzynarodowego. Prawnik ma obowiązek tak wykładać i stosować przepisy niższego rzędu, aby ich rzeczywiste konsekwencje nie urągały zasadom prawa, w szczególności takim, jak zasada proporcjonalności, zasada sprawiedliwości społecznej i ochrona godności człowieka. Tylko wtedy bowiem wiernie realizuje wizję świata zaplanowaną przez prawodawcę i współtworzy świat, w którym warto żyć.

Teza 3 – Nie wyrywaj przepisów z kontekstu – izolowana wykładnia prawa jest poważnym błędem. 

Prawo jest całościową wizją przyszłego świata, więc prawnik ma obowiązek wykładać prawo całościowo. Izolowana wykładnia językowa pojedynczych przepisów, bez uwzględnienia wykładni systemowej, bez uwzględnienia celu i funkcji stosowanego prawa, jest wykładnią błędną. Obowiązkiem prawnika jest realizacja całego świata postulowanego przez prawo, a nie realizacja pojedynczego przepisu.

Teza 4 – Znaczenia słów szukaj w praktyce językowej, nie w słowniku.

Wykładnia językowa nie jest wykładnią słownikową, polegającą na odczytaniu definicji danego terminu. Wykładnia językowa polega na zbadaniu historii użycia danego wyrażenia w języku powszechnym i specjalistycznym, ustaleniu stanu rzeczy, do którego w przeszłości wyrażenie to się odnosiło (ustalenie kontekstu), oraz upewnieniu się, że w tym samym kontekście dane wyrażenie zostało użyte w interpretowanym przepisie prawnym. Wreszcie, stan faktyczny, do którego stosuje się tak zinterpretowane wyrażenie, musi być stanem rzeczy relewantnie podobnym do stanów rzeczy, do których interpretowane wyrażenie odnosiło się w przeszłości. Wykładnia językowa jest badaniem tradycji użycia słów przez dana społeczność, nie badaniem definicji słownikowej. Tylko wtedy zbliża język prawny do języka, którym posługują się ludzie będący adresatami prawa i nie zaskakuje ich.

Teza 5 – Szukaj całościowego celu prawa

Prawo nie bez przyczyny jest systemem – postuluje bowiem systemową wizję świata. Usuwanie sprzeczności w wykładaniu prawa jest uzasadnione koniecznością realizacji spójnej wizji rzeczywistości, w której jako społeczeństwo chcemy żyć. Jeśli prawo jest złej jakości, nie jest to twoją winą. Ale twoją odpowiedzialnością jest stosować je w spójny i racjonalny sposób, realizując wartości konstytucyjne i wartości prawa ponadnarodowego. To one definiują ostateczny cel prawa – rzeczywistość sprawiedliwą, praworządną, w której prawa i wolności człowieka są skutecznie chronione.

Teza 6 – Uzupełniaj luki w prawie, ale rób to mądrze

Prawnik ma obowiązek uzupełniać luki w prawie, bo w przeciwnym razie wizja świata postulowana przez tekst prawny nie będzie całościowa. Uzupełnienia luk w prawie nie jest prawotwórstwem, ale wyrazem wierności prawodawcy.  Musi być jednak dokonywane ze szczególną dbałością o to, by uzupełnienie było spójne z innymi elementami tekstu prawnego. Uzupełnienie luki, które nie daje się pogodzić z innymi wymogami stawianymi przez tekst prawny, w szczególności z wymogami konstytucyjnymi, jest poważnym nadużyciem.

Teza 7 – Masz prawny obowiązek stosować Konstytucję i prawo międzynarodowe

Bezpośrednie stosowanie konstytucji i prawa międzynarodowego nie może być w pracy prawnika sytuacją wyjątkową. Masz obowiązek stosować zasady konstytucyjne oraz zasady prawa ponadnarodowego, w szczególności wspólnotowego, przy rozstrzyganiu konkretnych spraw. Rozstrzygnięcie zgodne z ustawą, ale którego konsekwencje nie dają się pogodzić z konstytucją i prawem ponadnarodowym, jest złym rozstrzygnięciem.

Teza 8 – Wykładaj prawo dynamicznie

Wyrażenia języka prawnego są w ciągłym użyciu. Każde użycie, każde zakwalifikowanie rzeczywistości jako podpadającej pod dane wyrażenie, a w szczególności obserwacja skutków takiego zakwalifikowania, pozwala nam lepiej zrozumieć znaczenie tego wyrażenia. Nazywanie świata jest ciągłą nauką i procesem pogłębionego rozumienia sensu naszych pojęć. Dlatego im dłużej posługujemy się danym wyrażeniem, tym lepiej je rozumiemy. Z tego powodu wyrażeniom języka prawnego, które stosujemy tu i teraz, należy nadawać znaczenie współczesne, nawet wtedy, kiedy interpretowany akt prawny został uchwalony dawno temu. Tylko wtedy stosujemy prawo według naszej najlepszej wiedzy o świecie i języku, który ten świat próbuje opisać.

Teza 9 – Opieraj swoją decyzję na wielu przesłankach interpretacyjnych

Formalizm prawniczy postuluje zredukowanie do minimum liczby przesłanek interpretacyjnych, na których opiera się prawnik. Tymczasem decyzja interpretacyjna powinna być oparta na maksymalnie szerokiej bazie argumentacyjnej. Nie opieraj zatem swojej decyzji jedynie na literalnie rozumianym przepisie czy też na jakiejkolwiek innej, wyizolowanej przesłance (np. na jednym elemencie historii legislacyjnej, na wyjątkowym orzeczeniu czy odizolowanym poglądzie doktryny). Idealna interpretacja to taka, w efekcie której twoje rozumienie przepisu okazuje się zgodne z jego celem, z funkcją realizowaną przez daną grupę przepisów i gałąź prawa, ze stanowiskami prezentowanymi we wcześniejszych orzeczeniach polskich i zagranicznych, a także taka, która nie wchodzi w konflikt z ustalonymi poglądami doktryny krajowej i zagranicznej. 

Teza 10 – Paremia „Dura lex sed lex” to często usprawiedliwienie błędnej wykładni prawa

Kiedy po dokonaniu wykładni przychodzi ci na myśl paremia „Dura lex sed lex”, zastanów się dwa razy, zanim uznasz, że wynik twojej wykładni jest prawidłowy.  Bardzo często zaskakujący czy trudny do zaakceptowania wynik wykładni prawa wynika z faktu, że została ona źle przeprowadzona. Prawo postuluje racjonalną wizję świata, więc nieracjonalny, zaskakujący wynik wykładni może być symptomem nieuwzględnienia w procesie wykładni celu prawa bądź zasady konstytucyjnej (zasady prawa ponadnarodowego). Oczywiście, czasami „twardy” wynik wykładni jest w pełni racjonalny. Ale tylko czasami.

Niewątpliwie wszystkie powyższe tezy mają jeden wspólny mianownik – interpretacja i stosowanie prawa wymaga całościowego myślenia o świecie, który za pomocą prawa jest w naszej rzeczywistości realizowany. Wymóg ten wynika z podstawowej tezy niniejszej książki: poprzez prawo kreujemy przyszły świat, w którym będziemy żyć. W świetle tej tezy decyzja sędziego czy urzędnika nie jest kawałkiem papieru, dotyczącym jakiejś szczegółowej kwestii, ale decyzją o fragmencie przyszłości adresata i fragmencie przyszłości społeczeństwa, którego ten adresat jest częścią. Brak takiej świadomości prowadzi do rozchwiania wspólnych celów, powoduje chaos, a przez to stanowi zaprzeczenie prawa rozumianego jako wspólny plan świata, w którym funkcjonujemy.

‪Dlaczego sędzia nie może być tylko „ustami ustawy” czyli o czym jest „Imperium tekstu”.‬

Wśród piszących o interpretacji prawniczej można zauważyć co najmniej dwa stanowiska co do tego, jak sędzia powinien stosować prawo. Pierwsze stanowisko, wywodzone jeszcze od Monteskiusza, głosi, że sędzia powinien być „ustami ustawy”, a więc że powinien stosować prawo takie, jakim ustanowił je prawodawca, niczego nie poprawiając, niczego nie ujmując, ani niczego nie dodając. To stanowisko jest czasami określane mianem pasywizmu sędziowskiego (bo w jego ramach sędzia jest pasywny), albo mianem formalizmu, ponieważ sędzia będący ustami ustawy stosuje literalnie tzw. najbardziej lokalną (szczegółową) regułę, nie oglądając się na cel prawa, na jego skutki i nie uwzględniając ogólnych zasad, takich jak sprawiedliwość, równość czy proporcjonalność.

Aby pokazać działanie sędziego działającego według modelu „ust ustawy”, skorzystajmy ze znanego przykładu, który omawiałem w mojej poprzedniej książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Stare weneckie prawo, wspomniane przez Szekspira w „Kupcu weneckim”, zabraniało „rozlewać krew na ulicy” pod groźbą kary śmierci. Jak w świetle tego prawa należałoby osądzić lekarza, który upuścił krwi chorej osobie leżącej na drodze, by ją ratować? W sensie ścisłym krople krwi zostały rozlane na ulicy, wydaje się więc, że sędzia będący ustami ustawy, powinien skazać lekarza na śmierć. Taka decyzja wydaje się jednak bezsensowna, ponieważ – jak można mniemać – nie taki był cel weneckiego prawa. Było nim prawdopodobnie zapobieganie zamieszkom i bójkom w obrębie miasta, które często prowadziły do rozlewu krwi. Poza tym, tworzący to prawo nie chcieli zapewne, aby jego skutkiem było skazywanie na śmierć lekarzy, którzy ratują czyjeś życie. 

 
Czy jednak sędzia będący „ustami ustawy” może zinterpretować stosowane prawo i zgodnie z jego celem bądź w taki sposób, aby uniknąć niepożądanych skutków? Czy może mieć pewność, jakie były intencje prawodawcy, jeśli nie zostały one wyraźnie wyrażone w tekście ustawy? Może jednak celem weneckiego prawa było zapobieganie wylewaniu krwi na ulicę w celu zapobieżenia epidemii? Te wszystkie wątpliwości prowadzą często do konkluzji czysto formalistycznej: dura lex sed lex – twarde prawo, ale prawo. Sędzia będący ustami ustawy nie może poprawiać prawodawcy.

Drugie stanowisko, przeciwne do modelu „ust ustawy”, zaproponował Ronald Dworkin pod postacią mitycznego „sędziego Herkulesa”. Sędzia ten jest wybitnym znawcą prawa, rozumianego nie tylko jako wyraźnie zapisane w nim reguły. Poza regułami prawo zawiera również zasady. Od reguł, które mają charakter zero-jedynkowy, zasady różnią się tym, że trzeba je ważyć, a więc stosować w większym albo mniejszym stopniu. Taką zasadą jest na przykład zasada karania za czyny, które są szczególnie szkodliwe społecznie. Stosowanie prawa to wspólne stosowanie reguł i zasad, w tym korekta takiego skutku zastosowania reguł, które są nie do zaakceptowania z punktu widzenia zasad. 

 
W naszym przykładzie z lekarzem upuszczającym krwi choremu na ulicy wspólne zastosowanie reguły nakazującej karanie oraz zasady oceniającej poziom szkodliwości społecznej czynu lekarza doprowadziłby zapewne do jego uniewinnienia. Stałoby się tak także z tego powodu, że sędzia Herkules stosując prawo bierze pod uwagę jego cel, rozumiany jako kierunek moralnego myślenia społeczeństwa i prawodawcy (tzw. policies). A trudno założyć, aby społeczeństwo i prawodawca uznawali działanie lekarza za złe moralnie.

 
 
Sędzia naśladujący sędziego Herkulesa nie jest formalistyczny, ponieważ nie stosuje wyłącznie litery prawa, ale zasady i policies, składające się na to, co tradycyjnie nazywamy „duchem prawa”. Nie jest też na pewno sędzią pasywnym, ponieważ prowadzi złożone rozważania, aktywnie szukając właściwego rozwiązania sprawy, nie stosując łatwej „ucieczki w formalizm”. Z drugiej strony jednak krytycy sędziego Herkulesa twierdzą, że uzyskuje on zbyt daleko idącą wolność decydowania i poprawiania reguł ustanowionych przez prawodawcę, kiedy ich skutki nie dadzą się pogodzić z zasadami prawa. Jest więc Herkules oskarżany o aktywizm sędziowski, który przeciwstawia się sędziowskiej wstrzemięźliwości (krytykowanej przez innych jako pasywizm), w tym o chęć zastąpienia prawodawcy w jego roli.
 
Przykładem sporu pomiędzy powyższymi dwoma modelami jest trwająca w Polsce dyskusja nad tzw. bezpośrednim stosowaniem Konstytucji przez sędziów. Zwolennicy takiego stosowania chcą, aby sędziowie byli Herkulesami: aby stosowali reguły zawarte w ustawach wraz z zasadami zawartymi w Konstytucji, oraz – gdy jest to konieczne – modyfikowali skutki stosowania reguł poprzez odwołanie do ważniejszych od nich zasad. Przeciwnicy bezpośredniego stosowania Konstytucji chcieliby, aby sędziowie byli ustami ustawy, bez względu, co ta ustawa mówi i bez względu na to, jakie są skutki stosowania tej ustawy w świetle wartości obecnych w prawie. Dure lex sed lex.
 
W „Imperium tekstu” przedstawiam wizję sędziego i prawnika, którą można ulokować między Monteskiuszowskimi „ustami ustawy” a Dworkinowskim sędzią Herkulesem, choć z pewnością bliżej jej do sędziego Herkulesa. Moim celem było zaproponowanie takiego sposobu rozumienia i stosowania prawa, które jest wierne tekstowi prawnemu rozumianemu jako całość, a więc obejmującego zarówno Konstytucję i ustawy, zarówno literę, jak i ducha prawa, ale jednocześnie nie prowadzi do absurdalnych lub głęboko niemoralnych rozstrzygnięć
 
Dlatego „Imperium tekstu” wyjaśnia, że prawo jest złożoną praktyką społeczną, w ramach której jedna grupa ludzi (prawodawcy) projektuje pewien idealny świat, w którym chce żyć dane społeczeństwo. W tym idealnym świecie wszyscy kierowcy jeżdżą 50 km/h w obszarze zabudowanym, każdy oddaje pożyczone pieniądze, a Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym. Inna grupa ludzi (sędziowie i prawnicy stosujący prawo) dbają o to, aby ten idealny świat stał się rzeczywistością. Oczywiście, świat realny nigdy nie osiągnie ideału, ale chodzi o to, żeby do tego dążyć. 
 
Kluczową tezą „Imperium tekstu” jest twierdzenie, że zadaniem sędziego jest urzeczywistnienie CAŁOŚCI świata postulowanego przez wszystkich prawodawców (zarówno tych tworzących ustawy, jak i tych tworzących konstytucje), a nie tylko urzeczywistnienie małego kawałka, postulowanego przez wyrwaną z kontekstu szczegółową regułę, realizowaną bez oglądania się na całość. Takie podejście powoduje na przykład, że idealny sędzia nie może zastosować reguły prawnej dotyczącej reprywatyzacji w taki sposób, aby naruszyć jednocześnie zasady sprawiedliwości społecznej oraz nie zapewnić ochrony ludzkiej godności. 
 
Takie podejście oznacza także wiele innych rzeczy, o których napiszę w dalszych postach. Teraz tylko skonkluduję – sędzia nie może być tylko ustami ustawy, ale bycie Herkulesem wymaga pewnych obostrzeń. W mojej książce staram się je sformułować.
 
Książkę „Imperium tekstu” można nabyć tutaj:
 
http://scholar.com.pl/sklep.php?md=products&id_p=2798

Unijny Trybunał ogranicza suwerenność Prezydenta i PiS w łamaniu Konstytucji

Dzisiaj Prezydent Duda skrytykował Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za działania w obronie niezależności polskich sądów. „Uważam (…), że Trybunał Sprawiedliwości UE, orzekając w tej sprawie – w sprawie, która jest bez wątpienia sprawą wewnętrzną, bo regulacja organizacji wymiaru sprawiedliwości jest sprawą wewnętrzną – posunął za daleko” – oświadczył prezydent w wywiadzie dla radiowej Trójki, o czym donosi Interia.pl

To kolejna wypowiedź PAD o UE i znowu atak na jej podstawowe instytucje. Prezydencie, niezależność sądów jest podstawą członkostwa w Unii i jej obrona nie ogranicza niczyjej suwerenności! Nie da się być silnym krajem w Unii chcąc ją rozsadzić od wewnątrz.

Praktyki TSUE nie są groźne dla suwerenności państw UE. Są groźne dla swobody Pana i swobody PiS w naruszaniu polskiej Konstytucji poprzez niszczenie niezależności Sądu Najwyższego.

Obrona niezależności polskich sądów przez TSUE nie jest ingerencją w organizację sądów, bo organizacja to jedno, a niezależność to drugie. Możemy dowolnie zorganizować sobie sądy, ale muszą być niezależne, bo takie są reguły, na które zgodziliśmy się przystępując do Unii.

Piłkarze mogą dowolnie wybrać kolor koszulek, byleby były wystarczająco odmienne od koszulek przeciwników. Polska może dowolnie zorganizować sądownictwo, byleby było wystarczająco niezależne od polityków. W obu przypadkach ingeruje sędzia, jeśli nie są.

Wznieśmy toast za silną Polskę w Europie

Dzisiaj polski rząd wycofał się z haniebnej próby przejęcia całkowitej kontroli nad Sądem Najwyższym. Przez ponad półtora roku propagandowa maszyna władzy wmawiała Polakom, że sędziowie są wrogami ludu i dlatego trzeba ich poniżyć, opluć i wyrzucić na bruk. Dzisiaj ci, którzy siali tę propagandę, musieli cofnąć te słowa.

Przez ten cały czas ludzie, którym na sercu leży dobro Polski, protestowali przeciwko propagandzie i barbarzyńskiej próbie zniszczenia państwa prawa. Wychodziliśmy pod sądy ze światłem świec, które miały odpędzić złe duchu autorytaryzmu. I to się udało.

W uchwalonej dzisiaj ustawie polski rząd przyznaje, że kadencja I Prezes SN nigdy nie została przerwana. Że sędziowie Sądu Najwyższego nigdy nie przestali pełnić swojej funkcji. Przyznaje to, co zawsze było dla nas oczywiste.

Cieszmy się tą chwilą. Nasz opór ma sens, jesteśmy silni naszą solidarnością i naszymi wartościami. Ci, którzy próbowali zamachu na Konstytucję, okazali się słabi. Wygraliśmy bitwę w wojnie, która cały czas trwa. Ale wygrana bitwa to okazja, by wznieść toast. Więc wznieśmy – za przyszłość silnej, praworządnej Polski, która jest ważnym członkiem Unii Europejskiej, szanuje swoje prawa i dotrzymuje słowa. I walczmy dalej o pełne przywrócenie polskiego państwa prawa.

Artur Celmer został wydany Polsce. Co to oznacza?

Irlandzka sędzia Donnelly zdecydowała, że należy wydać Polsce Artura Celmera, którego sprawa doszła aż do Trybunału Sprawiedliwości UE. Czy to oznacza, że z polskim sądownictwem wszystko jest ok? Niestety, wprost przeciwnie.

Najpierw przypomnijmy fakty. Za Arturem Celmerem Polska wysłała do Irlandii Europejski Nakaz Aresztowania – taki jakby list gończy. Normalnie państwa Unii wykonują taki nakaz automatycznie i przekazują delikwenta państwu, które nakaz wydało. W przypadku Celmera automatyzm nie zadziałał, bo irlandzka sędzia powzięła wątpliwość. Uznała, że powinna dogłębniej zbadać, czy wydanie Celmera Polsce jest zasadne.

To powzięcie wątpliwości było spowodowane przez ogólnie znane w Europie działania polskiego rządu w stosunku do sądownictwa. Sędzia irlandzka uznała, że musi w tej sprawie zapytać Trybunał Sprawiedliwości: czy ma działać jak dotąd, automatycznie, czy też czy ma za każdym razem sprawdzać zasadność przekazania osoby ściganej, jeśli działania rządu powodują wątpliwości co do niezależności sądownictwa.

I tu leży pies pogrzebany. Sprawa Celmera nie dotyczyła tego, czy w Polsce jest nadal praworządność. Dotyczyła tego, czy działania polskiego rządu atakujące niezależność sądownictwa pozwalają sędziom w innych krajach wstrzymać i opóźnić wysłanie oskarżonego do Polski. Trybunał odpowiedział jasno – tak, pozwalają. Jeśli sędzia powziął wątpliwość co do niezależności sądownictwa na podstawie rzetelnych źródeł (a za takie Trybunał uznał dokumenty Komisji Europejskiej, która rozpoczęła wobec Polski procedurę naruszeniową z art. 7), to ma prawo wstrzymać procedurę i zbadać dany przypadek. Dokładnie tak samo, jak w sytuacji, kiedy sędzia ma informacje, że warunki w więzieniach danego państwa urągają godności więźniów, sędzia musi zbadać, jak będzie wykonywana kara wobec danego więźnia.

Wyrok Trybunału był porażką Polski – inne państwa Unii straciły do nas zaufanie. Gdyby nie majstrowanie przy sądach, Celmer byłby w Polsce już pół roku temu. A tak będzie wysłany z dużym opóźnieniem. Co więcej, wysłanie każdego innego poszukiwanego Europejskim Nakazem Aresztowania będzie opóźnione. Taki jest efekt deformowania polskiego wymiaru sprawiedliwości – zamiast przyśpieszenia w wymierzaniu sprawiedliwości, opóźnienie.

Dlatego jeśli dzisiaj lub jutro Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosi, że wysłanie Celmera do Polski oznacza, że wszystko z sądami jest u nas ok, zapytajcie, czy aby na pewno. Jeśli muszę zastanowić się przez pół roku, czy pojechać gdzieś na wakacje, bo jest tam niebezpiecznie, to raczej nie powiedziałbym, że to miejsce jest idealną destynacją. Podobnie, jeśli sędzia musi zbadać, czy można wysłać do Polski człowieka, aby został tam osądzony (jak, nie przymierzając do Rosji czy na Białoruś), choć gdzie indziej wysyła bez sprawdzenia, to raczej nie jest to kraj idealnego sądownictwa.

W sprawie Celmera sędzia irlandzka stwierdziła, że systemowe problemy z polskim sądownictwem istnieją i są realne, ale w konkretnym przypadku Celmera i sądu, który będzie go sądził, nie odbierają mu prawa do sprawiedliwego procesu. I tylko tyle. Podobnie stwierdziłaby np. w przypadku Rumunii – mimo systemowych złych warunków w rumuńskich więzieniach, mogłoby się zdarzyć, że to konkretne, do którego ma być wysłana osoba poszukiwana Europejskim Nakazem Aresztowania, nie jest takie złe. Rząd Rumunii w tym hipotetycznym przypadku nie powinien ogłaszać triumfu z powodu poprawy sytuacji w rumuńskich więzieniach. Podobnie polski rząd nie powinien uznawać wysłania do Polski Celmera za sukces, a raczej powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, z czyjej winy stało się to tak późno i czy w innych sprawach stanie się tak w ogóle.

Postprawda, postprawo i minister Dworczyk

Żyjemy w czasach postprawdy. Co to oznacza, najlepiej tłumaczy Mark Fergusson w serwisie Quora:
 
„Jesli powiem coś, co ci się nie spodoba, możesz przeglądnąć internet i znaleźć kogoś, kto mówi coś zupełnie odwrotnego. Łatwizna. Ja nie mam racji albo jest remis i Bóg jeden wie, co jest prawdą. I możesz tak zrobić w każdej kwestii, dzięki czemu nigdy nie musisz zmieniać swojego zdania, używając bezkresnej zawartości internetu do zbudowania swojej osobistej bańki, w której twoja opinia jest prawdą. Jeśli twoje przekonania są nonsensowne, stają się one odporne na prawdę, ponieważ te źródła, które próbują cię poprawić, zostały zdyskredytowane albo zakwestionowane przez inne źródła, itd. Nie ma zatem kompletnie znaczenia, jak wiele razy nonsens czy kłamstwo zostanie wykazane.”
 
Postprawda jest szczególnie wygodna dla populistycznych polityków, którzy dzięki niej mogą bronić każdego głupstwa. Mistrzem w tej grze jest Trump, istny prorok postprawdy, który niemal codziennie zarzuca mediom kłamstwo, dyskredytując je. Dzięki temu nie musi zupełnie liczyć się z ich krytyką – w pewnym sensie, korzystając ze swojej publicznej pozycji, dezaktywuje prawdę i dlatego łatwiej mu kłamać.
 
Postprawda podminowuje fundament każdego społeczeństwa, bo upośledza język. Podstawową funkcja języka jest jego zdolność do komunkowania prawdy, dlatego wszystkie społeczeństwa tępią kłamstwo. Postprawda powoduje, że przestajemy sobie wierzyć i nie jesteśmy w stanie ostatecznie zweryfikować naszej wiedzy. A tak długo społeczeństwo nie pociągnie. Wynika to z faktu, że prawda, jak mówi klasyk, nie leży po środku tylko leży tam, gdzie leży, i jeśli jej nie odnajdziemy, zaczniemy popełniać tragiczne w skutkach błędy.
 
Problem postprawdy rozszerza się na sądy i zamienia powoli w problem postprawa. Tak jak ludzie obawiający się niezależnej od nich prawdy promują postprawdę, tak ludzie obawiający się niezależnych od siebie sądów promują postprawo. Tak jak dzięki postprawdzie już żaden fakt nie jest jednoznaczny i ostatecznie przesądzający sprawe, tak dzięki postprawu żaden wyrok sądowy nie jest jednoznaczny i ostateczny. Dlaczego? Bo tak jak populistycznie i systematycznie zarzuca się stronniczość wszelkim twierdzeniom, tak populistycznie i systematycznie zarzuca się polityczność wszelkim decyzjom sądów. W tym zakresie w rolę małego Trumpa od wielu miesięcy wcielają się u nas zarówno politycy partii rzadzącej, jak i opozycji.
 
Wczoraj kolejne twierdzenie z kategorii postprawa sformułowal minister Dworczyk, mówiąc, że sąd decydujący o kłamstwie Premiera Morawieckiego w sprawie krakowskiego smogu jest “rozpolitykowany” i że działa w “antyrządowym amoku”. Tymczasem dość oczywiste jest, że Premier kłamał, mówiąc, że Kraków nie zrobił nic w sprawie smogu, bo zrobił bardzo dużo. Żadna postprawda tego nie zmieni. Wygląda więc na to, że to nie sąd wpadł w antyrządowy amok, ale przedstawiciel rządu wpadł w amok antysądowy.
 
Wypowiedź ministra Dworczyka musi być powszechnie i mocno potępiona, bo uderza w fundament społeczeństwa. Społeczeństwo musi bowiem posiadać jakąś ostateczną i niewzruszoną metodę rozwiązywania sporów, dokładnie tak, jak musi mieć jakąś wiarygodną metodę weryfikowania prawdziwosci twierdzeń. W przypadku prawdy metodę taką zapewnia jedynie nauka i jej metodologia. W przypadku prawa metodą tą, jedyną skuteczną, jaką znamy, jest niezależne sądownictwo, którego rostrzygnięć nie podważamy i nie deprecjonujemy. Jeśli będziemy to robić, jeśli nie uchronimy prawdy i prawa przed atakami proroków postprawdy i postprawa, będzie z nami źle.
 

Polskie państwo prawa – remanent po trzech latach

Poniższy tekst został pierwotnie opublikowany w wydanej przez Gazetę Wyborczą “Czarnej księdze trzech lat rządów PiS”  i nosi w niej tytuł “Koniec trójpodziału władzy”.

 

I oto jesteśmy na jesieni 2018 roku. Mocno poobijani po prawie trzyletnim boju o Konstytucję i praworządność, albo o sprawiedliwość i demokrację, w zależności od tego, po której stronie staliśmy. Kurz jeszcze nie opadł, bo walka wchodzi na nowy poziom – już nie jest tylko krajowa, bo wraz z zaangażowaniem Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości konflikt lokalny przerodził się w regionalny. Wciąż każdy wynik jest możliwy, ale pewnych efektów tego konfliktu nie da się cofnąć. Trzeba więc podsumować to, co stało się dotychczas.

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość przystąpiło do działań, których głównym przesłaniem było zlikwidowanie tzw. imposybilizmu prawnego. Terminu tego użył Jarosław Kaczyński jeszcze za poprzednich rządów PiS, zaraz po tym, jak Trybunał Konstytucyjny uchylił ustawę lustracyjną, jeden ze sztandarowych projektów legislacyjnych tamtego rządu. Imposybilizm prawny oznacza niemożność zreformowania państwa ze względu na sztuczne, abstrakcyjne obostrzenia prawne, które – w rozumieniu twórcy tego terminu – nie są społeczeństwu potrzebne. Są one wręcz szkodliwe, ponieważ hamują wolę narodu, który chce zmian.

Problem z imposybilizmem polega na tym, że nie jest do końca jasne, skąd mamy wiedzieć, czego naród chce. Ograniczenia prawne nałożone Konstytucją to ograniczenia, które na władzę nałożył ten sam naród, który niby teraz chce je zrzucić. Oczywiście, bywają narody kapryśne i zmienne, i nie można im odmówić prawa do zmiany zdania. Tyle tylko, że zmiana zdania musi nastąpić w tej samej formie, w jakiej nastąpiło wyrażenie tego zdania, a więc poprzez zmianę Konstytucji. Do tego trzeba mieć polityczną siłę większości konstytucyjnej, a takiej PiS w wyborach nie otrzymało. Twierdzenie zatem, że naród chce fundamentalnej zmiany, nie jest uzasadnione, a polega tylko na intuicji politycznej lidera zwycięskiej partii. W państwach współczesnych, które chcą funkcjonować pokojowo, bez rewolucji, intuicja polityczna to za mało, żeby zmienić ustrój.

Jak się jednak okazuje, można próbować. Jeśli nie da się zmienić Konstytucji formalnie, można zmieniać ją faktycznie, przejmując kontrolę nad instytucjami, które mają tej Konstytucji bronić. Przez cały rok 2016 trwały zatem usilne starania partii rządzącej, aby sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, który w naszym systemie prawnym jest głównym konstytucyjnym policjantem. Konstytucja ma rację bytu o tyle, o ile jest ktoś, kto może skutecznie stwierdzić, że ustawa zaproponowana przez rząd a uchwalona przez parlament jest z tą konstytucją niezgodna. Jeśli nie ma kogoś takiego, każde naruszenie Konstytucji ujdzie rządzącym płazem, podobnie jak przy braku policjanta lub policyjnej kamery na skrzyżowaniu uchodzi kierowcom płazem każde naruszenie przepisów o ruchu drogowym. Dlatego pierwszym etapem procesu likwidacji imposybilizmu prawnego była próba faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego. I była to próba niestety udana.

Po grudniu 2016 roku, kiedy zakończył swoją kadencję Andrzej Rzepliński, Trybunał Konstytucyjny nie tylko przestał być jakąkolwiek przeszkodą dla władzy politycznej, która chce swobodnie zmieniać Polskę, ale zaczął być aktywnie wykorzystywany jako narzędzie tej zmiany. Najpierw Minister Sprawiedliwości efektywnie wykluczył z orzekania trzech dawniej wybranych sędziów, co nie byłoby możliwe bez współpracy wybranej niezgodnie z Konstytucją na stanowisko Prezes TK Julii Przyłębskiej. Następnie Trybunał został wykorzystany do przejęcia kontroli nad innymi instytucjami ważnymi dla państwa prawa, a mianowicie nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym. W ten sposób pierwszy etap tzw. naprawiania polskich instytucji odpowiedzialnych za obronę państwa prawa zakończył się całkowitym popsuciem Trybunału Konstytucyjnego. Sensem istnienia sądu konstytucyjnego w każdej demokracji jest jego zdolność do sprzeciwienia się aktualnie rządzącej większości. Taki jest sens posiadania konstytucji, która ogranicza rządzących w ich działaniach politycznych, a więc i taki jest sens istnienia konstytucyjnego policjanta, jakim Trybunał jest. Jeśli ten policjant zgadza się we wszystkim z tymi, których ma pilnować, a nawet pomaga w realizacji ich planów, cała konstrukcja zostaje postawiona na głowie.

Wynika to z faktu, że po II Wojnie Światowej, a więc po doświadczeniu nazizmu i holokaustu. zrozumieliśmy, że większość, która demokratycznie zdobyła władzę, może wydzielić ze społeczeństwa mniejszość, prześladować ją, a ostatecznie ją zabić. Aby nigdy więcej taka sytuacja się nie powtórzyła, w drugiej połowie XX wieku wzmocniliśmy rolę konstytucji oraz regulacji międzynarodowych chroniących prawa człowieka. Współcześnie te regulacje pełnią rolę, jaką kiedyś pełniły wymogi prawa naturalnego: ograniczają swobodę prawodawcy, ustalają nieprzekraczalne granice, takie jak nienaruszalność godności człowieka czy specjalna ochrona jego wolności. Z tego samego wzmocniona została rola sądów konstytucyjnych, stojących na straży tych wartości.

W Polsce mogliśmy tego ostatecznie dokonać dopiero w 1997, kiedy pozbawiliśmy Sejm możliwości odrzucania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego odpowiednią większością głosów. Oznaczało to, że wyroki Trybunału stały się ostateczne – i takie były, zanim obecna większość rządząca przyznała sobie prawo do ich oceny przed publikacją. Kiedy bowiem premier Szydło odmówiła publikacji wyroku Trybunału i uznała, że nie ma on mocy prawnej, w rzeczywistości postawiła siebie i swój rząd ponad konstytucją. Z całą pewnością ta decyzja była najbardziej szkodliwym w skutkach precedensem w historii polskiego państwa prawa. Po tej decyzji już nigdy nie będzie można być pewnym, czy inny polityk nie zechce wykorzystać tego precedensu dla swoich celów. Dlatego właśnie zakwestionowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z najpoważniejszych deliktów konstytucyjnych, które przyniósł obecny kryzys, i który musi zostać w przyszłości przykładnie ukarany przez Trybunał Stanu.

Następnym krokiem w demontażu polskiego państwa prawa było przejęcie przez obecną władzę kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa (KRS). Rada ta, zgodnie z Konstytucją RP, jest organem stojącym na straży niezależności sądów i niezależności sędziów, i pełni kluczową rolę. Decyduje o sędziowskich powołaniach i awansach, a także ma chronić sędziów przed jakimikolwiek zewnętrznymi naciskami, w tym naciskami ze strony polityków. Jej konstrukcja została w Konstytucji pomyślna w taki sposób, żeby była ona platformą pozwalającą na współpracę wszystkich trzech władz. Dlatego każda z władz ma w niej przedstawicieli, i każda swoich przedstawicieli wybiera.

A raczej wybierała, ponieważ narzędziem przejęcia kontroli na KRS stała się zmiana wyboru tych członków Rady, którzy reprezentują sędziów. Mimo że przedstawicieli władzy ustawodawczej w KRS nadal wybiera władza ustawodawcza, mimo że przedstawicieli władzy wykonawczej w Radzie nadal wybiera władza wykonawcza, to przedstawicieli sędziów nie wybierają już sędziowie. Ich przedstawicieli wybiera władza ustawodawcza. To trochę tak, jak gdyby przedstawicielki kobiet do Krajowej Rady Równouprawnienia Płci (gdyby w Konstytucji taka istniała) były wybierane przez mężczyzn. Dodatkowo, kiedy patrzy się na powiązania członków KRS z Ministrem Sprawiedliwości, a więc z władzą wykonawczą, którą ci sędziowie mają równoważyć, to właściwie ma się pewność, że te wybrane przez mężczyzn kobiety byłyby od nich całkowicie zależne. Tak jak w tej hipotetycznej sytuacji trudno oczekiwać, że zależne od mężczyzn i wybierane przez nich kobiety będą równoważyły męską władzę, tak w sytuacji rzeczywistej trudno oczekiwać, że wybrani przez polityków i zależni od nich sędziowie będą równoważyć władzę polityczną.

Nowy wybór sędziowskich członków KRS zamienił to ciało, zgodnie ze scenariuszem przećwiczonym w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, w podmiot działający i myślący dokładnie tak, jak tego chce obecna władza. Bolesnym symbolem tej jedności celów, myśli i działań jest milczenie KRS wobec oburzających społeczność międzynarodową ataków na polskie sądy. KRS nie reaguje na ataki słowne, które raz po raz politycy przypuszczają na sędziów, podejmujących działania niezgodne z linią partii rządzącej. Co więcej, KRS nie widzi nic złego w urzeczywistniających się obecnie groźbach wszczęcia postępowań dyscyplinarnych, które ewidentnie są sposobem na zastraszenie środowiska sędziowskiego oraz wytworzenie tzw. efektu mrożącego – obawy przed sprzeciwem wobec władzy.

W zamian za to członkowie KRS powołani przez obecną większość parlamentarną bez szemrania głosują nad sędziowskimi awansami z uwzględnieniem dostarczonej przez polityków „czarnej listy” sędziów, którzy śmieli głośno mówić o polskich problemach w Brukseli. Koronnym argumentem na to, że KRS działa i myśli dokładnie tak, jak chce tego władza, jest zlekceważenie postanowienia o zabezpieczeniu wydanego ostatnio przez Naczelny Sąd Administracyjny, które nakazało zatrzymać proces obsadzenia wakatów w SN. Mimo że sędziowie NSA zakazali KRS przekazania uchwał Prezydentowi RP, KRS – ta sama, która ma wzmacniać pozycję sędziów, zrobiła to, a tym samym poniżyła sędziów, uznając decyzje przez nich wydane za pozbawione znaczenia.

Tak jak Trybunał Konstytucyjny posłużył jako narzędzie przejęcia kontroli nad KRS, tak przejęta KRS posłużyła politykom za narzędzie przejęcia kontroli nad Sądem Najwyższym. Zdominowana przez polityków KRS dość łatwo i rekordowo szybko wybrała kandydatów do Izby Dyscyplinarnej SN. Szybkość wyboru, który trwał krócej niż prowadzony mniej więcej w tym samym czasie konkurs na kalendarzyki kieszonkowe dla posłów, była odwrotnie proporcjonalna do niezależności wybranych kandydatów od aktualnie rządzących.

W wyniku przeprowadzonej procedury za sędziów SN uważają się obecnie między innymi Jan Majchrowski, nadzorujący przygotowanie polskiej odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej, Adam Tomczyński, radca prawny komplementujący władzę w telewizji publicznej oraz prokurator Adam Roch. Majchrowski w odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej poparł propagowaną przez obecną władzy, a heretycką tezę, że nasza Konstytucja nie wymaga zachowania okresu vacatio legis, a więcupływu pewnego czasu między ogłoszeniem a wejściem w życie ustawy, choć tej oczywistości uczy się studentów na pierwszym roku prawa. Tomczyński w przeddzień swojego przesłuchania w KRS prezentował swoje zadziwiające rozumienie apolityczności sędziego, wychwalając wyborcze przemówienie premiera Morawieckiego. Natomiast Roch, zaufany prokurator Zbigniewa Ziobry, nakazał przesłuchanie rodzącej kobiety, co Europejski Trybunał Praw Człowieka słusznie uznał za nieludzkie traktowanie. Taki oto zespół ludzi decyduje o charakterze nowej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wyznaczając zaiste nieznany dotąd wzorzec niezależności i moralności. Na szczęście osoby te zostały powołane do SN w oczywiście nieważnej procedurze, zapoczątkowanej obwieszczeniem Prezydenta RP, które mimo jasnego wymogu Konstytucji, nie zostało kontrasygnowane przez Premiera. Daje to nadzieje na ich rychłe usunięcie z zajmowanych stanowisk w momencie, kiedy podstawowe wymogi państwa prawa zostaną w Polsce przywrócone.

Kiedy popatrzy się na trzy procesy przejęcia kontroli nad trzema kluczowymi polskimi instytucjami państwa prawa, można wskazać pewien ich wspólny mianownik. To, co te procesy łączy, to cel: rzeczywista likwidacja kontroli nad działaniami władzy. W efekcie przejęcia tych trzech instytucji doszło do zmiany ustroju Polski. Ustrój oparty na trójpodziale władzy zamienił się nam na ustrój jednolitej władzy państwowej, znany z czasów komunistycznych, mimo że formalnie nie zmieniliśmy konstytucji. Nie sposób nazwać tej zmiany inaczej niż pełzającym zamachem stanu.

Wspólnym mianownikiem zamachów na niezależność TK, KRS i SN była także drastyczna zmiana języka, którym mówimy o prawie i gwałt na doktrynie prawniczej. Przeprowadzona rewolucja wymagała wytworzenia nieznanych dotąd sposobów interpretacji prawa. Jednym z tych sposobów byłą tzw. wykładnia wroga konstytucji (termin wprowadzony przez prof. Zajadło), widoczna zarówno w odpowiedzi zaprezentowanej Komisji Weneckiej, jak i w uzasadnieniach wyroków wydawanych przez Trybunał Konstytucyjny czy KRS już po przejęciu ich przez polityków. Innym była reinterpretacja uznanych doktryn, takich jak wspomniana już koncepcja vacatio legis.

Także powszechnie znana w Europie doktryna limitowania uprawnień władzy publicznej, znana pod hasłem „co nie jest władzy dozwolone, jest jej zakazane”, została przez obecnie rządzących odwrócona. Zgodnie z poglądem jednego z polityków PiS to, że Konstytucja nakazuje władzy działanie na podstawie prawa nie oznacza wcale, że nie wolno jej działać poza prawem (!).  Absurdalność tej wypowiedzi przebija jedynie twierdzenie, także sformułowane przez polityka rządzącej większości, że konstytucja musi być zgodna z ustawami, które ją doprecyzowują. Nieprawnikom zapewne trudno sobie wyobrazić jak horrendalne jest to stwierdzenie. To tak, jak gdyby proboszcz oczekiwał, że Katechizm Kościoła Katolickiego będzie zgodny z treścią jego kazania, a nie odwrotnie.

Trzecim wreszcie elementem, który łączy przejęcie politycznej kontroli nad TK, KRS i SN, jest drastyczne osłabienie autorytetu prawa, autorytetu sędziów i autorytetu sądów. Skoro bowiem premier może zlekceważyć wyrok TK, a KRS i Prezydent mogą zlekceważyć postanowienia zabezpieczające wydane przez SN i NSA, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy obywatel mógł zlekceważyć każdą decyzję sądu. Jeśli bowiem niezadowolenie z tej decyzji jest wystarczającym powodem, żeby ją ignorować, to prawo traci jakikolwiek sens. To właśnie osłabienie autorytetu prawa może okazać się najbardziej trwałą i najbardziej opłakaną w skutkach schedą po obecnej władzy.

Najsmutniejsze jest to, że prowadzona od trzech lat tzw. reforma polskiego sądownictwa, u której zarania stało przekonanie o konieczności likwidacji imposybilizmu prawnego do jeszcze gorszego imposybilizmu prowadzi. Naruszenie niezależności polskich instytucji sądowych doprowadziło do tzw. sprawy Celmera, w której Trybunał Sprawiedliwości w rzeczywistości nakazał sądom UE każdorazowe badanie, czy polskie sądy są na tyle niezależne, że można z zaufaniem wysłać do nich podsądnego. Taka decyzja oznacza drastyczne osłabienie skuteczności polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zamiast szybkiego osądzenia oskarżonych, musimy czekać, aż sprawa niezależności naszego sądownictwa zostanie w każdej konkretnej sprawie wykazana. Podobnie jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, który pomimo wielu zmian sądzi o połowę mniej spraw niż przed zmianami, a jednocześnie cieszy się o wiele mniejszym zaufaniem społeczeństwa. Zamiast więc obiecanej poprawy mamy spowolnienie, osłabienie skuteczności oraz obniżenie poziomu moralnego w polskich instytucjach sądowych – symbolem tej ostatniej jest usunięcie z SN sędziego Zabłockiego, obrońcy opozycjonistów z okresu PRL oraz powołanie do tegoż sądu wspomnianego już prokuratora Rocha. Zaiste, dobra zmiana. 

Imposybilizm prawny zatem, zamiast likwidacji, uległ dalszemu wzmocnieniu. Co więcej, coraz częściej zaczyna on przyczyniać się do imposybilizmu gospodarczego. Jest prawdą powszechnie znaną, że stabilne państwo prawa, oparte na niezależności sądownictwa, jest warunkiem dla dokonywania inwestycji zagranicznych w danym kraju. Wynika to z faktu, że każdy, kto inwestuje u nas swoje pieniądze, chce mieć pewność, że są one chronione prawem i że w razie sporu z państwem niezależny sąd zagwarantuje sprawiedliwy proces. Niestety, kontrolowane przez polityków sądy takiego procesu nie gwarantują, przez co poziom inwestycji zagranicznych spada – do poziomu najniższego w naszej ostatniej historii. Osłabienie państwa prawa jest zatem jednoznaczne z osłabieniem polskiej gospodarki.

Jeśli dodać do tego olbrzymi konflikt z Unią Europejską, spowodowany forsowaniem ustaw sądowych, to wynik remanentu polskiej praworządności nie jest, niestety, zadowalający. Mnóstwo kosztów, niewidoczne zyski, zamiast plusa duży minus. A więc manko, które w wymiarze gospodarczym było w PRL-u uznawane za przestępstwo. Miejmy nadzieję, że tak też w wymiarze politycznym i prawnym będzie traktowane teraz. Manko praworządności musi być bowiem wyrównane, a ci, którzy do niego doprowadzili, muszą być ukarani. Inaczej nigdy nie przywrócimy prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości.

 

 

Pogadajmy jak doktorant z promotorem – polemika Macieja Kruka

Zachęcam do przeczytania skierowanego do mnie listu polemicznego mgra Macieja Kruka, poświęconego sposobom uczestnictwa profesorów w dyskusji publicznej. Panu Maciejowi, który pod moim kierunkiem pisze pracę doktorską, dziękuję za tę polemikę, a Czytelnikom życzę obecności w ich życiu osób, które na tyle Was szanują, żeby się z Wami otwarcie nie zgadzać.

 

Panie Profesorze,

pozwoliłem sobie na napisanie tego komentarza, ponieważ sądzę, że patrzenie na świat i jego problemy z różnych perspektyw może być bardzo pomocne. Właśnie jedną z takich perspektyw, w dużej mierze pochodzącą ze strony młodych ludzi, chciałbym przybliżyć. Kilkakrotnie pytał Pan, jakie nastroje czy opinie panują wśród studentów i młodych na określone kwestie. Jak słusznie Pan zauważył w swoim wpisie, aby zrozumieć pewien sposób myślenia, należy się zagłębić w rejony, w których to myślenie jest rozpowszechnione. Jest to tym trudniejsze, im wyżej w klasycznie rozumianej hierarchii społecznej człowiek się znajduje – zgodnie z zasadą, że o tym, co się mówi o królu wiedzą wszyscy, tylko nie on sam.

Zaznaczam jednocześnie, że wszystko co znajduje się poniżej jest moim osobistym stanowiskiem i interpretacją – nie roszczę sobie prawa do reprezentowania jakiekolwiek większej grupy, chociaż będę się odnosił do grupy osób poniżej 30 roku życia. Proszę więc potraktować mój komentarz jako próbę pokazania pewnej perspektywy, która być może jest już Panu znana.  

Nie jest tak, że podejmowana przez Pana próba dotarcia do szerszego kręgu odbiorców i wchodzenie w dyskusję z ludźmi o znacznie odmiennych poglądach jest źle widziana. Wręcz przeciwnie, studenci i inni młodzi ludzie (przynajmniej ci, których głosy do mnie dochodzą), cenią, że nie chadza Pan tylko tam, gdzie jest mile widziany i nie rozmawia Pan tylko z tymi, którzy się z Panem zgadzają. Jest to odbierane jako przejaw odwagi.

Rzeczywistość internetowa rządzi się jednak swoimi prawami. Widać to doskonale na przykładzie Twittera, gdzie możliwe są wyłącznie krótkie wypowiedzi. Prowadzi to nie tylko do praktycznego uniemożliwienia poważnej, rzeczowej dyskusji. Sama forma tweetów, które z jednej strony często są częscią dłuższej konwersacji, z drugiej zaś są osobnymi wypowiedziami, powoduje, że bardzo łatwo wyrwać wypowiedzi z kontekstu. W przypadku tweetu wywołującego kontrowersje, mało kto zadaje sobie trud, aby odczytać kontekst całej wypowiedzi, który może w oczywisty sposób wskazywać na ironiczny charakter wiadomości, czy też pokazywać, że nawet nieco agresywniejsza odpowiedź jest ciągle dużo mniej agresywna niż wypowiedź, na którą się odpowiada.

Jest to więc dość niebezpieczne narzędzie. Dłuższa wymiana z nieustannie prowokującym dyskutantem zwiększa szansę na napisanie wypowiedzi, która nadaje się do wyjęcia z kontekstu i zrobienia wokół niej szumu. Tak jak pan Wielgucki i jemu podobni nie mają  wiele do stracenia, gdyż powszechnie wiadomo, że obrażanie ludzi jest ich chlebem powszednim, tak w Pana przypadku sytuacja przedstawia się odmiennie. Każda mogąca potencjalnie wywołać wątpliwości co do jej sensu wypowiedź jest interpretowana w najbardziej nieprzychylny sposób. Pierwotnie nadany jej sens jest wypaczany – tak, aby mogła zająć przygotowane dla niej miejsce w z góry ustalonej narracji.

Inaczej traktowane są wypowiedzi mocno prawicowego, niszowego w gruncie rzeczy „blogera”, inaczej zaś profesora prawa, który jest dla wielu ludzi autorytetem intelektualnym i moralnym. Trudno się zresztą temu dziwić. Dlatego wydaje się, że w procesie zagłębiania się w ciemniejsze strony Internetu należy zachować szczególną czujność i pamiętać o specyfice rzeczywistości wirtualnej.

Rzecz jasna, w takich sytuacjach otrzyma Pan wsparcie ze strony osób Panu przychylnych, a jednocześnie zostanie Pan dosadnie skrytykowany przez media prawicowe i osoby o takich poglądach. Jest to jednak przewidywalne i nie stanowi istoty potencjalnego problemu. Uważam, że najważniejszy jest wpływ, jaki mają tego typu sytuacje i wątpliwe wypowiedzi na osoby o poglądach umiarkowanych i zwrócenie uwagi na ten aspekt jest głównym celem mojego komentarza. Wydaje się bowiem, że pozostając w dużej mierze w świecie Internetu, bardzo łatwo jest o tej grupie zapomnieć. Zazwyczaj takie osoby nie wypowiadają się publicznie, bądź robią to w zamkniętych grupach, ewentualnie ograniczają się do prostych lajków, przez co nie są specjalnie widoczne. Nie znaczy to jednak, że nie interesują się tym, co się dzieje i nie śledzą na biężąco sytuacji społeczno-politycznej.

Chciałbym wskazać, że wszystkie podane przez Pana przykłady to pełnoprawni politycy. Moim zdaniem, wbrew temu co Pan napisał, żyjemy w świecie, w którym to właśnie politycy mogą sobie pozwolić na ostrzejsze wypowiedzi. Są jednoznacznie określeni ideologicznie (przynajmniej dopóki nie zmieni się sytuacja polityczna i nie trzeba będzie zmienić partii na inną), w ich łonie panuje swoisty podział pracy językowej. Wiadomo, że pani Pawłowicz czy pan Macierewicz kierują wypowiedzi w głównej mierze do twardego elektoratu, zaś pan Gowin czy pan Czaputowicz starają się kierować swoje wypowiedzi do elektoratu umiarkowanego. Przekraczanie niedopuszczalnych, wydawałoby się, granic przez polityków „opiekujących się” twardym elektoratem traktuje się jako element gry politycznej.

Inaczej jest w przypadku nie-polityka, który rości sobie pretensje do oceniania zjawisk społeczno-politycznych z perspektywy niezależnego obserwatora. Tak jak w każdej innej sferze, zachowanie niezależności jest zadaniem niezmiernie trudnym. Dla radykalnych przedstawicieli każdej frakcji politycznej dowolna wypowiedź niezgodna z przyjętymi dogmatami jest atakiem na ich świętości i jest odbierana jako frontalna zniewaga. Nie należy się jednak tym zrażać, gdyż oprócz fanatyków danej opcji politycznej, istnieje przeważająca grupa osób, która, choć posiada określone poglądy, jest skłonna przynajmniej do wysłuchania argumentów drugiej strony. Nie oznacza to, że zmieni swoje spojrzenie na świat niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, lecz to, że jest potencjalnie otwarta i zdolna do refleksji nad alternatywą. Jeżeli do tego dochodzi, to należy to uznać za sukces. Przypuszczam, że właśnie na dotarciu do takich osób zależy Panu najbardziej.

Wypowiedzi, które są odbierane jako przekraczające granice, mimo że niezamierzone i być może niesłusznie tak zakwalifikowane, powodują efekt odwrotny od planowanego. Traci się przymiot niezależnego eksperta, który stara się zrozumieć drugą stronę i objaśnić świat w możliwie zrównoważony sposób. Zostaje się wciągniętym do bańki „polityk”. Oczywiście w tej bańce, jak każdej innej, znajdzie się mnóstwo aktywnych zwolenników – w realiach Internetu wręcz im dalej od środka, tym jest ich więcej. Tak działa sieć wirtualna, w którym najbardziej widoczne są osoby o skrajnych poglądach. Jednocześnie jednak traci się przez to wpływ na całą rzeszę ludzi umiarkowanych. To najliczniejsza i zarazem najmniej widoczna w świecie wirtualnym grupa. Szukają oni możliwie obiektywnych analiz wydarzeń, których są świadkami, szukają autorytetów intelektualnych, którzy tłumaczą skomplikowane sprawy językiem prostym i klarownym, starają się nie przyjmować mocnych stanowisk ideologicznych, choć nie zawsze jest to możliwe. Wydaje mi się, że to właśnie w tej roli jest i chciałby być Pan widziany.

Niestety  „zapasy w błocie”, jak Pan to określił we wpisie, z marginesem prawicowego Internetu w pewien sposób to uniemożliwiają. Nie chodzi o sam fakt wkraczania w polemiki, co już wcześniej zaznaczyłem. Jest jednak grupa Pana wypowiedzi, które, bądź to wyjęte z kontekstu, bądź z racji na swój ostry ton, go viral. Z perspektywy zewnętrznej wygląda to tak, jakby niekiedy starał się Pan zbliżyć poziomem do poziomu dyskutanta. Tego typu wypowiedzi traktowane są jako zagrania o silnej konotacji politycznej z tego względu, że odwołują się do sfery emocjonalnej, nie merytorycznej. Sfera emocjonalna jest zaś domeną ściśle polityczną. Prowadzi to do pojawiania się, nie tylko wśród prawników, głosów o prywatnych celach politycznych Pana aktywności, co jednoznacznie kłóci się z pozycją profesora-eksperta. Te dwie role – polityka i eksperta – w dyskursie politycznym są ze sobą nie do pogodzenia. Społeczeństwo nigdy nie widzi polityków-ekspertów. Albo jest się widzianym jako ekspert, albo jako polityk. Tertium non datur. Posługując się przykładem, myślę, że za eksperta dość powszechnie uważana jest prof. Łętowska. Z drugiej strony można z łatwością wymienić profesorów, którzy definitywnie utracili przymiot niezależnych ekspertów, wskutek licznych wypowiedzi o jednoznacznym zabarwieniu politycznym.

Efektem ubocznym przedsiewzięcia mającego na celu lepsze zrozumienie świata może więc być znaczne ograniczenie grona odbiorców, którym będzie Pan mógł swoje doświadczenia przekazać. Zakwalifikowanie Pana jako osoby politycznej przez osoby o poglądach umiarkowanych paradoksalnie spowoduje więc zamknięcie Pana w kolejnej bańce – tym razem tej, w której będą osoby o skrajnie antyrządowym nastawieniu. Nie wydaje mi się, aby było to Pana celem.

Chciałbym również odnieść się do podawanych przez Pana przykładów. Moim zdaniem przykład JKM jest wysoce nietrafny. Nie bez przyczyny żartuje się, że Korwin-Mikke miałby fantastyczne wyniki wyborcze, gdyby gimnazjaliści mieli prawa wyborcze. Fantastyczność snutych przez niego wizji i opinie na kwestie światopoglądowe powodują, że prędzej czy później większość osób po prostu wyrasta z fascynacji prostymi rozwiązaniami, które Korwin proponuje. Świadczą o tym dobitnie wyniki wyborów na przestrzeni lat.

Nie wiem, z jakiego źródła i z jakiego okresu pochodzą dane o 70% skłonności młodzieży do głosowania na Kaczyńskiego, Kukiza i Korwina, jednak nie wydają się one obecnie wiarygodne. Badania socjologiczne i politologiczne pokazują, że młodzież jest przede wszystkim antysystemowa oraz antyrządowa i jest to tendencja utrzymująca się w dużej mierze niezależnie od ekipy rządzącej. Być może dane te pochodzą z czasów rządów PO, gdzie rzeczywiście te tendencje mogły objawić się w taki sposób. Aktualnie jednak preferencje polityczne młodych przedstawiają się odmiennie (por. http://wyborcza.pl/7,75398,22214621,prawicowosc-polskiej-mlodziezy-to-mit-sondaz-cbos.html). Ponadto najmłodsi wyborcy są grupą przejawiającą tradycyjnie bardzo małą rzeczywistą aktywność wyborczą i ich rzekomy fanatyzm jest znacznie przesadzony (http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/551417,popprawicowcy-polityka-prawica-lewica-pis-polacy.html). Wydaje się, że także w tym względzie świat Internetu, gdzie najbardziej widoczne są zachowania skrajne, wypacza rzeczywistość.

Kłopotliwy jest również przykład Trumpa. Przyznam, że nie czytałem książki Lakoffa, jednak, tak jak w przypadku wszelkich innych prób wyjaśnienia zjawisk złożonych, wydaje się ona przedstawiać tylko część problemu. Być może jest to jeden z głównych czynników jego wygranej. Wydaje mi się jednak, że co najmniej równie ważne było wstrzelenie się kampanii Republikanów w nastroje swing states (np. robotniczego Michigan) przy jednoczesnym zlekceważeniu tych kwestii przez Clinton, jak też inne elementy tego fascynującego skądinąd zjawiska społeczno-politycznego (szkoda tylko, że o takich skutkach). Nie sposób też nie wspomnieć o bardzo specyficznym systemie amerykańskim, w którym dwupartyjność w połączeniu z systemem elektorskim powoduje, że niejako domyślnie kandydat z każdej strony dostaje 40-45% głosów, nawet gdyby to była małpka z bębenkiem. Moim zdaniem więc zdecydowanie lepszym przykładem byłaby analiza podobnego zjawiska związanego z Brexitem. Natomiast same prowokacyjne wypowiedzi Trumpa na Twitterze są oceniane jednoznacznie negatywnie, nawet przez jego wyborców. Proszę zerknąć na sondaż przeprowadzony przez FoxNews: http://www.foxnews.com/politics/2017/06/29/fox-news-poll-voters-say-trumps-tweets-hurting-agenda.html. Wydaje się, że w dużym stopniu podważa to tezę Lakoffa, chociaż zastrzegam, że nie przeczytawszy książki, mój wniosek może być całkowicie błędny.

Jak już wspomniałem, problemem nie jest sama obserwacja uczestnicząca, którą Pan przyjął. Wręcz przeciwnie. Osobiście również w pełni odrzucam pogląd o istnieniu „sortu, który nie jest godzien naszej uwagi” i sam staram się docierać do osób o znacznie odmiennych światpoglądach, chociaż akurat niekoniecznie poprzez media społecznościowe. Jeżeli jednak wizja możliwie w najwyższym stopniu niezależnego eksperta jest tą, którą chce Pan przyjąć, konieczne jest zachowanie najwyższego stopnia uwagi w toczonych dyskusjach. Zdaję sobie sprawę, że jest to szczególnie trudne i wymagające w obliczu reguł, bądź ich braku, panujących w Internecie. Jednak, odwołując się do Spidermana, „z wielką mocą wiąże się wielką odpowiedzialność” i z tego względu wymagania wiążące się z rolą autorytetu społecznego są niesłychanie wysokie. Musi być jak żona Cezara – poza podejrzeniem o stronniczość i radykalizm ideologiczny. Z mojego punktu widzenia byłoby ogromną szkodą, gdyby wyjmowane z kontekstu pojedyncze wypowiedzi podważyły autorytet, jaki Pan posiada. Tym bardziej, że tak niewiele ich obecnie mamy.

Proszę w żadnym wypadku nie traktować tego komentarza jako zarzutu lub chęci pouczenia, czego oczywiście nie ośmieliłbym się zrobić. Oczywiście moje spojrzenie, tak jak każde inne, jest nieco wypaczone i chociaż krąg moich znajomych oraz przyjaciół znacznie wykracza poza prawników i, nazwijmy to, intelektualistów, to jednak ciągle jest to krąg ograniczony. Nie jestem też żadnym specjalistą od mediów społecznościowych, jednak wydaje mi się, że od strony obserwatora poruszam się w nich całkiem sprawnie, przynajmniej w obrębie grupy wiekowej, do której się odnoszę.  Miałem na celu wyłącznie pokazanie, że poprzez, tak naprawdę mało istotne działania, gdyż niedotyczące przecież kwestii merytorycznych, może zacząć się Pan oddalać od pozycji, którą obecnie Pan zajmuje.

Licząc na życzliwe przyjęcie, łączę wyrazy szacunku

Maciej Kruk

Szczepan Twardoch się ze mnie śmieje

Wielbię geniusz pisarski Szczepana Twardocha. Od początku do końca, od „Epifanii Wikarego Trzaski”, przez „Przemienienie”, po „Morfinę” i „Króla”. A Szczepan Twardoch się ze mnie śmieje…

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Twardoch mówi „Cechą konstytutywną dla inteligencji polskiej nie jest zaś wbrew nazwie życie intelektualne, ale pogarda dla ludu i mechanizmy budowania wewnętrznej spójności przez opartą na kapitale kulturowym reglamentację dostępu do statusu inteligenta”.

Łał! Co za zdanie! Wrzuciłem je w maszynę, która analizuje poziom skomplikowania języka, pokazując, ile lat wykształcenia trzeba, żeby dane zdanie zrozumieć (maszyna jest dostępna tutaj: http://logios.pl). Zdanie Twardocha osiągnęło poziom FOG-18, co oznacza, że aby je zrozumieć, trzeba 18 lat edukacji (poziom studiów doktoranckich).

Mogłoby się wydawać, że tak mówi inteligent. W tytule wywiadu Twardoch mówi jednak „Nie jestem polskim inteligentem”, a w samym wywiadzie polskich inteligentów wyśmiewa. A więc wyśmiewa mnie, bo inteligentem się czuję. Gdyby do lokalu, w którym siedzę, wszedł Himilsbach, krzycząc „Inteligencja, wypier…ć!”, podobnie jak Gustaw Holoubek wstałbym i wyszedł, mówiąc, „Nie wiem, jak Państwo, ale ja wypier….m”.  

W jaki sposób Twardoch mnie wyśmiewa? Na przykład tak: „Nie masz wrażenia, że demonstracje to po prostu moda sezonu, tak jak piosenki, które brzmią przez jedno lato, a potem znikają? Open’er, Kon-sty-tu-cja, Tauron, a potem na narty w Alpy?”. Albo tak: „W końcu zawsze i tak zawsze wyjdzie retoryka polskiego inteligenta wyzywającego innych od chamów (…) Czym się zajmują reporterki i reporterzy, pisarki i pisarze, podróżując środkami komunikacji publicznej? Pisaniem statusów o tym, że ktoś zjadł jajko i śmierdziało, a ktoś inny za głośno rozmawiał przez telefon, a ktoś inny zachowywał się okropnie w restauracji. Chamstwo! My jesteśmy zawsze szlachetni i subtelni, piekło to inni. Szczególnie różni wąsaci Janusze”.

Twardoch wyśmiewa zatem polskiego inteligenta za to, że ten się wywyższa swoim lepszym smakiem i poucza innych, nie zajmuje się ważnymi sprawami, tylko jedzeniem jajka w pociągu, a jak już mu się wydaje, że robi coś ważnego („Kon-sty-tu-cja”!), to jest to śmieszna moda. Te zarzuty samego Twardocha nie dotyczą, mimo że jest wykształcony i mówi jak inteligent. Nie dotyczą go zapewne dlatego, że jest śląskim inteligentem, nie polskim. I jako śląski inteligent nikogo nie poucza i nie ma lepszego smaku. Nawet, jeśli jest autorem fantastycznego (naprawdę!) poradnika „Sztuka życia dla mężczyzn”, o którym pisze, że jest to „bezużyteczny podręcznik życia towarzyskiego i uczuciowego dla brzydkich, grubawych, łysiejących i nieszczególnie inteligentnych”, a który zawiera liczne porady dotyczące smaku, gustu i faktury krawata pasującej do wieczornej bryzy odczuwanej na dwudniowym zaroście w luksusowej atmosferze klubu jachtowego.

Jako śląski inteligent Twardoch jest zawsze po stronie górników, „który rzucają mutrami (nakrętkami) w okna premiera, zamiast po stronie kryjących się za tymi oknami polskich inteligentów” i twierdzi, że „przez te dwadzieścia parę lat III RP działy się nieustannie rzeczy paskudne”.

Ja jako polski inteligent jestem zawsze po stronie ludzi, którzy protestują pod oknami prezydenta, mimo że za to nie dostaną podwyżki, a jedyne, co w stronę tych okien rzucają, to słowo „Kon-sty-tu-cja”. Jestem tam razem z nimi, a nie jestem pewien, czy śląski inteligent Twardoch jest z górnikami i rzuca mutrami. Być może, jak sam pisze, woli w tym czasie zająć się żeglarstwem, czyli „wożeniem dupy po wodzie”, jak określa ten elitarny sport w charakterystyczny, nieinteligencki sposób

Jako polski inteligent nie jestem Ślązakiem, ale urodziłem się na Śląsku, w Rydułtowach koło Rybnika. Cała moja najbliższa rodzina pracowała w KWK Rymer, a ja jeździłem na Śląsk przez całe moje dzieciństwo, które przypadało na PRL. Już zbliżając się do Raciborza czułem mój ulubiony, kojarzący się z Bożym Narodzeniem u dziadków, zapach siarki. Patrząc przez okno bloku w Niedobczycach na czerwoną łunę na niebie podziwiałem, jak mi się zdawało, zachód słońca, dopóki nie powiedziano mi, że to łuna nad koksownią. I teraz też tam jeżdżę, po tych dwudziestu paru latach III RP, i jest inaczej – nie śmierdzi, jak kiedyś, i koks nie płonie, jak kiedyś. Ta zmiana, która dokonała się za czasów III RP i za sprawą lewackich przepisów środowiskowych Unii Europejskiej, nie jest paskudna. Dla mnie i dla wielu innych jest to prawdziwa dobra zmiana. Nie oznacza to, że już nic do zmiany nie pozostało.

Szczepan Twardoch jest w zaskakujący sposób niespójny w swojej narracji, Nigdy nie spodziewałem się, że powiem o Nim, o mistrzu spójnej narracji, coś takiego. Ale jest. Poucza, żeby nie pouczać, jednych protestujących szanuje, innych ośmiesza, uspokaja, że Kaczyński nie jest Erdoganem, ale grzmi, że dopuszczenie do afery reprywatyzacyjnej było bardziej niekonstytucyjne niż usunięcie sędziów z Sądu Najwyższego.

A najbardziej jest niespójny, kiedy ośmiesza ludzi, skandujących „Konstytucja!”, którzy występują w obronie wartości najważniejszych, a jednocześnie pisze dalszy ciąg „Króla”, który jest między innymi historią polskiego antysemityzmu. Być może nie wie, że silne konstytucje powstały po II wojnie światowej właśnie po to, żeby nigdy więcej nie powtórzył się skrajny antysemityzm i Holokaust. I że ci ludzie – inteligenci i robotnicy, byli żołnierze i byli bokserzy (naprawdę) – świadomie bądź nieświadomie w obronie tych wartości występują. Być może nie wie także, że ludzie ci nie pojadą po proteście w Alpy na narty, tak jak ten gość, pod którego oknami protestują, tylko wrócą do swoich normalnych mieszkań, martwiąc się, co będzie jutro z Polską. W tym także ze Śląskiem, o którym Jarosław Kaczyński powiedział niedawno, że jest wielkim dobrem i jednocześnie wielkim problemem.

PS. Wiem, że jak Twardoch dostanie kiedyś Nobla (a myślę, że dostanie) będę miał wielki zgryz. Nie dlatego, że napisałem ten tekst. Dlatego, że znowu będę musiał przezwyciężyć to rozdarcie, które targa człowiekiem, kiedy czyta Herberta – czy bardziej podziwiać jego twórczość, czy bardziej zżymać się na jego polityczne nierozeznanie. Niech jednak dostanie, jakoś to rozdarcie przeżyję.