Posts tagged interpretacja

Judyta i Holofernes, albo czy interpretacja prawnicza wymaga specjalnej wiedzy?

 

W czasach Twittera i Facebooka każdy zna się na prawie. Wiedza się demokratyzuje i można właściwie odnieść wrażenie, że prawnicy nie są do niczego potrzebni. Wynika to z faktu, że najbardziej znany internetowy lekarz zyskał brata: mecenasa Googla, a ponieważ mecenas ten jest dostępny 24h na dobę, każdy może czuć się specjalistą.

Przekonanie, że prawnicy nie posiadają jakiejś tajemnej wiedzy, dotyczy szczególnie interpretacji prawniczej. Prawo jest sformułowane w języku powszechnym, więc każdy posługujący się językiem polskim jest je w stanie zrozumieć. Stąd w ogólnym przekonaniu prawnik nie musi pośredniczyć w akcie rozumienia prawa. Jeśli chce to robić, to albo uzurpuje sobie jakąś władzę, albo kombinuje. Zwłaszcza wśród zwolenników „reform” polskiego sądownictwa panuje przekonanie wywodzone jeszcze od Napoleona, że prawnicy powinni mieć zakaz wykładania prawa. Co bardziej obeznani przywołują paremię „clara non sunt interpretanda” – to, co jasne, nie podlega wykładni. Zasada ta ma ukrócić interpretacyjne zapędy prawników.

Czy rozumienie prawa jest rzeczywiście tak proste, że jego interpretacji może dokonywać każdy? Moja odpowiedź brzmi: tak. Tekst prawny może interpretować każdy, tak jak każdy może zinterpretować dzieło malarstwa. Weźmy dla przykładu obraz Gustawa Klimta „Judyta z głową Holofernesa”. Oto różne sposoby interpretacji tego dzieła:

„Ty, goła baba!” – interpretacja 10-latka zwiedzającego muzeum.

„To złoto będzie dawało wrażenie bogactwa i będzie pasować do zasłon. Tylko ten odcięty łeb, ohyda…” – interpretacja prawnuczki Pani Dulskiej.

„Obraz jest ilustracją opisanej w Księdze Judyty biblijnej sceny zdekapitowania Holofernesa, wodza Asyryjczyków oblegających żydowską Betulię, która nastąpiła po wcześniejszym uwiedzeniu go przez Judytę. Następnie Judyta umieściła głowę Holofernesa na murach miasta, co tak przeraziło wojska asyryjskie, że uciekło” – interpretacja biblisty.

Wszystkie te wypowiedzi są jakimiś interpretacjami przekazu zawartego w dziele Klimta. Żadna z nich nie jest jednak zadowalająca. Zadowalającą interpretacją jest być może ta, dana przez Erica Kandela w książce „The Age of Insight”:  Judyta przedstawiona przez Klimta, mimo stylizowanego stroju, jest kobietą z początku XX wieku, na co wskazuje fryzura i makijaż. Jej wyraz twarzy wskazuje na satysfakcję seksualną z uwiedzenia Holofernesa. Biblijna historia jest więc zaaplikowana do współczesności: uwiedzenie Holofernesa i odcięcie mu głowy może być rozpatrywane w kategoriach działania femme fatale – kobiety-modliszki, i we Freudowskich kategoriach obawy mężczyzn przed kobietami. Na taką interpretację wskazuje także wiedeńskie pochodzenie dzieła i czas jego powstania.

Czy interpretacja Kandela jest lepsza od wcześniej podanych? Tak. Ponieważ pełniej wiąże w całościowym rozumieniu wszystkie elementy widoczne w obrazie (np. uwzględnia nowoczesną fryzurę Judyty, której nie uwzględnia interpretacja biblisty, znaczenie Freuda dla intelektualnej atmosfery Wiednia z przełomu wieków). W ten sposób bardziej wiernie oddaje zamiar komunikacyjny autora lub cel samego dzieła. A o to przecież chodzi w interpretacji, także w interpretacji prawa.

Ktoś powie, że interpretacja obrazu i interpretacja tekstu prawnego to dwie różne sprawy. Czyżby? Prawo jest przekazem kierowanym do nas przez prawodawcę, a naszym obowiązkiem jest go w pełni zrozumieć, tak jak zadaniem interpretatora obrazu Klimta jest zrozumienie, co jego autor chciał nam przekazać. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić bez wiedzy, dociekliwości czy w sposób pomijający jakieś elementy tego przekazu.

Weźmy fragment artykułu 2 polskiej Konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym”. Te sześć słów rozumie każdy, kto posługuje się językiem polskim, tak jak każdy, kto ma oczy, widzi obraz Klimta. Czy te sześć słów wskazuje po prostu, że w Polsce ma być demokracja i obowiązywać prawo? A może, żeby go zrozumieć, trzeba znać historię koncepcji Rechtsstaat i rule of law, rozwijanych w niemieckiej i brytyjskiej kulturze prawnej od wielu wieków, tak jak biblista zna historię Judyty i w ten sposób jest w stanie dokonać interpretacji pełniejszej niż nastolatek czy nowobogacka mieszczanka?

Może wreszcie trzeba rozumieć ten artykuł Konstytucji w stylu Kendalowskiej interpretacji „Judyty z głową Holofernesa”? Nie jako dawno temu opowiedzianą historię, ale jako ideę, którą oczywiście musimy zrozumieć w jej wymiarze historycznym, ale odnieść do współczesności, jak nakazuje nam starożytna sztuka hermeneutyki? I wyprowadzić z niej konsekwencje, wskazując, że demokratyczne państwo prawne oznacza zakaz działania prawa wstecz, zakaz formułowania przepisów w sposób nieprecyzyjny, obowiązek posiadania niezależnych sądów i wiele innych kwestii. Dlaczego? Nie dlatego, że takie widzimisię ma prawnik, ale dlatego, że bez tych elementów zasada demokratycznego państwa prawnego nie ma treści. A nie sposób przyjąć, że o to chodziło prawodawcy. Ten, nadając komunikat zawarty w początkowym fragmencie art. 2 Konstytucji, przekazał historyczną treść zawartą w sześciu użytych w nim słowach, i chciał, aby ta treść została zastosowana do naszej rzeczywistości.

Każdy ma prawo czytać prawo. Każdy ma prawo je interpretować. Ale kiedy polityk mówi (jak miało to niedawno miejsce u nas), że żaden akt prawa europejskiego nie definiuje zasady rządów prawa, to jest w swojej interpretacji niedaleki od poziomu podekscytowanego dzieciaka w muzeum. W rzeczywistości jest od niego gorszy – bo odmawia przekazowi zawartemu w prawie polskim i europejskim jakiejkolwiek treści. I robi to po to, by zwolnić siebie i swoich kolegów z obowiązku zrozumienia i wykonania przekazu prawodawcy. Ten przekaz, nawet ogólny, coś przecież jednak znaczy.

Tak jak pełnowartościowa interpretacja dzieła Klimta wymaga szerokiej wiedzy, aby oddała zamiar komunikacyjny twórcy, tak szerokiej wymaga wiedzy prawniczej wymaga interpretacja prawa, która ma oddać zamiar zawarty w tekście prawnym. Można ten tekst interpretować bez tej wiedzy. Ale wtedy taka interpretacja albo nie realizuje celu przekazu, bo jest niepełna, albo go wypacza, bo rozumie przekaz niezgodnie z jego historycznym przeznaczeniem, albo wreszcie ten przekaz trywializuje, bo jest prymitywna.

Interpretacja, która nie realizuje celu prawa, która go wypacza albo trywializuje, nadal jest interpretacją. Tylko po co nam taka interpretacja?

Trzy spotkania z Lechem Morawskim

Aby zrozumieć, jak traktuje prawo i prawników PiS, niekoniecznie trzeba analizować prace Stanisława Ehrlicha, u którego teorii i filozofii prawa uczył się Jarosław Kaczyński. Trzeba raczej studiować poglądy zmarłego rok temu Lecha Morawskiego.

W ostatnich dwudziestu latach los zetknął mnie bezpośrednio z prof. Morawskim trzy razy i za każdym razem było to spotkanie brzemienne w skutkach. Każde z tych trzech spotkań oddziela niemal równo 10 lat i każde z nich mogłoby być początkiem lekcji prawa, której nie da się zapomnieć. Ze względu na duży autorytet Profesora po prawej stronie sceny politycznej te lekcje prawa pokazują, jak prawo i prawników postrzega PiS.

Spotkanie pierwsze

Miało miejsce w roku 1998, kiedy jako student pojechałem na Zjazd Katedr Teorii i Filozofii Prawa do Kazimierza Dolnego. Lech Morawski był już wtedy gwiazdą dyscypliny, w której stawiałem pierwsze kroki. Byłem zafascynowany jego pracami, bo były jak powiew świeżego powietrza – zwłaszcza jego analizy dotyczące śmierci pozytywizmu prawniczego, przedstawione w słynnym artykule „Pozytywizm „twardy”, pozytywizm „miękki” i pozytywizm martwy”. Kiedy schodził z aparatem fotograficznym na szyi Wąwozem Małachowskiego, który z centrum Kazimierza prowadzi do Kuncewiczówki, i zatrzymał się, żeby porozmawiać z naszą grupą, był jak celebryta: autor znany tylko ze swoich dzieł stał przed nami jako człowiek z krwi i kości.

Nie pamiętam tej rozmowy, była zapewne błaha. Ale pamiętam Jego starcie z prof. Andrzejem Batorem w czasie obrad Zjazdu, dotyczące problemu instrumentalizacji prawa. Bator wskazywał, że prawo cechuje INSTRUMENTALNOŚĆ, a więc zdolność do realizacji wartości pozaprawnych. W ostrym wystąpieniu Morawski powiedział, że takie twierdzenie jest banalne. Prawo jak grabie jest narzędziem i jak każde narzędzie służy do realizacji jakichś celów. A w INSTRUMENTALIZACJI, mówił Morawski, chodzi o użycie prawa do realizacji złych celów, na przykład takich, które realizowali komuniści. Bator odpowiedział, że subiektywna ocena wartości, do których realizacji służy prawo, nie powinna być podstawą pozytywnej czy negatywnej oceny instrumentalności.

Po latach sądzę, że dla prof. Morawskiego ocena wartości, które realizuje prawo, była całkowicie obiektywna: prawo jest dobre, kiedy jest instrumentalizowane dla realizacji celów, które prof. Morawski uważał za dobre. To była lekcja pierwsza i od razu pierwsze ostrzeżenie: prawo ktoś może zinstrumentalizować dokładnie to samo, jak komuniści, ale jeśli w swoim mniemaniu realizuje godne cele, taka instrumentalizacja jest dobra. Czy aby na pewno? Takie podejście zakłada możliwość wykorzystania prawa w dowolny sposób, w oparciu o zasadę „cel uświęca środki”, oczywiście pod warunkiem, że ten cel określam ja. Takie podejście w rzeczywistości usuwa prawo z przestrzeni publicznej i zastępuje je polityką. Takie podejście odmawia prawu jakiejkolwiek autonomii i posiadania Arystotelesowskiej „funkcji właściwej” – zbioru celów i funkcji, do którego realizacji zostało stworzone, było tradycyjnie stosowane, a więc celów i funkcji dla niego naturalnych. Taką funkcją właściwą Konstytucji jest między innymi odporność na bycie wykorzystywaną do realizacji chwilowych zachcianek zwykłej większości parlamentarnej. I takiej funkcji można zaprzeczyć, łamiąc Konstytucję bądź interpretując ją w sposób sprzeczny z jej naturalnym celem.

Spotkanie drugie

W roku 2008 odbyło się wyjątkowe seminarium lucieńskie – kolejna tematyczna debata z intelektualistami, organizowana przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Było ono wyjątkowe nie dlatego, że dotyczyło swobody interpretacyjnej prawników, ale dlatego że – prawdopodobnie ze względu na trwający kryzys gruziński – zamiast w Lucieniu odbyło się w Belwederze. Debatę rozpoczął sam Prezydent, prezentując doskonałe rozeznanie w filozoficzno-prawnych pracach Harta i Dworkina. W debacie prof. Morawski argumentował, że normy prawne ustanawiane przez demokratycznie wybrany parlament nie wymagają daleko idącej interpretacji. Ostrzegał, że ta prowadzi do zbyt dużej swobody po stronie prawników. Jego przykład: kiedy ojciec mówi do nastoletniego syna, że ten ma chodzić spać przed 23.00, syn nie ma co w tym rozkazie interpretować.

W odpowiedzi na ten przykład powiedziałem, że współczesne prawo nie jest komunikacją jednokanałową, ale raczej wielokanałową, odpowiadającą tezie prof. Łętowskiej o multicentryczności prawa. Oprócz prawodawcy ustawowego jest jeszcze prawodawca konstytucyjny i prawodawca ponadnarodowy, który wypowiada się np. przez prawo europejskie i umowy międzynarodowe. I ci prawodawcy także mówią do prawnika. Przykład Morawskiego był więc nieadekwatny. Prawnik interpretujący prawo jest jak syn, któremu ojciec kazał być w łóżku przed 23.00, matka kazała się zawsze przygotowywać solidnie do sprawdzianu, który ma na drugi dzień, którego babcia prosiła, żeby poczytał jej książkę, kiedy nie może zasnąć, a dziadek, dawny hipis, zachęcał, by zawsze przede wszystkim był sobą i robił, co w danej sytuacji uważa za słuszne. Rolą prawnika jest oddanie sprawiedliwości wszystkim komunikatom, które prawodawcy z różnych poziomów hierarchii prawa kierują do niego, a nieraz także ustalenie tej hierarchii, jeśli nie jest ona jasno ustalona.

To było drugie spotkanie i druga lekcja: prawnicy, zgodnie z zasadą clara non sunt interpretanda(„to, co jasne, nie wymaga interpretacji”) powinni wypełniać prawo tak, jak wypełnia się rozkazy władcy – posłusznie i bez szemrania. Promujący tę tezę zapominają jednak, że współczesne prawo nie jest już podobne do prostego rozkazu, ale raczej do wielkiego, złożonego projektu budowlanego, stworzonego przez wiele osób i zawartego w różnych dokumentach. Ten projekt musi być zrealizowany w pełni – prawo z poziomu ustaw i rozporządzeń musi być stosowane w sposób zgodny z konstytucją i konwencjami międzynarodowymi. Prawnik stosujący prawo musi pogodzić komunikaty pochodzące z różnych poziomów systemu prawa, stosując między innymi wykładnię prokonstytucyjną i prowspólnotową. Kiedy to robi, nie rości sobie prawa do bycia prawodawcą. Wprost przeciwnie – chce być wierny prawodawcy rozumianego jako autor CAŁEGO prawa, a nie wierny jedynie wyrwanemu z kontekstu zdaniu, które do prawa wprowadził przed chwilą aktualnie rządzący polityk. Prawnik działa więc podobnie jak wykonawca robót budowlanych, który działa zgodnie z zatwierdzonym przez wszystkie strony projektem budowlanym, nie zaś zgodnie z aktualnym kaprysem inwestora.

Spotkanie trzecie

Decyzja Lecha Morawskiego o wejściu do Trybunału Konstytucyjnego na miejsce legalnie wybranych sędziów była dla mnie szokiem. Mogłem zrozumieć, że na miejsca te wchodzą bliżej nieznane osoby, ale jego autorytet był zdecydowanie największy spośród tych osób i w największym stopniu legitymował bezprawie, które zdarzyło się w grudniu 2015 roku. Moje zaskoczenie wynikało z niewiedzy. Lech Morawski był wcześniej mocno zaangażowany w projekty ważne dla PiS, takie jak konferencje smoleńskie. Ponieważ jednak o tym nie wiedziałem, moja reakcja na decyzję Profesora o byciu dublerem była podobna do reakcji pułkownika Stankiewicza w chwili, kiedy w Kiejdanach szanowany przez wszystkich Janusz Radziwił wykrzyknął: Vivat Carolus Gustavus rex…!

Nasze trzecie spotkanie odbyło się w Oksfordzie w maju 2017 roku, w czasie seminarium poświęconego polskiemu kryzysowi rządów prawa. Organizatorzy chcieli mieć w debacie reprezentację dwóch stron polskiego sporu, więc Lech Morawski był naturalnym wyborem, zwłaszcza że dyskusję prowadzili filozofowie prawa. Zajmując miejsce za stołem w sali konferencyjnej Trinity College widziałem Lecha Morawskiego zajmującego swoje miejsce w pierwszym rzędzie, niecałe dwa metry ode mnie. Był to dla mnie trudny moment – znowu byłem studentem z Kazimierzowskiej konferencji, a on był tym samym Lechem Morawskim. Rozpocząłem oświadczeniem, w którym podkreśliłem, że nie chcę, aby mój udział w tej samej konferencji był postrzegany jako akceptacja faktu, że Lech Morawski pełni funkcję sędziego polskiego Trybunału Konstytucyjnego, Obawiałem się, że odpowie agresywnie, tak, jak często mu się to zdarzało w przeszłości, tak jak odpowiedział Andrzejowi Batorowi 20 lat wcześniej. Ale nic takiego się nie stało. Widziałem przed sobą zmęczonego człowieka, który poprosił o głos, aby odnieść się do mojego oświadczenia, dopiero po 1,5 godzinie od jego wygłoszenia. Nick Barber, który prowadził panel, nie udzielił profesorowi głosu wiedząc, że za moment Lech Morawski sam zasiądzie za stołem panelowym, żeby przedstawić swoją wersję wydarzeń i swoją wizję państwa i prawa.

I przedstawił. Była to wizja państwa bez trójpodziału władzy, w której sędzia konstytucyjny nie traktuje siebie jako przeciwwagi dla innych władz, jako osoby, której zadaniem jest zmusić prawodawcę do stanowienia prawa spełniającego konstytucyjne kryteria racjonalności i proporcjonalności. Sędzia w tej wizji państwa jest jednomyślny z prawodawcą – mówi tym samym językiem i myśli tym samym umysłem.

Ponieważ na początku swojego wystąpienia Lech Morawski powiedział, że w czasie swojej wypowiedzi chce bronić tak mocno krytykowanego polskiego rządu, w sesji pytań poprosiłem go, żeby zadeklarował, kogo reprezentuje: Trybunał Konstytucyjny czy rząd. Do końca życia będę pamiętał tę chwilę wahania, która poprzedziła jego krótką, jednowyrazową odpowiedź. W tej krótkiej chwili jeszcze wszystko było możliwe – Lech Morawski mógł w tej krótkiej chwili zdecydować, że są pewne pytania, na które uczony nie może odpowiedzieć inaczej niż nakazuje jego umysł. Lech Morawski jednak odpowiedział sercem: „Both”. I zaczęło się medialne piekło.

Sędzia nie może reprezentować rządu, nawet jeśli wyznaje te same wartości, które wyznaje aktualny rząd. Sędzia sądu konstytucyjnego reprezentuje w każdym czasie obywateli, którzy aktualnie nie mają swojej większościowej reprezentacji w parlamencie. Reprezentuje ich, ponieważ reprezentuje konstytucję, która tych obywateli chroni przed nadużyciem władzy przez rządzącą większość. Policjant nie może skutecznie chronić obywatela, kiedy reprezentuje agresora, który tego obywatela atakuje. Podobnie sędzia konstytucyjny nie może skutecznie chronić obywatela, kiedy jednocześnie reprezentuje polityczną większość naruszającą konstytucję, a więc naruszającą prawa przynależne temu obywatelowi.

Trzy spotkania z Lechem Morawskim to trzy lekcje prawa, których skutki widzimy w „reformach” PiS. Celem tych reform jest realizacja świata, w którym prawo realizuje subiektywne wartości aktualnie rządzących, a nie naturalne dla niego wartości wynikające z konstytucji.  W tym świecie prawo jest wykonywanym bez szemrania rozkazem aktualnie rządzących, nawet jeśli jest sprzeczne z konstytucją, a sędzia nie stoi na straży konstytucji, ale reprezentuje aktualnie rządzących. Takie prawo przestaje być prawem, bo nie da się go odróżnić od polityki. Taki sędzia przestaje być sędzią, bo nie daj się go odróżnić od polityka. Takie prawo nie jest ani prawem twardym, ani prawem miękkim. Takie prawo jest prawem martwym.

Dlatego wolę pamiętać uśmiechniętego Profesora Morawskiego, który w Kazimierzu schodził z góry wąwozem Małachowskiego i był dla nas trochę jak prorok niosący prawdę objawioną o prawniczej hermeneutyce, nie tego zmęczonego i samotnego z Trinity College w Oksfordzie. Chcę Go pamiętać z chwili, gdy czytałem jego książki, w których uczył obrazu prawa zupełnie innego niż ten, który wynikał z moich trzech spotkań. Z czasów, kiedy wartości, Jego zdaniem wchodzące zewsząd do prawa, były jeszcze wartościami, a nie z czasów, gdy stały się antywartościami firmowanymi twarzą komunistycznego prokuratora. Chcę pamiętać Lecha Morawskiego z czasów, kiedy jeszcze wszystko było możliwe i naprawdę mogło potoczyć się inaczej.

 

 

Izolowane stosowanie konstytucji jako upośledzenie intelektualne

Znowu słyszę, że być może skrócenie kadencji I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf jest niekonstytucyjne, ale wiek emerytalny dla sędziów to już nie – przecież Konstytucja wyraźnie mówi, że można ten wiek ustalić ustawą.

Tak więc znowu trzeba powiedzieć, że:

  1. Radością napawa mnie fakt, że niektórzy światli ludzie (np. sędzia Johann) zauważają, że jak Konstytucja mówi „sześć”, a ustawa mówi „nie sześć, ale mniej”, to to jest sprzeczność;
  2. Smutkiem napawa mnie fakt, że zdarzają się jednak nadal konstytucyjni sceptycy matematyczni, którzy mówią, że skoro M. Gersdorf przestaje być sędzią (z powodu osiągnięcia wieku stanu spoczynku), to nie może być prezesem, więc na nic matematyka. Nie wiadomo, dlaczego tak mówią, bo z Konstytucji nie wynika, żeby I Prezes SN musiał (musiała) być sędzią. Art. 183 ust. 3 mówi tylko, że powołuje się I Prezesa „spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Nie ma tam mowy o tym, że kandydat musi być sędzią. To trochę tak jak z papieżem – podobno nie musi nim zostać ksiądz, może każdy ochrzczony. Tyle, że praktyka była inna – ale praktyka już przecież nikogo nie obchodzi, a najmniej prezydenta i jego konstytucyjnych matematycznych sceptyków. Praktyka ułaskawiania też przecież była inna…
  3. Parlament może obniżyć wiek spoczynku w ustawie – daje mu to prawo Konstytucja. Nie może jednak zastosować tego nowego wieku do urzędujących sędziów – może zastosować do nowo powoływanych. Dlaczego nie może zastosować od razu do obecnych sędziów? Bo w ten sposób przerywa z zaskoczenia ich orzekanie, a więc w ten sposób wpływa na ich niezawisłość. Sędzia sobie spokojnie orzeka, patrzy na sprawy, które zostały jej do rozstrzygnięcia, i te które wpływają i myśli sobie „Zakończę je do czasu wieku spoczynku i będzie git”, a tu parlament wyskakuje jak filip z konopi i powiada: „Ha! Nie dokończysz, bo my właśnie obniżyliśmy wiek stanu spoczynku i przestajesz sądzić z końcem kwartału”. Przecież to jest najprostszy sposób, żeby sędziego odsunąć od sprawy, którą polityk chciałby powierzyć innemu sędziemu! Najlepiej takiemu, którego własnoręcznie powoła Krystyna Pawłowicz na podstawie testu jednego pytania, który świetnie diagnozuje u kandydata na sędziego brak kręgosłupa. A kiedy inna władza (parlament, rząd albo prezydent) przerywają orzekanie przez sędziego, naruszają jego niezawisłość i naruszają niezależność sądów, co jest zakazane przez art. 173 Konstytucji („Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”). Poza tym, art. 2 Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego zawiera w sobie zasadę niezmieniania prawnych reguł gry w czasie jej trwania, jeśli nie ma po temu niezwykle ważnych powodów. Parlament zatem może obniżyć wiek spoczynku sędziów, ale może zastosować go dopiero do nowo powoływanych sędziów, a obecnym pozwolić orzekać do 70 roku życia. Takie rozwiązanie powoduje, że i parlamentarny wilk jest syty, i sędziowska gąska cała.

Oznacza to, że nie tylko skrócenie kadencji I Prezes jest niekonstytucyjne. Przeniesienie w stan spoczynku urzędujących sędziów także jest niezgodne z Konstytucją. Ale widać to dopiero, gdy spojrzy się nie na jeden przepis Konstytucji, ale także na resztę Jej przepisów. Czytanie Konstytucji ma sens, gdy czyta się ją w całości, a nie wtedy, gdy czyta się jedno jej zdanie. Jak już wielokrotnie mówiłem (wybaczcie powtórki, ale prawda powtórzona tysiąc razy staje się prawdziwszą prawdą) – gdybyście czytali „Pana Tadeusza” na podstawie zdanie: „Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” wyszłoby wam, że „Pan Tadeusz” jest książką o chorych Litwinach tęskniących za ojczyzną. A nie jest, a przynajmniej jest książką o wielu innych rzeczach. Podobnie Konstytucja nie jest książką o tym, co może parlament i o tym, że nie ma żadnych reguł dla działań parlamentu. Jest książką o tym, jak ma funkcjonować państwo, w którym parlament wykonuje swoje kompetencje tak, żeby przy okazji nie naruszać praw sędziów i oczywiście vice versa.

 

Izolowane stosowanie konstytucji jest kompromitacją intelektualną i grozi upośledzeniem władzy sądzenia. Nie róbcie tego sami w domu. Nie róbcie tego nigdzie.

Interpretacja konstytucji według Forresta Gumpa

Najsłynniejszą frazą Forresta Gumpa jest ta o życiu jako pudełku czekoladek – nigdy nie wiadomo, na co trafisz, bo nigdy nie wiadomo, co z tego pudełka wyciągniesz. Znany amerykański konstytucjonalista, Jack Balkin, napisał swojego czasu artykuł, zatytułowany „Konstytucja jako pudełko czekoladek”. Artykuł rozważał problem swobody interpretacyjnej prawników wobec tekstu konstytucji. Analizował, czy rzeczywiście jest tak, że prawnik może zinterpretować konstytucję na dowolny sposób, a więc czy może z niej, jak z pudełka czekoladek, wyciągnąć dowolną rzecz i nigdy nie wiadomo, co to będzie.

Jest tradycją rządów prawicowych, że o taką dowolność oskarża się sędziów. W USA rolę takiego oskarżyciela przyjęli także niektórzy sędziowie – np. Antonin Scalia, twórca metody interpretacji konstytucji, nazywanej oryginalizmem, która w założeniach miała ograniczać swobodę interpretacyjną. U nas rolę taką pełnił prof. Lech Morawski, wskazujący, że art. 2 naszej Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego, jest studnią bez dna, albo raczej kapeluszem magika, z którego sędziowie wyciągają ku zaskoczeniu widowni raz królika, raz twierdzenie, że lustracja jest niekonstytucyjna.

I Scalia, i Morawski, kiedy sami interpretowali konstytucję, dalecy jednak byli od propagowanej przez siebie wstrzemięźliwości interpretacyjnej. Najwyraźniej trudno jest samemu praktykować ideę, którą się wszem i wobec głosi. Co więcej, same proponowane przez nich idee pozostawiają wiele do życzenia. Oryginalizm jest sprzeczny z istotą ludzkiej komunikacji, tak jak ją obecnie rozumie filozofia języka. W pracach Morawskiego trudno znaleźć inny pomysł na ograniczenie dowolności interpretacyjnej niż konsekwentna realizacja wartości uznawanych przez samego Morawskiego za słuszne. Na Zjeździe Katedr Teorii i Filozofii Prawa w 1997 roku w Kazimierzu Dolnym prof. Morawski dał temu wyraz w dyskusji z prof. Batorem. Stwierdził wtedy, że instrumentalizacja prawa jest w porządku, kiedy służy wartościom antykomunistycznym, zła wtedy, gdy służy innym. Innymi słowy, kiedy naginasz prawo do aksjologii, którą ja akceptuję, wtedy jest ok. W innym przypadku stosujesz metodę Forresta Gumpa.

Jedynym sposobem ograniczenia samowoli interpretacyjnej prawników jest konsekwentna wykładnia systemowa, albo nawet holistyczna, którą próbowałem opisać w książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Polega ona na wykazaniu, że dane rozwiązanie interpretacyjne jest zgodne z jak największą liczbą przesłanek rozumowania prawniczego. Innymi słowy, że propozycja interpretacyjna jest zgodna z znaczeniem językowym przepisów konstytucji rozumianych jako całość, a także z celem i funkcją tych przepisów oraz ich historycznym rozumieniem.

W przeciwieństwie do takiego podejścia, prawnicy wspierający rząd od ponad dwóch lat karmią nas kłamstwem, że jedyną słuszną interpretacją jest izolowana interpretacja konstytucji. Bierzesz jeden przepis, pokazujesz, że działasz zgodnie z tym przepisem i jesteś z siebie bardzo zadowolony, choćbyś przy tym łamał wszystkie pozostałe przepisy konstytucyjne. Tak było z art. 197 Konstytucji, który był jedynym przepisem pozwalającym Parlamentowi regulować sytuację Trybunału Konstytucyjnego (przy złamaniu innych przepisów regulujących funkcjonowanie Trybunału). Tak jest teraz przy izolowanej interpretacji przepisu dającego Parlamentowi kompetencję do ustalenia wieku przejścia sędziów w stan spoczynku. Żaden inny przepis Konstytucji w tej interpretacji się nie liczy, zwłaszcza ten, który ustanawia niezależność sądów i niezawisłość sędziów jedną z podstawowych zasad konstytucyjnych. Argument, że można kompetencje Parlamentu w obu przypadkach pogodzić z całością Konstytucji, a więc że nie stoją one w żadnej sprzeczności z niezależnością sądów i trybunałów, władza puszcza mimo uszu. Jest to oczywiste – nie o stosowanie Konstytucji tu przecież chodzi, ale o jej złamanie przy zachowaniu pozorów legalności.

Żeby wyjaśnić to, w jaki sposób wykładnia izolowana zwiększa swobodę interpretacyjną prawnika, daję moim studentom takie zadanie. Proszę, żeby umieścili długopis w sali wykładowej. Decyzja, gdzie go umieszczą, musi spełniać tylko jeden wymóg – długopis musi zostać umieszczony dwa metry od lewej ściany. Potencjalnych miejsc zgodnych z tym jednym wymogiem jest bardzo dużo, bo wymóg jest tylko jeden – mogą umieścić długopis na dowolnej wysokości i w dowolnej odległości od ściany prostopadłej. Każda taka decyzja będzie prawidłowa, a więc możliwych prawidłowych rozwiązań jest bardzo dużo. Podobnie jest w przypadku wykładni izolowanej: zgodność z jednym przepisem daje sporo swobody interpretacyjnej.

Następnie zwiększam ilość wymogów: długopis musi być umieszczony dwa metry od lewej ściany i nie wyżej niż metr od podłogi. Druga współrzędna powoduje, że ilość prawidłowych rozwiązań się zmniejsza. Dodaję kolejny wymóg – nie dalej niż dwa metry od okna położonego na ścianie prostopadłej. Znowu prawidłowych rozwiązań jest mniej. Z dodaniem każdego kolejnego wymogu swoboda decyzyjna studentów się zmniejsza. Tak samo jest z wykładnią holistyczną – jeśli szukasz zgodności z wieloma przepisami naraz, twoja prawnicza wolność jest mniejsza. Idealna prawnicza interpretacja, jak wskazywał Dworkin, to taka, która szuka maksymalnej zgodności z wszystkimi możliwymi przesłankami i której nie można postawić zarzutu pominięcia żadnego z wymogów. W takiej interpretacji na każde prawnicze pytanie istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź, a prawnik nie ma żadnej wolności – po prostu ma obowiązek te odpowiedź odnaleźć.

W przeciwieństwie do wykładni holistycznej, wykładnia izolowana, którą proponuje nam rząd, drastycznie zwiększa swobodę interpretacyjną. Co więcej, jej umysłowy poziom zbliża się do poziomu sympatycznego skądinąd Forresta Gumpa. Dlatego kiedy widzę kolejnego funkcjonariusza Ministerstwa Sprawiedliwości, który wykazuje zgodność działań rządu z Konstytucją przez wykazanie zgodności z jednym przepisem, jedyna rada, jaką chcę mu dać, brzmi: „Run, Forrest, run!”