Posts tagged konstytucja

Polskie państwo prawa – remanent po trzech latach

Poniższy tekst został pierwotnie opublikowany w wydanej przez Gazetę Wyborczą “Czarnej księdze trzech lat rządów PiS”  i nosi w niej tytuł “Koniec trójpodziału władzy”.

 

I oto jesteśmy na jesieni 2018 roku. Mocno poobijani po prawie trzyletnim boju o Konstytucję i praworządność, albo o sprawiedliwość i demokrację, w zależności od tego, po której stronie staliśmy. Kurz jeszcze nie opadł, bo walka wchodzi na nowy poziom – już nie jest tylko krajowa, bo wraz z zaangażowaniem Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości konflikt lokalny przerodził się w regionalny. Wciąż każdy wynik jest możliwy, ale pewnych efektów tego konfliktu nie da się cofnąć. Trzeba więc podsumować to, co stało się dotychczas.

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość przystąpiło do działań, których głównym przesłaniem było zlikwidowanie tzw. imposybilizmu prawnego. Terminu tego użył Jarosław Kaczyński jeszcze za poprzednich rządów PiS, zaraz po tym, jak Trybunał Konstytucyjny uchylił ustawę lustracyjną, jeden ze sztandarowych projektów legislacyjnych tamtego rządu. Imposybilizm prawny oznacza niemożność zreformowania państwa ze względu na sztuczne, abstrakcyjne obostrzenia prawne, które – w rozumieniu twórcy tego terminu – nie są społeczeństwu potrzebne. Są one wręcz szkodliwe, ponieważ hamują wolę narodu, który chce zmian.

Problem z imposybilizmem polega na tym, że nie jest do końca jasne, skąd mamy wiedzieć, czego naród chce. Ograniczenia prawne nałożone Konstytucją to ograniczenia, które na władzę nałożył ten sam naród, który niby teraz chce je zrzucić. Oczywiście, bywają narody kapryśne i zmienne, i nie można im odmówić prawa do zmiany zdania. Tyle tylko, że zmiana zdania musi nastąpić w tej samej formie, w jakiej nastąpiło wyrażenie tego zdania, a więc poprzez zmianę Konstytucji. Do tego trzeba mieć polityczną siłę większości konstytucyjnej, a takiej PiS w wyborach nie otrzymało. Twierdzenie zatem, że naród chce fundamentalnej zmiany, nie jest uzasadnione, a polega tylko na intuicji politycznej lidera zwycięskiej partii. W państwach współczesnych, które chcą funkcjonować pokojowo, bez rewolucji, intuicja polityczna to za mało, żeby zmienić ustrój.

Jak się jednak okazuje, można próbować. Jeśli nie da się zmienić Konstytucji formalnie, można zmieniać ją faktycznie, przejmując kontrolę nad instytucjami, które mają tej Konstytucji bronić. Przez cały rok 2016 trwały zatem usilne starania partii rządzącej, aby sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, który w naszym systemie prawnym jest głównym konstytucyjnym policjantem. Konstytucja ma rację bytu o tyle, o ile jest ktoś, kto może skutecznie stwierdzić, że ustawa zaproponowana przez rząd a uchwalona przez parlament jest z tą konstytucją niezgodna. Jeśli nie ma kogoś takiego, każde naruszenie Konstytucji ujdzie rządzącym płazem, podobnie jak przy braku policjanta lub policyjnej kamery na skrzyżowaniu uchodzi kierowcom płazem każde naruszenie przepisów o ruchu drogowym. Dlatego pierwszym etapem procesu likwidacji imposybilizmu prawnego była próba faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego. I była to próba niestety udana.

Po grudniu 2016 roku, kiedy zakończył swoją kadencję Andrzej Rzepliński, Trybunał Konstytucyjny nie tylko przestał być jakąkolwiek przeszkodą dla władzy politycznej, która chce swobodnie zmieniać Polskę, ale zaczął być aktywnie wykorzystywany jako narzędzie tej zmiany. Najpierw Minister Sprawiedliwości efektywnie wykluczył z orzekania trzech dawniej wybranych sędziów, co nie byłoby możliwe bez współpracy wybranej niezgodnie z Konstytucją na stanowisko Prezes TK Julii Przyłębskiej. Następnie Trybunał został wykorzystany do przejęcia kontroli nad innymi instytucjami ważnymi dla państwa prawa, a mianowicie nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym. W ten sposób pierwszy etap tzw. naprawiania polskich instytucji odpowiedzialnych za obronę państwa prawa zakończył się całkowitym popsuciem Trybunału Konstytucyjnego. Sensem istnienia sądu konstytucyjnego w każdej demokracji jest jego zdolność do sprzeciwienia się aktualnie rządzącej większości. Taki jest sens posiadania konstytucji, która ogranicza rządzących w ich działaniach politycznych, a więc i taki jest sens istnienia konstytucyjnego policjanta, jakim Trybunał jest. Jeśli ten policjant zgadza się we wszystkim z tymi, których ma pilnować, a nawet pomaga w realizacji ich planów, cała konstrukcja zostaje postawiona na głowie.

Wynika to z faktu, że po II Wojnie Światowej, a więc po doświadczeniu nazizmu i holokaustu. zrozumieliśmy, że większość, która demokratycznie zdobyła władzę, może wydzielić ze społeczeństwa mniejszość, prześladować ją, a ostatecznie ją zabić. Aby nigdy więcej taka sytuacja się nie powtórzyła, w drugiej połowie XX wieku wzmocniliśmy rolę konstytucji oraz regulacji międzynarodowych chroniących prawa człowieka. Współcześnie te regulacje pełnią rolę, jaką kiedyś pełniły wymogi prawa naturalnego: ograniczają swobodę prawodawcy, ustalają nieprzekraczalne granice, takie jak nienaruszalność godności człowieka czy specjalna ochrona jego wolności. Z tego samego wzmocniona została rola sądów konstytucyjnych, stojących na straży tych wartości.

W Polsce mogliśmy tego ostatecznie dokonać dopiero w 1997, kiedy pozbawiliśmy Sejm możliwości odrzucania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego odpowiednią większością głosów. Oznaczało to, że wyroki Trybunału stały się ostateczne – i takie były, zanim obecna większość rządząca przyznała sobie prawo do ich oceny przed publikacją. Kiedy bowiem premier Szydło odmówiła publikacji wyroku Trybunału i uznała, że nie ma on mocy prawnej, w rzeczywistości postawiła siebie i swój rząd ponad konstytucją. Z całą pewnością ta decyzja była najbardziej szkodliwym w skutkach precedensem w historii polskiego państwa prawa. Po tej decyzji już nigdy nie będzie można być pewnym, czy inny polityk nie zechce wykorzystać tego precedensu dla swoich celów. Dlatego właśnie zakwestionowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z najpoważniejszych deliktów konstytucyjnych, które przyniósł obecny kryzys, i który musi zostać w przyszłości przykładnie ukarany przez Trybunał Stanu.

Następnym krokiem w demontażu polskiego państwa prawa było przejęcie przez obecną władzę kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa (KRS). Rada ta, zgodnie z Konstytucją RP, jest organem stojącym na straży niezależności sądów i niezależności sędziów, i pełni kluczową rolę. Decyduje o sędziowskich powołaniach i awansach, a także ma chronić sędziów przed jakimikolwiek zewnętrznymi naciskami, w tym naciskami ze strony polityków. Jej konstrukcja została w Konstytucji pomyślna w taki sposób, żeby była ona platformą pozwalającą na współpracę wszystkich trzech władz. Dlatego każda z władz ma w niej przedstawicieli, i każda swoich przedstawicieli wybiera.

A raczej wybierała, ponieważ narzędziem przejęcia kontroli na KRS stała się zmiana wyboru tych członków Rady, którzy reprezentują sędziów. Mimo że przedstawicieli władzy ustawodawczej w KRS nadal wybiera władza ustawodawcza, mimo że przedstawicieli władzy wykonawczej w Radzie nadal wybiera władza wykonawcza, to przedstawicieli sędziów nie wybierają już sędziowie. Ich przedstawicieli wybiera władza ustawodawcza. To trochę tak, jak gdyby przedstawicielki kobiet do Krajowej Rady Równouprawnienia Płci (gdyby w Konstytucji taka istniała) były wybierane przez mężczyzn. Dodatkowo, kiedy patrzy się na powiązania członków KRS z Ministrem Sprawiedliwości, a więc z władzą wykonawczą, którą ci sędziowie mają równoważyć, to właściwie ma się pewność, że te wybrane przez mężczyzn kobiety byłyby od nich całkowicie zależne. Tak jak w tej hipotetycznej sytuacji trudno oczekiwać, że zależne od mężczyzn i wybierane przez nich kobiety będą równoważyły męską władzę, tak w sytuacji rzeczywistej trudno oczekiwać, że wybrani przez polityków i zależni od nich sędziowie będą równoważyć władzę polityczną.

Nowy wybór sędziowskich członków KRS zamienił to ciało, zgodnie ze scenariuszem przećwiczonym w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, w podmiot działający i myślący dokładnie tak, jak tego chce obecna władza. Bolesnym symbolem tej jedności celów, myśli i działań jest milczenie KRS wobec oburzających społeczność międzynarodową ataków na polskie sądy. KRS nie reaguje na ataki słowne, które raz po raz politycy przypuszczają na sędziów, podejmujących działania niezgodne z linią partii rządzącej. Co więcej, KRS nie widzi nic złego w urzeczywistniających się obecnie groźbach wszczęcia postępowań dyscyplinarnych, które ewidentnie są sposobem na zastraszenie środowiska sędziowskiego oraz wytworzenie tzw. efektu mrożącego – obawy przed sprzeciwem wobec władzy.

W zamian za to członkowie KRS powołani przez obecną większość parlamentarną bez szemrania głosują nad sędziowskimi awansami z uwzględnieniem dostarczonej przez polityków „czarnej listy” sędziów, którzy śmieli głośno mówić o polskich problemach w Brukseli. Koronnym argumentem na to, że KRS działa i myśli dokładnie tak, jak chce tego władza, jest zlekceważenie postanowienia o zabezpieczeniu wydanego ostatnio przez Naczelny Sąd Administracyjny, które nakazało zatrzymać proces obsadzenia wakatów w SN. Mimo że sędziowie NSA zakazali KRS przekazania uchwał Prezydentowi RP, KRS – ta sama, która ma wzmacniać pozycję sędziów, zrobiła to, a tym samym poniżyła sędziów, uznając decyzje przez nich wydane za pozbawione znaczenia.

Tak jak Trybunał Konstytucyjny posłużył jako narzędzie przejęcia kontroli nad KRS, tak przejęta KRS posłużyła politykom za narzędzie przejęcia kontroli nad Sądem Najwyższym. Zdominowana przez polityków KRS dość łatwo i rekordowo szybko wybrała kandydatów do Izby Dyscyplinarnej SN. Szybkość wyboru, który trwał krócej niż prowadzony mniej więcej w tym samym czasie konkurs na kalendarzyki kieszonkowe dla posłów, była odwrotnie proporcjonalna do niezależności wybranych kandydatów od aktualnie rządzących.

W wyniku przeprowadzonej procedury za sędziów SN uważają się obecnie między innymi Jan Majchrowski, nadzorujący przygotowanie polskiej odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej, Adam Tomczyński, radca prawny komplementujący władzę w telewizji publicznej oraz prokurator Adam Roch. Majchrowski w odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej poparł propagowaną przez obecną władzy, a heretycką tezę, że nasza Konstytucja nie wymaga zachowania okresu vacatio legis, a więcupływu pewnego czasu między ogłoszeniem a wejściem w życie ustawy, choć tej oczywistości uczy się studentów na pierwszym roku prawa. Tomczyński w przeddzień swojego przesłuchania w KRS prezentował swoje zadziwiające rozumienie apolityczności sędziego, wychwalając wyborcze przemówienie premiera Morawieckiego. Natomiast Roch, zaufany prokurator Zbigniewa Ziobry, nakazał przesłuchanie rodzącej kobiety, co Europejski Trybunał Praw Człowieka słusznie uznał za nieludzkie traktowanie. Taki oto zespół ludzi decyduje o charakterze nowej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wyznaczając zaiste nieznany dotąd wzorzec niezależności i moralności. Na szczęście osoby te zostały powołane do SN w oczywiście nieważnej procedurze, zapoczątkowanej obwieszczeniem Prezydenta RP, które mimo jasnego wymogu Konstytucji, nie zostało kontrasygnowane przez Premiera. Daje to nadzieje na ich rychłe usunięcie z zajmowanych stanowisk w momencie, kiedy podstawowe wymogi państwa prawa zostaną w Polsce przywrócone.

Kiedy popatrzy się na trzy procesy przejęcia kontroli nad trzema kluczowymi polskimi instytucjami państwa prawa, można wskazać pewien ich wspólny mianownik. To, co te procesy łączy, to cel: rzeczywista likwidacja kontroli nad działaniami władzy. W efekcie przejęcia tych trzech instytucji doszło do zmiany ustroju Polski. Ustrój oparty na trójpodziale władzy zamienił się nam na ustrój jednolitej władzy państwowej, znany z czasów komunistycznych, mimo że formalnie nie zmieniliśmy konstytucji. Nie sposób nazwać tej zmiany inaczej niż pełzającym zamachem stanu.

Wspólnym mianownikiem zamachów na niezależność TK, KRS i SN była także drastyczna zmiana języka, którym mówimy o prawie i gwałt na doktrynie prawniczej. Przeprowadzona rewolucja wymagała wytworzenia nieznanych dotąd sposobów interpretacji prawa. Jednym z tych sposobów byłą tzw. wykładnia wroga konstytucji (termin wprowadzony przez prof. Zajadło), widoczna zarówno w odpowiedzi zaprezentowanej Komisji Weneckiej, jak i w uzasadnieniach wyroków wydawanych przez Trybunał Konstytucyjny czy KRS już po przejęciu ich przez polityków. Innym była reinterpretacja uznanych doktryn, takich jak wspomniana już koncepcja vacatio legis.

Także powszechnie znana w Europie doktryna limitowania uprawnień władzy publicznej, znana pod hasłem „co nie jest władzy dozwolone, jest jej zakazane”, została przez obecnie rządzących odwrócona. Zgodnie z poglądem jednego z polityków PiS to, że Konstytucja nakazuje władzy działanie na podstawie prawa nie oznacza wcale, że nie wolno jej działać poza prawem (!).  Absurdalność tej wypowiedzi przebija jedynie twierdzenie, także sformułowane przez polityka rządzącej większości, że konstytucja musi być zgodna z ustawami, które ją doprecyzowują. Nieprawnikom zapewne trudno sobie wyobrazić jak horrendalne jest to stwierdzenie. To tak, jak gdyby proboszcz oczekiwał, że Katechizm Kościoła Katolickiego będzie zgodny z treścią jego kazania, a nie odwrotnie.

Trzecim wreszcie elementem, który łączy przejęcie politycznej kontroli nad TK, KRS i SN, jest drastyczne osłabienie autorytetu prawa, autorytetu sędziów i autorytetu sądów. Skoro bowiem premier może zlekceważyć wyrok TK, a KRS i Prezydent mogą zlekceważyć postanowienia zabezpieczające wydane przez SN i NSA, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy obywatel mógł zlekceważyć każdą decyzję sądu. Jeśli bowiem niezadowolenie z tej decyzji jest wystarczającym powodem, żeby ją ignorować, to prawo traci jakikolwiek sens. To właśnie osłabienie autorytetu prawa może okazać się najbardziej trwałą i najbardziej opłakaną w skutkach schedą po obecnej władzy.

Najsmutniejsze jest to, że prowadzona od trzech lat tzw. reforma polskiego sądownictwa, u której zarania stało przekonanie o konieczności likwidacji imposybilizmu prawnego do jeszcze gorszego imposybilizmu prowadzi. Naruszenie niezależności polskich instytucji sądowych doprowadziło do tzw. sprawy Celmera, w której Trybunał Sprawiedliwości w rzeczywistości nakazał sądom UE każdorazowe badanie, czy polskie sądy są na tyle niezależne, że można z zaufaniem wysłać do nich podsądnego. Taka decyzja oznacza drastyczne osłabienie skuteczności polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zamiast szybkiego osądzenia oskarżonych, musimy czekać, aż sprawa niezależności naszego sądownictwa zostanie w każdej konkretnej sprawie wykazana. Podobnie jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, który pomimo wielu zmian sądzi o połowę mniej spraw niż przed zmianami, a jednocześnie cieszy się o wiele mniejszym zaufaniem społeczeństwa. Zamiast więc obiecanej poprawy mamy spowolnienie, osłabienie skuteczności oraz obniżenie poziomu moralnego w polskich instytucjach sądowych – symbolem tej ostatniej jest usunięcie z SN sędziego Zabłockiego, obrońcy opozycjonistów z okresu PRL oraz powołanie do tegoż sądu wspomnianego już prokuratora Rocha. Zaiste, dobra zmiana. 

Imposybilizm prawny zatem, zamiast likwidacji, uległ dalszemu wzmocnieniu. Co więcej, coraz częściej zaczyna on przyczyniać się do imposybilizmu gospodarczego. Jest prawdą powszechnie znaną, że stabilne państwo prawa, oparte na niezależności sądownictwa, jest warunkiem dla dokonywania inwestycji zagranicznych w danym kraju. Wynika to z faktu, że każdy, kto inwestuje u nas swoje pieniądze, chce mieć pewność, że są one chronione prawem i że w razie sporu z państwem niezależny sąd zagwarantuje sprawiedliwy proces. Niestety, kontrolowane przez polityków sądy takiego procesu nie gwarantują, przez co poziom inwestycji zagranicznych spada – do poziomu najniższego w naszej ostatniej historii. Osłabienie państwa prawa jest zatem jednoznaczne z osłabieniem polskiej gospodarki.

Jeśli dodać do tego olbrzymi konflikt z Unią Europejską, spowodowany forsowaniem ustaw sądowych, to wynik remanentu polskiej praworządności nie jest, niestety, zadowalający. Mnóstwo kosztów, niewidoczne zyski, zamiast plusa duży minus. A więc manko, które w wymiarze gospodarczym było w PRL-u uznawane za przestępstwo. Miejmy nadzieję, że tak też w wymiarze politycznym i prawnym będzie traktowane teraz. Manko praworządności musi być bowiem wyrównane, a ci, którzy do niego doprowadzili, muszą być ukarani. Inaczej nigdy nie przywrócimy prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości.

 

 

Szczepan Twardoch się ze mnie śmieje

Wielbię geniusz pisarski Szczepana Twardocha. Od początku do końca, od „Epifanii Wikarego Trzaski”, przez „Przemienienie”, po „Morfinę” i „Króla”. A Szczepan Twardoch się ze mnie śmieje…

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Twardoch mówi „Cechą konstytutywną dla inteligencji polskiej nie jest zaś wbrew nazwie życie intelektualne, ale pogarda dla ludu i mechanizmy budowania wewnętrznej spójności przez opartą na kapitale kulturowym reglamentację dostępu do statusu inteligenta”.

Łał! Co za zdanie! Wrzuciłem je w maszynę, która analizuje poziom skomplikowania języka, pokazując, ile lat wykształcenia trzeba, żeby dane zdanie zrozumieć (maszyna jest dostępna tutaj: http://logios.pl). Zdanie Twardocha osiągnęło poziom FOG-18, co oznacza, że aby je zrozumieć, trzeba 18 lat edukacji (poziom studiów doktoranckich).

Mogłoby się wydawać, że tak mówi inteligent. W tytule wywiadu Twardoch mówi jednak „Nie jestem polskim inteligentem”, a w samym wywiadzie polskich inteligentów wyśmiewa. A więc wyśmiewa mnie, bo inteligentem się czuję. Gdyby do lokalu, w którym siedzę, wszedł Himilsbach, krzycząc „Inteligencja, wypier…ć!”, podobnie jak Gustaw Holoubek wstałbym i wyszedł, mówiąc, „Nie wiem, jak Państwo, ale ja wypier….m”.  

W jaki sposób Twardoch mnie wyśmiewa? Na przykład tak: „Nie masz wrażenia, że demonstracje to po prostu moda sezonu, tak jak piosenki, które brzmią przez jedno lato, a potem znikają? Open’er, Kon-sty-tu-cja, Tauron, a potem na narty w Alpy?”. Albo tak: „W końcu zawsze i tak zawsze wyjdzie retoryka polskiego inteligenta wyzywającego innych od chamów (…) Czym się zajmują reporterki i reporterzy, pisarki i pisarze, podróżując środkami komunikacji publicznej? Pisaniem statusów o tym, że ktoś zjadł jajko i śmierdziało, a ktoś inny za głośno rozmawiał przez telefon, a ktoś inny zachowywał się okropnie w restauracji. Chamstwo! My jesteśmy zawsze szlachetni i subtelni, piekło to inni. Szczególnie różni wąsaci Janusze”.

Twardoch wyśmiewa zatem polskiego inteligenta za to, że ten się wywyższa swoim lepszym smakiem i poucza innych, nie zajmuje się ważnymi sprawami, tylko jedzeniem jajka w pociągu, a jak już mu się wydaje, że robi coś ważnego („Kon-sty-tu-cja”!), to jest to śmieszna moda. Te zarzuty samego Twardocha nie dotyczą, mimo że jest wykształcony i mówi jak inteligent. Nie dotyczą go zapewne dlatego, że jest śląskim inteligentem, nie polskim. I jako śląski inteligent nikogo nie poucza i nie ma lepszego smaku. Nawet, jeśli jest autorem fantastycznego (naprawdę!) poradnika „Sztuka życia dla mężczyzn”, o którym pisze, że jest to „bezużyteczny podręcznik życia towarzyskiego i uczuciowego dla brzydkich, grubawych, łysiejących i nieszczególnie inteligentnych”, a który zawiera liczne porady dotyczące smaku, gustu i faktury krawata pasującej do wieczornej bryzy odczuwanej na dwudniowym zaroście w luksusowej atmosferze klubu jachtowego.

Jako śląski inteligent Twardoch jest zawsze po stronie górników, „który rzucają mutrami (nakrętkami) w okna premiera, zamiast po stronie kryjących się za tymi oknami polskich inteligentów” i twierdzi, że „przez te dwadzieścia parę lat III RP działy się nieustannie rzeczy paskudne”.

Ja jako polski inteligent jestem zawsze po stronie ludzi, którzy protestują pod oknami prezydenta, mimo że za to nie dostaną podwyżki, a jedyne, co w stronę tych okien rzucają, to słowo „Kon-sty-tu-cja”. Jestem tam razem z nimi, a nie jestem pewien, czy śląski inteligent Twardoch jest z górnikami i rzuca mutrami. Być może, jak sam pisze, woli w tym czasie zająć się żeglarstwem, czyli „wożeniem dupy po wodzie”, jak określa ten elitarny sport w charakterystyczny, nieinteligencki sposób

Jako polski inteligent nie jestem Ślązakiem, ale urodziłem się na Śląsku, w Rydułtowach koło Rybnika. Cała moja najbliższa rodzina pracowała w KWK Rymer, a ja jeździłem na Śląsk przez całe moje dzieciństwo, które przypadało na PRL. Już zbliżając się do Raciborza czułem mój ulubiony, kojarzący się z Bożym Narodzeniem u dziadków, zapach siarki. Patrząc przez okno bloku w Niedobczycach na czerwoną łunę na niebie podziwiałem, jak mi się zdawało, zachód słońca, dopóki nie powiedziano mi, że to łuna nad koksownią. I teraz też tam jeżdżę, po tych dwudziestu paru latach III RP, i jest inaczej – nie śmierdzi, jak kiedyś, i koks nie płonie, jak kiedyś. Ta zmiana, która dokonała się za czasów III RP i za sprawą lewackich przepisów środowiskowych Unii Europejskiej, nie jest paskudna. Dla mnie i dla wielu innych jest to prawdziwa dobra zmiana. Nie oznacza to, że już nic do zmiany nie pozostało.

Szczepan Twardoch jest w zaskakujący sposób niespójny w swojej narracji, Nigdy nie spodziewałem się, że powiem o Nim, o mistrzu spójnej narracji, coś takiego. Ale jest. Poucza, żeby nie pouczać, jednych protestujących szanuje, innych ośmiesza, uspokaja, że Kaczyński nie jest Erdoganem, ale grzmi, że dopuszczenie do afery reprywatyzacyjnej było bardziej niekonstytucyjne niż usunięcie sędziów z Sądu Najwyższego.

A najbardziej jest niespójny, kiedy ośmiesza ludzi, skandujących „Konstytucja!”, którzy występują w obronie wartości najważniejszych, a jednocześnie pisze dalszy ciąg „Króla”, który jest między innymi historią polskiego antysemityzmu. Być może nie wie, że silne konstytucje powstały po II wojnie światowej właśnie po to, żeby nigdy więcej nie powtórzył się skrajny antysemityzm i Holokaust. I że ci ludzie – inteligenci i robotnicy, byli żołnierze i byli bokserzy (naprawdę) – świadomie bądź nieświadomie w obronie tych wartości występują. Być może nie wie także, że ludzie ci nie pojadą po proteście w Alpy na narty, tak jak ten gość, pod którego oknami protestują, tylko wrócą do swoich normalnych mieszkań, martwiąc się, co będzie jutro z Polską. W tym także ze Śląskiem, o którym Jarosław Kaczyński powiedział niedawno, że jest wielkim dobrem i jednocześnie wielkim problemem.

PS. Wiem, że jak Twardoch dostanie kiedyś Nobla (a myślę, że dostanie) będę miał wielki zgryz. Nie dlatego, że napisałem ten tekst. Dlatego, że znowu będę musiał przezwyciężyć to rozdarcie, które targa człowiekiem, kiedy czyta Herberta – czy bardziej podziwiać jego twórczość, czy bardziej zżymać się na jego polityczne nierozeznanie. Niech jednak dostanie, jakoś to rozdarcie przeżyję.

 

 

 

 

 

 

 

Latem w Polsce dzieją się rzeczy dające nadzieję

A jednak prawdą jest, że kropla drąży skałę. I prawdą jest, że lato w Polsce ma szczególny charakter, bo wtedy dochodzi do zdarzeń, które budzą nadzieję. Po wielu miesiącach systematycznego niszczenia niezależności polskich sądów, po długich tygodniach, w czasie których wydawało się, że nic nie zdoła zatrzymać demontażu polskiego państwa prawa, coś się zmieniło. Po roku od prezydenckich wet, po długich dwunastu miesiącach od ostatniego momentu, kiedy można było mieć nadzieję, że da się spowolnić łamanie konstytucji, coś się stało. 
 
Najpierw Komisja Europejska na początku lipca rozpoczęła procedurę naruszeniową, w której zażądała od Polski zmiany ustawy o Sądzie Najwyższym jako naruszającej fundamentalną dla Unij Europejskiej zasadę niezawisłości sędziów. Później polski Sąd Najwyższy na początku sierpnia wydał postanowienie o zawieszeniu niektórych przepisów ustawy o SN wobec sędziów, którzy przekroczyli 65 rok życia i zapytał Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu o jakość polskich ustaw sądowniczych. We wrześniu podobne pytania zadały sądy w Łodzi i w Warszawie, a na początku tego tygodnia Komisja Europejska poprosiła Trybunał Sprawiedliwości o zastopowanie wycinki polskich sędziów Sądu Najwyższego, podobnie jak kiedyś poprosiła o wstrzymanie wycinania prastarych drzew w Puszczy Białowieskiej. Wreszcie dzisiaj dotychczas mało aktywny Naczelny Sąd Administracyjny zawiesił wykonanie uchwały KRS o przedstawieniu Prezydentowi kandydatów do Sądu Najwyższego, opóźniając ich powołanie, a sędziowie Sądu Najwyższego odmówili powołania nowych prezesów izb, bo – wierni swojemu postanowieniu z początku sierpnia – uznali, że dotychczasowi prezesi nadal zajmują swoje stanowiska.
 
Dlaczego doszło do tego przesilenia? Jest to skutek długiego, wytrwałego wysiłku ogromnej rzeszy obrońców polskiej praworządności, którzy nigdy nie zwątpili. Jest to sukces wspólnego sprzeciwu, który połączył opozycję uliczną z opozycją uniwersytecką, rebeliantów z inteligentami, ludzi z wielkich miast i z małych miasteczek: wszystkich, którzy wytrwale stali pod sądami, manifestowali, ubierali pomniki w koszulki z napisem „Konstytucja”, wszystkich, którzy wspierali trzecią władzę w trudnych chwilach. To aktywność tych ludzi dała siłę Komisji Europejskiej i polskim sędziom, aby walczyć do końca o obronę wartości podstawowych.
 
Oczywiście, jeszcze wszystko może się zdarzyć. Izba Dyscyplinarna, która będzie zapewne biczem na sędziowską niezawisłość, została prawie obsadzona. Działania Komisji i sędziów nie powstrzymają prawdopodobnie obsadzenia tej izby SN, która będzie decydować o ważności wyborów. Poza tym imperium ma to do siebie, że kontratakuje. Ale chwile radości są potrzebne, bo bez nich trudno dalej walczyć. Dlatego cieszmy się. Wspólne działania rzeszy prawdziwych polskich patriotów, którzy wierzą, że nie ma wolności bez praworządności, zaczynają przynosić wymierny skutek. Niszczenie polskiego państwa prawa spowalnia, może ulegnie trwałemu zawieszeniu. Jeszcze wszystko jest możliwe.

 

Jak bronić polskiej praworządności? Pięć rad z Rosji

 

Sergeya Gołuboka poznałem dwa lata temu w Pradze na konferencji poświęconej kryzysowi rządów prawa w Europie Środkowej i Wschodniej. Wydał mi się bardzo pogodnym człowiekiem, co było nieco zaskakujące. Adwokatów broniących w Rosji praw człowieka wyobrażałem sobie raczej jako postaci posępne, w stylu Clinta Eastwooda. Tymczasem rozmawiałem z dowcipnym, nad wyraz sympatycznym człowiekiem, który dzięki swemu doświadczeniu zdobytemu m.in. w tak głośnych politycznych sprawach jak proces Ildara Dadina, rzucał ciekawe światło na nasze polskie sprawy.

Minęły dwa lata, polski kryzys po 3 lipca, wraz z wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym, wszedł w nową, jeszcze bardziej krytyczną fazę. Pomyślałem, że na ten nowy czas, w którym Polakom być może przyjdzie się zmierzyć w pełni zależnymi od polityków sądami, potrzebujemy rady kogoś, kto z taką rzeczywistością ma do czynienia od dawna i na co dzień. Dlatego poprosiłem Sergeya o radę dla polskich obrońców praworządności – prawników i nieprawników. Sergey udzielił pięciu takich rad, które poniżej udostępniam i uzupełniam własnymi przemyśleniami.


1. Nie poddawajcie się desperacji. Nie ma takiej opcji, jak zaprzestanie działań w obronie praworządności.

 

Polski kryzys konstytucyjny trwa już prawie trzy lata. To długi dystans. Mało było w tym czasie spektakularnych sukcesów, jak na przykład wymuszenie publicznymi protestami wet Prezydenta do ustaw sądowniczych. Nie mieli obrońcy praworządności tak błyskawicznych efektów swoich protestów jak Czarny Marsz – zdecydowane wyjście na ulice tysięcy kobiet zmusiło rząd do wycofania legislacji zaostrzającej przepisy aborcyjne. To wszystko powoduje obawy: czy ludziom starczy sił, aby przychodzić na protesty, czy nie zniechęcą się lub nie poddadzą zwątpieniu.

Rada Sergeya jest prosta – praworządność to zbyt poważna sprawa, aby przestać jej bronić. Nawet jeśli protesty nie zmuszają rządu do wycofywania się z aktów prawnych niszczących państwo prawa, to są inne, ważne efekty publicznej obrony praworządności. Badania opinii publicznej wskazują, że publiczne protesty są machiną komunikacyjną, która daje odpór rządowej propagandzie. Mimo ciągłego przekonywania przez telewizję publiczną, że polski rząd niczego złego w sprawie Konstytucji nie robi, większość Polaków wie, że Prezydent złamał Konstytucję i że Profesor Gersdorf jest prawowitym I Prezesem Sądu Najwyższego. Bez protestów tak by zapewne nie było, bez protestów demontaż praworządności przebiegałby szybciej. To protesty utwierdziły sędziów w przekonaniu, że należy użyć wszelkich dostępnych narzędzi prawnych, by zatrzymać prawo niszczące sędziowską niezawisłość – także z tego powodu odważyli się wystosować pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości, choć wiedzieli, że spotka ich za to atak. To są bardzo namacalne efekty ogromnej akcji protestacyjnej, która od prawie trzech lat zalewa Polskę.

Protestować więc trzeba, ale trzeba to robić mądrze. Długość i częstotliwość trwania protestów powoduje ryzyko ich inflacji. Protesty w sprawie sądownictwa odbywają się niemal codziennie, organizowane przez wiele podmiotów. To powoduje, że powszednieją i rozmieniają się na drobne. Dodatkowo, ponieważ protestów jest wiele i odbywają się w różnych miejscach, pojawia się problem koordynacji i poinformowania o dacie i miejscu, które nie są przecież stałe.Między innymi z powodu tej inflacji na niektórych protestach liczba protestujących jest niska. To zniechęca i daje pożywkę do kpin. W mediach społecznościowych zwolennicy rządu z lubością pokazują jakiś niezbyt liczny protest, opatrując go kpiącym „w mieście, które liczy kilkaset tysięcy mieszkańców, pod sądem protestuje 14 osób”.

Może więc warto pomyśleć o zmianie struktury protestów. Zamiast wielu, jeden, organizowany w stałym terminie, w stałym miejscu. Na przykład protest organizowany pod Sądem Najwyższym w Warszawie i jednocześnie w całej Polsce tego samego dnia (np. 3 dnia każdego miesiąca, aby przypominać o dacie, w której haniebna ustawa o SN weszła w życie). Taki protest miałby większą moc i bardziej wyrazistą wymowę. To rozwiązywałoby problem inflacji protestów – nie da się z taką samą siłą i przekonaniem manifestować codziennie, ale siłę można pokazać raz w miesiącu.

Protest organizowany jednego dnia miesiąca w całej Polsce byłby nie tylko bardziej efektywny, ale i bardziej efektowny. Można by rzucić nań wszystkie siły, do odśpiewania hymnu zaprosić pod SN kilkudziesięcioosobowy chór, a na scenę zaprosić tłum znanych ludzi, którzy dzięki swojej rozpoznawalności mogą lepiej dotrzeć z przekazem obrony konstytucji do nieprzekonanych. Jeśli dodatkowo oprawa protestu byłaby podobna do protestów z lipca 2017 roku, podniosła, spokojna, z dodatkiem teatrum w postaci świec, jest szansa na piękną i mądrą uroczystość, która przyciągnie więcej osób. To może rozwiązać problem liczebności i zwiększyć skuteczność protestów. Nie ma bowiem wątpliwości, że powinny być kontynuowane.

 
2. Zachowajcie spokój. Działajcie bez histerii i dramatyzowania.


Właśnie, spokój. Jak trudno go zachować, kiedy ktoś z uśmiechem niszczy wartości, które są dla nas podstawowe. Z każdym nowym pomysłem legislacyjnym polskiego rządu wydawało się, że już gorzej być nie może. Stąd w komentarzach często padały wielkie słowa – zamach stanu, pucz, przewrót. Potem okazywało się, że słowa się skończyły, bo skoro przejęcie Trybunału Konstytucyjnego było zamachem stanu, to jak nazwać wyrzucenie sędziów z Sądu Najwyższego?

Nie chodzi o to, by nie używać wielkich słów w obronie praworządności. To, co stało się w Polsce w ostatnich trzech latach, to bez wątpienia jest zamach stanu, bo zamachem stanu jest zmiana konstytucyjnego ustroju państwa bez zmiany Konstytucji. Chodzi jednak o to, by mimo ciągłego, bezczelnego lekceważenia podstawowych zasad, mimo buty i chamstwa niszczycieli, zachować spokój. Nie dlatego, że nerwy szkodzą na serce – na marginesie istnieje zapewne jakiś związek z deklarowaną przez GUS zwiększoną śmiertelnością wśród Polaków oraz zwiększonym w ostatnich latach poziomem stresu w życiu publicznym, jestem tego pewien. Trzeba zachować spokój, ponieważ działanie spokojne, bez histerii i dramatyzowania, jest po prostu bardziej skuteczne.

Dla zewnętrznych obserwatorów sporu o wartości, zwłaszcza dla tych, którzy jeszcze nie zdecydowali, kto w danym sporze ma rację, ważną przesłanką dla tej decyzji jest sposób zachowania prowadzących spór. Mówi się, że ten, kto pierwszy daje się w czasie sporu wytrącić z równowagi, ma słabsze argumenty. Coś w tym jest. Z tego powodu narracja prowadzona w obronie praworządności spokojna i godna, unikająca ataków personalnych i zbyt nacechowanych emocjonalnie słów. Mistrzem takiej narracji jest prof. Adam Strzembosz – człowiek, który jest jednocześnie uznawany za najtwardszego i najbardziej kulturalnego obrońcę Konstytucji. Wzorujmy się na nim, nie na stylu Krystyny Pawłowicz, który niektórzy z obrońców praworządności niestety przejmują. Niech nasza prawda będzie jak Pacyfik – potężna i spokojna. Przyjdzie taki moment, że ta prawda zaleje kłamców.


3. Mówcie do szerokiej publiczności. Nawet kiedy występujecie przed sądem, który nie jest niezależny, mówcie przede wszystkim do ludzi.

 

Ta rada Sergeya dotyczy prawników, którym być może coraz częściej będzie przychodziło stawać przed sądem, którego skład będzie wątpliwy. Dotyczyć będzie ona niedługo adwokatów i radców prawnych reprezentujących swoich klientów przed nowo wybranym składem Sądu Najwyższego, którego wybór dokona się w nieważnej procedurze (obwieszczenie Prezydenta, które rozpoczęło tę procedurę, nie było kontrasygnowane przez premiera, a tak kontrasygnata zgodnie z Konstytucja jest konieczna, aby było ono ważne).

Rada ta będzie dotyczyć także sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych, którzy będą mieli nieszczęście trafić przed nowo powołaną Izbę Dyscyplinarną SN. Kiedy patrzy się na listę kandydatów do tej Izby, wydaje się bardzo prawdopodobne, że – zgodnie z zapowiedziami Ministra Ziobry – stanowić ona będzie bat na nieposłusznych władzy prawników. Stanięcie przed sądem, który nie spełnia wymogów niezależności, wiąże się z pokusą wyniosłego milczenia. Tymczasem można tę okazję wykorzystać, aby pokazać wszystkim, jak działa zależny od polityków sąd. Zwłaszcza w gorących sprawach politycznych sprawa sądowa staje się spektaklem, który żywo interesuje opinię publiczną. Ważne, aby z tej okazji skorzystać i mówić nie tylko do sędziów, ale do opinii publicznej.

Jest to wreszcie rada dla nas wszystkich – walka o polską praworządność jest walką o świadomość Polaków. Każda publiczna wypowiedź, która nieprawnikom objaśnia hermetyczny świat prawa i działające w nim mechanizmy, jest cenna. Jest ona bowiem elementem konstytucyjnej edukacji społeczeństwa, która długofalowo utrudni niszczenie praworządności. Temu, kto rozumie znaczenie konstytucyjnych praw i wolności, trudniej te prawa i wolności odebrać.


4. Używajcie kreatywnych, nie tylko prawniczych argumentów.  Pokazujcie na przykład powiązanie między stanem praworządności a rozwojem gospodarczym waszego kraju. To powiązanie nie jest dla ludzi wcale oczywiste.

 

Kolejna rada komunikacyjna – bo właściwa komunikacja jest w obronie praworządności kluczowa. Mamy tendencję, aby w dyskusji na temat prawa skupiać się na samym prawie, a nie na jego konsekwencjach dla innych sfer życia. A przecież to te sfery najbardziej interesują ludzi. Mówienie im, że warto bronić praworządności dla samej praworządności ma oczywiście sens. Przecież ważne jest w społeczeństwie dotrzymywanie raz złożonych obietnic – czymże bowiem jest Konstytucja, jeśli nie obietnicą złożoną sobie nawzajem przez obywateli oraz obietnicą złożoną obywatelom przez władzę, że wszystkie strony będą się szanowały? Ideę tę pięknie pokazuje powszechny na protestach plakat o Konstytucji, który w Jej nazwie podkreśla dwa słowa, dwie strony tej umowy, którymi są „ty” i „ja”.

Ale praworządność dla samej praworządności nie musi wszystkich przekonywać. Mówią przecież, że ludzie zazwyczaj nie przejmują się prawami konstytucyjnymi, podobnie jak nie przejmują się prawami fizyki. Dopóki nie uderzą samochodem w drzewo. Dlatego na możliwość takiego uderzenia warto im nieraz wskazać. Wymaga to na przykład uwidocznienia, jak poważne mogą być konsekwencje naruszania praworządności dla gospodarki.

Związek pomiędzy stanem praworządności a rozwojem gospodarczym jest potwierdzony zarówno w teorii, jak i w praktyce. Analizy teoretyczne wykazują, że przejrzystość otoczenia prawnego oraz niezależne, stabilne orzecznictwo sądowe sprzyjają inwestycjom zagranicznym, a tym samym przyczyniają się do sukcesu gospodarczego danego kraju. Jest to teza dość jasna: inwestor, który ryzykuje swoje pieniądze budując fabrykę czy kupując istniejąca spółkę, chce mieć pewność, że jego własność będzie chroniona przed nacjonalizacją, arbitralnym przepadkiem czy innym aktem agresji ze strony rządzących w danym kraju. Inwestor, który takiej pewności nie ma, zainwestuje gdzieś indziej. Po co ma ryzykować, że w razie sporu z państwem sądy kontrolowane przez to państwo nieuczciwie wezmą stronę państwa.

W praktyce o skutkach niszczenia państwa prawa dla gospodarki przekonują się właśnie takie kraje jak Turcja, stające powoli na skraju kryzysu. Także Polska ma obecnie bardzo niski poziom inwestycji zagranicznych. Jednym z głównych czynników z rezygnacji z inwestycji jest obawa przed upolitycznionymi sądami. Takie związki należy pokazywać, bo one sprowadzają abstrakcyjne zasady praworządności na ziemię – do realnego świata naszego dobrobytu bądź naszego kryzysu. Dlatego trzeba o nich mówić.



5. Dla pokazania bezsensu działań osłabiających praworządność używajcie spraw dotyczących pomocy prawnej między państwami (ekstradycja, Europejski Nakaz Aresztowania) i spraw dotyczących uznawania polskich wyroków za granicą.

 

I wreszcie ostatnia rada, z której pierwsza skorzystała irlandzka sędzia Donnelly, kierując do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytanie prawne w sprawie Celmer. Majstrowanie przez niezależności sądów może nie wydawać się bolesne w skutkach, dopóki skutki te obserwujemy wewnątrz naszego systemu prawnego. Widać to na przykładzie chociażby Trybunału Konstytucyjnego – po „dobrej zmianie” działa o wiele wolniej niż kiedyś, rozstrzyga mało spraw, ale zwyczajny obywatel nie cierpi z tego powodu jakoś szczególnie, a przynajmniej nie wie, że cierpi.

Każdy system prawny jest jednak powiązany z innymi systemami. Decyzje polskich sądów są wykonywane za granicą, nakazy aresztowania wydawane przez polskie władze są za granicą egzekwowane. Oczywiście pod warunkiem, że polski wymiar sprawiedliwości spełnia minimum jakościowe, a tym minimum jest niezależność sądownictwa.

Sprawa Celmera pokazała jak na dłoni, że hucznie zapowiadane usprawnienie polskiego wymiaru sprawiedliwości w drodze tzw. reform skończyło się upośledzeniem tego wymiaru. Wcześniej wydane przez Polskę nakazy aresztowania były przez inne kraje Unii wykonywane automatycznie, obecnie, po wyroku TSUE, będą dokładnie badane pod względem tego, czy Polska daje gwarancje sprawiedliwego procesu. To w najlepszym razie opóźni ściganie przestępców, a w najgorszym może to ściganie uniemożliwić. A wszystko to dlatego, że polskie sądy przestały być niezależne od polityków.

Następnym negatywnym efektem upadku polskiej praworządności może być nieuznawanie polskich wyroków za granicą. Zwykłego człowieka może nie obchodzić stan Trybunału Konstytucyjnego. Ale będzie go obchodzić sytuacja, w której nie będzie mógł widywać swojego dziecka, choć w wyroku rozwodowym ma takie prawo, bo wyrok ten będzie w Europie uznawany za nic nie warty świstek papieru. Szczególnie wtedy, gdy małżonek wywiezie dziecko do innego kraju Unii. Dlatego właśnie o tych namacalnych skutkach niszczenia polskiej praworządności trzeba głośno mówić.

 

Pięć rad Sergeya sprowadza się do zachęty, aby nie ustawać w walce o praworządność mimo zniechęcenia, aby działać spokojnie, choć w człowieku wszystko się gotuje, i by nie zapominać, że walka o praworządność jest przede wszystkim walką o ludzkie umysły. Jest to także zachęta, aby tę walkę o umysły toczyć skutecznym słowem, które wskazuje na realne negatywne skutki niszczenia praworządności dla naszej kieszeni, dla naszego bezpieczeństwa i dla możliwości realizacji naszych życiowych planów. Jest to niezły, racjonalny plan. Warto z niego skorzystać.

Na zakończenie naszego praskiego spotkania, dwa lata temu, Sergey powiedział: „Kryzys konstytucyjny, który przechodzicie teraz w Polsce, to nie epidemia. To szczepienie. Pozwoli wam lepiej zrozumieć, jaką wartością jest praworządność i uodporni was na podobne sytuacje w przyszłości”. Ciągle mu wierzę. Ale to, czy obecny kryzys polską praworządność zabije czy wzmocni, zależy przede wszystkim od nas samych, i od tego, czy naszą dalszą obronę państwa prawa poprowadzimy mądrze.

 
*Tekst ten ukazał się jednocześnie w najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego.

 

Pomnikowa inwazja konstytucyjnych fartuszków

Rysunek – Aleksandra Lechańska

 

Każda władza o zapędach autorytarnych boi się ośmieszenia jak diabeł święconej wody. Pewnie dlatego policja chce ścigać ludzi, którzy ubierają pomniki w fartuszki z napisem „Konstytucja” i tych, którzy naklejają na budynki biur poselskich naklejki „PZPR”. Takie działania stanowią podobno znieważenie pomników i niszczenie mienia. Uważam te zarzuty za bezpodstawne. Nie tylko dlatego, że uznawanie konstytucyjnych fartuszków za „banery reklamowe” (a tak przecież kwalifikuje je policja) jest żywcem wyjęte z Monty Pythona. Nawiasem mówiąc reklama Konstytucji jest niewątpliwie w opinii partii rządzącej reklamą sprzeczną z dobrymi obyczajami, a także – ponieważ Konstytucja ustala kadencję I Prezes SN – z przepisami prawa. W szczególności reklama Konstytucji, zwłaszcza artykułu o 6-letniej kadencji I Prezes SN, jest sprzeczna z ustawą o Sądzie Najwyższym. Dlatego pewnie policja ją ściga.

Akcje fartuszkowa i naklejkowa mają charakter artystycznych happeningów i jako takie korzystają z ochrony prawnej związanej z wolnością wypowiedzi i wyrażania poglądów. Wolność wypowiedzi chroni nie tylko wolność słowa, ale wolność dokonywania wszelkich aktów mowy, nawet takich, do których dokonania nie trzeba użyć słów. Chronionym przez tę wolność niewerbalnym aktem mowy może być trzymana w trakcie hymnu narodowego w górze zaciśnięta pięść, polubienie postu na Facebooku (like) czy spalenie flagi.

W związku z tym ostatnim przypadkiem warto przywołać znaną amerykańską sprawę  Texas v. Johnson, w której za działanie chronione swobodą wypowiedzi Sąd Najwyższy USA uznał spalenie amerykańskiej flagi w proteście przeciwko zaangażowaniu wojennemu USA. Spalenie flagi to rzeczywiście zniszczenie mienia i  znieważenie, a jednak uznano to za działanie usprawiedliwione. Jak stwierdził sędzia Brennan:

„Jeżeli jest jakaś fundamentalna zasada, na której opiera się swoboda wypowiedzi, jest nią twierdzenie, że rząd nie może zabronić wyrażania jakiejś idei po prostu dlatego, że społeczeństwo uznaje ją za obraźliwą bądź nieprzyjemną”.

Ochrona, jaką w prawie amerykańskim otacza się wolność wypowiedzi, jest oczywiście dalej idąca niż w Europie. Z drugiej strony jednak w przypadku fartuszków na pomnikach i naklejek na biurach nie mamy  do czynienia ze zniszczeniem mienia (fartuszki z Konstytucją i naklejki można łatwo usunąć). Napis „Konstytucja” na pewno nie jest obraźliwy, a nazwa „PZPR” jest skrótowym wyrażeniem opinii o działaniach posłów partii rządzącej wobec sądownictwa, które nawet w opinii Komisji Weneckiej zostały porównane do działań podejmowanych w Związku Radzieckim. Ponadto, do osób pełniących funkcje publiczne powinno się w zakresie zniewagi stosować zasadę „grubej skóry” – innymi słowy w ich krytyce można sobie pozwolić na więcej.

Zupełnie absurdalny jest także zarzut, że posługiwanie się skrótem „PZPR” na naklejkach jest promowaniem totalitaryzmu. Zarzut ten wpisuje się w inne, popularne ostatnio działania, polegające na takim przekwalifikowaniu danej sytuacji, aby podpadła pod określony paragraf. Jakiś czas temu przykładowo pozostawienie zapalonych zniczy pod biurem poselskim uznano za „zaśmiecanie”. Takie ruchy są manipulacją, która wyrywa dane działanie z jego kontekstu kulturowego i odrywa od zamiaru osoby, która tych działań dokonuje. Na wagę obu tych elementów zwracała w swoich analizach akcji fartuszkowej prof. Ewa Łętowska, słusznie wskazując, że każdą wypowiedź, każdy akt mowy  należy oceniać w kontekście. Ten zaś wskazuje, że intencją intencją używającej skrótu „PZPR” było oskarżenie kogoś o działanie podobne do działania PZPR. To oznacza, że skrót „PZPR” został użyty pejoratywnie. Jako taki nie może być uznany za propagowanie czegokolwiek – promowanie polega przecież na przedstawianiu czegoś w pozytywnym, nie negatywnym świetle. Kiedy nazywam kogoś faszystą, bo nie akceptuję jego działań, to przecież nie propaguję faszyzmu, tylko potępiam faszyzm, bo odnoszę to słowo do negatywnego zachowania.

Wszystkie powyższe argumenty prowadzą do konstatacji, że policja i prokuratura nie powinny wspomnianych akcji ścigać, a jeśli będą, sądy powinny ludzi biorących udział w tych akcjach uniewinniać stosując bezpośrednio konstytucję. Inną sytuacją jest rzeczywiste niszczenie mienia, na przykład pisanie sprajem na murach budynków – takie działanie jest wandalizmem. Nie jest ono także konieczne dla zachowania możliwości swobodnego wyrażania swoich poglądów, bo istnieją – jak pokazano – bardziej łagodne a równie skuteczne środki ekspresji, takie jak moje ulubione konstytucyjne pomnikowe fartuszki.

Izolowane stosowanie konstytucji jako upośledzenie intelektualne

Znowu słyszę, że być może skrócenie kadencji I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf jest niekonstytucyjne, ale wiek emerytalny dla sędziów to już nie – przecież Konstytucja wyraźnie mówi, że można ten wiek ustalić ustawą.

Tak więc znowu trzeba powiedzieć, że:

  1. Radością napawa mnie fakt, że niektórzy światli ludzie (np. sędzia Johann) zauważają, że jak Konstytucja mówi „sześć”, a ustawa mówi „nie sześć, ale mniej”, to to jest sprzeczność;
  2. Smutkiem napawa mnie fakt, że zdarzają się jednak nadal konstytucyjni sceptycy matematyczni, którzy mówią, że skoro M. Gersdorf przestaje być sędzią (z powodu osiągnięcia wieku stanu spoczynku), to nie może być prezesem, więc na nic matematyka. Nie wiadomo, dlaczego tak mówią, bo z Konstytucji nie wynika, żeby I Prezes SN musiał (musiała) być sędzią. Art. 183 ust. 3 mówi tylko, że powołuje się I Prezesa „spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Nie ma tam mowy o tym, że kandydat musi być sędzią. To trochę tak jak z papieżem – podobno nie musi nim zostać ksiądz, może każdy ochrzczony. Tyle, że praktyka była inna – ale praktyka już przecież nikogo nie obchodzi, a najmniej prezydenta i jego konstytucyjnych matematycznych sceptyków. Praktyka ułaskawiania też przecież była inna…
  3. Parlament może obniżyć wiek spoczynku w ustawie – daje mu to prawo Konstytucja. Nie może jednak zastosować tego nowego wieku do urzędujących sędziów – może zastosować do nowo powoływanych. Dlaczego nie może zastosować od razu do obecnych sędziów? Bo w ten sposób przerywa z zaskoczenia ich orzekanie, a więc w ten sposób wpływa na ich niezawisłość. Sędzia sobie spokojnie orzeka, patrzy na sprawy, które zostały jej do rozstrzygnięcia, i te które wpływają i myśli sobie „Zakończę je do czasu wieku spoczynku i będzie git”, a tu parlament wyskakuje jak filip z konopi i powiada: „Ha! Nie dokończysz, bo my właśnie obniżyliśmy wiek stanu spoczynku i przestajesz sądzić z końcem kwartału”. Przecież to jest najprostszy sposób, żeby sędziego odsunąć od sprawy, którą polityk chciałby powierzyć innemu sędziemu! Najlepiej takiemu, którego własnoręcznie powoła Krystyna Pawłowicz na podstawie testu jednego pytania, który świetnie diagnozuje u kandydata na sędziego brak kręgosłupa. A kiedy inna władza (parlament, rząd albo prezydent) przerywają orzekanie przez sędziego, naruszają jego niezawisłość i naruszają niezależność sądów, co jest zakazane przez art. 173 Konstytucji („Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”). Poza tym, art. 2 Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego zawiera w sobie zasadę niezmieniania prawnych reguł gry w czasie jej trwania, jeśli nie ma po temu niezwykle ważnych powodów. Parlament zatem może obniżyć wiek spoczynku sędziów, ale może zastosować go dopiero do nowo powoływanych sędziów, a obecnym pozwolić orzekać do 70 roku życia. Takie rozwiązanie powoduje, że i parlamentarny wilk jest syty, i sędziowska gąska cała.

Oznacza to, że nie tylko skrócenie kadencji I Prezes jest niekonstytucyjne. Przeniesienie w stan spoczynku urzędujących sędziów także jest niezgodne z Konstytucją. Ale widać to dopiero, gdy spojrzy się nie na jeden przepis Konstytucji, ale także na resztę Jej przepisów. Czytanie Konstytucji ma sens, gdy czyta się ją w całości, a nie wtedy, gdy czyta się jedno jej zdanie. Jak już wielokrotnie mówiłem (wybaczcie powtórki, ale prawda powtórzona tysiąc razy staje się prawdziwszą prawdą) – gdybyście czytali „Pana Tadeusza” na podstawie zdanie: „Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” wyszłoby wam, że „Pan Tadeusz” jest książką o chorych Litwinach tęskniących za ojczyzną. A nie jest, a przynajmniej jest książką o wielu innych rzeczach. Podobnie Konstytucja nie jest książką o tym, co może parlament i o tym, że nie ma żadnych reguł dla działań parlamentu. Jest książką o tym, jak ma funkcjonować państwo, w którym parlament wykonuje swoje kompetencje tak, żeby przy okazji nie naruszać praw sędziów i oczywiście vice versa.

 

Izolowane stosowanie konstytucji jest kompromitacją intelektualną i grozi upośledzeniem władzy sądzenia. Nie róbcie tego sami w domu. Nie róbcie tego nigdzie.

Interpretacja konstytucji według Forresta Gumpa

Najsłynniejszą frazą Forresta Gumpa jest ta o życiu jako pudełku czekoladek – nigdy nie wiadomo, na co trafisz, bo nigdy nie wiadomo, co z tego pudełka wyciągniesz. Znany amerykański konstytucjonalista, Jack Balkin, napisał swojego czasu artykuł, zatytułowany „Konstytucja jako pudełko czekoladek”. Artykuł rozważał problem swobody interpretacyjnej prawników wobec tekstu konstytucji. Analizował, czy rzeczywiście jest tak, że prawnik może zinterpretować konstytucję na dowolny sposób, a więc czy może z niej, jak z pudełka czekoladek, wyciągnąć dowolną rzecz i nigdy nie wiadomo, co to będzie.

Jest tradycją rządów prawicowych, że o taką dowolność oskarża się sędziów. W USA rolę takiego oskarżyciela przyjęli także niektórzy sędziowie – np. Antonin Scalia, twórca metody interpretacji konstytucji, nazywanej oryginalizmem, która w założeniach miała ograniczać swobodę interpretacyjną. U nas rolę taką pełnił prof. Lech Morawski, wskazujący, że art. 2 naszej Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego, jest studnią bez dna, albo raczej kapeluszem magika, z którego sędziowie wyciągają ku zaskoczeniu widowni raz królika, raz twierdzenie, że lustracja jest niekonstytucyjna.

I Scalia, i Morawski, kiedy sami interpretowali konstytucję, dalecy jednak byli od propagowanej przez siebie wstrzemięźliwości interpretacyjnej. Najwyraźniej trudno jest samemu praktykować ideę, którą się wszem i wobec głosi. Co więcej, same proponowane przez nich idee pozostawiają wiele do życzenia. Oryginalizm jest sprzeczny z istotą ludzkiej komunikacji, tak jak ją obecnie rozumie filozofia języka. W pracach Morawskiego trudno znaleźć inny pomysł na ograniczenie dowolności interpretacyjnej niż konsekwentna realizacja wartości uznawanych przez samego Morawskiego za słuszne. Na Zjeździe Katedr Teorii i Filozofii Prawa w 1997 roku w Kazimierzu Dolnym prof. Morawski dał temu wyraz w dyskusji z prof. Batorem. Stwierdził wtedy, że instrumentalizacja prawa jest w porządku, kiedy służy wartościom antykomunistycznym, zła wtedy, gdy służy innym. Innymi słowy, kiedy naginasz prawo do aksjologii, którą ja akceptuję, wtedy jest ok. W innym przypadku stosujesz metodę Forresta Gumpa.

Jedynym sposobem ograniczenia samowoli interpretacyjnej prawników jest konsekwentna wykładnia systemowa, albo nawet holistyczna, którą próbowałem opisać w książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Polega ona na wykazaniu, że dane rozwiązanie interpretacyjne jest zgodne z jak największą liczbą przesłanek rozumowania prawniczego. Innymi słowy, że propozycja interpretacyjna jest zgodna z znaczeniem językowym przepisów konstytucji rozumianych jako całość, a także z celem i funkcją tych przepisów oraz ich historycznym rozumieniem.

W przeciwieństwie do takiego podejścia, prawnicy wspierający rząd od ponad dwóch lat karmią nas kłamstwem, że jedyną słuszną interpretacją jest izolowana interpretacja konstytucji. Bierzesz jeden przepis, pokazujesz, że działasz zgodnie z tym przepisem i jesteś z siebie bardzo zadowolony, choćbyś przy tym łamał wszystkie pozostałe przepisy konstytucyjne. Tak było z art. 197 Konstytucji, który był jedynym przepisem pozwalającym Parlamentowi regulować sytuację Trybunału Konstytucyjnego (przy złamaniu innych przepisów regulujących funkcjonowanie Trybunału). Tak jest teraz przy izolowanej interpretacji przepisu dającego Parlamentowi kompetencję do ustalenia wieku przejścia sędziów w stan spoczynku. Żaden inny przepis Konstytucji w tej interpretacji się nie liczy, zwłaszcza ten, który ustanawia niezależność sądów i niezawisłość sędziów jedną z podstawowych zasad konstytucyjnych. Argument, że można kompetencje Parlamentu w obu przypadkach pogodzić z całością Konstytucji, a więc że nie stoją one w żadnej sprzeczności z niezależnością sądów i trybunałów, władza puszcza mimo uszu. Jest to oczywiste – nie o stosowanie Konstytucji tu przecież chodzi, ale o jej złamanie przy zachowaniu pozorów legalności.

Żeby wyjaśnić to, w jaki sposób wykładnia izolowana zwiększa swobodę interpretacyjną prawnika, daję moim studentom takie zadanie. Proszę, żeby umieścili długopis w sali wykładowej. Decyzja, gdzie go umieszczą, musi spełniać tylko jeden wymóg – długopis musi zostać umieszczony dwa metry od lewej ściany. Potencjalnych miejsc zgodnych z tym jednym wymogiem jest bardzo dużo, bo wymóg jest tylko jeden – mogą umieścić długopis na dowolnej wysokości i w dowolnej odległości od ściany prostopadłej. Każda taka decyzja będzie prawidłowa, a więc możliwych prawidłowych rozwiązań jest bardzo dużo. Podobnie jest w przypadku wykładni izolowanej: zgodność z jednym przepisem daje sporo swobody interpretacyjnej.

Następnie zwiększam ilość wymogów: długopis musi być umieszczony dwa metry od lewej ściany i nie wyżej niż metr od podłogi. Druga współrzędna powoduje, że ilość prawidłowych rozwiązań się zmniejsza. Dodaję kolejny wymóg – nie dalej niż dwa metry od okna położonego na ścianie prostopadłej. Znowu prawidłowych rozwiązań jest mniej. Z dodaniem każdego kolejnego wymogu swoboda decyzyjna studentów się zmniejsza. Tak samo jest z wykładnią holistyczną – jeśli szukasz zgodności z wieloma przepisami naraz, twoja prawnicza wolność jest mniejsza. Idealna prawnicza interpretacja, jak wskazywał Dworkin, to taka, która szuka maksymalnej zgodności z wszystkimi możliwymi przesłankami i której nie można postawić zarzutu pominięcia żadnego z wymogów. W takiej interpretacji na każde prawnicze pytanie istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź, a prawnik nie ma żadnej wolności – po prostu ma obowiązek te odpowiedź odnaleźć.

W przeciwieństwie do wykładni holistycznej, wykładnia izolowana, którą proponuje nam rząd, drastycznie zwiększa swobodę interpretacyjną. Co więcej, jej umysłowy poziom zbliża się do poziomu sympatycznego skądinąd Forresta Gumpa. Dlatego kiedy widzę kolejnego funkcjonariusza Ministerstwa Sprawiedliwości, który wykazuje zgodność działań rządu z Konstytucją przez wykazanie zgodności z jednym przepisem, jedyna rada, jaką chcę mu dać, brzmi: „Run, Forrest, run!”

Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

Photo by Adrian Grycuk (CC)

Jednym z najbardziej cynicznych argumentów większości parlamentarnej, która gwałci niezależność sądownictwa, jest argument z domniemania konstytucyjności. Brzmi on tak: wszystko, co robimy, jest zgodne z Konstytucją, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi, że nie jest. Więc wara od tego, co robimy.

Można na ten argument odpowiedzieć w stylu PiS: pokażcie przepis Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W przeciwieństwie np. do domniemania niewinności, które jest wprost wskazane w art. 42 ust. 3, nie ma przepisu Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W kategoriach ich prymitywnego konstytucjonalizmu taki argument powinien wystarczyć. Nie będziemy się jednak zniżać do ich poziomu.

Domniemanie konstytucyjności wynika z cech systemu konstytucyjnego. Żeby prawo obowiązywało, trzeba przyjąć, że do ustaw uchwalanych przez parlament ludzie muszą się stosować. Gdyby mogli dowolnie (podkreślam to słowo: DOWOLNIE) kwestionować legalność ustaw, prowadziłoby to do anarchii. Parlament wprowadza np. nowy podatek, a przedsiębiorca twierdzi, ze nie będzie go płacił, bo w jednej z poprawek sejmowych była literówka, a dwóch posłów, jak głosowało, to tylko nacisnęło guzik, a nie podniosło ręki. Dlatego jego zdaniem ustawa jest niekonstytucyjna, a więc nie musi płacić podatku. W takich sytuacjach ma zastosowanie domniemanie konstytucyjności: dopóki specjalnie powołany do tego organ, czyli Trybunał Konstytucyjny, nie uzna ustawy za niekonstytucyjną i nie uchyli jej, ustawa obowiązuje. Musis więc płacić.

Domniemanie konstytucyjności zatem to założenie, że akty wydawane przez władzę uznaje się za ważne, a więc wiążące adresatów, dopóki nie zostaną uznane za niewiążące. Stąd wywodzi się drugi argument, który można podnieść przeciwko twierdzeniom gwałcicieli Konstytucji, że mogą gwałcić, dopóki sąd nie powie, że gwałcą. To PiS pierwszy zakwestionował takie domniemanie, kiedy Beata Szydło zakwestionowała wyroki Trybunału Konstytucyjnego, choć one korzystają z domniemania legalności. Gdy PiS nazywał te wyroki „opiniami wydanymi przy kawie i ciasteczkach”, a Jarosław Kaczyński mówił, że są „non est”, było to uzurpowanie sobie prawa do niepodporządkowania się aktom władzy sądowniczej, choć nie zostały one w żadnej procedurze zakwestionowane. Dlaczego wtedy PiS sam siebie nie oskarżał o szerzenie anarchii i niepodporządkowywanie się aktom władzy sądowniczej, które zgodnie z Konstytucją są ostateczne i powszechnie obowiązujące. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze? Teraz PiS oskarża sędziów o anarchię, gdy ci odmawiają podporządkowania się aktom władzy ustawodawczej. Można powiedzieć, że uczą się od najlepszych. Kiedy mówicie sędziom, że przecież zgodnie z Konstytucją podlegają ustawom, oni powinni wam powiedzieć, że zgodnie z Konstytucją wy podlegacie wyrokom Trybunału Konstytucyjnego. Nie przyszło wam do głowy, że uznali wasze ustawy za „non est? W końcu jest jakaś równość wobec prawa i jakaś równowaga władz, prawda?

Ten argument nie powinien nas jednak zadowalać. Jest on oparty na idei „ale to PiS zaczął, proszę Pani!”, a więc jest zbudowany na tej samej konstrukcji, co najbardziej bzdurny argument symetrystów, czyli „rząd PO/PSL też łamał Konstytucję”, albo w innej wersji „ skoro ty ukradłeś, ja mogę zabić”. W państwie prawa łamanie prawa przez naszych przeciwników nie uzasadnia łamania prawa przez nas. Jedynym wyjątkiem jest działanie w obronie koniecznej i to być może różni nasz argument od argumentu symetrystów – sędziowie nie podporządkowując się ustawie o SN bronią się przed zamachem na ważne dobro: ich niezawisłość.

Jest jednak trzeci, najważniejszy argument, którym można odeprzeć argument z domniemania konstytucyjności. Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych” wskazał, że rewolucje takie polegają na zmianie paradygmatu, a więc na stwierdzeniu, że dotychczasowy sposób widzenia rzeczywistości jest nieadekwatny, i że trzeba go zastąpić nowym paradygmatem. Domniemanie konstytucyjności i jego rozumienie jest wytworem nauki prawa konstytucyjnego – elementem jej paradygmatu. Ten paradygmat był adekwatny w warunkach, w których funkcjonował niezależny Trybunał Konstytucyjny. Funkcją domniemania konstytucyjności jest zapewnienie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Innymi słowy, kiedy działa niezależny TK, parlament ma świadomość tego, że musi się samoograniczać w działaniach legislacyjnych, a więc że nie może robić, cokolwiek mu się podoba. Jest to gwarancją przyzwoitej jakości prawa i dlatego może się ono cieszyć domniemaniem konstytucyjności.

Obecnie ten paradygmat upadł, ponieważ w Polsce nie funkcjonuje niezależny TK. Zasiadają w nim nieuprawnione osoby, pani Przyłębska manipuluje składami, co przyznaje jej kolega, pan Muszyński. A ten ostatni zamiast chronić prawa i wolności obywatelskie, brutalnie atakuje Rzecznika Praw Obywatelskich, a więc inny konstytucyjny organ chroniący te wartości. Liczba spraw w TK spadła o ponad połowę w porównaniu do czasów sprzed duetu Przyłębska/Muszyński, a rząd dobrze wie, że ze strony takiego Trybunału nic mu nie grozi. Robi więc, co chce. Prawo tworzone w warunkach całkowitej dowolności nie zasługuje na domniemanie konstytucyjności. Domniemanie takie nie zapewnia już obecnie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Zapewnia tylko skuteczność.

Nauka prawa konstytucyjnego uporczywie trwa przy dawnym paradygmacie, bo nie potrafi zareagować na zmianę rzeczywistości. Reagują sędziowie, którzy stosują bezpośrednio konstytucję, aby obronić się przed prawną przemocą rządzącej większości. Domniemanie konstytucyjności zaczyna funkcjonować inaczej: ustawa jest uznawana za konstytucyjną, dopóki na podstawie art. 8 ust. 2 i na podstawie zasady lex superior derogat legi inferiori (prawo wyższe ma pierwszeństwo stosowania przed prawem niższym) nie zakwestionują jej sądy.

Takie rozumienie domniemania nie narusza roli TK, bo niezastosowanie reguły ustawowej w konkretnej sprawie przez sąd nie oznacza jej wyrzucenia z systemu. To może zrobić tylko TK. Nie jest ono także czymś zupełnie nowym, bo podobne myślenie stało za słynnym sporem pomiędzy TK a SN o kompetencję do oceny konstytucyjności ustaw w procesie ich stosowania – sporu powstałego długo przed dzisiejszym kryzysem. Wreszcie, nie powoduje ryzyka anarchii, bo niezastosowanie przepisu sąd musi uzasadnić, a więc nie jest ono dowolne.

Ktoś uważny może powiedzieć, że I Prezes SN, niestosująca się do ustawy o SN, nie jest sądem, a więc nie może obalić domniemania konstytucyjności nawet w prezentowanym, nowym ujęciu. Oczywiście, nie jest sądem, jest organem sądu, organem konstytucyjnym i obywatelem . Ale nowe ujęcie domniemania konstytucyjności działa tak: obywatele nie podporządkowują się ustawie powołując się na swoje konstytucyjne prawa, a ich racje ocenia sąd, który dla tego celu stosuje bezpośrednio Konstytucję. Tak robią Obywatele RP, niestosujący się do ustawy o zgromadzeniach. Są łapani przez policję, sprawa trafia do sądu i sąd rozstrzyga, czy mogli się sprzeciwić ustawie, powołując się na Konstytucję. Tak też robi Małgorzata Gersdorf, obywatel. Nie podporządkowuje się ustawie o SN, a to, czy ma rację, oceni niezależny sąd. Tym sądem będzie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, działający w procedurze naruszeniowej, rozpoczętej 2 lipca.

Kiedy więc ktoś was spyta, co z domniemaniem konstytucyjności, odpowiedzcie: obowiązuje, ale w nowej formie. Nie jest ono przeszkodą dla obywatelskiego nieposłuszeństwa, którego zasadność oceni niezależny sąd. A ten niezależny sąd może to domniemanie obalić, odmawiając zastosowania niekonstytucyjnej ustawy w danej konkretnej sprawie. Zrobi to na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którą Konstytucję stosuje się bezpośrednio, lub na podstawie art. 91 Konstytucji, zgodnie z którym umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo w stosowaniu przed postanowieniami ustaw, których nie da się z nimi pogodzić. Zapewniam was, że przepisów ustaw pozwalających gwałcić niezależność polskich sądów i niezawisłość polskich sędziów nie da się pogodzić z wieloma umowami międzynarodowymi, które ratyfikowała Polska.

Śmierć nie jest niekonstytucyjna

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Zawsze chciałem zostać pogromcą mitów. Okazję daje jak zwykle niezastąpiony rząd RP i Prezydent uzasadniając na różne sposoby, że czarne jest białe, a więc że kadencja I Prezes SN, która zgodnie z Konstytucją trwa 6 lat, może trwać krócej.

Argument główny to teza, że kadencja I Prezes nie jest święta, bo istnieje wiele sytuacji, w których może być przerwana. Te sytuacje powodują, że ktoś przestaje być sędzią, a tym samym przestaje być Prezesem Sądu. Przykłady:  rezygnacja sędziego z bycia sędzią, skazanie sędziego za przestępstwo przez sąd i usunięcie z zawodu, i mój ulubiony przykład – śmierć sędziego.

Skoro pozbawienie statusu sędziego w powyższych przypadkach niewątpliwie skutkuje pozbawieniem pozycji I Prezesa SN (bo skutkuje), to – argumentuje rząd i Prezydent – przejście w stan spoczynku też ma taki skutek. Skoro prof. Gersdorf przechodzi w stan spoczynku, przestaje być sędzią, a ponieważ przestaje być sędzią, przestaje być Prezesem – tak jak w przypadku rezygnacji z własnej woli, albo w przypadku skazania przez sąd. Logiczne, prawda?

Niestety, nie. Konstytucja chroni kadencję I Prezes ze względu na ochronę podstawowej wartości konstytucyjnej, jaką jest niezależność sądownictwa (art. 173 Konstytucji). To jest rama, w której argumenty rządu i Prezydenta trzeba rozpatrywać, i to jest narzędzie, która te argumenty rozbija w puch. Otóż nie ma żadnego problemu, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi z wewnątrz władzy sądowniczej (dobrowolna rezygnacja albo skazanie przez SĄD) lub jest efektem siły wyższej (śmierć Prezesa). Naruszenie konstytucji pojawia się wtedy, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi od innej władzy – ustawodawczej bądź wykonawczej. Innymi słowy, śmierć nie jest niekonstytucyjna, a przeniesienie sędziego w stan spoczynku przez parlament (władza ustawodawcza) lub Prezydenta (władza wykonawcza) jest. Dlatego sędzia Kennedy z Sądu Najwyższego USA może napisać do Prezydenta Trumpa list, w którym informuje, że dobrowolnie przechodzi na emeryturę. Gdyby jednak to Prezydent Trump napisał do sędziego Kennediego, że go na emeryturę wysyła, to sędzia Kennedy swoją odpowiedzią zrobiłby Prezydentowi Trumpowi z mózgu jesień średniowiecza.

Obniżenie wieku, w którym sędziowie przechodzą w stan spoczynku, jest oczywiście dozwolone Konstytucją. Ale ponieważ nie jest działaniem siły wyższej ani dobrowolną decyzją sędziów, a działaniem innej władzy, musi respektować zasadę niezależności władzy sądowniczej. Dlatego musi być wprowadzone na przyszłość, wobec nowo powołanych sędziów, nie zaś natychmiast wobec urzędujących. Gdy wchodzi w życie natychmiast, przerywa pracę sędziego, a więc wpływa na jego orzekanie. A tym samym ogranicza jego lub jej niezależność.

Z tego powodu jeśli sędzia przestaje być sędzią przez działania innej władzy, która tym działaniem narusza niezależność sądownictwa, to taka sytuacja jest rażąco niekonstytucyjna. Takie niekonstytucyjne działanie innej władzy, w odróżnieniu od śmierci, wyroku sądu bądź dobrowolnej rezygnacji sędziego, nie może przerywać kadencji I Prezes SN. Gdyby było inaczej, rząd bądź Prezydent mogliby właściwie dowolnie pozbawiać I Prezes statusu sędziego – np. odbierając jej obywatelstwo albo unieważniając jej pracę magisterską. Bez bycia magistrem prawa nie można być sędzią, a utrata statusu sędziego pozbawia statusu I Prezes, prawda?

Cały ten dziwny argument wziął się z pędu obecnej władzy do jedynowładztwa. Mam wrażenie, że nie może sobie ona wyobrazić rządzenia, w którym trzeba z kimś dyskutować, przekonywać i ustalać, a tak jest w państwie opartym na trójpodziale władzy. W efekcie ludziom przedstawiającym takie argumenty, jak powyższy, w głowie się nie mieści, że bycie przywódcą to naprawdę coś więcej niż mówienie ludziom, co mają robić.