Posts tagged praworządność

Wielka Polska

Richard Bernstein pisze w jednym z ostatnich NYT: “Wielu liberałów jest zdziwionych, gdy poprzez analizę faktów jednoznacznie wykażą, że kłamstwo jest kłamstwem, a na ludziach nie robi to większego wrażenia. Ale Hannah Arendt rozumiała, jak naprawdę działa propaganda. Fikcyjna historia, która obiecuje rozwiązać czyjeś problemy, jest o wiele bardziej pociągająca niż fakty i „sensowne” argumenty”.

Ostatnie dwa i pół roku to wszędobylstwo propagandy i nadmuchanej narracji, w której wszystko jest dramatyczne. Polska jest w ruinie, Polacy wstają z kolan, odzyskujemy godność, dechrystianizujemy Europę, Mamy wielkie plany, porty lotnicze, autostrady wodne. Kończy się komunizm, żyjemy w czasach przełomu. Idee i wyrażające je słowa stały się jak wielkie balony, w które rządzący wciąż pompują powietrze. Dlaczego? Bo tego potrzebujemy. Potrzebujemy fikcji, która rozwiąże nasze problemy i rządzący Polską dobrze to wiedzą. Podskórnie wyczuwają, że nasz główny problem to brak sensu życia, i dlatego oferują te wielkie narracje, a wraz z nimi namiastkę tego sensu.

Polska przechodzi kryzys wieku średniego. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat ciężko pracowała, bogaciła się, była skupiona na osiągnięciu sukcesu materialnego. I osiągnęła go. Jest nasycona i chce czegoś więcej – jak czterdziestolatek, który ma dom, dwa samochody i dzieci na studiach za granicą. To ‚więcej” nie ma jednak wymiaru materialnego. Polska, jak człowiek w kryzysie wieku średniego, chce sensu życia. Ponieważ jej potrzeby podstawowe zostały zaspokojone, przesuwa się w górę piramidy Maslowa i chce szacunku, poczucia tożsamości i uczestnictwa w czymś większym niż codzienność . Chce emocji, bo życie bez emocji nie ma sensu.

Gdyby Polska była intelektualistką, mogłaby odnaleźć emocje i sens w odwiecznych lekarstwach duszy: wielkich opowieściach literatury i postawach jej bohaterów (Gilgamesza, Hektora, Rolanda), w głębokiej, prawdziwej duchowości religijnej, która wielu daje ukojenie, w projektach większych niż życie, takich jak pomoc innym, która wymaga poświęcenia i pochłania człowieka, ale daje poczucie spełnienia. Ale Polska nie czyta, nie medytuje i jest generalnie leniwa. Polska lubi posiedzieć przed telewizorem i wypić piwko. Nie znaczy to, że nie ma potrzeb emocjonalnych i że nie przechodzi kryzysu. Ale w ogromnej większości niezdolna do czerpania z wielkich narracji literatury i religii, karmi się fast foodem narracji politycznej i od niej oczekuje emocji.

„Jeśli ktoś ma wizje, powinien iść do lekarza”. Te słowa Donalda Tuska pokazują, że polityk centrowy ma problem ze zrozumieniem potrzeby wielkiej narracji. Co więcej, wstydzi się jej, bo technokrata, jakim chce być, jest przecież zimny i racjonalny.  Nienawidzi patosu, lubi sceptycyzm i cynizm. Tymczasem polityk prawicowy, a najlepiej skrajnie prawicowy, nie wstydzi się niczego. Serwuje ludziom wielkie opowieści na śniadanie, obiad i kolacje, sypie z rękawa wartościami, tworzy wielkie projekty, by stworzyć wiekopomne dzieła. To, że tak naprawdę jest dwulicowy (jak np.Trump), lub cyniczny (jak Orban), to że opowieści są kłamliwe, a plany zwyczajnie głupie, nie ma żadnego znaczenia. “Fikcyjna historia, która obiecuje rozwiązać czyjeś problemy, jest o wiele bardziej pociągająca niż fakty i „sensowne” argumenty””.

Sukces narracji prawicowej wśród młodzieży i klasy średniej, który stoi za wysokim poparciem politycznym dla partii prawicowych, nie jest przypadkiem. Prawica snuje swoje opowieści, podczas gdy pozostała część sceny politycznej nieco pogardliwie się uśmiecha. Ale ludzie potrzebują emocji – czasami dziecinnych, prostych, ale potrzebują ich. Zwłaszcza wtedy, kiedy tracą orientację w zbyt skomplikowanej rzeczywistości, doceniają lidera, który serwuje im prosty, atrakcyjny plan na życie. Skończyły się nam w Polsce wielkie, jednoczące projekty, które kanalizowały nasze dążenia: materialne dogonienie Zachodu, wejście do UE i NATO, zbudowanie autostrad przed EURO. W publicznej przestrzeni emocjonalnej jest pustka i ktoś ją sprytnie wypełnia, zawłaszczając historię, tożsamość, patriotyzm i przyszłość. Krzycząc w czasie marszów z pochodniami „Chwała wielkiej Polsce!”, rezerwuje dla siebie określenie, co znaczy „wielka” i co znaczy „Polska”.

Co więc zrobić, żeby nie przegrać walki o ludzkie emocje? Po pierwsze, mieć wizję – wielki, ale realny plan, który jednoczy ludzi we wspólnym działaniu. Jego sformułowanie nie jest łatwe. Musi opierać się na wartościach bliskich Polakom, ale jednocześnie być nowoczesny. Dobrym kierunkiem jest zaniedbany przez obecny rząd kierunek europejski.  Wielka Polska w Europie? Polska liderem Europy, nie ramię w ramię z małymi Węgrami, ale razem z Francją i Niemcami? Odpowiedzią na patriotyzm nacjonalistyczny może być patriotyzm europejski, zwłaszcza w czasach antagonizmów pomiędzy USA a Europą. Trump staje się w pewnym sensie przydatny jako zewnętrzny wróg Europy, a przeciw wspólnemu wrogowi łatwiej się zjednoczyć. Europejskość Polski nie może być jednak bezideowa, oparta na strategii kameleona, który rezygnuje ze swoich barw, by przybrać barwy aktualnego otoczenia. Pomysłowi rechrystianizacji premiera Morawieckiego trzeba przedstawić dojrzałą wizję aksjologiczną Europy, której Polska może przypomnieć o jej judeo-chrześcijańskich, greckich i rzymskich korzeniach w sposób inny niż przez zapowiedź nowej krucjaty. Wielka Polska w Europie to Polska wzorowana na Polsce Jagiellonów – otwarta, tolerancyjna, wielonarodowa i właśnie z tych powodów silna. Polska, która nie musiała wstawać z kolan – to inni przed Nią klękali. To Polska Dywizjonu 303, która narażała życie, by pomóc innym, a nie tchórzliwie zamykała swoje granice przed potrzebującymi. To Polska „Solidarności” Lecha Wałęsy, która wytrwale broniąc wolności, obaliła komunistyczny totalitaryzm, nie Polska flirtująca z autorytaryzmem. Plan budowy takiej Polski trzeba skonstruować i ułożyć o nim opowieść.

Po drugie, wielki plan trzeba komunikować w sposób emocjonalny – symbolami, z wykorzystaniem teatrum. Ludzie pragną być częścią wielkiego przedsięwzięcia, a więc muszą czuć, że jest ono rzeczywiście wielkie. A wielkie przedsięwzięcia potrzebują wielkich słów, przemówień, symboli narodowych, a nawet parad i marszów. Jeśli politycy centrowi i lewicowi będą się wstydzić języka wartości, nie chcąc wypaść z roli technokratów, nie porwą ludzi. Mówi się, że liberalizm polityczny rozumiany jako aksjologia wolności ma przetrwać, musi zacząć się komunikować jak populizm. Jeżeli polityczne centrum i lewica nie zbudują konkurencyjnej, wielkiej narracji, przegrają walkę o polskie serca i umysły. Jeśli nie znajdą atrakcyjnego, aksjologicznego programu, który ochroni takie wartości, jak wolność i praworządność, te wartości nie przetrwają. A program atrakcyjny, to taki, który ma swoje symbole i rytuały. Ma swoje święta, ma swoich bohaterów, ma swoje emocje. Jedyny moment, kiedy ludzie naprawdę stanęli w obronie praworządności, to zorganizowane latem zeszłego „Łańcuchy światła”. Chciałoby się wierzyć, że o uczestnictwie w nich decydował wyłącznie rozum. Ale tak nie było – decydowały o tym także emocje, podniosły charakter tych spotkań, wspólne śpiewanie hymnu czy słuchanie konstytucyjnej preambuły. I narracja, że staropolskim zwyczajem zapalaliśmy świece, żeby odpędzić złe duchy. Czy tego chcieliśmy, czy nie, te świecie były naszą odpowiedzią na pochodnie i race. Potrzebowaliśmy teatrum i nadal go potrzebujemy.

Po trzecie, każda wielka opowieść potrzebuje swoich bohaterów. Wie to dobrze prawa strona sceny politycznej, kreując legendę Żołnierzy Wyklętych. Gdzie są wielcy bohaterowie partii centrowych i lewicowych? Gdzie jest upamiętnianie, budowanie mitologii ludzi, którzy mogliby się stać wzorem czegoś innego niż zabijanie bądź umieranie? Nie robimy filmów o Kościuszce czy Paderewskim, na grobach Lasalle’a czy Pużaka w rocznice ich śmierci nie gromadzą się tłumy, by odśpiewać „Międzynarodówkę”. Nawet praworządność może mieć swoich bohaterów i herosów. W USA po śmierci sędziego Sądu Najwyższego trumnę owiniętą w amerykańską flagę wystawia się w budynku sądu i ludzie oddają zmarłemu sędziemu hołd. Pisze się biografie sędziów, robi się o nich filmy, w których z rozwianym włosem, w zwolnionym tempie walczą o praworządność, a w tle brzmi muzyka z „Rydwanów ognia”. A u nas? My na to wszystko odpowiadamy „Sędzią Anną Marią Wesołowską”, która ma swoje zalety edukacyjne, ale raczej nikogo nie porwie. Właściwa polityka historyczna to także promowanie postaw za publiczne pieniądze. Jeśli nie promuje się właściwych, ktoś w końcu zacznie promować niewłaściwe.

Kiedy w „Tangu” Mrożka Artur mówi do Stomila, żeby ten zapiął rozchełstaną piżamę, interpretujemy to jako głos młodego pokolenia, które szuka konwenansu, porządku i hierarchii wartości w nieuporządkowanym świecie rodziców. Polska jest obecnie krajem z  Mrożkowego „Tanga” – liberalni rodzice mają konserwatywne, szukające wartości dzieci. Jeżeli ci liberalni rodzice nie przedstawią atrakcyjnego aksjologicznego programu, taki program przedstawi ktoś pokroju innego bohatera „Tanga” – ktoś pokroju Edka. Ten prostacki, w istocie totalitarny program powoli staje się w Polsce faktem. I jest atrakcyjny nie tylko dla młodzieży, ale i dla klasy średniej. Jeśli czegoś z tym nie zrobimy, za jakiś czas nie będzie co zbierać.

 

Wyprowadzą nas z Unii, poprowadzą na Wschód

Photo by Wojciech Muła – Own work, CC BY-SA 4.0

Porównajcie sobie historie dwóch ustaw – tej o IPN, która miała karać za obrażanie polskiego Narodu i tej o Sądzie Najwyższym, która wyrzuca najbardziej doświadczonych sędziów. W obu przypadkach rząd odtrąbił zwycięstwo nad wrogą materią. W przypadku IPN była nią nienawiść świata do Polski, realizująca się w ciągłym obrażaniu Narodu Polskiego. W przypadku Sądu Najwyższego wrogą materią byli sędziowie-komuniści, bezczelnie strojący się w togi przez ostatnie 30 lat. W obu przypadkach zwycięstwo odniesione zostało szybko i bezkrwawo, orężem w postaci kawałka papieru z napisem „ustawa” i nadzieją, że świat potulnie podda się papierowi.

W obu przypadkach ustawy wywołały poważną krytykę międzynarodową: ustawę o IPN skrytykowały Izrael i USA, ustawę o Sądzie Najwyższym skrytykowała Unia Europejska, Komisja Wenecka, Rada Europy, ONZ i generalnie pół świata. W obu przypadkach polski rząd ogłosił, że w sprawie ustaw nie ustąpi, że będzie o nie walczył do krwi ostatniej.

I tu analogie się kończą. Kiedy tylko Izrael i USA tupnęły nogą, podkuliliśmy ogon w sprawie ustawy o IPN, tej dotyczącej naszego honoru i naszej narodowej dumy. Posłowie zaczęli mówić o nieznanym polskiej Konstytucji „zamrożeniu” ustawy, które nie jest niczym innym jak przestępczym namawianiem prokuratury, żeby nie stosowała uchwalonego prawa. A następnie rakiem wycofaliśmy się z tej ustawy, pokazując światu, że jak Polak chce, to potrafi ustawę zmienić w dziewięć godzin. Nic to, że zmiana odbyła się z pogwałceniem wszystkich zasad parlamentaryzmu. Nie ma przecież czasu na szczegóły, kiedy chodzi o polski honor.

Inaczej rzecz się ma z ustawą o Sądzie Najwyższym. Komisja Europejska poszła z tą ustawą do unijnego sądu – Trybunału Sprawiedliwości. Nie ma bardziej poważnej procedury, którą można uruchomić. Co na to Polska, w szczególności Jej ponoć proeuropejski Prezydent? Nic. Dlaczego nie proponuje „zamrożenia” ustawy o SN do czasu rozstrzygnięcia sporu? Dlaczego nie apeluje o niestosowanie ustawy wobec sędziów? Dlaczego? Bo najwyraźniej chce pokazać, że Polska ma sojuszników z Unii Europejskiej gdzieś. Nie są dla nas ważni, bo sama Unia Europejska przestaje być dla nas ważna. Wolimy podlizywać się Stanom Zjednoczonym i Prezydentowi, którego główne hasło może zostać przetłumaczone jako „Mamy was gdzieś” (America first!”).

Stawiam tezę, że PiS i Prezydent Duda chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. Wskazywały na to już wcześniejsze działania, takie jak lekceważenie zarządzeń tymczasowych Trybunału Sprawiedliwości (“mamy gdzieś wasz europejski sąd”) czy pomysł na pt. „Czy mamy gdzieś prawo europejskie?”, które – pod płaszczykiem wyższości prawa polskiego nad unijnym chce zadać Prezydent w referendum konstytucyjnym. Obecnie wyraźnie pokazujemy Unii, że jeśli kogoś naprawdę szanujemy, potrafimy dostosować się do jego uwag i zrezygnować z baraniego upierania się przy swoich błędach, które mylnie nazywamy suwerennością. Ale Unii Europejskiej nie szanujemy, bo mentalnie polscy przywódcy już z niej wyszli, dlatego nie mamy zamiaru nawet kiwnąć palcem w zakresie dostosowania ustawy o SN do uwag Komisji Europejskiej. Problem w tym, że po wyjściu z Unii Europejskiej, także wyjściu mentalnym, nie ma dokąd pójść. Jedyna droga wiedzie na Wschód, w ręce Rosji. Takie są prawa politycznej grawitacji.

Takim oto sposobem ustawa o Sądzie Najwyższym staje się papierkiem lakmusowym polskiej obecności w Unii Europejskiej. Patrzmy Prezydentowi i rządowi na ręce – ich działania w sprawie tej ustawy zdecydują nie tylko o przyszłości sędziów, ale o przyszłości nas wszystkich, którzy chcielibyśmy w Europie zostać. Jeśli polskie władze spowolnią powoływanie sędziów i spokojnie poczekają na werdykt Trybunału Sprawiedliwości, pokażą, że naszą przyszłość wciąż wiążą z Unią Europejską. Jeśli natomiast, podobnie jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, przyśpieszą i powołają sędziów pod osłoną nocy, aby tylko uprzedzić trybunalski wyrok, zakomunikują jasno, że od zachodnich standardów praworządności bliższe nam są ich wschodnie odpowiedniki.