Posts tagged SN

Polskie państwo prawa – remanent po trzech latach

Poniższy tekst został pierwotnie opublikowany w wydanej przez Gazetę Wyborczą “Czarnej księdze trzech lat rządów PiS”  i nosi w niej tytuł “Koniec trójpodziału władzy”.

 

I oto jesteśmy na jesieni 2018 roku. Mocno poobijani po prawie trzyletnim boju o Konstytucję i praworządność, albo o sprawiedliwość i demokrację, w zależności od tego, po której stronie staliśmy. Kurz jeszcze nie opadł, bo walka wchodzi na nowy poziom – już nie jest tylko krajowa, bo wraz z zaangażowaniem Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości konflikt lokalny przerodził się w regionalny. Wciąż każdy wynik jest możliwy, ale pewnych efektów tego konfliktu nie da się cofnąć. Trzeba więc podsumować to, co stało się dotychczas.

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość przystąpiło do działań, których głównym przesłaniem było zlikwidowanie tzw. imposybilizmu prawnego. Terminu tego użył Jarosław Kaczyński jeszcze za poprzednich rządów PiS, zaraz po tym, jak Trybunał Konstytucyjny uchylił ustawę lustracyjną, jeden ze sztandarowych projektów legislacyjnych tamtego rządu. Imposybilizm prawny oznacza niemożność zreformowania państwa ze względu na sztuczne, abstrakcyjne obostrzenia prawne, które – w rozumieniu twórcy tego terminu – nie są społeczeństwu potrzebne. Są one wręcz szkodliwe, ponieważ hamują wolę narodu, który chce zmian.

Problem z imposybilizmem polega na tym, że nie jest do końca jasne, skąd mamy wiedzieć, czego naród chce. Ograniczenia prawne nałożone Konstytucją to ograniczenia, które na władzę nałożył ten sam naród, który niby teraz chce je zrzucić. Oczywiście, bywają narody kapryśne i zmienne, i nie można im odmówić prawa do zmiany zdania. Tyle tylko, że zmiana zdania musi nastąpić w tej samej formie, w jakiej nastąpiło wyrażenie tego zdania, a więc poprzez zmianę Konstytucji. Do tego trzeba mieć polityczną siłę większości konstytucyjnej, a takiej PiS w wyborach nie otrzymało. Twierdzenie zatem, że naród chce fundamentalnej zmiany, nie jest uzasadnione, a polega tylko na intuicji politycznej lidera zwycięskiej partii. W państwach współczesnych, które chcą funkcjonować pokojowo, bez rewolucji, intuicja polityczna to za mało, żeby zmienić ustrój.

Jak się jednak okazuje, można próbować. Jeśli nie da się zmienić Konstytucji formalnie, można zmieniać ją faktycznie, przejmując kontrolę nad instytucjami, które mają tej Konstytucji bronić. Przez cały rok 2016 trwały zatem usilne starania partii rządzącej, aby sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, który w naszym systemie prawnym jest głównym konstytucyjnym policjantem. Konstytucja ma rację bytu o tyle, o ile jest ktoś, kto może skutecznie stwierdzić, że ustawa zaproponowana przez rząd a uchwalona przez parlament jest z tą konstytucją niezgodna. Jeśli nie ma kogoś takiego, każde naruszenie Konstytucji ujdzie rządzącym płazem, podobnie jak przy braku policjanta lub policyjnej kamery na skrzyżowaniu uchodzi kierowcom płazem każde naruszenie przepisów o ruchu drogowym. Dlatego pierwszym etapem procesu likwidacji imposybilizmu prawnego była próba faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego. I była to próba niestety udana.

Po grudniu 2016 roku, kiedy zakończył swoją kadencję Andrzej Rzepliński, Trybunał Konstytucyjny nie tylko przestał być jakąkolwiek przeszkodą dla władzy politycznej, która chce swobodnie zmieniać Polskę, ale zaczął być aktywnie wykorzystywany jako narzędzie tej zmiany. Najpierw Minister Sprawiedliwości efektywnie wykluczył z orzekania trzech dawniej wybranych sędziów, co nie byłoby możliwe bez współpracy wybranej niezgodnie z Konstytucją na stanowisko Prezes TK Julii Przyłębskiej. Następnie Trybunał został wykorzystany do przejęcia kontroli nad innymi instytucjami ważnymi dla państwa prawa, a mianowicie nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym. W ten sposób pierwszy etap tzw. naprawiania polskich instytucji odpowiedzialnych za obronę państwa prawa zakończył się całkowitym popsuciem Trybunału Konstytucyjnego. Sensem istnienia sądu konstytucyjnego w każdej demokracji jest jego zdolność do sprzeciwienia się aktualnie rządzącej większości. Taki jest sens posiadania konstytucji, która ogranicza rządzących w ich działaniach politycznych, a więc i taki jest sens istnienia konstytucyjnego policjanta, jakim Trybunał jest. Jeśli ten policjant zgadza się we wszystkim z tymi, których ma pilnować, a nawet pomaga w realizacji ich planów, cała konstrukcja zostaje postawiona na głowie.

Wynika to z faktu, że po II Wojnie Światowej, a więc po doświadczeniu nazizmu i holokaustu. zrozumieliśmy, że większość, która demokratycznie zdobyła władzę, może wydzielić ze społeczeństwa mniejszość, prześladować ją, a ostatecznie ją zabić. Aby nigdy więcej taka sytuacja się nie powtórzyła, w drugiej połowie XX wieku wzmocniliśmy rolę konstytucji oraz regulacji międzynarodowych chroniących prawa człowieka. Współcześnie te regulacje pełnią rolę, jaką kiedyś pełniły wymogi prawa naturalnego: ograniczają swobodę prawodawcy, ustalają nieprzekraczalne granice, takie jak nienaruszalność godności człowieka czy specjalna ochrona jego wolności. Z tego samego wzmocniona została rola sądów konstytucyjnych, stojących na straży tych wartości.

W Polsce mogliśmy tego ostatecznie dokonać dopiero w 1997, kiedy pozbawiliśmy Sejm możliwości odrzucania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego odpowiednią większością głosów. Oznaczało to, że wyroki Trybunału stały się ostateczne – i takie były, zanim obecna większość rządząca przyznała sobie prawo do ich oceny przed publikacją. Kiedy bowiem premier Szydło odmówiła publikacji wyroku Trybunału i uznała, że nie ma on mocy prawnej, w rzeczywistości postawiła siebie i swój rząd ponad konstytucją. Z całą pewnością ta decyzja była najbardziej szkodliwym w skutkach precedensem w historii polskiego państwa prawa. Po tej decyzji już nigdy nie będzie można być pewnym, czy inny polityk nie zechce wykorzystać tego precedensu dla swoich celów. Dlatego właśnie zakwestionowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z najpoważniejszych deliktów konstytucyjnych, które przyniósł obecny kryzys, i który musi zostać w przyszłości przykładnie ukarany przez Trybunał Stanu.

Następnym krokiem w demontażu polskiego państwa prawa było przejęcie przez obecną władzę kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa (KRS). Rada ta, zgodnie z Konstytucją RP, jest organem stojącym na straży niezależności sądów i niezależności sędziów, i pełni kluczową rolę. Decyduje o sędziowskich powołaniach i awansach, a także ma chronić sędziów przed jakimikolwiek zewnętrznymi naciskami, w tym naciskami ze strony polityków. Jej konstrukcja została w Konstytucji pomyślna w taki sposób, żeby była ona platformą pozwalającą na współpracę wszystkich trzech władz. Dlatego każda z władz ma w niej przedstawicieli, i każda swoich przedstawicieli wybiera.

A raczej wybierała, ponieważ narzędziem przejęcia kontroli na KRS stała się zmiana wyboru tych członków Rady, którzy reprezentują sędziów. Mimo że przedstawicieli władzy ustawodawczej w KRS nadal wybiera władza ustawodawcza, mimo że przedstawicieli władzy wykonawczej w Radzie nadal wybiera władza wykonawcza, to przedstawicieli sędziów nie wybierają już sędziowie. Ich przedstawicieli wybiera władza ustawodawcza. To trochę tak, jak gdyby przedstawicielki kobiet do Krajowej Rady Równouprawnienia Płci (gdyby w Konstytucji taka istniała) były wybierane przez mężczyzn. Dodatkowo, kiedy patrzy się na powiązania członków KRS z Ministrem Sprawiedliwości, a więc z władzą wykonawczą, którą ci sędziowie mają równoważyć, to właściwie ma się pewność, że te wybrane przez mężczyzn kobiety byłyby od nich całkowicie zależne. Tak jak w tej hipotetycznej sytuacji trudno oczekiwać, że zależne od mężczyzn i wybierane przez nich kobiety będą równoważyły męską władzę, tak w sytuacji rzeczywistej trudno oczekiwać, że wybrani przez polityków i zależni od nich sędziowie będą równoważyć władzę polityczną.

Nowy wybór sędziowskich członków KRS zamienił to ciało, zgodnie ze scenariuszem przećwiczonym w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, w podmiot działający i myślący dokładnie tak, jak tego chce obecna władza. Bolesnym symbolem tej jedności celów, myśli i działań jest milczenie KRS wobec oburzających społeczność międzynarodową ataków na polskie sądy. KRS nie reaguje na ataki słowne, które raz po raz politycy przypuszczają na sędziów, podejmujących działania niezgodne z linią partii rządzącej. Co więcej, KRS nie widzi nic złego w urzeczywistniających się obecnie groźbach wszczęcia postępowań dyscyplinarnych, które ewidentnie są sposobem na zastraszenie środowiska sędziowskiego oraz wytworzenie tzw. efektu mrożącego – obawy przed sprzeciwem wobec władzy.

W zamian za to członkowie KRS powołani przez obecną większość parlamentarną bez szemrania głosują nad sędziowskimi awansami z uwzględnieniem dostarczonej przez polityków „czarnej listy” sędziów, którzy śmieli głośno mówić o polskich problemach w Brukseli. Koronnym argumentem na to, że KRS działa i myśli dokładnie tak, jak chce tego władza, jest zlekceważenie postanowienia o zabezpieczeniu wydanego ostatnio przez Naczelny Sąd Administracyjny, które nakazało zatrzymać proces obsadzenia wakatów w SN. Mimo że sędziowie NSA zakazali KRS przekazania uchwał Prezydentowi RP, KRS – ta sama, która ma wzmacniać pozycję sędziów, zrobiła to, a tym samym poniżyła sędziów, uznając decyzje przez nich wydane za pozbawione znaczenia.

Tak jak Trybunał Konstytucyjny posłużył jako narzędzie przejęcia kontroli nad KRS, tak przejęta KRS posłużyła politykom za narzędzie przejęcia kontroli nad Sądem Najwyższym. Zdominowana przez polityków KRS dość łatwo i rekordowo szybko wybrała kandydatów do Izby Dyscyplinarnej SN. Szybkość wyboru, który trwał krócej niż prowadzony mniej więcej w tym samym czasie konkurs na kalendarzyki kieszonkowe dla posłów, była odwrotnie proporcjonalna do niezależności wybranych kandydatów od aktualnie rządzących.

W wyniku przeprowadzonej procedury za sędziów SN uważają się obecnie między innymi Jan Majchrowski, nadzorujący przygotowanie polskiej odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej, Adam Tomczyński, radca prawny komplementujący władzę w telewizji publicznej oraz prokurator Adam Roch. Majchrowski w odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej poparł propagowaną przez obecną władzy, a heretycką tezę, że nasza Konstytucja nie wymaga zachowania okresu vacatio legis, a więcupływu pewnego czasu między ogłoszeniem a wejściem w życie ustawy, choć tej oczywistości uczy się studentów na pierwszym roku prawa. Tomczyński w przeddzień swojego przesłuchania w KRS prezentował swoje zadziwiające rozumienie apolityczności sędziego, wychwalając wyborcze przemówienie premiera Morawieckiego. Natomiast Roch, zaufany prokurator Zbigniewa Ziobry, nakazał przesłuchanie rodzącej kobiety, co Europejski Trybunał Praw Człowieka słusznie uznał za nieludzkie traktowanie. Taki oto zespół ludzi decyduje o charakterze nowej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wyznaczając zaiste nieznany dotąd wzorzec niezależności i moralności. Na szczęście osoby te zostały powołane do SN w oczywiście nieważnej procedurze, zapoczątkowanej obwieszczeniem Prezydenta RP, które mimo jasnego wymogu Konstytucji, nie zostało kontrasygnowane przez Premiera. Daje to nadzieje na ich rychłe usunięcie z zajmowanych stanowisk w momencie, kiedy podstawowe wymogi państwa prawa zostaną w Polsce przywrócone.

Kiedy popatrzy się na trzy procesy przejęcia kontroli nad trzema kluczowymi polskimi instytucjami państwa prawa, można wskazać pewien ich wspólny mianownik. To, co te procesy łączy, to cel: rzeczywista likwidacja kontroli nad działaniami władzy. W efekcie przejęcia tych trzech instytucji doszło do zmiany ustroju Polski. Ustrój oparty na trójpodziale władzy zamienił się nam na ustrój jednolitej władzy państwowej, znany z czasów komunistycznych, mimo że formalnie nie zmieniliśmy konstytucji. Nie sposób nazwać tej zmiany inaczej niż pełzającym zamachem stanu.

Wspólnym mianownikiem zamachów na niezależność TK, KRS i SN była także drastyczna zmiana języka, którym mówimy o prawie i gwałt na doktrynie prawniczej. Przeprowadzona rewolucja wymagała wytworzenia nieznanych dotąd sposobów interpretacji prawa. Jednym z tych sposobów byłą tzw. wykładnia wroga konstytucji (termin wprowadzony przez prof. Zajadło), widoczna zarówno w odpowiedzi zaprezentowanej Komisji Weneckiej, jak i w uzasadnieniach wyroków wydawanych przez Trybunał Konstytucyjny czy KRS już po przejęciu ich przez polityków. Innym była reinterpretacja uznanych doktryn, takich jak wspomniana już koncepcja vacatio legis.

Także powszechnie znana w Europie doktryna limitowania uprawnień władzy publicznej, znana pod hasłem „co nie jest władzy dozwolone, jest jej zakazane”, została przez obecnie rządzących odwrócona. Zgodnie z poglądem jednego z polityków PiS to, że Konstytucja nakazuje władzy działanie na podstawie prawa nie oznacza wcale, że nie wolno jej działać poza prawem (!).  Absurdalność tej wypowiedzi przebija jedynie twierdzenie, także sformułowane przez polityka rządzącej większości, że konstytucja musi być zgodna z ustawami, które ją doprecyzowują. Nieprawnikom zapewne trudno sobie wyobrazić jak horrendalne jest to stwierdzenie. To tak, jak gdyby proboszcz oczekiwał, że Katechizm Kościoła Katolickiego będzie zgodny z treścią jego kazania, a nie odwrotnie.

Trzecim wreszcie elementem, który łączy przejęcie politycznej kontroli nad TK, KRS i SN, jest drastyczne osłabienie autorytetu prawa, autorytetu sędziów i autorytetu sądów. Skoro bowiem premier może zlekceważyć wyrok TK, a KRS i Prezydent mogą zlekceważyć postanowienia zabezpieczające wydane przez SN i NSA, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy obywatel mógł zlekceważyć każdą decyzję sądu. Jeśli bowiem niezadowolenie z tej decyzji jest wystarczającym powodem, żeby ją ignorować, to prawo traci jakikolwiek sens. To właśnie osłabienie autorytetu prawa może okazać się najbardziej trwałą i najbardziej opłakaną w skutkach schedą po obecnej władzy.

Najsmutniejsze jest to, że prowadzona od trzech lat tzw. reforma polskiego sądownictwa, u której zarania stało przekonanie o konieczności likwidacji imposybilizmu prawnego do jeszcze gorszego imposybilizmu prowadzi. Naruszenie niezależności polskich instytucji sądowych doprowadziło do tzw. sprawy Celmera, w której Trybunał Sprawiedliwości w rzeczywistości nakazał sądom UE każdorazowe badanie, czy polskie sądy są na tyle niezależne, że można z zaufaniem wysłać do nich podsądnego. Taka decyzja oznacza drastyczne osłabienie skuteczności polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zamiast szybkiego osądzenia oskarżonych, musimy czekać, aż sprawa niezależności naszego sądownictwa zostanie w każdej konkretnej sprawie wykazana. Podobnie jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, który pomimo wielu zmian sądzi o połowę mniej spraw niż przed zmianami, a jednocześnie cieszy się o wiele mniejszym zaufaniem społeczeństwa. Zamiast więc obiecanej poprawy mamy spowolnienie, osłabienie skuteczności oraz obniżenie poziomu moralnego w polskich instytucjach sądowych – symbolem tej ostatniej jest usunięcie z SN sędziego Zabłockiego, obrońcy opozycjonistów z okresu PRL oraz powołanie do tegoż sądu wspomnianego już prokuratora Rocha. Zaiste, dobra zmiana. 

Imposybilizm prawny zatem, zamiast likwidacji, uległ dalszemu wzmocnieniu. Co więcej, coraz częściej zaczyna on przyczyniać się do imposybilizmu gospodarczego. Jest prawdą powszechnie znaną, że stabilne państwo prawa, oparte na niezależności sądownictwa, jest warunkiem dla dokonywania inwestycji zagranicznych w danym kraju. Wynika to z faktu, że każdy, kto inwestuje u nas swoje pieniądze, chce mieć pewność, że są one chronione prawem i że w razie sporu z państwem niezależny sąd zagwarantuje sprawiedliwy proces. Niestety, kontrolowane przez polityków sądy takiego procesu nie gwarantują, przez co poziom inwestycji zagranicznych spada – do poziomu najniższego w naszej ostatniej historii. Osłabienie państwa prawa jest zatem jednoznaczne z osłabieniem polskiej gospodarki.

Jeśli dodać do tego olbrzymi konflikt z Unią Europejską, spowodowany forsowaniem ustaw sądowych, to wynik remanentu polskiej praworządności nie jest, niestety, zadowalający. Mnóstwo kosztów, niewidoczne zyski, zamiast plusa duży minus. A więc manko, które w wymiarze gospodarczym było w PRL-u uznawane za przestępstwo. Miejmy nadzieję, że tak też w wymiarze politycznym i prawnym będzie traktowane teraz. Manko praworządności musi być bowiem wyrównane, a ci, którzy do niego doprowadzili, muszą być ukarani. Inaczej nigdy nie przywrócimy prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości.

 

 

Co oznacza dzisiejsze postanowienie Trybunału Sprawiedliwości?

Trybunał zawiesił dzisiaj stosowanie niektórych przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym. Co to tak naprawdę znaczy?

 
1. Oznacza to, że plan PiS, wspierany przez Prezydenta, polegający na usunięciu z SN najbardziej doświadczonych sędziów i zastąpienie ich lojalnymi wobec władzy dublerami, przynajmniej na razie się nie udał. Trybunał nakazał przywrócić sędziów SN, którzy skończyli 65 lat do pracy na warunkach z 3 kwietnia 2018 roku, a więc sprzed wejścia w życie ustawy o SN. Na pewno więc w SN pozostaną tacy sędziowie jak Gersdorf, Zabłocki czy Iwulski, czyli liderzy sędziowskiego oporu przed atakiem na praworządność.
 
2. Oznacza to także, że nie uda się do czasu ostatecznego wyroku Trybunału UE usunąć I Prezes SN oraz wybrać Jej dublera. Trybunał także tego zakazał. Nie będzie można także kontynuować powołań do SN, jeśli zabierałyby one miejsca sędziom 65+. Nie oznacza to, że żadnych nowych powołań nie będzie – mogą być, byleby w SN zostały wolne miejsca dla sędziów 65+.
 
3. Postanowienie Trybunału nie oznacza, że prawo działa wstecz. Trybunał nakazał usunięcie skutków, które spowodowała ustawa, a sędziowie zostaną przywróceni do pracy TERAZ, jedynie na warunkach sprzed 3 kwietnia. Takie postanowienie jest całkowicie normalne. Kiedy wprowadziłeś do obrotu książkę, która kogoś obraża, to sąd może nakazać ci w postanowieniu o zabezpieczeniu wycofanie jej ze sprzedaży do czasu, aż rozstrzygnie spór z osobą, którą obrażasz. Musisz więc zmienić coś, co zrobiłeś w przeszłości, ale nie oznacza to, że prawo działa wstecz. Ono tylko zabezpiecza sytuację, ażeby wydanie wyroku miało później jakiś praktyczny sens.
 
4. Postanowienie Trybunału nie zmienia, niestety, nic w sprawie już dokonanych powołań do Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Te powołania są oczywiście niekonstytucyjne, ale skarga Komisji dotyczyła tylko sędziów 65+, a ich w tych nowych izbach nie było, bo są nowe, a więc nie było w nich nikogo. Te powołania więc, mimo że nieważne, nie były powołaniami dublerów.
 
Co dalej? Rząd na pewno na razie nie będzie uderzał w postanowienie Trybunału, bo są wybory. Później pewnie spróbuje je zinterpretować tak, żeby miało jak najmniejszy efekt. Sędziowie z kolei powinni zewrzeć szeregi i już w poniedziałek wskazać, ilu z nich na mocy tego postanowienia wraca do pracy. To będzie wyraźny sygnał dla społeczeństwa, że z atakiem na sądy można wygrać. Ich powrót powinien być świętem praworządności. Bo jest postanowienie Trybunału świętem dla obrońców polskiej Konstytucji. 
 
I jeszcze jedna refleksja ogólniejszej natury. Unia Europejska powstała, aby w Europie nigdy więcej nie pojawiły się tendencje autorytarne. Zamach na niezależność sądownictwa, z którym mamy obecnie do czynienia w Polsce, jest sygnałem, że takie tendencje powracają. Decyzja TSUE oraz wcześniejsza skarga KE to sygnały, że instytucje europejskie są silne i poważnie traktują swoją misję. Dla Polski ta decyzja jest szansą na uratowanie niezależności naszego najważniejszego sądu. Pokazuje także, że w sytuacji przejęcia kontroli politycznej nad innymi instytucjami państwa prawa Polacy mogą liczyć na niezależne sądownictwo europejskie. Ten fakt pokazuje, dlaczego warto być w Unii Europejskiej.

Latem w Polsce dzieją się rzeczy dające nadzieję

A jednak prawdą jest, że kropla drąży skałę. I prawdą jest, że lato w Polsce ma szczególny charakter, bo wtedy dochodzi do zdarzeń, które budzą nadzieję. Po wielu miesiącach systematycznego niszczenia niezależności polskich sądów, po długich tygodniach, w czasie których wydawało się, że nic nie zdoła zatrzymać demontażu polskiego państwa prawa, coś się zmieniło. Po roku od prezydenckich wet, po długich dwunastu miesiącach od ostatniego momentu, kiedy można było mieć nadzieję, że da się spowolnić łamanie konstytucji, coś się stało. 
 
Najpierw Komisja Europejska na początku lipca rozpoczęła procedurę naruszeniową, w której zażądała od Polski zmiany ustawy o Sądzie Najwyższym jako naruszającej fundamentalną dla Unij Europejskiej zasadę niezawisłości sędziów. Później polski Sąd Najwyższy na początku sierpnia wydał postanowienie o zawieszeniu niektórych przepisów ustawy o SN wobec sędziów, którzy przekroczyli 65 rok życia i zapytał Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu o jakość polskich ustaw sądowniczych. We wrześniu podobne pytania zadały sądy w Łodzi i w Warszawie, a na początku tego tygodnia Komisja Europejska poprosiła Trybunał Sprawiedliwości o zastopowanie wycinki polskich sędziów Sądu Najwyższego, podobnie jak kiedyś poprosiła o wstrzymanie wycinania prastarych drzew w Puszczy Białowieskiej. Wreszcie dzisiaj dotychczas mało aktywny Naczelny Sąd Administracyjny zawiesił wykonanie uchwały KRS o przedstawieniu Prezydentowi kandydatów do Sądu Najwyższego, opóźniając ich powołanie, a sędziowie Sądu Najwyższego odmówili powołania nowych prezesów izb, bo – wierni swojemu postanowieniu z początku sierpnia – uznali, że dotychczasowi prezesi nadal zajmują swoje stanowiska.
 
Dlaczego doszło do tego przesilenia? Jest to skutek długiego, wytrwałego wysiłku ogromnej rzeszy obrońców polskiej praworządności, którzy nigdy nie zwątpili. Jest to sukces wspólnego sprzeciwu, który połączył opozycję uliczną z opozycją uniwersytecką, rebeliantów z inteligentami, ludzi z wielkich miast i z małych miasteczek: wszystkich, którzy wytrwale stali pod sądami, manifestowali, ubierali pomniki w koszulki z napisem „Konstytucja”, wszystkich, którzy wspierali trzecią władzę w trudnych chwilach. To aktywność tych ludzi dała siłę Komisji Europejskiej i polskim sędziom, aby walczyć do końca o obronę wartości podstawowych.
 
Oczywiście, jeszcze wszystko może się zdarzyć. Izba Dyscyplinarna, która będzie zapewne biczem na sędziowską niezawisłość, została prawie obsadzona. Działania Komisji i sędziów nie powstrzymają prawdopodobnie obsadzenia tej izby SN, która będzie decydować o ważności wyborów. Poza tym imperium ma to do siebie, że kontratakuje. Ale chwile radości są potrzebne, bo bez nich trudno dalej walczyć. Dlatego cieszmy się. Wspólne działania rzeszy prawdziwych polskich patriotów, którzy wierzą, że nie ma wolności bez praworządności, zaczynają przynosić wymierny skutek. Niszczenie polskiego państwa prawa spowalnia, może ulegnie trwałemu zawieszeniu. Jeszcze wszystko jest możliwe.

 

Skarga KE do Trybunału UE – zwycięstwo polskiego patriotyzmu

Decyzja Komisji Europejskiej o skierowaniu sprawy polskiej ustawy o SN do Trybunału Sprawiedliwości UE została podjęta w ostatnim możliwym momencie. Jesteśmy obecnie w drugiej fazie zmian personalnych wśród sędziów SN. Pierwsza faza skupiona była na powoływaniu sędziów do nowych izb – dyscyplinarnej i kontroli nadzwyczajnej oraz spraw publicznych. Ponieważ są to nowe izby, powołanie do nich nowych osób nie zabiera miejsca obecnym sędziom. Druga faza, która zaczęła się pod koniec sierpnia i jeszcze się nie zakończyła ma inny charakter – powołanie nowego sędziego oznaczałoby trwałe pozbawienie miejsca w SN sędziego odesłanego na wcześniejszą emeryturę. Właśnie tę fazę, dzięki wnioskowi Komisji, ma szansę przerwać Trybunał, jeśli wyda  postanowienie o zabezpieczeniu.

Komisja prosi Trybunał o takie właśnie zabezpieczenie – o swoiste cofnięcie czasu. Prosi o przywrócenie, do momentu wydania ostatecznego wyroku, stanu rzeczy z 3 kwietnia 2018, a więc z momentu wejścia w życie nowej ustawy o SN. Nie oznacza to, że Trybunał wstrzyma całą ustawę i wszystkie jej skutki. Jeśli Trybunał przychyli się do tego wniosku, do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia anulowane zostaną skutki całej procedury wniosków do Prezydenta o przedłużenie orzekania przez sędziów +65. W efekcie do normalnej pracy przywróceni zostaną sędziowie przeniesieni w stan spoczynku, w tym sędziowie Zabłocki i Iwulski. Normalnie swoje obowiązki będzie też mogła pełnić I Prezes SN, Małgorzata Gersdorf. Ewentualna decyzja Trybunału nie wpłynie jednak np. na już dokonane powołania do Izby Dyscyplinarnej. Wynika to z faktu, że dotychczasowe działania Komisji, podjęte w dwóch poprzednich etapach procedury naruszeniowej, dotyczyły sprawy przejścia sędziów w stan spoczynku, a nie nowej struktury SN, a skarga do Trybunału nie może wychodzić poza zakres wcześniejszych negocjacji z polskim rządem.  Mimo to ewentualne zabezpieczenie będzie, podobnie jak zeszłoroczne prezydenckie weta, ciosem dla polskich władz i dużym opóźnieniem procesu przejmowania kontroli nad SN.

To wszystko zdarzy się pod jednym, ważnym warunkiem – że polskie władze podporządkują się decyzji Trybunału. Nie jest to oczywiste, ponieważ już od dawna słychać pohukiwania, że nie będzie nam Europa urządzać Polski. Problem w tym, że Europa niczego nam nie urządza, tylko oczekuje, że zgodnie z naszymi zobowiązaniami zapewnimy polskim sądom niezależność, którą narusza uzależnienie losu sędziów od arbitralnej decyzji władzy wykonawczej, czyli prezydenta. Brak niezależności sądu polskiego oznacza brak niezależności sądu rozstrzygającego sprawy europejskie, bo każdy sąd krajowy jest w Unii jednocześnie sądem europejskim.

Można sobie wyobrazić, że te pohukiwania zamienią się w czyny i polskie władze podejmą próbę siłowej kontynuacji zmian w SN. Będzie to oznaczało w krótkiej perspektywie wysokie finansowe kary, a w długiej perspektywie dalszą degradację Polski w hierarchii Unii Europejskiej, i doprawdy to drugie będzie nas kosztować więcej, jeśli stanie się faktem.

Bardziej jednak prawdopodobne jest, że polskie władze będą kluczyć, rozkładając decyzję Trybunału na semantyczne części, aby znaleźć w niej miejsce na korzystną dla siebie interpretację.   Takiego samego podejścia można się spodziewać w stosunku do późniejszego wyroku Trybunału, który zostanie zapewne wydany za kilka miesięcy. Jeśli przyzna on rację Komisji, będzie to oznaczało całkowitą klęskę pomysłu „przewietrzenia” Sądu Najwyższego, zapoczątkowanego przez Ministra Ziobrę, a kontynuowanego przez Prezydenta Dudę. Jakoś będzie trzeba to wytłumaczyć swoim wyborcom u progu roku wyborczego. Trudno jednak spodziewać się otwartego niepodporządkowania się wyrokowi, bo opozycji udało się wpisać działania PiS w ramę dążenia do polexitu, w której każdy poważny objaw wrogości wobec Unii jest postrzegany jako krok w kierunku jej opuszczenia. Dlatego zamiast bojkotu wyroku należy spodziewać się raczej kluczenia i próby takiej interpretacji decyzji Trybunału, która będzie dla polskich władz najmniej bolesna.

To oczywiście wszystko gdybanie. Poczekajmy najpierw na ewentualną decyzję o zabezpieczeniu (pewnie około tygodnia), a potem na wyrok (najpewniej przełom roku). Na pewno dzisiaj wiemy, że polskie władze chyba nie spodziewały się tak zdecydowanej reakcji Komisji Europejskiej i teraz mają z tą decyzją problem. A obrońcy polskiej praworządności zyskali dużą szansę na wybronienie Sądu Najwyższego przed całkowitym przejęciem, co jest wielkim sukcesem mądrego, prounijnego polskiego patriotyzmu. Polska, która przestrzega unijnego prawa i szanuje unijne instytucje to Polska silna w Europie. Nie ma dla takiej Polski żadnej sensownej alternatywy.

Skrócona wersja tego wpisu pojawiła się dzisiaj w Gazecie Wyborczej: http://wyborcza.pl/7,75968,23963481,komisja-europejska-pozywa-rzad-pis-sukces-polskiego-patriotyzmu.html

O co pytają Trybunał Sprawiedliwości łódzcy sędziowie

Po pytaniach skierowanych przez Sąd Najwyższy kolejni sędziowie zdecydowali się zapytać Trybunał w Luksemburgu o to, czy ostatnie zmiany w prawie dotyczącym sądów są zgodne z prawem unijnym. O co chodzi w tych pytaniach i dlaczego sędziowie w ogóle pytają Trybunał?
 
Zarówno poprzednie pytania SN, jak i pytania łódzkie, dotyczą jednej kwestii – czy sąd, który jest poddawany naciskom polityków, jest nadal sądem. Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale oczywista. Zgodnie z prawem unijnym sądem jest tylko taka instytucja, która jest niezależna. Innymi słowy, jeśli coś, co nazywamy sądem, traci niezależność, to to coś traci swoją podstawową cechę, traci element definiujący i przestaje być sądem. To trochę tak, jakbyśmy się zastanawiali, czy instytucja, która nie może uchwalać ustaw jest nadal parlamentem. Tak jak uchwalanie ustaw jest istotą instytucji, jaką jest parlament, tak niezależność jest istotą instytucji, jaką jest sąd.
 
W poprzednich pytaniach SN sędziowie prosili Trybunał o wyjaśnienie, czy nagłe obniżenie wieku emerytalnego i zależność sędziów od widzimisię Prezydenta, który według swojego uznania może przerwać bądź zezwolić na kontynuowanie ich pracy, nie jest elementem nacisku, który powoduje, że sędziowie tracą niezawisłość, a tym samym sąd traci niezależność. Sąd łódzki pyta o inny czynnik, który może naruszać niezależność sądu – o nowe postępowanie dyscyplinarne. Pytanie dotyczy więc tego, czy sędzia, który spodziewa się, że orzeknie przeciwko Skarbowi Państwa w sporze z samorządem, może orzekać niezawiśle, kiedy wie, że za wydanie takiego orzeczenia może czekać go dyscyplinarka.
 
A skąd wie? Bo wielokrotnie nasze Ministerstwo Sprawiedliwości groziło sędziom podejmującym decyzje niezgodne z oczekiwaniami politycznymi, że odpowiedzą za to dyscyplinarnie. Tak było w przypadku sądu wrocławskiego, który odmówił uwzględnienia nielegalnie zdobytych dowodów, tak było w przypadku sędziów w Szczecinie, którzy nie zastosowali aresztu zgodnie z wnioskiem prokuratora, tak było przecież nawet w przypadku zadania pytań i zawieszenia niektórych przepisów przez Sąd Najwyższy. Ta presja jest skandaliczna i niedopuszczalna w normalnym kraju, więc sąd zwraca Trybunałowi na nią uwagę. W pewnym sensie ministrowie grożący sędziom sami się o to prosili. Co ciekawe, pytanie łódzkie dotyczy także cześciowo nielegalnych dowodów. Sędziowie pytają, czy to nie jest dodatkowy element nacisku, że takie nielegalnie zdobyte dowody mogą być – na mocy zmian prawa wprowadzonych przez PiS – przeciwko nim użyte.
 
Sąd łódzki pyta więc o to, czy spełnia definicję sądu w sytuacji, w której politycy rządzącej partii oficjalnie ogłaszają, że za wydanie wyroku, który nie podoba się władzy, sędzia będzie ukarany. Taki nacisk ogranicza niezależność, a niezależność jest elementem koniecznym w definicji sądu, bo tylko taki niezależny sąd może zapewnić obywatelom „skuteczny środek zaskarżenia”, którego wymaga w zdaniu drugim art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej. Dlaczego niezależność jest konieczna dla „skuteczności” środków zaskarżenia? Chodzi o to, że jeśli masz spór z państwem (taki np. jaki ma samorząd, który pozwał do sądu Skarb Państwa w związku z nieprzekazaniem wystarczających dotacji), a odwołujesz się do sądu, który jest przez przedstawicieli tego państwa kontrolowany, to twoje zaskarżenie nie jest skuteczne, bo jest fikcyjne. Minister Sprawiedlwiości siedzi w tym samym rządzie, w którym siedzi Minister Finansów, zarządzający państwową kasą. Ten rząd potrzebuje tej kasy na rozmaite działania, więc oczywiste jest, że woli ją wydać np. na programy społeczne, które w okresie przedwyborczym podniosą poparcie, niż na finansowanie działań samorządu. Jest więc wysokie ryzyko, że Premier naciśnie na Ministra Finansów, a ten pogada z Ministrem Sprawiedliwości, żeby jednak zrobił coś w sprawie wyroku, który może być dla państwowej kasy niekorzystny. Kiedyś Jarosław Kaczyński apelował do sądów, aby orzekały zgodnie z interesem państwa polskiego – a one mają orzekać zgodnie z prawem, nie z czyimś interesem. W sytuacji, gdy politycy mają narzędzia nacisku na sąd, postępowanie sądowe jest jednym wielkim oszustwem i ustawką – niby wymierza się sprawiedliwość, a tak naprawdę realizuje się czyjś interes. Takie zaskarżenie do sądu jest nieskuteczne, bo nie daje szansy na normalne rozpatrzenie sprawy.
 
I nie zmienia tego fakt, że sędzia w danej sprawie może się oprzeć naciskowi i orzecz niezależnie. Niezawisłość i niezależność nie są tylko wewnętrznymi przekonaniami sędziego, ale wynikiem warunków zewnętrznych. Niezależność sądu jest czymś w rodzaju sterylności sali operacyjnej czy nienaruszalności kokpitu samolotu. Lekarz może przeciwdziałać obecności bakterii w sali operacyjnej, tak jak kapitan samolotu może oprzeć się naciskom. Ale sama obecność bakterii i sam nacisk jest zakazany, bo lekarz i kapitan mają się skupiać na czymś innym. Dokładnie tak samo jest z sędzią
 
Są jeszcze dwie kwestie. Pierwsza: dlaczego sąd pyta? Czy sam nie wie? Oczywiście, że wie. Ale przepisy unijne wymagają, że kiedy sąd ma wątpliwość, to nie powinien sam jej rozstrzygać, tylko ma obowiązek zapytać Trybunał – centralny organ sądowy Unii, który wyjaśni te sprawę i w ten sposób ujednolici wykładnię przepisów w całej Unii. Jest to mechanizm podobny do tego, który mocno ostatnio forsuje PiS: sądy mające wątpliwości co do Konstytucji nie mają same ich rozstrzygać, tylko muszą pytać Trybunał Konstytucyjny. Sędziowie to właśnie robią, tyle tylko, że mają wątpliwości dotyczące nie Konstytucji, tylko prawa unijnego, i nie pytają Trybunału Konstytucyjnego, ale Trybunał w Luksemburgu. W ten sposób także dają Trybunałowi możliwość oceny polskich ustaw.
 
Druga sprawa: czy tym razem pytanie jest powiązane z zawieszeniem stosowania jakichkolwiek przepisów? Nie, nie jest, bo nie zawsze musi być. Przepisy krajowe, zgodnie z orzecznictwem Trybunału Unijnego, zawiesza się wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne, bo mogą wyrządzić nieodwracalną szkodę. Tak było w przypadku sędziów +65, którzy są aktualnie wyrzucani z SN, więc była konieczność wstrzymania tej procedury. Ale w przypadku łódzkim tak nie jest, ponieważ Izba Dyscyplinarna jeszcze w pełni nie powstała. Sprawa nie jest więc tak pilna. To pokazuje, że obawy krytyków SN, związane z tym, że po zawieszeniu dokonanym przez SN każdy sędzia w każdej sprawie będzie mógł zawieszać ustawy, były zupełnie nieuzasadnione. Drugą przyczyną braku zawieszenia jest to, że szczególnie taką opcję nuklearną musi rozważyć sąd ostatniej instancji (taki jak SN), bo po jego wyroku nic nie da się już zrobić. Sąd w sprawie łódzkiej nie jest sądem ostatniej instancji, więc nie musiał zawieszać (choć mógł).
 
Podsumowując – pytanie sędziów łódzkich jest dowodem na to, że plan przejęcia pełnej kontroli politycznej nad polskim sądownictwem może się posypać ze względu na polskie członkostwo w UE, o którym rządzący zdają się zapominać. W Unii na szczęście nie da się bezkarnie atakować sędziów, bo jest to oczywiste naruszenie ich niezawisłości. Bez niezawisłości sędziów nie ma niezależności sądów, a bez niezależności sądów nie ma w ogóle sądów – bo sąd zależny nie jest sądem, tak jak parlament pozbawiony prawa uchwalania ustaw nie jest parlamentem. Zobaczymy, co zrobi z tym wszystkim Trybunał Sprawiedliwości.

Instytucje-wydmuszki czyli strategia BMW w powołaniach do TK, KRS i SN

Niszczenie sądów i sędziów rzadko odbywa się współcześnie tak, jak ma to miejsce w Turcji. Tam prezydent wsadza sędziów do więzienia (podobnie jak akademików i dziennikarzy) za rzekome popieranie przebywającego za granicą odpowiednika naszego Sorosa. Mimo że zgodnie z planami naszych przywódców chcemy być Turcją, w Polsce, którą od Turcji różni to, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, instytucje sądowe niszczy się w inny, znany z najnowszej historii sposób – przez ich wydrążanie.

Wydrążanie, znane w literaturze jako „hollowing out”, polega na formalnym pozostawieniu instytucji, ale pozbawieniu jej zupełnie treści i funkcji. W ten sposób zawsze można powiedzieć, że trybunał, sąd czy rada działają, podczas gdy są już tylko wydmuszkami. Działanie takie jest bardziej skuteczne, bo zlikwidowanie sądu albo wsadzenie sędziów za kratki mogłoby spowodować w niektórych krajach poważne protesty. A tak jest spokojniej.

Jak przebiega wydrążanie? Poprzez tzw. mierne powołania (“mediocre appointments”). Zamiast ludzi wykwalifikowanych do instytucji chroniących państwo prawa powołuje się ludzi, którzy nie mają kwalifikacji merytorycznych, etycznych, albo po prostu nie mają kręgosłupa. Ludzie ci w normalnych warunkach nigdy nie trafiliby do tych instytucji, więc są bezgranicznie wdzięczni za to powołanie, co objawia się w lojalności wobec powołujących. Co więcej, jedyną szansą powołanych na pozostanie na stanowiskach jest obrona pozycji tych, którzy ich powołali. W ten sposób koło lojalności się domyka.

Instytucja powstała w wyniku miernych powołań jest łatwym do sterowania narzędziem w rękach polityków, którym normalne instytucje państwa prawa przeszkadzają w działaniu, bo je recenzują. Po pierwsze, osoby zasiadające w instytucjach są wobec polityków bezgranicznie lojalne, pod drugie, ponieważ nie mają kwalifikacji, są podatne na sterowanie merytoryczne (bo same nie wiedzą, co robić) oraz sterowanie moralne (a raczej amoralne), ponieważ nie potrafią się sterującemu sprzeciwić. Dzięki temu instytucje, które powinny być recenzentem polityków, stają się ich klakierami.

Powyższy proces wydrążania instytucji przez mierne powołania oczywiście nastąpił u nas najpierw w przypadku Trybunału Konstytucyjnego. Przykładem miernego powołania było powołanie sędzi Julii Przyłębskiej, której kwalifikacje sędziowskie zostały drastycznie nisko ocenione w przeszłości. Nie stało to jednak na przeszkodzie powierzeniu jej najwyższej funkcji sędziowskiej w Polsce. Także inne powołania do TK budziły poważne wątpliwości w zakresie etycznym (tu przykładami są Muszyński czy Zielonacki), czy też w zakresie niezależności i apolityczności. W efekcie tych i innych działań Trybunał stał się wydmuszką, i nie tylko nie pełni swojej podstawowej roli recenzowania ustaw rządzącej większości, ale aktywnie wspiera ją w niszczeniu innych instytucji, w tym KRS i SN.

Proces wydrążania z treści przez mierne powołania przeniósł się następnie na KRS. Niektórzy sędziowie w niej zasiadający mają na swoim koncie dyscyplinarki oraz przerażająco niski wynik 90-procentowych uchyleń wyroków w wyższych instancjach, co oznacza, że niemal wszystkie ich wyroki były błędne. To powoduje, że sędziowie-członkowie KRS są zadowoleni z tego, że dostali stołek i ani ważą się sprzeciwić politykom zasiadającym w KRS, kiedy ci na przykład oceniają sędziów na podstawie listy wizyt w siedzibie Komisji Europejskiej. W ten sposób KRS, zamiast pełnić swoją konstytucyjną rolę ochroniarza sędziowskiej niezawisłości, jest wygodnym narzędziem jej niszczenia.

Wreszcie proces wydrążania w całej swej okazałości jest widoczny w powoływaniu sędziów do Sądu Najwyższego. Tu nawet nie udaje się, że strategia BMW (bierny, mierny, ale wierny) jest strategią jedyną. Powołania prokuratora Rocha, który kazał przesłuchiwać rodzącą kobietę, co zostało uznane za równe torturom i nieludzkiemu traktowaniu, czy też powołania takich osób, jak mec. Tomczyński, z jego wątpliwą etycznie przeszłością, czy mec. Ułaszonek-Kubacka z dyscyplinarką, dowodzą, że trend został utrzymany. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem miernego powołania było dopchnięte kolanem powołanie prof. Zaradkiewicza. I nie chodzi tu o merytorykę – na prawie cywilnym kandydat się bardzo dobrze zna. Chodzi o kręgosłup, a raczej jego brak, oraz o zależność od Ministra Ziobry. Skoro dzisiaj profesor zmienił zdanie w sprawie związków tej samej płci, bo minister potrzebował odpowiedniego dokumentu na posiedzenie KRS, w ilu sprawach w przyszłości sędzia SN Zaradkiewicz zmieni zdanie, bo czegoś będzie potrzebował minister Ziobro?

Nie ma żadnego znaczenia, czy instytucję niszczy się przez likwidację czy przez wydrążenie. Efekt jest ten sam – instytucja chroniąca państwo prawa nie działa, bo nie może pełnić swojej funkcji. A politycy robią wtedy, co chcą. I dlatego trzeba się wydrążaniu przeciwstawiać.

Jak prowadzić kampanię wyborczą na stanowisko sędziego w Polsce po 2015 roku – przykład prof. Zaradkiewicza i mec. Tomczyńskiego

 

24 października 2016 przestawiłem w poście na FB krótką analizę konta Twitter prof. Kamila Zaradkiewicza (konta, niestety, już nieistniejącego). Wskazałem wtedy, że podejmuje on wiele aktywności, które przedstawiają go jako idealnego kandydata na sędziego TK. Sformułowałem nawet 10 rad dla kogoś, kto prowadziłby kampanię wyborczą w celu uzyskania stanowiska sędziego w Polsce po roku 2015 (wszystkie rady zostały oparte na autentycznych wpisach prof. Zaradkiewicza). Rady te przypominam poniżej, a robię to dlatego, ponieważ w ślady K. Zaradkiewicza idzie obecnie mec. Adam Tomczyński, kandydat na sędziego SN. Ale najpierw przypomnijmy rady oparte na profilu K. Zaradkiewicza:

1.  Wybierz sobie hasło, które brzmi wystarczająco niezłomnie i twardo, ale jednocześnie inteligencko: na przykład „Do tych, co mają tak za tak, nie za nie — Bez światłocienia”

2.  Pokaż ludzką, ale i tradycyjną twarz – zamieszczaj fotografie z rodziną, najlepiej w tradycyjnych, góralskich strojach.

3.  Jeśli masz konto na Twitterze, retweetuj oficjalne wypowiedzi Prezydenta RP, który mówi, że próba skoku na TK nie może stanąć na przeszkodzie ważnym zmianom dla Polski. Dodaj piękne zdjęcie charyzmatycznego Prezydenta.

4.  Bądź wierny i nie bój się okazywać emocji – ze wszystkich możliwych ludzi, którym można okazać szacunek, okazuj go żołnierzom wyklętym; opisz ze szczegółami swój osobisty proces żałoby po katastrofie smoleńskiej.

5.  Bądź bezstronny – ze wszystkich ludzi, których można krytykować, krytykuj wyłącznie obecnego Prezesa TK Rzeplińskiego i byłego prezesa TK Stępnia, no może jeszcze Sorosa, Borysa Budkę z PO i Fundację Batorego, no i generalnie wszystkich krytykowanych przez Prawo i Sprawiedliwość.

6.  Bądź zdecydowany, nie bierz jeńców – jeśli ktoś broni Trybunału, nawet jeśli jest Prezesem francuskiego czy niemieckiego sądu konstytucyjnego, napisz wyraźnie, że obaj są socjalistami, wklej na profil informację, że sąd konstytucyjny Twojego kraju był komunistyczną instytucja fasadową; popraw wskazaniem, że TK jest winny dzikiej reprywatyzacji, a co.

7.   Nie wstydź się swojej wiary – przypomnij od czasu do czasu, że brakuje w wolnej Polsce głosu księdza Popiełuszki. Wklej zdjęcie Księdza z młodości.

8.   Bądź wrażliwy na ludzką krzywdę – poinformuje oficjalnie, że zacząłeś śledzić profil Misiewicza w momencie, kiedy stał się on przedmiotem bezpardonowych ataków.

9.   Wspieraj tych, którzy ciebie wspierają – jeśli ktoś pisze, że powinieneś zostać sędzią TK, pokaż wszystkim kilkadziesiąt razy, że ludzie naprawdę chcą, żebyś został sędzią, a nawet zbierają w tym celu podpisy.

10. Bądź w tym wszystkim wstrzemięźliwy i taktowny – nigdy nie mów, że chcesz zostać sędzią, ani jakie są twoje sympatie polityczne, bo to byłoby zbyt oczywiste.

Jak powiedziałem, mec. Tomczyński ewidentnie skorzystał z moich rad! Na jego profilu na Twitterze (@artomczynski) w ostatnim czasie, już po ogłoszeniu kandydowania do SN, zauważamy następujące aktywności:

– mocne zainteresowanie Rotmistrzem Pileckim („patriotyczny rock, pieśń o ROTMISTRZU, polecam”, „WITOLD PILECKI – dzięki”),

– wyraźne przeciwstawienie zdrowego, polskiego patriotyzmu zgniłej sympatii do Unii Europejskiej: „[cytat z innej osoby: „gdy słyszę Odę do radości to drżę”] – ja drżę i zatrzymuję się na dźwięk polskiego hymnu.”

– krytykę kulinarną polityków PO („Bronisław  Komorowski – bigos, Ewa Kopacz – kotleciki ładnie pachną, Rafał Trzaskowski – dżem (…) I jak ich wszystkich traktować poważnie?”)

– analizy porównawcze stanu praworządności w Polsce i za granicą („kornik, policja, sądy – u nas to naruszenie prawa UE, u nich to NORMALKA”)

– mocne wsparcie dla kampanii Patryka Jakiego („ma zdrowie i ma słuchaczy”, „Jaki bije Trzaskowskiego na głowę naturalnością i otwartością, no i ODDAJE kamienice”),

– bezpośrednie, wyraźne uwielbienie dla Premiera: „Morawiecki trafia do ludzi – bardzo dobre przemówienie w Sandomierzu”, „tak, ma tę umiejętność człowiek z elit, człowiek z banku, a przypatrzył się Beacie i Dudzie – jest dobrze”.

Ten ostatni element nieco mnie zaniepokoił – pomyślałem, że może jest mec. Tomczyński, kandydat na apolitycznego sędziego SN, jednak zbyt bezpośredni w deklarowaniu swoich politycznych sympatii. Może jest to jednak zbyt grubymi nićmi szyte? Kamil Zaradkiewicz, jak wskazałem w radzie nr 10, był przecież jednak bardziej wstrzemięźliwy…

Ale w końcu zrozumiałem, że nie doceniam mecenasa. Przecież Kamil Zaradkiewicz swoją kampanię wyborczą na sędziego TK przegrał! Może właśnie ta wstrzemięźliwość go zgubiła? Mec. Tomczyński jak każdy inteligentny człowiek uczy się na błędach i opowiada się jednoznacznie za  jedyną słuszną siłą polityczną. Co za spryt!

Działania obu panów dowodzą, że chyba jednak powinniśmy w Polsce, wzorem USA, wprowadzić powszechne wybory na niektóre stanowiska sędziowskie. Ależ byłaby to fascynująca kampania wyborcza!

PS. Zawsze, kiedy napiszę ironiczny i sarkastyczny post, zastanawiam się, czy go otwartym tekstem jednak nie wyjaśnić. Ale odrzucam tę pokusę. Trzeba wierzyć w ludzką inteligencję.

Polityka Insight staje się symetrystyczna w sprawie zamachu na praworządność

Zauważam, że popularny i profesjonalny serwis informacyjny Polityka Insight staje się bardzo symetrystyczny w kwestiach polskiej praworządności. We wtorek opublikował artykuł pt. „Prawnicy podzieleni w sprawie SN” . Odnoszę się do tego artykułu z dwóch powodów – po pierwsze, jest on nierzetelny, po drugie jestem w nim wspomniany.

Główna teza artykułu jest taka, że sprawa zagrożenia polskiej praworządności jest niejednoznaczna, bo zdania prawników są podzielone. Są bowiem zarówno prawnicy krytykujący rząd, jak i wspierający.

Z jednej strony autorzy artykułu pokazują środowiska polskich adwokatów i radców prawnych: są krytyczni, bo oba samorządy podjęły jasne uchwały krytyczne w sprawie kandydowania do SN, ale są… nieskuteczni, bo niektórzy radcowie i adwokaci jednak kandydują. Autorzy mają jednak problem z pokazaniem oficjalnych stanowisk radców prawnych i adwokatów, którzy popieraliby zmiany dotyczące SN.

Z drugiej strony – prawników popierających rząd – autorzy pokazują pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości, np. prof. Kamila Zaradkiewicza. Ten akurat popiera zmiany w SN i jest skuteczny, bo sam kandyduje. Oprócz niego po stronie wspierających rząd mamy grono „niezależnych” (mój cudzysłów) prawników-naukowców, o takich nazwiskach, jak Muszyński, Manowska, czy Bosek. Wszyscy są w sposób oczywisty związani z politykami PiS albo wprost dla nich pracują. Ale ich zdanie jest w artykule przeciwstawione zdaniu niezależnych samorządów prawniczych.

Artykuł daje nam wiec obraz dość zbalansowanej równowagi zdań: Zaradkiewicz i spółka vs. dwie, liczące kilkadziesiąt tysięcy prawników korporacje. Można by zburzyć ten zbalansowany obraz twierdzeniem, że nie wszyscy pracownicy Ministerstwa Sprawiedliwości i prawnicy powiązani z rządem kandydują do SN, więc może jednak nie wszyscy popierają zmiany wprowadzane przez rząd. Byłby to jednak równie rzetelny argument jak ten, że kandydowanie niektórych radców i adwokatów oznacza poparcie dla tych zmian przez adwokatów i radców prawnych w ogóle. Ale zostawmy tę kwestię.

Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego artykuł do grupy prawników krytykujących rząd kwalifikuje radców i adwokatów, a do grupy popierających kwalifikuje, jak piszą autorzy, „autorytety naukowe”? Dlaczego w pierwszej grupie nie wspomina się autorytetów naukowych? Bo zburzyłoby to symetrystyczny, fałszywy balans? Dlaczego artykuł nie wspomina kilkunastu uchwał polskich wydziałów prawa, krytycznych pod adresem zmian w polskiej praworządności? Dlaczego nie padają w artykule nazwiska takich krytyków, jak Strzembosz, Zoll, Łętowska, Zimmermann, Wyrzykowski, czy Sadurski? Skoro po stronie popierających wskazuje się naukowców, dlaczego nie robi się tego po stronie krytyków? Czy były jakiekolwiek uchwały polskich wydziałów prawa popierające zmiany w polskim wymiarze sprawiedliwości wprowadzane przez PiS?

Oczywiście, autorzy odpowiedzą: piszemy o radcach prawnych i adwokatach. Ale dlaczego tylko o nich? A nawet jeśli o nich: dlaczego artykuł pomija list kilkuset partnerów polskich kancelarii, także radców i adwokatów, krytykujących zmiany w SN, a kierowany do Prezydenta?

Niestety, trudno zrozumieć, dlaczego żadnej z tych kwestii artykuł nie porusza. Pokazuje za to, że po stronie krytyków najbardziej aktywni są adwokat Giertych i radca prawny Matczak. Pomijam już fakt, że moją krytykę zawsze formułowałem jako profesor UW, nie jako radca prawny. Artykuł pokazuje, że krytyka Giertycha i Matczaka nie jest do końca wiarygodna, bo jest polityczna. Wszak Giertych aktywnym politykiem był, a Matczak… No cóż, wprawdzie nie był, ale chyba będzie. Autorzy piszą tak:

„Giertych jest b. politykiem i adwokatem czynnych polityków, a Matczakowi przypisuje się ambicje polityczne.”

„Przypisuje się”? Wygodna bezosobowa forma gramatyczna. Czy naprawdę rzetelny dziennikarz może zrównać czyjąś wieloletnią aktywność polityczną, w tym udział w rządzie PiS, i fakt, że mnie „przypisuje się” polityczne ambicje? Czy rzetelny dziennikarz może uznać, że stan „przypisywania” osłabia wiarygodność argumentów tak, jak formułowanie argumentów przez rzeczywistego polityka? Wreszcie, czy rzetelny dziennikarz nie powinien wskazać, że wyraźnie, publicznie oświadczyłem, że żadnych ambicji politycznych nie mam? Te pytania są oczywiście retoryczne.

Smutną prawdą jest to, że artykuł ustawia sobie relacje między prawniczymi krytykami rządu i zwolennikami jak chce – a chce, żeby wyszła mu symetrystyczna równowaga: adwokat-polityk Giertych i radca prawny-polityk in spe Matczak z jednej strony oraz autorytet naukowy prof. Zaradkiewicz z drugiej. A poza tym nic i nikt.

Konkluzja artykułu jest następująca: „To osłabia wiarygodność protestu środowiska prawniczego i działa na korzyść rządu, który może przekonywać wyborców, że prawnicy są podzieleni w ocenie zmian, a krytycy mają prawo do swoich opinii, ale nie muszą mieć racji.”

Rozumiem, że wśród prenumeratorów Polityki Insight są ludzie popierający rząd, a podobno nawet sam premier. Rozumiem, że lubią sobie oni przeczytać, że coś działa na ich korzyść. Ale teza Polityki Insight, że prawda w sprawie zamachu na SN leży pośrodku, bo prawnicy są podzieleni, jest podwójnie fałszywa. Po pierwsze, polscy prawnicy nie są podzieleni, ale jednoznaczni w swojej krytyce tych zmian. Po drugie, prawda w sprawie zamachu na polską praworządność nie leży pośrodku, ale leży tam, gdzie leży: zamach jest zamachem i nigdy w naszej historii takiego zamachu nie było.

W związku z tym wszystkim proponuję dziennikarzom Polityki Insight napisanie w kolejnym numerze artykułu zatytułowanego „Polscy lekarze podzieleni w sprawie szczepionek”. Na pewno da się znaleźć jakiegoś doktora wspierającego antyszczepionkowców i zestawić go ze stanowiskiem samorządu lekarskiego. A potem pokazać, że stanowisko samorządu jest nieskuteczne, bo przecież nie wszyscy się szczepią. Powodzenia!

Pomnikowa inwazja konstytucyjnych fartuszków

Rysunek – Aleksandra Lechańska

 

Każda władza o zapędach autorytarnych boi się ośmieszenia jak diabeł święconej wody. Pewnie dlatego policja chce ścigać ludzi, którzy ubierają pomniki w fartuszki z napisem „Konstytucja” i tych, którzy naklejają na budynki biur poselskich naklejki „PZPR”. Takie działania stanowią podobno znieważenie pomników i niszczenie mienia. Uważam te zarzuty za bezpodstawne. Nie tylko dlatego, że uznawanie konstytucyjnych fartuszków za „banery reklamowe” (a tak przecież kwalifikuje je policja) jest żywcem wyjęte z Monty Pythona. Nawiasem mówiąc reklama Konstytucji jest niewątpliwie w opinii partii rządzącej reklamą sprzeczną z dobrymi obyczajami, a także – ponieważ Konstytucja ustala kadencję I Prezes SN – z przepisami prawa. W szczególności reklama Konstytucji, zwłaszcza artykułu o 6-letniej kadencji I Prezes SN, jest sprzeczna z ustawą o Sądzie Najwyższym. Dlatego pewnie policja ją ściga.

Akcje fartuszkowa i naklejkowa mają charakter artystycznych happeningów i jako takie korzystają z ochrony prawnej związanej z wolnością wypowiedzi i wyrażania poglądów. Wolność wypowiedzi chroni nie tylko wolność słowa, ale wolność dokonywania wszelkich aktów mowy, nawet takich, do których dokonania nie trzeba użyć słów. Chronionym przez tę wolność niewerbalnym aktem mowy może być trzymana w trakcie hymnu narodowego w górze zaciśnięta pięść, polubienie postu na Facebooku (like) czy spalenie flagi.

W związku z tym ostatnim przypadkiem warto przywołać znaną amerykańską sprawę  Texas v. Johnson, w której za działanie chronione swobodą wypowiedzi Sąd Najwyższy USA uznał spalenie amerykańskiej flagi w proteście przeciwko zaangażowaniu wojennemu USA. Spalenie flagi to rzeczywiście zniszczenie mienia i  znieważenie, a jednak uznano to za działanie usprawiedliwione. Jak stwierdził sędzia Brennan:

„Jeżeli jest jakaś fundamentalna zasada, na której opiera się swoboda wypowiedzi, jest nią twierdzenie, że rząd nie może zabronić wyrażania jakiejś idei po prostu dlatego, że społeczeństwo uznaje ją za obraźliwą bądź nieprzyjemną”.

Ochrona, jaką w prawie amerykańskim otacza się wolność wypowiedzi, jest oczywiście dalej idąca niż w Europie. Z drugiej strony jednak w przypadku fartuszków na pomnikach i naklejek na biurach nie mamy  do czynienia ze zniszczeniem mienia (fartuszki z Konstytucją i naklejki można łatwo usunąć). Napis „Konstytucja” na pewno nie jest obraźliwy, a nazwa „PZPR” jest skrótowym wyrażeniem opinii o działaniach posłów partii rządzącej wobec sądownictwa, które nawet w opinii Komisji Weneckiej zostały porównane do działań podejmowanych w Związku Radzieckim. Ponadto, do osób pełniących funkcje publiczne powinno się w zakresie zniewagi stosować zasadę „grubej skóry” – innymi słowy w ich krytyce można sobie pozwolić na więcej.

Zupełnie absurdalny jest także zarzut, że posługiwanie się skrótem „PZPR” na naklejkach jest promowaniem totalitaryzmu. Zarzut ten wpisuje się w inne, popularne ostatnio działania, polegające na takim przekwalifikowaniu danej sytuacji, aby podpadła pod określony paragraf. Jakiś czas temu przykładowo pozostawienie zapalonych zniczy pod biurem poselskim uznano za „zaśmiecanie”. Takie ruchy są manipulacją, która wyrywa dane działanie z jego kontekstu kulturowego i odrywa od zamiaru osoby, która tych działań dokonuje. Na wagę obu tych elementów zwracała w swoich analizach akcji fartuszkowej prof. Ewa Łętowska, słusznie wskazując, że każdą wypowiedź, każdy akt mowy  należy oceniać w kontekście. Ten zaś wskazuje, że intencją intencją używającej skrótu „PZPR” było oskarżenie kogoś o działanie podobne do działania PZPR. To oznacza, że skrót „PZPR” został użyty pejoratywnie. Jako taki nie może być uznany za propagowanie czegokolwiek – promowanie polega przecież na przedstawianiu czegoś w pozytywnym, nie negatywnym świetle. Kiedy nazywam kogoś faszystą, bo nie akceptuję jego działań, to przecież nie propaguję faszyzmu, tylko potępiam faszyzm, bo odnoszę to słowo do negatywnego zachowania.

Wszystkie powyższe argumenty prowadzą do konstatacji, że policja i prokuratura nie powinny wspomnianych akcji ścigać, a jeśli będą, sądy powinny ludzi biorących udział w tych akcjach uniewinniać stosując bezpośrednio konstytucję. Inną sytuacją jest rzeczywiste niszczenie mienia, na przykład pisanie sprajem na murach budynków – takie działanie jest wandalizmem. Nie jest ono także konieczne dla zachowania możliwości swobodnego wyrażania swoich poglądów, bo istnieją – jak pokazano – bardziej łagodne a równie skuteczne środki ekspresji, takie jak moje ulubione konstytucyjne pomnikowe fartuszki.

Co zrobił dziś SN

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Polski Sąd Najwyższy zadał dziś sześć pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE. To, że mógł to zrobić, nie budzi wątpliwości. To, co wzbudziło dyskusję, to fakt, że Sąd Najwyższy jednocześnie ZAWIESIŁ stosowanie niektórych przepisów ustawy o SN dotyczących przenoszenia sędziów powyżej 65 lat w stan spoczynku. Mógł to zrobić, ponieważ:

– Polska jest od 2004 roku członkiem UE,
– prawo UE jest na mocy Konstytucji prawem polskim,
– kiedy sąd krajowy, który jest także sądem unijnym, rozstrzyga kwestię z elementem międzynarodowym, musi mieć pewność, że jest rzeczywiście sądem unijnym, który z definicji musi być niezależny od polityków, a w związku z tym, czy Polska, zgodnie z art. 19 Traktatu o UE zapewnia skuteczne środki zaskarżenia (skuteczny jest tylko środek kierowany do niezależnego sądu),
– ponieważ Sąd Najwyższy nie ma takiej pewności z powodu zmian w prawie wprowadzonych przez PiS, zadał pytanie do Trybunału Sprawiedliwości,
– mógł, a nawet miał obowiązek przy tym ZAWIESIĆ stosowanie ustawy krajowej do czasu uzyskania odpowiedzi na zadane pytania,
– możliwość takiego działania potwierdzają wcześniejsze orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości – Factortame: C-213/89 i Zuckerfabrik: C-143/88 & C-92/89 – pisał o takiej opcji m.in dr Taborowski,
– organy państwa polskiego, w tym Prezydent i KRS mają obowiązek bezwzględnego podporządkowania się decyzji Sądu Najwyższego, no chyba że chcą wyjść z UE.

Wszystkim zaszokowanym decyzją SN chcę zwrócić uwagę, że żyjemy w XXI wieku, nie w XIX, kiedy sędziowie byli wykonawcami rozkazów władcy. W XXI wieku sędziowie są władzą i dzisiaj to pokazali. Oczekuję, że wszyscy krzykacze, którzy wymagali od sędziów podporządkowania się obowiązującym ustawom, podporządkują się, kiedy takie same ustawy, korzystające z domniemania konstytucyjności, są stosowane przez tych sędziów. W końcu Dura lex sed lex, prawda? Pierwsze wypowiedzi oczywiście wskazują, że polscy politycy zlekceważą decyzję sądu. To najlepiej pokaże, że żyjemy w republice bananowej i że zmierzamy w kierunku całkowitej anarchii.