Posts tagged TK

Polskie państwo prawa – remanent po trzech latach

Poniższy tekst został pierwotnie opublikowany w wydanej przez Gazetę Wyborczą “Czarnej księdze trzech lat rządów PiS”  i nosi w niej tytuł “Koniec trójpodziału władzy”.

 

I oto jesteśmy na jesieni 2018 roku. Mocno poobijani po prawie trzyletnim boju o Konstytucję i praworządność, albo o sprawiedliwość i demokrację, w zależności od tego, po której stronie staliśmy. Kurz jeszcze nie opadł, bo walka wchodzi na nowy poziom – już nie jest tylko krajowa, bo wraz z zaangażowaniem Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości konflikt lokalny przerodził się w regionalny. Wciąż każdy wynik jest możliwy, ale pewnych efektów tego konfliktu nie da się cofnąć. Trzeba więc podsumować to, co stało się dotychczas.

Po zwycięstwie wyborczym w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość przystąpiło do działań, których głównym przesłaniem było zlikwidowanie tzw. imposybilizmu prawnego. Terminu tego użył Jarosław Kaczyński jeszcze za poprzednich rządów PiS, zaraz po tym, jak Trybunał Konstytucyjny uchylił ustawę lustracyjną, jeden ze sztandarowych projektów legislacyjnych tamtego rządu. Imposybilizm prawny oznacza niemożność zreformowania państwa ze względu na sztuczne, abstrakcyjne obostrzenia prawne, które – w rozumieniu twórcy tego terminu – nie są społeczeństwu potrzebne. Są one wręcz szkodliwe, ponieważ hamują wolę narodu, który chce zmian.

Problem z imposybilizmem polega na tym, że nie jest do końca jasne, skąd mamy wiedzieć, czego naród chce. Ograniczenia prawne nałożone Konstytucją to ograniczenia, które na władzę nałożył ten sam naród, który niby teraz chce je zrzucić. Oczywiście, bywają narody kapryśne i zmienne, i nie można im odmówić prawa do zmiany zdania. Tyle tylko, że zmiana zdania musi nastąpić w tej samej formie, w jakiej nastąpiło wyrażenie tego zdania, a więc poprzez zmianę Konstytucji. Do tego trzeba mieć polityczną siłę większości konstytucyjnej, a takiej PiS w wyborach nie otrzymało. Twierdzenie zatem, że naród chce fundamentalnej zmiany, nie jest uzasadnione, a polega tylko na intuicji politycznej lidera zwycięskiej partii. W państwach współczesnych, które chcą funkcjonować pokojowo, bez rewolucji, intuicja polityczna to za mało, żeby zmienić ustrój.

Jak się jednak okazuje, można próbować. Jeśli nie da się zmienić Konstytucji formalnie, można zmieniać ją faktycznie, przejmując kontrolę nad instytucjami, które mają tej Konstytucji bronić. Przez cały rok 2016 trwały zatem usilne starania partii rządzącej, aby sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, który w naszym systemie prawnym jest głównym konstytucyjnym policjantem. Konstytucja ma rację bytu o tyle, o ile jest ktoś, kto może skutecznie stwierdzić, że ustawa zaproponowana przez rząd a uchwalona przez parlament jest z tą konstytucją niezgodna. Jeśli nie ma kogoś takiego, każde naruszenie Konstytucji ujdzie rządzącym płazem, podobnie jak przy braku policjanta lub policyjnej kamery na skrzyżowaniu uchodzi kierowcom płazem każde naruszenie przepisów o ruchu drogowym. Dlatego pierwszym etapem procesu likwidacji imposybilizmu prawnego była próba faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego. I była to próba niestety udana.

Po grudniu 2016 roku, kiedy zakończył swoją kadencję Andrzej Rzepliński, Trybunał Konstytucyjny nie tylko przestał być jakąkolwiek przeszkodą dla władzy politycznej, która chce swobodnie zmieniać Polskę, ale zaczął być aktywnie wykorzystywany jako narzędzie tej zmiany. Najpierw Minister Sprawiedliwości efektywnie wykluczył z orzekania trzech dawniej wybranych sędziów, co nie byłoby możliwe bez współpracy wybranej niezgodnie z Konstytucją na stanowisko Prezes TK Julii Przyłębskiej. Następnie Trybunał został wykorzystany do przejęcia kontroli nad innymi instytucjami ważnymi dla państwa prawa, a mianowicie nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym. W ten sposób pierwszy etap tzw. naprawiania polskich instytucji odpowiedzialnych za obronę państwa prawa zakończył się całkowitym popsuciem Trybunału Konstytucyjnego. Sensem istnienia sądu konstytucyjnego w każdej demokracji jest jego zdolność do sprzeciwienia się aktualnie rządzącej większości. Taki jest sens posiadania konstytucji, która ogranicza rządzących w ich działaniach politycznych, a więc i taki jest sens istnienia konstytucyjnego policjanta, jakim Trybunał jest. Jeśli ten policjant zgadza się we wszystkim z tymi, których ma pilnować, a nawet pomaga w realizacji ich planów, cała konstrukcja zostaje postawiona na głowie.

Wynika to z faktu, że po II Wojnie Światowej, a więc po doświadczeniu nazizmu i holokaustu. zrozumieliśmy, że większość, która demokratycznie zdobyła władzę, może wydzielić ze społeczeństwa mniejszość, prześladować ją, a ostatecznie ją zabić. Aby nigdy więcej taka sytuacja się nie powtórzyła, w drugiej połowie XX wieku wzmocniliśmy rolę konstytucji oraz regulacji międzynarodowych chroniących prawa człowieka. Współcześnie te regulacje pełnią rolę, jaką kiedyś pełniły wymogi prawa naturalnego: ograniczają swobodę prawodawcy, ustalają nieprzekraczalne granice, takie jak nienaruszalność godności człowieka czy specjalna ochrona jego wolności. Z tego samego wzmocniona została rola sądów konstytucyjnych, stojących na straży tych wartości.

W Polsce mogliśmy tego ostatecznie dokonać dopiero w 1997, kiedy pozbawiliśmy Sejm możliwości odrzucania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego odpowiednią większością głosów. Oznaczało to, że wyroki Trybunału stały się ostateczne – i takie były, zanim obecna większość rządząca przyznała sobie prawo do ich oceny przed publikacją. Kiedy bowiem premier Szydło odmówiła publikacji wyroku Trybunału i uznała, że nie ma on mocy prawnej, w rzeczywistości postawiła siebie i swój rząd ponad konstytucją. Z całą pewnością ta decyzja była najbardziej szkodliwym w skutkach precedensem w historii polskiego państwa prawa. Po tej decyzji już nigdy nie będzie można być pewnym, czy inny polityk nie zechce wykorzystać tego precedensu dla swoich celów. Dlatego właśnie zakwestionowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z najpoważniejszych deliktów konstytucyjnych, które przyniósł obecny kryzys, i który musi zostać w przyszłości przykładnie ukarany przez Trybunał Stanu.

Następnym krokiem w demontażu polskiego państwa prawa było przejęcie przez obecną władzę kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa (KRS). Rada ta, zgodnie z Konstytucją RP, jest organem stojącym na straży niezależności sądów i niezależności sędziów, i pełni kluczową rolę. Decyduje o sędziowskich powołaniach i awansach, a także ma chronić sędziów przed jakimikolwiek zewnętrznymi naciskami, w tym naciskami ze strony polityków. Jej konstrukcja została w Konstytucji pomyślna w taki sposób, żeby była ona platformą pozwalającą na współpracę wszystkich trzech władz. Dlatego każda z władz ma w niej przedstawicieli, i każda swoich przedstawicieli wybiera.

A raczej wybierała, ponieważ narzędziem przejęcia kontroli na KRS stała się zmiana wyboru tych członków Rady, którzy reprezentują sędziów. Mimo że przedstawicieli władzy ustawodawczej w KRS nadal wybiera władza ustawodawcza, mimo że przedstawicieli władzy wykonawczej w Radzie nadal wybiera władza wykonawcza, to przedstawicieli sędziów nie wybierają już sędziowie. Ich przedstawicieli wybiera władza ustawodawcza. To trochę tak, jak gdyby przedstawicielki kobiet do Krajowej Rady Równouprawnienia Płci (gdyby w Konstytucji taka istniała) były wybierane przez mężczyzn. Dodatkowo, kiedy patrzy się na powiązania członków KRS z Ministrem Sprawiedliwości, a więc z władzą wykonawczą, którą ci sędziowie mają równoważyć, to właściwie ma się pewność, że te wybrane przez mężczyzn kobiety byłyby od nich całkowicie zależne. Tak jak w tej hipotetycznej sytuacji trudno oczekiwać, że zależne od mężczyzn i wybierane przez nich kobiety będą równoważyły męską władzę, tak w sytuacji rzeczywistej trudno oczekiwać, że wybrani przez polityków i zależni od nich sędziowie będą równoważyć władzę polityczną.

Nowy wybór sędziowskich członków KRS zamienił to ciało, zgodnie ze scenariuszem przećwiczonym w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, w podmiot działający i myślący dokładnie tak, jak tego chce obecna władza. Bolesnym symbolem tej jedności celów, myśli i działań jest milczenie KRS wobec oburzających społeczność międzynarodową ataków na polskie sądy. KRS nie reaguje na ataki słowne, które raz po raz politycy przypuszczają na sędziów, podejmujących działania niezgodne z linią partii rządzącej. Co więcej, KRS nie widzi nic złego w urzeczywistniających się obecnie groźbach wszczęcia postępowań dyscyplinarnych, które ewidentnie są sposobem na zastraszenie środowiska sędziowskiego oraz wytworzenie tzw. efektu mrożącego – obawy przed sprzeciwem wobec władzy.

W zamian za to członkowie KRS powołani przez obecną większość parlamentarną bez szemrania głosują nad sędziowskimi awansami z uwzględnieniem dostarczonej przez polityków „czarnej listy” sędziów, którzy śmieli głośno mówić o polskich problemach w Brukseli. Koronnym argumentem na to, że KRS działa i myśli dokładnie tak, jak chce tego władza, jest zlekceważenie postanowienia o zabezpieczeniu wydanego ostatnio przez Naczelny Sąd Administracyjny, które nakazało zatrzymać proces obsadzenia wakatów w SN. Mimo że sędziowie NSA zakazali KRS przekazania uchwał Prezydentowi RP, KRS – ta sama, która ma wzmacniać pozycję sędziów, zrobiła to, a tym samym poniżyła sędziów, uznając decyzje przez nich wydane za pozbawione znaczenia.

Tak jak Trybunał Konstytucyjny posłużył jako narzędzie przejęcia kontroli nad KRS, tak przejęta KRS posłużyła politykom za narzędzie przejęcia kontroli nad Sądem Najwyższym. Zdominowana przez polityków KRS dość łatwo i rekordowo szybko wybrała kandydatów do Izby Dyscyplinarnej SN. Szybkość wyboru, który trwał krócej niż prowadzony mniej więcej w tym samym czasie konkurs na kalendarzyki kieszonkowe dla posłów, była odwrotnie proporcjonalna do niezależności wybranych kandydatów od aktualnie rządzących.

W wyniku przeprowadzonej procedury za sędziów SN uważają się obecnie między innymi Jan Majchrowski, nadzorujący przygotowanie polskiej odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej, Adam Tomczyński, radca prawny komplementujący władzę w telewizji publicznej oraz prokurator Adam Roch. Majchrowski w odpowiedzi na zarzuty Komisji Weneckiej poparł propagowaną przez obecną władzy, a heretycką tezę, że nasza Konstytucja nie wymaga zachowania okresu vacatio legis, a więcupływu pewnego czasu między ogłoszeniem a wejściem w życie ustawy, choć tej oczywistości uczy się studentów na pierwszym roku prawa. Tomczyński w przeddzień swojego przesłuchania w KRS prezentował swoje zadziwiające rozumienie apolityczności sędziego, wychwalając wyborcze przemówienie premiera Morawieckiego. Natomiast Roch, zaufany prokurator Zbigniewa Ziobry, nakazał przesłuchanie rodzącej kobiety, co Europejski Trybunał Praw Człowieka słusznie uznał za nieludzkie traktowanie. Taki oto zespół ludzi decyduje o charakterze nowej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, wyznaczając zaiste nieznany dotąd wzorzec niezależności i moralności. Na szczęście osoby te zostały powołane do SN w oczywiście nieważnej procedurze, zapoczątkowanej obwieszczeniem Prezydenta RP, które mimo jasnego wymogu Konstytucji, nie zostało kontrasygnowane przez Premiera. Daje to nadzieje na ich rychłe usunięcie z zajmowanych stanowisk w momencie, kiedy podstawowe wymogi państwa prawa zostaną w Polsce przywrócone.

Kiedy popatrzy się na trzy procesy przejęcia kontroli nad trzema kluczowymi polskimi instytucjami państwa prawa, można wskazać pewien ich wspólny mianownik. To, co te procesy łączy, to cel: rzeczywista likwidacja kontroli nad działaniami władzy. W efekcie przejęcia tych trzech instytucji doszło do zmiany ustroju Polski. Ustrój oparty na trójpodziale władzy zamienił się nam na ustrój jednolitej władzy państwowej, znany z czasów komunistycznych, mimo że formalnie nie zmieniliśmy konstytucji. Nie sposób nazwać tej zmiany inaczej niż pełzającym zamachem stanu.

Wspólnym mianownikiem zamachów na niezależność TK, KRS i SN była także drastyczna zmiana języka, którym mówimy o prawie i gwałt na doktrynie prawniczej. Przeprowadzona rewolucja wymagała wytworzenia nieznanych dotąd sposobów interpretacji prawa. Jednym z tych sposobów byłą tzw. wykładnia wroga konstytucji (termin wprowadzony przez prof. Zajadło), widoczna zarówno w odpowiedzi zaprezentowanej Komisji Weneckiej, jak i w uzasadnieniach wyroków wydawanych przez Trybunał Konstytucyjny czy KRS już po przejęciu ich przez polityków. Innym była reinterpretacja uznanych doktryn, takich jak wspomniana już koncepcja vacatio legis.

Także powszechnie znana w Europie doktryna limitowania uprawnień władzy publicznej, znana pod hasłem „co nie jest władzy dozwolone, jest jej zakazane”, została przez obecnie rządzących odwrócona. Zgodnie z poglądem jednego z polityków PiS to, że Konstytucja nakazuje władzy działanie na podstawie prawa nie oznacza wcale, że nie wolno jej działać poza prawem (!).  Absurdalność tej wypowiedzi przebija jedynie twierdzenie, także sformułowane przez polityka rządzącej większości, że konstytucja musi być zgodna z ustawami, które ją doprecyzowują. Nieprawnikom zapewne trudno sobie wyobrazić jak horrendalne jest to stwierdzenie. To tak, jak gdyby proboszcz oczekiwał, że Katechizm Kościoła Katolickiego będzie zgodny z treścią jego kazania, a nie odwrotnie.

Trzecim wreszcie elementem, który łączy przejęcie politycznej kontroli nad TK, KRS i SN, jest drastyczne osłabienie autorytetu prawa, autorytetu sędziów i autorytetu sądów. Skoro bowiem premier może zlekceważyć wyrok TK, a KRS i Prezydent mogą zlekceważyć postanowienia zabezpieczające wydane przez SN i NSA, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy obywatel mógł zlekceważyć każdą decyzję sądu. Jeśli bowiem niezadowolenie z tej decyzji jest wystarczającym powodem, żeby ją ignorować, to prawo traci jakikolwiek sens. To właśnie osłabienie autorytetu prawa może okazać się najbardziej trwałą i najbardziej opłakaną w skutkach schedą po obecnej władzy.

Najsmutniejsze jest to, że prowadzona od trzech lat tzw. reforma polskiego sądownictwa, u której zarania stało przekonanie o konieczności likwidacji imposybilizmu prawnego do jeszcze gorszego imposybilizmu prowadzi. Naruszenie niezależności polskich instytucji sądowych doprowadziło do tzw. sprawy Celmera, w której Trybunał Sprawiedliwości w rzeczywistości nakazał sądom UE każdorazowe badanie, czy polskie sądy są na tyle niezależne, że można z zaufaniem wysłać do nich podsądnego. Taka decyzja oznacza drastyczne osłabienie skuteczności polskiego wymiaru sprawiedliwości. Zamiast szybkiego osądzenia oskarżonych, musimy czekać, aż sprawa niezależności naszego sądownictwa zostanie w każdej konkretnej sprawie wykazana. Podobnie jest w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, który pomimo wielu zmian sądzi o połowę mniej spraw niż przed zmianami, a jednocześnie cieszy się o wiele mniejszym zaufaniem społeczeństwa. Zamiast więc obiecanej poprawy mamy spowolnienie, osłabienie skuteczności oraz obniżenie poziomu moralnego w polskich instytucjach sądowych – symbolem tej ostatniej jest usunięcie z SN sędziego Zabłockiego, obrońcy opozycjonistów z okresu PRL oraz powołanie do tegoż sądu wspomnianego już prokuratora Rocha. Zaiste, dobra zmiana. 

Imposybilizm prawny zatem, zamiast likwidacji, uległ dalszemu wzmocnieniu. Co więcej, coraz częściej zaczyna on przyczyniać się do imposybilizmu gospodarczego. Jest prawdą powszechnie znaną, że stabilne państwo prawa, oparte na niezależności sądownictwa, jest warunkiem dla dokonywania inwestycji zagranicznych w danym kraju. Wynika to z faktu, że każdy, kto inwestuje u nas swoje pieniądze, chce mieć pewność, że są one chronione prawem i że w razie sporu z państwem niezależny sąd zagwarantuje sprawiedliwy proces. Niestety, kontrolowane przez polityków sądy takiego procesu nie gwarantują, przez co poziom inwestycji zagranicznych spada – do poziomu najniższego w naszej ostatniej historii. Osłabienie państwa prawa jest zatem jednoznaczne z osłabieniem polskiej gospodarki.

Jeśli dodać do tego olbrzymi konflikt z Unią Europejską, spowodowany forsowaniem ustaw sądowych, to wynik remanentu polskiej praworządności nie jest, niestety, zadowalający. Mnóstwo kosztów, niewidoczne zyski, zamiast plusa duży minus. A więc manko, które w wymiarze gospodarczym było w PRL-u uznawane za przestępstwo. Miejmy nadzieję, że tak też w wymiarze politycznym i prawnym będzie traktowane teraz. Manko praworządności musi być bowiem wyrównane, a ci, którzy do niego doprowadzili, muszą być ukarani. Inaczej nigdy nie przywrócimy prawdziwego prawa i prawdziwej sprawiedliwości.

 

 

Ziobro podkłada bombę pod polskie członkostwo w Unii Europejskiej

Wniosek Z. Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego trzeba rozpatrywać na dwóch poziomach. 

Po pierwsze, zaskarżenie art. 267 Traktatu bez względu na szczegóły wniosku zostanie odebrane przez całą Europę jako kwestionowanie podstawowego mechanizmu prawnego UE, a więc współpracy sądów krajowych z Trybunałem Sprawiedliwości UE w Luksemburgu, czyli zadawania pytań co do zgodności regulacji krajowych z unijnymi i udzielania odpowiedzi, które mają ujednolicić stosowanie prawa Unii w całej Europie. Jako takie, działanie to będzie odebrane jako wrogie.
 
Dodatkowo, Polska zaakceptowała te rozwiązania w referendum, a TK oceniał już raz cały traktat pod kątem zgodności z Konstytucją i uznał, że jest zgodny z Konstytucją. Sprawa będzie więc postrzegana jak odgrzewanie starego kotleta dla podgrzania konfliktu z Unią. Po co nam to? Dla wymachiwania szabelką. A pozycja w kluczowym dla nas sojuszu w czasie tego wymachiwania nadal będzie lecieć na łeb, na szyję.
 
Na drugim, szczegółowym poziomie, Ziobro będzie tłumaczył, że on nie chce z UE wychodzić. Że nie kwestionuje samego prawa do zadawania pytań i udzielania przez Trybunał odpowiedzi, ale kwestionuje nadużywanie tego prawa – zadawanie pytań niezwiązanych ze sprawą, bo dotyczących statusu sędziów i polskiego sądownictwa. Takie tłumaczenie, że Ziobro i rząd RP jest w gruncie rzeczy proeuropejski, oczywiście nic nie da. Tak wrogie gesty ocenia się w polityce międzynarodowej co do istoty, nie co do detali. Ale także na tym szczegółowym poziomie wniosek Ziobry prowadzi Polskę do polexitu. 
 
Zobaczmy bowiem, jakie będą skutki wyroku TK zgadzającego się z wnioskiem Ziobry. TK orzeknie, że co do zasady zadawanie pytań do Trybunału UE jest zgodne z polską Konstytucją, ale niezgodne jest zadawanie pytań niezwiązanych ze sprawą, krotochwilnych, nadużywających tego prawa, ponieważ dotyczących niezależności sądów, które daną sprawę rozstrzygają. I Minister, i TK zapewne pominą to, że Traktaty wyraźnie zobowiązują Polskę do zapewnienia skutecznych środków ochrony sądowej (a takie zapewnia wyłącznie niezależny sąd) oraz, że Trybunał UE wyraźnie stwierdziłw sprawie sędziów portugalskich, że sprawa niezawisłości sędziowskiej jest sprawą o charakterze europejskim, nie lokalnym.
 
Będziemy mieli zatem dwa rodzaje pytań – dobre i złe, związane ze sprawą i niezwiązane, bo dotyczące sądownictwa. Spróbujmy zgadnąć, kto będzie oceniał, czy pytania są dobre, czy złe.  Sądy polskie nadal będą zadawać pytania, które uznają za związane ze sprawą, Trybunał w Luksemburgu nadal będzie odpowiadał na pytania, które będzie uznawał za związane ze sprawą. Jedyna różnica będzie polegać na tym, że po korzystnym dla siebie wyroku TK po każdym pytaniu prejudycjalnym polskiego sądu, a w szczególności po każdej odpowiedzi Trybunału UE na takie pytanie przed mikrofony będzie wychodził Zbigniew Ziobro, mówiąc z zafrasowaną twarzą: „Szanujemy Unię Europejską, ale to pytanie jest niestety niekonstytucyjne. Dlatego też niekonstytucyjna jest  odpowiedź. Oznacza to, że ja, jako Prokurator Generalny, że Prezydent, jako Prezydent, że rząd, jako rząd, my wszyscy szanujący od zawsze polską Konstytucję, nie możemy niestety ani tego pytania, ani tej odpowiedzi Trybunału UE uznać. Dziękuję Państwu”.
 
Jedynym skutkiem wyroku TK będzie więc przyznanie Ministerstwu Sprawiedliwości prawa każdorazowej oceny zasadności zadawania pytań prejudycjalnych przez polskie sądy oraz każdorazowej oceny legalności odpowiedzi udzielanej przez Trybunał UE. A to da prawo ignorowania decyzji Trybunału, co jest jednoznaczne z podłożeniem bomby pod nasze członkostwo w Unii.
 
Takie działanie Ministerstwa wpisuje się w dalekosiężny plan skupienia w rękach Prokuratora Generalnego wszystkich kompetencji dotychczas wykonywanych przez sądy bądź sędziów. Ma on już prawo oceny konstytucyjności ustaw przez kontrolowany politycznie TK, prawo powoływania sędziów przez kontrolowaną politycznie KRS, prawo dyscyplinowania sędziów przez kontrolowaną politycznie Izbę Dyscyplinarną SN. Obecnie uzurpuje sobie prawo do oceny legalności postanowień o zabezpieczeniu, wydawanych przez SN i NSA, a także do oceny zasadności pytań prejudycjalnych do Trybunału UE i odpowiedzi na nie. Dodatkowo, w stosunku do każdego wyroku może złożyć skargę nadzwyczajną, którą rozpatrzy kontrolowana politycznie Izba Kontroli Nadzwyczajnej SN. W ten sposób Ministerstwo Sprawiedliwości staje się supersądem, supertrybunałem i superinstancją, i dzięki temu zyskuje możliwość powolnego wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Do tego bowiem prowadzi zniszczenie podziału i równowagi władz, które są fundamentem europejskiego porządku prawnego.

Instytucje-wydmuszki czyli strategia BMW w powołaniach do TK, KRS i SN

Niszczenie sądów i sędziów rzadko odbywa się współcześnie tak, jak ma to miejsce w Turcji. Tam prezydent wsadza sędziów do więzienia (podobnie jak akademików i dziennikarzy) za rzekome popieranie przebywającego za granicą odpowiednika naszego Sorosa. Mimo że zgodnie z planami naszych przywódców chcemy być Turcją, w Polsce, którą od Turcji różni to, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, instytucje sądowe niszczy się w inny, znany z najnowszej historii sposób – przez ich wydrążanie.

Wydrążanie, znane w literaturze jako „hollowing out”, polega na formalnym pozostawieniu instytucji, ale pozbawieniu jej zupełnie treści i funkcji. W ten sposób zawsze można powiedzieć, że trybunał, sąd czy rada działają, podczas gdy są już tylko wydmuszkami. Działanie takie jest bardziej skuteczne, bo zlikwidowanie sądu albo wsadzenie sędziów za kratki mogłoby spowodować w niektórych krajach poważne protesty. A tak jest spokojniej.

Jak przebiega wydrążanie? Poprzez tzw. mierne powołania (“mediocre appointments”). Zamiast ludzi wykwalifikowanych do instytucji chroniących państwo prawa powołuje się ludzi, którzy nie mają kwalifikacji merytorycznych, etycznych, albo po prostu nie mają kręgosłupa. Ludzie ci w normalnych warunkach nigdy nie trafiliby do tych instytucji, więc są bezgranicznie wdzięczni za to powołanie, co objawia się w lojalności wobec powołujących. Co więcej, jedyną szansą powołanych na pozostanie na stanowiskach jest obrona pozycji tych, którzy ich powołali. W ten sposób koło lojalności się domyka.

Instytucja powstała w wyniku miernych powołań jest łatwym do sterowania narzędziem w rękach polityków, którym normalne instytucje państwa prawa przeszkadzają w działaniu, bo je recenzują. Po pierwsze, osoby zasiadające w instytucjach są wobec polityków bezgranicznie lojalne, pod drugie, ponieważ nie mają kwalifikacji, są podatne na sterowanie merytoryczne (bo same nie wiedzą, co robić) oraz sterowanie moralne (a raczej amoralne), ponieważ nie potrafią się sterującemu sprzeciwić. Dzięki temu instytucje, które powinny być recenzentem polityków, stają się ich klakierami.

Powyższy proces wydrążania instytucji przez mierne powołania oczywiście nastąpił u nas najpierw w przypadku Trybunału Konstytucyjnego. Przykładem miernego powołania było powołanie sędzi Julii Przyłębskiej, której kwalifikacje sędziowskie zostały drastycznie nisko ocenione w przeszłości. Nie stało to jednak na przeszkodzie powierzeniu jej najwyższej funkcji sędziowskiej w Polsce. Także inne powołania do TK budziły poważne wątpliwości w zakresie etycznym (tu przykładami są Muszyński czy Zielonacki), czy też w zakresie niezależności i apolityczności. W efekcie tych i innych działań Trybunał stał się wydmuszką, i nie tylko nie pełni swojej podstawowej roli recenzowania ustaw rządzącej większości, ale aktywnie wspiera ją w niszczeniu innych instytucji, w tym KRS i SN.

Proces wydrążania z treści przez mierne powołania przeniósł się następnie na KRS. Niektórzy sędziowie w niej zasiadający mają na swoim koncie dyscyplinarki oraz przerażająco niski wynik 90-procentowych uchyleń wyroków w wyższych instancjach, co oznacza, że niemal wszystkie ich wyroki były błędne. To powoduje, że sędziowie-członkowie KRS są zadowoleni z tego, że dostali stołek i ani ważą się sprzeciwić politykom zasiadającym w KRS, kiedy ci na przykład oceniają sędziów na podstawie listy wizyt w siedzibie Komisji Europejskiej. W ten sposób KRS, zamiast pełnić swoją konstytucyjną rolę ochroniarza sędziowskiej niezawisłości, jest wygodnym narzędziem jej niszczenia.

Wreszcie proces wydrążania w całej swej okazałości jest widoczny w powoływaniu sędziów do Sądu Najwyższego. Tu nawet nie udaje się, że strategia BMW (bierny, mierny, ale wierny) jest strategią jedyną. Powołania prokuratora Rocha, który kazał przesłuchiwać rodzącą kobietę, co zostało uznane za równe torturom i nieludzkiemu traktowaniu, czy też powołania takich osób, jak mec. Tomczyński, z jego wątpliwą etycznie przeszłością, czy mec. Ułaszonek-Kubacka z dyscyplinarką, dowodzą, że trend został utrzymany. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem miernego powołania było dopchnięte kolanem powołanie prof. Zaradkiewicza. I nie chodzi tu o merytorykę – na prawie cywilnym kandydat się bardzo dobrze zna. Chodzi o kręgosłup, a raczej jego brak, oraz o zależność od Ministra Ziobry. Skoro dzisiaj profesor zmienił zdanie w sprawie związków tej samej płci, bo minister potrzebował odpowiedniego dokumentu na posiedzenie KRS, w ilu sprawach w przyszłości sędzia SN Zaradkiewicz zmieni zdanie, bo czegoś będzie potrzebował minister Ziobro?

Nie ma żadnego znaczenia, czy instytucję niszczy się przez likwidację czy przez wydrążenie. Efekt jest ten sam – instytucja chroniąca państwo prawa nie działa, bo nie może pełnić swojej funkcji. A politycy robią wtedy, co chcą. I dlatego trzeba się wydrążaniu przeciwstawiać.

TK jako prawniczy kij bejsbolowy w ręku Ministerstwa Sprawiedliwości

Po raz kolejny powtarza się podobny scenariusz: jakiś polski sędzia myśli, że jest niezależny i podejmuje jakąś decyzję. Ta decyzja nie podoba się Ministrowi Sprawiedliwości. Minister zaskarża przepis,  a podstawie którego decyzję podjął sędzia do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał nie stwierdza, że przepis, na którym oparł się sędzia, jest niezgodny z Konstytucją, ale stwierdza, nie można interpretować tak, jak go zinterpretował dany sędzia.

Ten mechanizm znamy na przykład ze sprawy dziwnego ułaskawienia M. Kamińskiego. Sąd Najwyższy podjął decyzję złą dla Pana Kamińskiego, Minister zaskarżył do Trybunału, Trybunał powiedział, że nie można interpretować przepisów tak, jak chce Sąd Najwyższy, tylko tak jak chce Minister – czyli skorzystanie z prawa łaski przez Prezydenta ma skończyć postępowanie.

Teraz podobna akcja Ministra dotyczy decyzji SN o zadaniu pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawieszenia przepisów ustawy o SN. Przepisy, na podstawie których działał SN zostały właśnie zaskarżone przez Ministra Sprawiedliwości/Prokuratora Generalnego do TK.

Tej decyzji o zaskarżeniu można było się spodziewać – przecież sędzia Julia Przyłębska wręcz do niej zachęcała, mówiąc publicznie w telewizji, że SN nie mógł zrobić tego, co zrobił, bo zawieszania przepisów nie mieści się w polskim porządku konstytucyjnym. Wyrok w tej sprawie został więc wydany zanim ta sprawa w ogóle się zaczęła. To smutne, że sędzia TK wydaje wyrok w telewizji i że nie zna prawa europejskiego. Ale co zrobić.

Drugi problem to pytanie, jak długo przyjdzie nam czekać na rozstrzygnięcie. Dziwnym trafem te sprawy, w których przedłużanie wydania rozstrzygnięcia jest dla Ministra-Prokuratora dogodne, TK rozpatruje bardzo długo (vide sprawa rzekomego nielegalnego wyboru trzech sędziów w 2010 roku, nad którą TK zastanawia się już półtora roku, co daje Ministrowi pretekst do żądania wyłączania tych sędziów ze spraw). Te zaś sprawy, kiedy decyzja jest potrzebna Ministrowi szybko, żeby np. mógł zaatakować decyzję sądu, są rozpatrywane szybko. Coś mi się wydaje, że omawiana sprawa będzie rozstrzygnięta ekspresowo.

Największym problemem jest to, że TK po raz kolejny jest wykorzystywany jako prawniczy kij bejsbolowy do zdyscyplinowania sędziów. Wyroki, które na życzenie Ministerstwa Sprawiedliwości wydaje TK dokonują w rzeczywistości powszechnie wiążącej wykładni ustaw – jest to kompetencja, której TK został pozbawiony w 1997 roku. Co więcej, jest to wykładnia proponowana przez władzę wykonawczą w celu zmniejszenia kompetencji władzy sądowniczej i wykładnia, która atakuje w drodze abstrakcyjnego wniosku konkretną sędziowską decyzję.

Ktoś powie, że przecież po 1997 roku TK wielokrotnie wydawał wyroki interpretacyjne. To prawda. Jednak tamta praktyka TK różniła się istotnie od tej obecnej w zakresie, o którym pisałem powyżej: nie była nakierowana na podważenie pojedynczej decyzji konkretnego sądu, ale na korektę pewnej utrwalonej praktyki orzeczniczej.  Wyrok interpretacyjny negatywny był więc skierowany w przeszłość – stwierdzał, że wypracowana w praktyce sądowej norma prawna jest niekonstytucyjna. W ten sposób decyzja TK ratowała obywateli przed niekonstytucyjnością normy prawnej, z którą w rzeczywistości mieli do czynienia. Jeśli bowiem sądy stale rozumiały jakiś przepis w określony sposób, to TK musiał ocenić konstytucyjność tej utrwalonej w praktyce normy wyinterpretowanej z zaskarżonego przepisu.

Obecnie Minister w swoich wnioskach do TK nie wykazuje utrwalonej praktyki, ale zwalcza konkretną interpretację, która mu wadzi. Nie sposób przecież powiedzieć, że ostatnia decyzja SN wynika z utrwalonej praktyki, skoro była precedensowa. Podobnie nie było utrwalonej praktyki reagowania sądów na przedwczesne ułaskawienia, bo przed A. Dudą nikt tego nie robił. Z tych względów właśnie uważam, że TK wydając obecnie wyroki interpretacyjne ustala raczej sposób rozumienia danego na przyszłość, dyscyplinując w niedopuszczalny sposób sądy. Takie ustalenie jest równoważne powszechnie obowiązującej wykładni ustaw, do której TK od 20 lat nie ma kompetencji.

Z powyższych powodów wniosek Min. Ziobry do TK jest kolejny raz narzędziem atakowania niezawisłego sądu. A jeśli TK jest zgodny w swoich ocenach z Ministrem, sam TK narusza niezawisłość sędziów, wychodzą przy tym poza swoje kompetencje – dokonując powszechnie obowiązującej wykładni ustaw, której to kompetencji został pozbawiony 20 lat temu.

Zupełnie na marginesie – marzy mi się kiedyś dokładna kontrola bilingów, spotkań i innej komunikacji między Ministerstwem Sprawiedliwości a obecnym Trybunałem Konstytucyjnym i jego sędziami (i niesędziami także). Ciekawe, co z takiej kontroli wyniknie.

Trzy spotkania z Lechem Morawskim

Aby zrozumieć, jak traktuje prawo i prawników PiS, niekoniecznie trzeba analizować prace Stanisława Ehrlicha, u którego teorii i filozofii prawa uczył się Jarosław Kaczyński. Trzeba raczej studiować poglądy zmarłego rok temu Lecha Morawskiego.

W ostatnich dwudziestu latach los zetknął mnie bezpośrednio z prof. Morawskim trzy razy i za każdym razem było to spotkanie brzemienne w skutkach. Każde z tych trzech spotkań oddziela niemal równo 10 lat i każde z nich mogłoby być początkiem lekcji prawa, której nie da się zapomnieć. Ze względu na duży autorytet Profesora po prawej stronie sceny politycznej te lekcje prawa pokazują, jak prawo i prawników postrzega PiS.

Spotkanie pierwsze

Miało miejsce w roku 1998, kiedy jako student pojechałem na Zjazd Katedr Teorii i Filozofii Prawa do Kazimierza Dolnego. Lech Morawski był już wtedy gwiazdą dyscypliny, w której stawiałem pierwsze kroki. Byłem zafascynowany jego pracami, bo były jak powiew świeżego powietrza – zwłaszcza jego analizy dotyczące śmierci pozytywizmu prawniczego, przedstawione w słynnym artykule „Pozytywizm „twardy”, pozytywizm „miękki” i pozytywizm martwy”. Kiedy schodził z aparatem fotograficznym na szyi Wąwozem Małachowskiego, który z centrum Kazimierza prowadzi do Kuncewiczówki, i zatrzymał się, żeby porozmawiać z naszą grupą, był jak celebryta: autor znany tylko ze swoich dzieł stał przed nami jako człowiek z krwi i kości.

Nie pamiętam tej rozmowy, była zapewne błaha. Ale pamiętam Jego starcie z prof. Andrzejem Batorem w czasie obrad Zjazdu, dotyczące problemu instrumentalizacji prawa. Bator wskazywał, że prawo cechuje INSTRUMENTALNOŚĆ, a więc zdolność do realizacji wartości pozaprawnych. W ostrym wystąpieniu Morawski powiedział, że takie twierdzenie jest banalne. Prawo jak grabie jest narzędziem i jak każde narzędzie służy do realizacji jakichś celów. A w INSTRUMENTALIZACJI, mówił Morawski, chodzi o użycie prawa do realizacji złych celów, na przykład takich, które realizowali komuniści. Bator odpowiedział, że subiektywna ocena wartości, do których realizacji służy prawo, nie powinna być podstawą pozytywnej czy negatywnej oceny instrumentalności.

Po latach sądzę, że dla prof. Morawskiego ocena wartości, które realizuje prawo, była całkowicie obiektywna: prawo jest dobre, kiedy jest instrumentalizowane dla realizacji celów, które prof. Morawski uważał za dobre. To była lekcja pierwsza i od razu pierwsze ostrzeżenie: prawo ktoś może zinstrumentalizować dokładnie to samo, jak komuniści, ale jeśli w swoim mniemaniu realizuje godne cele, taka instrumentalizacja jest dobra. Czy aby na pewno? Takie podejście zakłada możliwość wykorzystania prawa w dowolny sposób, w oparciu o zasadę „cel uświęca środki”, oczywiście pod warunkiem, że ten cel określam ja. Takie podejście w rzeczywistości usuwa prawo z przestrzeni publicznej i zastępuje je polityką. Takie podejście odmawia prawu jakiejkolwiek autonomii i posiadania Arystotelesowskiej „funkcji właściwej” – zbioru celów i funkcji, do którego realizacji zostało stworzone, było tradycyjnie stosowane, a więc celów i funkcji dla niego naturalnych. Taką funkcją właściwą Konstytucji jest między innymi odporność na bycie wykorzystywaną do realizacji chwilowych zachcianek zwykłej większości parlamentarnej. I takiej funkcji można zaprzeczyć, łamiąc Konstytucję bądź interpretując ją w sposób sprzeczny z jej naturalnym celem.

Spotkanie drugie

W roku 2008 odbyło się wyjątkowe seminarium lucieńskie – kolejna tematyczna debata z intelektualistami, organizowana przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Było ono wyjątkowe nie dlatego, że dotyczyło swobody interpretacyjnej prawników, ale dlatego że – prawdopodobnie ze względu na trwający kryzys gruziński – zamiast w Lucieniu odbyło się w Belwederze. Debatę rozpoczął sam Prezydent, prezentując doskonałe rozeznanie w filozoficzno-prawnych pracach Harta i Dworkina. W debacie prof. Morawski argumentował, że normy prawne ustanawiane przez demokratycznie wybrany parlament nie wymagają daleko idącej interpretacji. Ostrzegał, że ta prowadzi do zbyt dużej swobody po stronie prawników. Jego przykład: kiedy ojciec mówi do nastoletniego syna, że ten ma chodzić spać przed 23.00, syn nie ma co w tym rozkazie interpretować.

W odpowiedzi na ten przykład powiedziałem, że współczesne prawo nie jest komunikacją jednokanałową, ale raczej wielokanałową, odpowiadającą tezie prof. Łętowskiej o multicentryczności prawa. Oprócz prawodawcy ustawowego jest jeszcze prawodawca konstytucyjny i prawodawca ponadnarodowy, który wypowiada się np. przez prawo europejskie i umowy międzynarodowe. I ci prawodawcy także mówią do prawnika. Przykład Morawskiego był więc nieadekwatny. Prawnik interpretujący prawo jest jak syn, któremu ojciec kazał być w łóżku przed 23.00, matka kazała się zawsze przygotowywać solidnie do sprawdzianu, który ma na drugi dzień, którego babcia prosiła, żeby poczytał jej książkę, kiedy nie może zasnąć, a dziadek, dawny hipis, zachęcał, by zawsze przede wszystkim był sobą i robił, co w danej sytuacji uważa za słuszne. Rolą prawnika jest oddanie sprawiedliwości wszystkim komunikatom, które prawodawcy z różnych poziomów hierarchii prawa kierują do niego, a nieraz także ustalenie tej hierarchii, jeśli nie jest ona jasno ustalona.

To było drugie spotkanie i druga lekcja: prawnicy, zgodnie z zasadą clara non sunt interpretanda(„to, co jasne, nie wymaga interpretacji”) powinni wypełniać prawo tak, jak wypełnia się rozkazy władcy – posłusznie i bez szemrania. Promujący tę tezę zapominają jednak, że współczesne prawo nie jest już podobne do prostego rozkazu, ale raczej do wielkiego, złożonego projektu budowlanego, stworzonego przez wiele osób i zawartego w różnych dokumentach. Ten projekt musi być zrealizowany w pełni – prawo z poziomu ustaw i rozporządzeń musi być stosowane w sposób zgodny z konstytucją i konwencjami międzynarodowymi. Prawnik stosujący prawo musi pogodzić komunikaty pochodzące z różnych poziomów systemu prawa, stosując między innymi wykładnię prokonstytucyjną i prowspólnotową. Kiedy to robi, nie rości sobie prawa do bycia prawodawcą. Wprost przeciwnie – chce być wierny prawodawcy rozumianego jako autor CAŁEGO prawa, a nie wierny jedynie wyrwanemu z kontekstu zdaniu, które do prawa wprowadził przed chwilą aktualnie rządzący polityk. Prawnik działa więc podobnie jak wykonawca robót budowlanych, który działa zgodnie z zatwierdzonym przez wszystkie strony projektem budowlanym, nie zaś zgodnie z aktualnym kaprysem inwestora.

Spotkanie trzecie

Decyzja Lecha Morawskiego o wejściu do Trybunału Konstytucyjnego na miejsce legalnie wybranych sędziów była dla mnie szokiem. Mogłem zrozumieć, że na miejsca te wchodzą bliżej nieznane osoby, ale jego autorytet był zdecydowanie największy spośród tych osób i w największym stopniu legitymował bezprawie, które zdarzyło się w grudniu 2015 roku. Moje zaskoczenie wynikało z niewiedzy. Lech Morawski był wcześniej mocno zaangażowany w projekty ważne dla PiS, takie jak konferencje smoleńskie. Ponieważ jednak o tym nie wiedziałem, moja reakcja na decyzję Profesora o byciu dublerem była podobna do reakcji pułkownika Stankiewicza w chwili, kiedy w Kiejdanach szanowany przez wszystkich Janusz Radziwił wykrzyknął: Vivat Carolus Gustavus rex…!

Nasze trzecie spotkanie odbyło się w Oksfordzie w maju 2017 roku, w czasie seminarium poświęconego polskiemu kryzysowi rządów prawa. Organizatorzy chcieli mieć w debacie reprezentację dwóch stron polskiego sporu, więc Lech Morawski był naturalnym wyborem, zwłaszcza że dyskusję prowadzili filozofowie prawa. Zajmując miejsce za stołem w sali konferencyjnej Trinity College widziałem Lecha Morawskiego zajmującego swoje miejsce w pierwszym rzędzie, niecałe dwa metry ode mnie. Był to dla mnie trudny moment – znowu byłem studentem z Kazimierzowskiej konferencji, a on był tym samym Lechem Morawskim. Rozpocząłem oświadczeniem, w którym podkreśliłem, że nie chcę, aby mój udział w tej samej konferencji był postrzegany jako akceptacja faktu, że Lech Morawski pełni funkcję sędziego polskiego Trybunału Konstytucyjnego, Obawiałem się, że odpowie agresywnie, tak, jak często mu się to zdarzało w przeszłości, tak jak odpowiedział Andrzejowi Batorowi 20 lat wcześniej. Ale nic takiego się nie stało. Widziałem przed sobą zmęczonego człowieka, który poprosił o głos, aby odnieść się do mojego oświadczenia, dopiero po 1,5 godzinie od jego wygłoszenia. Nick Barber, który prowadził panel, nie udzielił profesorowi głosu wiedząc, że za moment Lech Morawski sam zasiądzie za stołem panelowym, żeby przedstawić swoją wersję wydarzeń i swoją wizję państwa i prawa.

I przedstawił. Była to wizja państwa bez trójpodziału władzy, w której sędzia konstytucyjny nie traktuje siebie jako przeciwwagi dla innych władz, jako osoby, której zadaniem jest zmusić prawodawcę do stanowienia prawa spełniającego konstytucyjne kryteria racjonalności i proporcjonalności. Sędzia w tej wizji państwa jest jednomyślny z prawodawcą – mówi tym samym językiem i myśli tym samym umysłem.

Ponieważ na początku swojego wystąpienia Lech Morawski powiedział, że w czasie swojej wypowiedzi chce bronić tak mocno krytykowanego polskiego rządu, w sesji pytań poprosiłem go, żeby zadeklarował, kogo reprezentuje: Trybunał Konstytucyjny czy rząd. Do końca życia będę pamiętał tę chwilę wahania, która poprzedziła jego krótką, jednowyrazową odpowiedź. W tej krótkiej chwili jeszcze wszystko było możliwe – Lech Morawski mógł w tej krótkiej chwili zdecydować, że są pewne pytania, na które uczony nie może odpowiedzieć inaczej niż nakazuje jego umysł. Lech Morawski jednak odpowiedział sercem: „Both”. I zaczęło się medialne piekło.

Sędzia nie może reprezentować rządu, nawet jeśli wyznaje te same wartości, które wyznaje aktualny rząd. Sędzia sądu konstytucyjnego reprezentuje w każdym czasie obywateli, którzy aktualnie nie mają swojej większościowej reprezentacji w parlamencie. Reprezentuje ich, ponieważ reprezentuje konstytucję, która tych obywateli chroni przed nadużyciem władzy przez rządzącą większość. Policjant nie może skutecznie chronić obywatela, kiedy reprezentuje agresora, który tego obywatela atakuje. Podobnie sędzia konstytucyjny nie może skutecznie chronić obywatela, kiedy jednocześnie reprezentuje polityczną większość naruszającą konstytucję, a więc naruszającą prawa przynależne temu obywatelowi.

Trzy spotkania z Lechem Morawskim to trzy lekcje prawa, których skutki widzimy w „reformach” PiS. Celem tych reform jest realizacja świata, w którym prawo realizuje subiektywne wartości aktualnie rządzących, a nie naturalne dla niego wartości wynikające z konstytucji.  W tym świecie prawo jest wykonywanym bez szemrania rozkazem aktualnie rządzących, nawet jeśli jest sprzeczne z konstytucją, a sędzia nie stoi na straży konstytucji, ale reprezentuje aktualnie rządzących. Takie prawo przestaje być prawem, bo nie da się go odróżnić od polityki. Taki sędzia przestaje być sędzią, bo nie daj się go odróżnić od polityka. Takie prawo nie jest ani prawem twardym, ani prawem miękkim. Takie prawo jest prawem martwym.

Dlatego wolę pamiętać uśmiechniętego Profesora Morawskiego, który w Kazimierzu schodził z góry wąwozem Małachowskiego i był dla nas trochę jak prorok niosący prawdę objawioną o prawniczej hermeneutyce, nie tego zmęczonego i samotnego z Trinity College w Oksfordzie. Chcę Go pamiętać z chwili, gdy czytałem jego książki, w których uczył obrazu prawa zupełnie innego niż ten, który wynikał z moich trzech spotkań. Z czasów, kiedy wartości, Jego zdaniem wchodzące zewsząd do prawa, były jeszcze wartościami, a nie z czasów, gdy stały się antywartościami firmowanymi twarzą komunistycznego prokuratora. Chcę pamiętać Lecha Morawskiego z czasów, kiedy jeszcze wszystko było możliwe i naprawdę mogło potoczyć się inaczej.

 

 

Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

Photo by Adrian Grycuk (CC)

Jednym z najbardziej cynicznych argumentów większości parlamentarnej, która gwałci niezależność sądownictwa, jest argument z domniemania konstytucyjności. Brzmi on tak: wszystko, co robimy, jest zgodne z Konstytucją, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi, że nie jest. Więc wara od tego, co robimy.

Można na ten argument odpowiedzieć w stylu PiS: pokażcie przepis Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W przeciwieństwie np. do domniemania niewinności, które jest wprost wskazane w art. 42 ust. 3, nie ma przepisu Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W kategoriach ich prymitywnego konstytucjonalizmu taki argument powinien wystarczyć. Nie będziemy się jednak zniżać do ich poziomu.

Domniemanie konstytucyjności wynika z cech systemu konstytucyjnego. Żeby prawo obowiązywało, trzeba przyjąć, że do ustaw uchwalanych przez parlament ludzie muszą się stosować. Gdyby mogli dowolnie (podkreślam to słowo: DOWOLNIE) kwestionować legalność ustaw, prowadziłoby to do anarchii. Parlament wprowadza np. nowy podatek, a przedsiębiorca twierdzi, ze nie będzie go płacił, bo w jednej z poprawek sejmowych była literówka, a dwóch posłów, jak głosowało, to tylko nacisnęło guzik, a nie podniosło ręki. Dlatego jego zdaniem ustawa jest niekonstytucyjna, a więc nie musi płacić podatku. W takich sytuacjach ma zastosowanie domniemanie konstytucyjności: dopóki specjalnie powołany do tego organ, czyli Trybunał Konstytucyjny, nie uzna ustawy za niekonstytucyjną i nie uchyli jej, ustawa obowiązuje. Musis więc płacić.

Domniemanie konstytucyjności zatem to założenie, że akty wydawane przez władzę uznaje się za ważne, a więc wiążące adresatów, dopóki nie zostaną uznane za niewiążące. Stąd wywodzi się drugi argument, który można podnieść przeciwko twierdzeniom gwałcicieli Konstytucji, że mogą gwałcić, dopóki sąd nie powie, że gwałcą. To PiS pierwszy zakwestionował takie domniemanie, kiedy Beata Szydło zakwestionowała wyroki Trybunału Konstytucyjnego, choć one korzystają z domniemania legalności. Gdy PiS nazywał te wyroki „opiniami wydanymi przy kawie i ciasteczkach”, a Jarosław Kaczyński mówił, że są „non est”, było to uzurpowanie sobie prawa do niepodporządkowania się aktom władzy sądowniczej, choć nie zostały one w żadnej procedurze zakwestionowane. Dlaczego wtedy PiS sam siebie nie oskarżał o szerzenie anarchii i niepodporządkowywanie się aktom władzy sądowniczej, które zgodnie z Konstytucją są ostateczne i powszechnie obowiązujące. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze? Teraz PiS oskarża sędziów o anarchię, gdy ci odmawiają podporządkowania się aktom władzy ustawodawczej. Można powiedzieć, że uczą się od najlepszych. Kiedy mówicie sędziom, że przecież zgodnie z Konstytucją podlegają ustawom, oni powinni wam powiedzieć, że zgodnie z Konstytucją wy podlegacie wyrokom Trybunału Konstytucyjnego. Nie przyszło wam do głowy, że uznali wasze ustawy za „non est? W końcu jest jakaś równość wobec prawa i jakaś równowaga władz, prawda?

Ten argument nie powinien nas jednak zadowalać. Jest on oparty na idei „ale to PiS zaczął, proszę Pani!”, a więc jest zbudowany na tej samej konstrukcji, co najbardziej bzdurny argument symetrystów, czyli „rząd PO/PSL też łamał Konstytucję”, albo w innej wersji „ skoro ty ukradłeś, ja mogę zabić”. W państwie prawa łamanie prawa przez naszych przeciwników nie uzasadnia łamania prawa przez nas. Jedynym wyjątkiem jest działanie w obronie koniecznej i to być może różni nasz argument od argumentu symetrystów – sędziowie nie podporządkowując się ustawie o SN bronią się przed zamachem na ważne dobro: ich niezawisłość.

Jest jednak trzeci, najważniejszy argument, którym można odeprzeć argument z domniemania konstytucyjności. Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych” wskazał, że rewolucje takie polegają na zmianie paradygmatu, a więc na stwierdzeniu, że dotychczasowy sposób widzenia rzeczywistości jest nieadekwatny, i że trzeba go zastąpić nowym paradygmatem. Domniemanie konstytucyjności i jego rozumienie jest wytworem nauki prawa konstytucyjnego – elementem jej paradygmatu. Ten paradygmat był adekwatny w warunkach, w których funkcjonował niezależny Trybunał Konstytucyjny. Funkcją domniemania konstytucyjności jest zapewnienie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Innymi słowy, kiedy działa niezależny TK, parlament ma świadomość tego, że musi się samoograniczać w działaniach legislacyjnych, a więc że nie może robić, cokolwiek mu się podoba. Jest to gwarancją przyzwoitej jakości prawa i dlatego może się ono cieszyć domniemaniem konstytucyjności.

Obecnie ten paradygmat upadł, ponieważ w Polsce nie funkcjonuje niezależny TK. Zasiadają w nim nieuprawnione osoby, pani Przyłębska manipuluje składami, co przyznaje jej kolega, pan Muszyński. A ten ostatni zamiast chronić prawa i wolności obywatelskie, brutalnie atakuje Rzecznika Praw Obywatelskich, a więc inny konstytucyjny organ chroniący te wartości. Liczba spraw w TK spadła o ponad połowę w porównaniu do czasów sprzed duetu Przyłębska/Muszyński, a rząd dobrze wie, że ze strony takiego Trybunału nic mu nie grozi. Robi więc, co chce. Prawo tworzone w warunkach całkowitej dowolności nie zasługuje na domniemanie konstytucyjności. Domniemanie takie nie zapewnia już obecnie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Zapewnia tylko skuteczność.

Nauka prawa konstytucyjnego uporczywie trwa przy dawnym paradygmacie, bo nie potrafi zareagować na zmianę rzeczywistości. Reagują sędziowie, którzy stosują bezpośrednio konstytucję, aby obronić się przed prawną przemocą rządzącej większości. Domniemanie konstytucyjności zaczyna funkcjonować inaczej: ustawa jest uznawana za konstytucyjną, dopóki na podstawie art. 8 ust. 2 i na podstawie zasady lex superior derogat legi inferiori (prawo wyższe ma pierwszeństwo stosowania przed prawem niższym) nie zakwestionują jej sądy.

Takie rozumienie domniemania nie narusza roli TK, bo niezastosowanie reguły ustawowej w konkretnej sprawie przez sąd nie oznacza jej wyrzucenia z systemu. To może zrobić tylko TK. Nie jest ono także czymś zupełnie nowym, bo podobne myślenie stało za słynnym sporem pomiędzy TK a SN o kompetencję do oceny konstytucyjności ustaw w procesie ich stosowania – sporu powstałego długo przed dzisiejszym kryzysem. Wreszcie, nie powoduje ryzyka anarchii, bo niezastosowanie przepisu sąd musi uzasadnić, a więc nie jest ono dowolne.

Ktoś uważny może powiedzieć, że I Prezes SN, niestosująca się do ustawy o SN, nie jest sądem, a więc nie może obalić domniemania konstytucyjności nawet w prezentowanym, nowym ujęciu. Oczywiście, nie jest sądem, jest organem sądu, organem konstytucyjnym i obywatelem . Ale nowe ujęcie domniemania konstytucyjności działa tak: obywatele nie podporządkowują się ustawie powołując się na swoje konstytucyjne prawa, a ich racje ocenia sąd, który dla tego celu stosuje bezpośrednio Konstytucję. Tak robią Obywatele RP, niestosujący się do ustawy o zgromadzeniach. Są łapani przez policję, sprawa trafia do sądu i sąd rozstrzyga, czy mogli się sprzeciwić ustawie, powołując się na Konstytucję. Tak też robi Małgorzata Gersdorf, obywatel. Nie podporządkowuje się ustawie o SN, a to, czy ma rację, oceni niezależny sąd. Tym sądem będzie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, działający w procedurze naruszeniowej, rozpoczętej 2 lipca.

Kiedy więc ktoś was spyta, co z domniemaniem konstytucyjności, odpowiedzcie: obowiązuje, ale w nowej formie. Nie jest ono przeszkodą dla obywatelskiego nieposłuszeństwa, którego zasadność oceni niezależny sąd. A ten niezależny sąd może to domniemanie obalić, odmawiając zastosowania niekonstytucyjnej ustawy w danej konkretnej sprawie. Zrobi to na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którą Konstytucję stosuje się bezpośrednio, lub na podstawie art. 91 Konstytucji, zgodnie z którym umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo w stosowaniu przed postanowieniami ustaw, których nie da się z nimi pogodzić. Zapewniam was, że przepisów ustaw pozwalających gwałcić niezależność polskich sądów i niezawisłość polskich sędziów nie da się pogodzić z wieloma umowami międzynarodowymi, które ratyfikowała Polska.