Category Idee

Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Nie ośmieszajmy osób transpłciowych.

Słucham prostackiego rechotania dochodzącego z prawej strony na temat osób transpłciowych. Czy możemy myśleć nieco głębiej niż żenujący przyklad zmiany płci z powodu chęci uzyskania wcześniejszej emerytury, który ma jakoby ukazać absurd oczekiwań osób transpłciowych?

Czy możemy znaleźć przykłady tłumaczące, zwłaszcza ludziom prawicy, dlaczego wmawianie osobie czującej się kobietą, że jest mężczyzną (i vice versa) jest przemocą? Jest to przemoc co do czyjejś tożsamości – jacyś ludzie wiedzą lepiej, kim ktoś jest, niż on sam czy ona sama.

Pierwszy przykład: tożsamość narodowa. Jeśli ktoś mieszkający pod zaborami czuł się Polakiem, a wmawiano mu, że jest Rosjaninem czy Niemcem, to była to przemoc. Czy ktoś z zewnątrz ma prawo decydować, że moje poczucie polskości jest moim wymysłem? Czy ktoś wie lepiej, kim jestem?

Drugi przykład: w III Rzeszy ludzie nieczujący się Żydami nagle dowiadywali się, że nimi są (tak było np. z rodziną Wittgensteina). Była to przemoc co do tożsamości. Ktoś miał na tę tożsamość nawet podobno obiektywne, medyczne dowody i wyciągał z nich brutalne konsekwencje.

Nikt nie zmienia płci, narodowości czy religii dla zabawy czy kaprysu. Tożsamość płciowa jest odczuwana o wiele głębiej niż narodowa czy religijna. Dlaczego prawica rozumie ludzi walczących o te ostatnie, a nie jest w stanie nawet zacząć rozumieć walczących o prawo do tej pierwszej?

Wiem, że ten wątek zwabi trolle i że jego rozpoczęcie jest ryzykowne. Ale, na Boga, myślmy więcej! Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Naszym obowiązkiem jest wzajemne zrozumienie, a nie wzajemne ośmieszanie się. Nie uważam, że moje przykłady załatwiają sprawę. Ale chcę zrozumieć.

Na kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego

Powstanie Warszawskie jest dla mnie wydarzeniem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Nie mogę wzbudzić w sobie poczucia, że było warto poświęcić życie tych setek tysięcy ludzi (nawet ta liczba oddczłowiecza, bo zaciera wyjątkowy, pojedynczy świat każdego i każdej z nich, który zniknął wraz z pojedynczą śmiercią, poprzedzoną nieowybrażalnym, pojedynczym strachem i cierpieniem).

Nie mogę siebie przekonać, że było warto poświęcić Warszawę, miasto, które już stało się moim miastem, mimo że nie stąd pochodzę. 1 sierpnia nie mogę przestać myśleć o tym, jaki byłby świat, gdyby ci, którzy podjęli decyzję o Powstaniu, zrobili inaczej. Gdyby zdecydowali, że nie ma sensu wysyłać ludzi na śmierć, poczekali kilka miesięcy.

W tym dniu, w którym często cytuje się wojenne wiersze K. K. Baczyńskiego, wolę przywołać Jego przedwojenną „Piosenkę” i pomyśleć o sierpniu, który nie kojarzy się ze śmiercią, ale z ciepłem. O takim świecie, w którym Krzysztof Kamil żyje i dostaje po wojnie zasłużonego Nobla, i ludzie wiwatują na Jego cześć przed Pałacem Saskim, a potem idą na spacer na Nalewki. Tak mogło być – dzisiaj opłakujemy także tę utraconą przyszłość, która nigdy się nie wydarzyła.

K. K. Baczyński

Piosenka

Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)

Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.

A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.

Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem.

Jakiego Prezydenta potrzebuje Polska?

Przed niedzielnymi wyborami zacząłem się zastanawiać, jakiego Prezydenta potrzebuje Polska. Odpowiedziałem sobie tak:

Polska potrzebuje Prezydenta, który będzie umiał zszyć to okropne rozdarcie między dwiema krainami – krainą Tradycji i krainą Postępu – które nas dotknęło. Prezydenta, który będzie rozumiał, że nie ma prawdziwej Polski bez którejkolwiek z tych krain. Polska nie potrzebuje Prezydenta, który to rozdarcie będzie świadomie pogłębiał, który będzie sypał w nie sól propagandy i budował swoją pozycję jako obrońca którejkolwiek z tych krain przeciwko drugiej.

 
Polska potrzebuje Prezydenta, który będzie czerpał energię z jedności, a nie z napuszczania jednej grupy społecznej na drugą. Prezydenta, który rozumie, że w głębi serca wszyscy jesteśmy podobni, bez względu na powierzchowne różnice, a nasze dobre wzajemne relacje zależą w dużej mierze od tego, czy nasi liderzy będą poświęcać swój czas na podkreślanie powierzchownych różnic, czy na szukanie głębokich podobieństw.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który ma pokorę uszanowania wartości konstytucyjnych, których sam nie ustanowił. Polska nie potrzebuje Prezydenta, który ustanowione przez wspólnotę wartości ciągle podważa, deprecjonuje i chce zmieniać. Te wartości są jedyną rzeczą, która nas łączy – może nas dzielić religia, poglądy polityczne czy kibicowanie innym drużynom piłkarskim. Ale Konstytucja stanowi absolutne minimum wartości, co do którego jako Polacy musimy się zgadzać, bo inaczej nie damy rady ze sobą żyć. To minumum zawiera w sobie szacunek dla ludzkiej godności, zakaz dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu, wolność słowa, czy niezależność polityczna sądów, które rozstrzygają nasze spory.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który z wielości prawdziwie polskich wartości będzie umiał wybrać i promować te, które przyniosły nam w przeszłości wielkość: tolerancję dla inności, która powinna być postrzegana jako szansa na wzbogacenie kulturowe, a nie jak śmiertelne zagrożenie; gościnność, która jest przeciwieństwem ksenofobii i znajduje oparcie w najgłębszych podstawach tradycji judeo-chrześcijańskiej, odwagę sprzeciwienia się zagrożeniom realnym, a nie wydumanym, jak wiatraki, z którymi walczył Don Kichot; szacunek dla nauki, która dała światu polskich matematyków zdolnych do zdekodowania Enigmy, nie pochwalanie zabobonu, byleby jego wyznawcy oddali na Prezydenta swój głos.
 
Polska potrzebuje Prezydenta rozumiejącego to, że Unia Europejska jest projektem, który dał części Europy, którą obejmuje, najdłuższy okres pokoju w jej dziejach. Prezydenta, który nie krzyczy, ale rozmawia, który nie siłą głosu, ale siłą argumentu negocjuje z innymi członkami Unii, którzy są sojusznikami, ale i konkurentami, jak w każdym wspólnym przedsięwzięciu. Prezydenta, który nie musi ciągle mówić o potrzebie szanowania Polski, bo zachowuje się tak, że szacunek jest naturalną konsekwencją jego działań, a nie wymuszoną krzykiem deklaracją. 
 
Polska zasługuje na Prezydenta, który potrafi się sprzeciwić sile politycznej, która wyniosła go na stanowisko. Prezydenta, który ma kręgosłup ze stali, nie z waty, i który rozumie, że istotą podziału władz jest konieczność dogadywania się i negocjowania stanowiska, a nie walenie w stół pięścią w stylu domorosłego dyktatorka. Prezydenta, który rozumie, że bezmyślne wykonywanie woli partii jest obelgą dla Prezydenta wybieranego przez Naród w wyborach powszechnych i że kiedy ta partia atakuje jakąkolwiek mniejszość – czy to mniejszość z krainy Tradycji, czy to mniejszość z krainy Postępu, rolą Prezydenta jest powstrzymać ten atak, nie dołączyć się do niego.
 
Polska zasługuje na Prezydenta, który będzie rzeczywistą Głową Państwa, a nie (czyimś) uchem, lewą czy prawą ręką, pępkiem (świata), czy też.., a może lepiej nie schodzić anatomicznie niżej. Polska zasługuje na Prezydenta, którego głównym celem będzie utrzymanie wśród Polaków poczucia wspólnoty, który będzie strażnikiem wartości konstytucyjnych, nie partyjnych, obrońcą mniejszości atakowanej przez tymczasową większość, który będzie jak oliwa uspokajająca wzburzone morze emocji, a nie benzyną dolewaną do ognia. Prezydenta, który obroni ateistę przez katolikiem, i katolika przed ateistą, lewaka przez prawakiem i na odwrót, jeśli będzie trzeba. Prezydenta, który wie, że na świecie jest już wystarczająco dużo cierpienia i agresji, i że nie ma sensu ich mnożyć.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który rozumie, że między prawdziwym chrześcijaństwem a prawdziwym humanizmem nie ma prawie żadnej różnicy. To, co je różni, jest we wspólnocie szanujących się ludzi pomijalne. Polska nie potrzebuje Prezydenta-konkwistadora, który z religii miłości czyni bat do nawrócenia siłą tych, których uważa za niewiernych. Nie potrzebuje Prezydenta, który prowadzi ciągłą krucjatę, zachęcany do tego przez dostojników Kościoła, który mentalnie uwolnili się od Ewangelii i zwierzchnictwa Papieża. 
 
Nie wiem, czy Rafał Trzaskowski jest w stanie być takim Prezydentem, zwłaszcza wtedy, gdy do władzy dojdzie jego formacja polityczna. Nie wiem, bo nie miał okazji się wykazać. Wiem jednak, że Andrzej Duda takim Prezydentem nigdy nie był i nie będzie. Druga kadencja nie jest cudownym lekarstwem, która powoduje, że kręgosłup zmienia swoją konsystencję. Nie jest głęboką zmianą duchową, która powoduje, że wobec niszczonych propagandą grup społecznych, takich jak LGBT, ktoś nagle będzie się odnosił z szacunkiem. Druga kadencja nie spowoduje, że ktoś zacznie jednoczyć, skoro cały czas dzielił. 
 
Nie wiem, czy w niedzielę wybierzemy Prezydenta, na którego Polska zasługuje. Ale na pewno warto próbować.

W dziesiątą rocznicę katastrofy smoleńskiej

Pamięć o zmarłych jest rzeczą świętą. W ostatnich 10 latach po katastrofie smoleńskiej doświadczaliśmy wielu pięknych i wzniosłych ekspresji tej pamięci. Jedną z nich była spontaniczna manifestacja narodowej żałoby na Krakowskim Przedmieściu, zaraz po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy wszyscy, z lewa i prawa, z początku i końca, oddawaliśmy hołd ofiarom tego niepojętego wypadku. One także przecież reprezentowały cały wachlarz poglądów, historii i oczekiwań, nie jedną tylko opcję polityczną.

Jednak nagle z tą łączącą absolutnie wszystkich spontaniczną żałobą stało się coś złego. Najpierw przestała być spontaniczna. Została uregulowana, zadekretowana niemal, ustalona co do miejsca, dnia miesiąca i formy. Potem przestała łączyć, a zaczęła dzielić. Z początku słowem: absurdalnym oskarżeniem o zamach, zdradę i zabójstwo. Potem fizycznie – barierami. Stawianymi na tym samym Krakowskim Przedmieściu, które było wcześniej jak ogromna i dzika rzeka żalu, stawianymi jakby po to, żeby tę rzekę ujarzmić i wykorzystać do własnych celów.

Święta żałoba stała się nieświętym szantażem emocjonalnym, który żeruje na zakorzenionym w nas szacunku dla zmarłych i tych, którzy ich opłakują. Modlitwa stała się manifestem politycznym – daleka od spokojnej medytacji i refleksji, zamieniła się w seanse nienawiści wobec urojonego wroga. Szacunek dla zmarłych stał się uczuciem wybiórczym – dla jednych spokój, dla innych tragedia ekshumacji i ponownego pogrzebu, rozdrapywania świeżo zabliźnionego żalu, wściekłości, że prywatne cierpienie stało się publiczną igraszką władzy.

Będę pamiętał te dziesięć lat jako czas zapadania się w bezsilność, związaną z patrzeniem na to, jak rzeczy święte są obryzgiwane politycznym błotem. Nie tak wygląda szczera pamięć o zmarłych. Ktoś żałobę, która powinna być cichym namysłem nad wspólnym naszym nieszczęściem, zamienił w ogłuszającą polityczną szczekaczkę, która mówi: „Ponieważ cierpię, mogę zrobić ci wszystko. A ty nie możesz zrobić nic, bo przecież pamięć o zmarłych jest święta”.

Na szczęście to nieprawda, że nie mogę zrobić nic. Mogę głośno powiedzieć, że choć pamięć o zmarłych jest święta, tych, którzy tę pamięć zbezcześcili, zamieniając ją w polityczny spektakl, będę pamiętał jak najgorzej.

Ofiarom tragedii 10 kwietnia 2010 roku – spokój wieczny.

Jak zdobyć rząd dusz – 10 lekcji, które mogą nam dać polscy raperzy

Zbigniew Hołdys zwrócił mi swoimi publicznymi wpisami na TT i FB uwagę na pewną ważną rzecz – na absolutną hegemonię hip-hopu we współczesnej polskiej i nie tylko polskiej muzyce. Najpierw napisał, że Bedoes, gwiazda SBM Label, pod jednym swoim utworem na You Tube ma kilkadziesiąt milionów wyświetleń. To więcej niż kilka czy nawet kilkanaście gwiazd muzyki pop razem wziętych. Po drugie, słusznie cieszył się z faktu, że Taco Hemingway i Dawid Podsiadło wysprzedali w 30 minut Stadion Narodowy – dotąd udawało się to największym gwiazdom muzyki światowej, takim jak Metallica.

Nie znam się na muzyce hip-hopowej, ale zazdroszczę raperom sukcesu – jest to dla mnie sukces nie tylko muzyczny, ale przede wszystkim sukces w zakresie tzw. rządu dusz, a więc sukces w zakresie wpływu na ludzi. Ich publiczność słucha przecież nie tylko dźwięków, ale przede wszystkim tekstów, które w hip-hopie są najważniejsze. Uważam, że słuszne uwielbienie i popularność muzyków ma głębokie uzasadnienie w wartościach, które w nienachalny, ale wyraźny sposób komunikują.

Po przesłuchaniu wielu utworów przygotowałem subiektywny dekalog wartości hip-hopu – prezentuję go poniżej. Uważam, że każdy, kto chciałby mieć szacunek ludzi, w szczególności wśród młodzieży, powinien ten dekalog wziąć sobie do serca. Czy to polityk, czy nauczyciel, czy profesor. Oczywiście nie twierdzę, że są to jedyne wartości głoszone przez hip-hop, albo że hip-hop popularyzuje wyłącznie wartościowy styl życia. Ale w te 10 wartości, które są obecne w nowoczesnym polskim hip-hopie, warto się wsłuchać.

  1. Pełna autentyczność – nieudawanie kogoś innego, nieoszukiwanie i niemydlenie oczu
  2. „Vulnerability” – odwaga przyznania się do słabości, przyznanie się do nieodporności na ciosy.
  3. Szacunek dla inności.
  4. Brak narzucania swojego zdania innym.
  5. Kodeks honorowy – wierność wyraźnemu zestawowi wartości.
  6. Braterstwo (przyjaźń).
  7. Lojalność wobec ludzi.
  8. Pamięć o biednych mimo bycia bogatym.
  9. Pokora – niewywyższanie się.
  10. Chęć przekazania wiedzy młodszym, ale przekazywanie swojego osobistego doświadczenia bez napuszenia i udawania mądrzejszego.

 

 

 

 

Czy Janusz Palikot powinien zasiadać w komitecie upamiętniającym śp. Lecha Kaczyńskiego?

Pamiętacie taki film na You Tube, w którym Jarosław Kaczyński wita się z politykami, ale nie podaje ręki Januszowi Palikotowi. Powód – Palikot ostro atakował śp. Lecha Kaczyńskiego, kiedy ten był Prezydentem RP. Dla Jarosława Kaczyńskiego Palikot był niewątpliwie symbolem bezpardonowych ataków na wartości, które uznawał za podstawowe dla siebie, stąd decyzja o niepodawaniu ręki.

K. Pawłowicz i S. Piotrowicz dla wielu Polaków są symbolem bezpardonowego ataku na wartości dla Nich podstawowe, takie jak praworządność. Nie byłem nigdy w sytuacji, w której musiałbym podawać im rękę, dlatego nigdy nie miałem okazji odmówić tego podania. Ale tak bym zrobił, bo tak powinien zrobić każdy, dla kogo praworządność jest wartością ważną. Ja w każdym razie tak robię, kiedy w poczekalni telewizyjnej spotykam wiceministrów sprawiedliwości, np. Sebastiana Kaletę.
 
Dlaczego o tym mówię? Bo najwyraźniej członkowie i zwolennicy PiS stracili całkowicie empatię i zrozumienie dla tego, że istnieje bardzo duża grupa Polaków, którzy na nich nie głosowali. I że ta grupa będzie tu mieszkać i żyć, i nie da się jej pozbyć. Tymczasem PiS poprzez nominację Pawłowicz i Piotrowicza wykonuje ruch, który jest obrazą tej grupy, jest prowokacją i grą na podzielenie Polaków. Jest sadystyczną próbą wzbudzenia najgorszych emocji, bo ludzi będących symbolem niszczenia wartości dla nich ważnych powołuje się do instytucji, która odpowiada za strzeżenie tych wartości.
 
Chciałbym wzbudzić resztki tej empatii przykładem, który odwołuje się do początku tej krótkiej historii. Członkowie i zwolennicy PiS! Jak byście się czuli, gdyby opozycja powołała J. Palikota na szefa komitetu mającego upamiętnić Prezydenta Kaczyńskiego? Gdyby w instytucji mającej się troszczyć o wartości dla Was ważne miał zasiadać człowiek, którego uważacie za uosobienie zamachu na te wartości? Uznalibyście takie powołanie za zasadne? Normalne? Jeśli tak, to oznacza, że jest z Wami coś nie tak. Bardzo poważnie nie tak.

Te kandydatury powinny zostać natychmiast wycofane. Jest wielu porządnych, konserwatywnych prawników, których PiS może powołać do TK. Powołanie K. Pawłowicz i S. Piotrowicza jest aktem agresji wobec przeciwników politycznych, jest polityczną prowokacją i działaniem obliczonym na polaryzację i tak już podzielonego polskiego społeczeństwa. Wycofajcie się z tej decyzji póki jest jeszcze czas.

Gratulacje dla zwycięzców tych wyborów

Po ogłoszeniu wyników wyborów jedno trzeba jasno powiedzieć – ich zwycięzcami są ci wszyscy, często nieznani szerzej ludzie, którzy niemal codziennie, na ulicach, w przyczepach, pod sądami i pod siedzibą rządu, w miejscowościach dużych, średnich i malutkich, przez ostatnie cztery lata walczyli o demokratyczną i praworządną Polskę. 

 
Ludzie wspierający PiS śmieją się z nas często, że codziennie ostrzegamy przed dyktaturą i rządami autorytarnymi, a tych jak nie było, tak nie ma. Cóż – są ludzie wspierający absurdalną tezę, że nie potrzebujemy szczepionek, bo przecież nie ma już chorób zakaźnych. Dokładnie tak – nie ma wielu chorób zakaźnych, bo jacyś bardzo dobrzy i mądrzy ludzie poświęcili swoje życie, żeby obdarować społeczeństwo wynalezieniem szczepionki. Podobnie, nie mamy w Polsce autorytaryzmu, bo jest wielu mądrych i dobrych ludzi, którzy poświęcili kawał swojego życia, żeby stać się szczepionką przeciw dyktaturze. Tym ludziom chciałbym dzisiaj serdecznie podziękować.
 
Wiem, że wielu z Was jest rozczarowanych wygraną władzy, która niszczyła i nadal będzie niszczyć praworządność. Ale rozczarowanie jest efektem porównywania świata realnego z naszymi ideałami. To zawsze rozczarowujące porównanie. Zestawcie świat realny nie z tym idealnym, ale tym, który mógłby się stać, gdyby nie Wy. Władza, która wpompowała miliardy złotych w kuszenie społeczeństwa, która miała na swoich usługach całe państwo, całą maszynę propagandową publicznych mediów, mogłaby mieć wszystko, gdyby nie napotkała Waszego oporu. PiS mógłby być węgierskim Fideszem, z konstytucyjną większością i zdeptanymi sądami. Węgrom zabrakło takiej opozycji ulicznej, jak nasza. Zabrakło tak silnych organizacji pozarządowych, jak nasze. To one: polska opozycja uliczna i polskie organizacje pozarządowe wspólnym wysiłkiem opóźniły ten walec, który równał z ziemią polskie państwo prawa i dały czas wspólnocie europejskiej na reakcję, której efekty już niedługo zobaczymy. 
 
Odrzućcie zatem rozczarowanie. Wy, którzy wypruwaliście sobie żyły w Warszawie i w Poznaniu, w Pabianicach i Wejherowie, marznący w przyczepie z licznikiem dni upływających od haniebnego nieopublikowania wyroków TK i na literiadzie pod Pałacem Prezydenckim. Powinniście być dumni ze swojej pracy. Robiliście to mimo codziennego obrażania Was w telewizji publicznej, mimo dehumanizujących Was filmików w mediach społecznościowych. Daliście radę.
 
Chcę szczególnie skierować te słowa do osoby, którą znam tylko z opowiadań – do ponadosiemdziesięcioletniej Pani Basi z Pabianic, która wczoraj do czwartej nad ranem pracowała w komisji wyborczej, żeby dać nam pewność uczciwych wyborów. Pani Basiu, kochani – pamiętacie Traktat Moralny Czesława Miłosza?:
 

„Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.”

 
Wy jesteście tymi kamieniami – twardymi i nie do zdarcia. I zmieniliście bieg tej lawiny. Władza kontrolująca wszystkie publiczne pieniądze  nie ugrała przez cztery lata absolutnie nic więcej niż miała, bo przeciwstawili się jej ludzie, którzy często nie mieli za co wynająć busa, żeby dojechać na protest. Władza chlubiąca się tym, że uchwali swoją własną konstytucję, ledwie uzyskała zwyczajną większość, bo stanęli przeciwko niej ludzie noszący w sercach Konstytucję jedynie legalną i prawdziwą. Władza, która chciała wziąć wszystko, straciła nawet senat, bo  sprzeciwili się jej ludzie, którzy dobrze wiedzą, jakim złem jest jedynowładztwo.
 
Przez te cztery lata będzie łatwiej. Za moment ta władza zderzy się z wyrokami TSUE w sprawie sądownictwa. Dzięki zdobyciu Senatu nie będzie już takiej pogardy dla prawa i debaty publicznej. Nie da się powołać na ważne stanowiska ludzi po prostu złych. 
 
A jeśli to wszystko Was nie pociesza, to pomyślcie jeszcze o czymś innym. Pomyślcie o prokuratorze Piotrowiczu, i przypomnijcie sobie ten moment, w którym, z tym swoim szyderczym uśmieszkiem na twarzy, krzyczy z mównicy sejmowej „Precz z komuną!”. I pomyślcie sobie, że wykrakał. Przecież został z tego Sejmu wyrzucony precz. I uśmiechnijcie się do siebie.
 
To między innymi Wasza wytrwałość wyrzuciła z życia publicznego jakiś kawałek tego autokratycznego, wziętego żywcem z komunizmu, podłego myślenia o dobru wspólnym, które można dla swojego egoistycznego interesu splugawić. Za to stanięcie w obronie wartości najważniejszych Wam dziękuję. I proszę, żebyście Wy sobie wzajemnie, publicznie podziękowali w komentarzach pod tym postem – opiszcie krótko historie nieznanych szerzej, cichych bohaterów, takich jak Pani Basia z Pabianic i wielu, wielu innych. Niech Polacy Ich poznają i niech uczą się od Nich wytrwałości, odwagi i prawdziwego patriotyzmu.

Dlaczego idę w niedzielę na wybory


Kiedy cztery lata temu zaangażowałem się w życie publiczne, zrobiłem to z jednego powodu: nie mogę znieść ludzi, którzy bezczelnie łamią dane komuś słowo albo zasady, a jednocześnie czują się z tego powodu dumni. Ludzi, którzy przysięgają na Konstytucję, gdy obejmują urząd, a nazajutrz bezczelnie ją gwałcą, uznając to za dowód swojej skuteczności. 

Naprawdę, nie mam problemu z ludźmi, którzy robią w swoim życiu coś złego – kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ludzie przysięgają sobie miłość przed ołtarzem, a potem coś idzie nie tak i się rozstają. Trudno, takie jest życie. Ludzie robią prawo jazdy, a potem łamią przepisy na drodze. Zdarza się każdemu. Ale czy normalna jest sytuacja, w której ten, który łamie dane słowo albo narusza zasady, jest z tego dumny, chwali się tym na lewo i prawo, uważa się za bohatera, bo kogoś oszukał? Bo zakpił sobie z jakichś wartości?

Wszystkie polskie rządy łamały Konstytucję, tak jak większość z nas narusza jakieś przepisy, kiedy na przykład prowadzimy samochód. Ale żaden z dotychczasowych rządów nie szczycił się tym, że to robił. Żaden też nie uczynił z łamania zasad swojego programu. Normalny człowiek, którego zatrzyma policja po wykroczeniu drogowym, czuje jakiś drobny wstyd, tłumaczy się i zazwyczaj nie protestuje, kiedy policja nakłada na niego mandat. W niektórych wątpliwych sytuacjach odwoła się do sądu – ale nigdy nie przyjdzie mu do głowy, aby wyroku sądu nie respektować. 

Władza PiS wprowadziła do naszego życia coś straszliwego – pogardę dla prawa i zasad, bezczelność, która szczyci się tym, że prawo i zasady narusza, a także kompletny, ale to kompletny brak wstydu. Ta bezczelność i brak wstydu pozwala tej władzy nie tylko łamać zasady, ale agresywnie atakować wszystkich, którzy to naruszenie jej wytykają. Złamać dane słowo albo przepisy i okazać skruchę – to zachowanie, które można zrozumieć. Złamać przepisy, zaatakować policjanta, który wymierza mandat i rozwiązać sąd, który może za to skazać, a dodatkowo wyśmiać ludzi, którzy przeciwko temu wszystkiemu protestują – to moralne barbarzyństwo. 

Nie wiem, jak można głosować na ludzi, którzy przysięgają na Konstytucję, a dzień później z uśmiechem na twarzy ją łamią. Jak można zaufać ludziom, którzy co drugie słowo przywołują wartości najwyższe, aby pomiędzy jednym i drugim przywołaniem kolejny raz złamać podstawowe dla państwa zasady? Jak można wiązać swoją przyszłość z ludźmi, którzy jedną ręką potępiają komunizm, a drugą dają najwyższe stanowiska komunistycznemu prokuratorowi? Jak można? 

Nie oczekuję dla mojego kraju władzy idealnej, bo takiej nie ma. Oczekuję władzy normalnej – takiej, która, jak każdy, popełnia błędy, ale jest gotowa po ludzku ponieść tego konsekwencje. Jestem jednak pewien, że nie chcę dla mojego kraju władzy bezczelnej, która z chamstwa czyni cnotę, a bezprawie uznaje za nowy rodzaj sprawiedliwości. Dlatego idę w niedzielę na wybory. Wy też idźcie.

Nie dlatego, że jesteście „lewakami”, antypatriotami, zdrajcami narodu czy wrogami Kościoła. Nie czuję się ani „lewakiem”, cokolwiek to obraźliwe i mgliste słowo znaczy. Nie jestem także na pewno wrogiem Kościoła. Czuję się jednak zobowiązany chronić mój kraj przed ekstremalną hipokryzją, przed zalewem nienawiści i kłamstwa, przed faryzeuszowską pewnością siebie ludzi, którzy codziennie pouczają mnie, jak mam żyć, a sami zapomnieli, co znaczy wstyd. Czuję się zobowiązany ratować mój kraj przed władzą, która codziennie na ustach ma Boga i Kościół, a przez nienawiść do ludzi i zasad jest do głębi antychrześcijańska i antykatolicka. 

Dlatego zrobię wszystko, żeby ta władza nie niszczyła mojego państwa ani dnia dłużej, choćby tym wszystkim, co mogę zrobić, miało być oddanie tego jednego głosu, który mi przysługuje.

A jeżeli ta władza będzie nadal rządzić, od powyborczego poniedziałku będę jeszcze dokładniej patrzył jej na ręce – jak zresztą każdej innej, która zdecyduje się naruszyć najważniejsze dla Polaków zasady i śmiać się z tego powodu ludziom w twarz.

Polska PiS: naród, socjalizm i brak państwa prawa

Zgodnie z tzw. prawem Godwina, osoba, która w dyskusji porówna przeciwnika do Hitlera albo nazistów, tę dyskusję przegrywa. Nie zamierzam porównywać Kaczyńskiego do Hitlera, a PiS do nazistów, bo oczywiście nie chcę tej dyskusji przegrać. Chcę tylko ocenić wizję państwa, którą Kaczyński przedstawił na konwencji w Lublinie i pokazać, że wiedzie ona nas w przepaść.

Doświadczenia Republiki Weimarskiej i niemieckiego totalitaryzmu nauczyły nas jednego – są takie wizje państwa i społeczeństwa, które dają ludziom w miarę normalne życie, i są takie, które dają ludziom nie dającą się zmierzyć rozpacz. Nie będzie nigdy w historii świata drugiego Hitlera, tak jak nie było Hitlera przed Hitlerem. Będą tylko wizje państwa mądre i głupie, takie, które mają dużą szansę powodzenia i takie, które tej szansy nie mają. Jeżeli jesteśmy stworzeniami racjonalnymi, powinniśmy się z historii nauczyć niepowtarzania wizji państwa, które się skompromitowały. Jarosław Kaczyński się niestety nie nauczył.

Na ostatniej konwencji w Lublinie przedstawił bowiem wizję państwa, która została wielokrotnie skompromitowana jako niezdolna do dostarczenia ludziom szczęścia i dobrobytu, o którym przywódca PiS tak wiele mówi. Ta wizja państwa jest oparta na czterech filarach: narodzie, państwie dobrobytu, jednolitości światopoglądowej i wyższości woli politycznej nad prawem. Jak pokazuje przeszłość ludzkości, kombinacja tych elementów produkuje mieszankę wybuchową nad którą jej twórcy nie potrafią w pewnym momencie zapanować. Omówmy jej składniki po kolei.

Kaczyński mówi: naszym celem jest państwo narodowe, bo nie ma demokracji poza państwem narodowym. To jest twierdzenie, które prowokuje dwa pytania. Pierwsze z nich, to pytanie o to, jak PiS rozumie naród. Czy tak, jak wskazuje nasza obecna Konstytucja, a więc jako „wszystkich obywateli Rzeczypospolitej”, także tych, którzy nie są Polakami z krwi? Czy też bardziej biologicznie? Długo już trwający flirt PiS ze skrajną prawicą i wygodna dla wszelkiej maści nacjonalistów polityka ich „rozumienia” mogą skłaniać do drugiej odpowiedzi. A więc Polska dla Polaków, ksenofobiczna, zamknięta na innych. Słaba Polska sanacyjna, nie wielka I Rzeczpospolita, od morza do morza, czerpiąca z bogactwa swojej różnorodności narodowej i silna tolerancją.

Drugie pytanie: dlaczego Kaczyński mówi, że demokracja nie jest możliwa poza państwem narodowym? To wyraźny atak na Unię Europejską, bo to Unię antyliberałowie w stylu Orbana i Salviniego oskarżają się o niedemokratyczność ze względu na jej ponadpaństwowość, a więc niezdolność do czerpania legitymacji z woli konkretnego narodu. Kaczyński nie wierzy w Unię Europejską i gdyby nie ogromne poparcie Polaków dla naszego w niej członkostwa chętnie by nas z niej wyprowadził. Nie mogąc tego zrobić, PiS systematycznie niszczy pozycję Polski w UE, co jest strategią samobójcy. Tymczasem Unia jest sojuszem, który zapewnił najdłuższy w jej historii pokój. Antyunijność to antypolskość – to chęć izolowania Polski i chęć zniszczenia europejskiego pokoju.

Drugi element wizji państwa PiS to „państwo dobrobytu”. Umieszczam tę nazwę w cudzysłowie, ponieważ nie o wizję rzeczywistego welfare state tu chodzi. Prawdziwe państwo dobrobytu jest w rzeczywistości produktem myśli liberalnej, nie socjalistycznej, i jest powiązane nierozerwalnie z pełną racjonalnością gospodarczą i praworządnością. Wizja Kaczyńskiego natomiast to wizja nieracjonalnego rozdawnictwa, opartego na wizji ekonomicznej, zgodnie z którą pieniądze biorą się z bankomatu.

Prawdziwe państwo dobrobytu musi przede wszystkim umieć dobrze liczyć, a Polska już od dawna nie liczy, łudząc się, że koniunktura gospodarcza będzie trwać wiecznie. Nie będzie, a rozdawnictwo dramatycznie podniesie poziom oczekiwań, który, w przypadku kryzysu ekonomicznego, spowoduje wielką narodową frustrację. Nie oskarżam PiS-u o hitleryzm – oskarżam o to, że przygotowuje grunt pod wielki narodowy gniew, podobny do tego, który trawił Republikę Weimarską, gdy przyszedł światowy kryzys lat trzydziestych, kiedy ludzka frustracja wyniosła nazistów do władzy. Ponieważ znamy historię, wiemy, co się później zdarzyło.

Oprócz wizji biologicznego i odizolowanego od Europy narodu, wizji nieracjonalnego rozdawnictwa bez liczenia jego skutków, w państwie Kaczyńskiego ma panować jednolitość poglądów, gwarantowana ciężką ręką Kościoła katolickiego. Skoro poza Kościołem panuje nihilizm, to oznacza przecież, że poza Kościołem nie ma żadnego porządku wartości, który wart byłby realizowania. Jak zachowa się silne państwo, kiedy jakiś pisarz, reżyser czy twórca poprosi o finansowanie aktywności promującej inny niż katolicki porządek wartości? Czy państwo Kaczyńskiego będzie promować nihilizm? Toż byłaby to czysta niegospodarność, po cóż bowiem promować coś, co nie ma żadnej wartości.

Twierdzenie o nihilizmie poza Kościołem jest zapowiedzią kontynuacji finansowej cenzury, którą PiS od czterech lat uprawia i właśnie zapowiedział, że będzie uprawiał dalej. Cenzura ta polega na finansowaniu tylko takich mediów i tylko takiej twórczości, która jest zgodna z wiodącą wizją światopoglądową, a odbywa się na przykład przez kanalizowanie wydatków reklamowych spółek Skarbu Państwa w odpowiednim, akceptowanym przez władzę kierunku. Co gorsza – może skutkować podobnym finansowaniem badań naukowych. Taka cenzura powoduje zabijanie różnorodności, a brak różnorodności powoduje degenerację. Nie bez przyczyny największe dokonania naukowe ludzkości, w tym odkrycia Newtona, nastąpiły po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, która była także ostatecznym upadkiem jednolitego światopoglądu Kościoła katolickiego. To wolność twórcza i różnorodność poglądów była mechanizmem, który zaledwie trzysta lat później pozwolił ludziom zwalczyć choroby zakaźne i stanąć na Księżycu. Okazało się, że poza Kościołem może także być dobro, a nie tylko nihilizm. Tej tezie Kaczyński w Lublinie zaprzeczył.

Wreszcie czwarty filar: wola polityczna ponad państwem prawa. Kaczyński oskarżył polskie sądy i trybunały o zamach stanu, o to, że zamiast demokracji mamy „trybunalską” wizję państwa, gdzie sądy mogą absolutnie wszystko, a politycy nic. To pogląd, który nie przestaje mnie zadziwiać. W czasie jednego z programów w TVP Info zapytałem Bronisława Wildsteina, czy zna jakikolwiek kraj, w którym sędziowie wprowadzili totalitaryzm, bo ja znam wiele takich, w których totalitaryzm wprowadzili politycy. Wildstein odpowiedział, że krajem, w którym totalitaryzm wprowadzili sędziowie, są Stany Zjednoczone. Pomyślałem wtedy: daj nam, Boże, taki totalitaryzm!

Jak pisał John H. Ely, wszystkie instytucje państwa prawa, takie jak podział władz, istnienie sądu konstytucyjnego i kontrola prawa nad polityką są po to, aby już nigdy nie powtórzył się Holocaust. To mocne i emocjonalne stwierdzenie jest bardzo racjonalne. Holocaust z punktu widzenia teorii demokracji to sytuacja, w której większość, swoją polityczną wolą wyizolowała i zabiła mniejszość. Holocaust zdarzył się, bo dla politycznej woli większości zabrakło jakichkolwiek hamulców. Takim hamulcem są silne, niezależne od polityków instytucje państwa prawa chroniące prawa mniejszości przed atakiem większości. Takimi instytucjami w Polsce są Trybunał Konstytucyjny, sądy i Rzecznik Praw Obywatelskich. Wszystkie te instytucje PiS albo faktycznie zlikwidował, albo drastycznie osłabił. Jednocześnie osłabiając je, wszedł w wielki konflikt z Unią Europejską, w którym Polska ponosi ogromne szkody, a benefitów nie widać (widać za to kompletną degrengoladę moralną odnowionej sędziowskiej elity).

Chciałbym, aby Jarosław Kaczyński, kreujący swoją wizję państwa, zadał sobie jedno pytanie: jak będzie wyglądać Polska w momencie, w którym spadnie na nią poważny ekonomiczny kryzys, co, jak się zdaje, jest bardzo prawdopodobne w kolejnych latach. Ta Polska będzie państwem izolowanym w Europie i społeczeństwem z ogromnymi, rozbudzonymi oczekiwaniami finansowymi. Będzie państwem właściwie wychodzącym z Unii Europejskiej, ponieważ dalsze niszczenie państwa prawa spowoduje zmniejszenie płynących do Polski europejskich funduszy i poparcie dla Unii istotnie spadnie. Jeśli w takie państwo uderzy ekonomiczny kataklizm, wywoła on ogromną frustrację i gniew społeczny, który zawsze kończy się szukaniem kozła ofiarnego (którego zresztą Kaczyński zapewne chętnie wskaże). Co więcej, ten gniew zrealizuje się w kraju, który nie będzie miał już żadnych bezpieczników, chroniących mniejszość przez agresją większości.

Nie zamierzam porównywać Kaczyńskiego do Hitlera, a PiS do nazistów. Znam prawo Godwina. Ale oskarżam wizję państwa, którą Kaczyński zaproponował, o rzecz najgorszą: o bezdenną głupotę. Cała ludzka historia pokazuje, że izolowany, oparty na chowie wsobnym biologiczny naród, który żyje ponad stan i niszczy swoje ekonomiczne sojusze, który zabija różnorodność i który osłabia instytucje zapewniające pokojowe współistnienie większości i mniejszości, jest skazany na porażkę, bo jest skazany na konflikt. Co zrobi PiS, kiedy ten konflikt wybuchnie? Na kogo wtedy zwali winę?

Tekst ukazał się wcześniej w Gazecie Wyborczej.

Polska Watergate

17 czerwca 1972 roku, w Waszyngtonie, grupa pięciu mężczyzn została przyłapana na nielegalnych działaniach, mających na celu zdyskredytowanie politycznych przeciwników prawicowego rządu. Jak stwierdził później Mark Felt, jeden z bohaterów tej historii, nie byli to zbyt bystrzy faceci. Prawie dokładnie po dwóch latach od tego momentu, Prezydent Nixon został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska, ze względu na swoje związki z kampanią oczerniania opozycji i kłamstwa, których dopuścił się w czasie jej wyjaśniania. Afera Watergate, bo o niej mowa, na zawsze odmieniła Amerykę, pokazując, że ludzie powołani do przestrzegania najwyższych standardów mogą bardzo nisko upaść.

Ujawnione w ostatnim tygodniu działania wiceministra Piebiaka oraz kilku innych osób, mające na celu zdyskredytowanie krytyków rządu PiS, noszą pewne podobieństwo do Watergate, matki wszystkich afer. Oto grupa ludzi pracujących dla prawicowego rządu wykorzystuje w nielegalny sposób informacje mające poniżyć jego przeciwników. Prawicowy rząd twierdzi, że nie ma żadnej wiedzy o tych działaniach, i odcina się od nich. W tym tłumaczeniu nic jednak nie trzyma się kupy, w tle sprawy jest finansowanie tych działań z pieniędzy rządowych, a powiązania przyłapanej grupy sięgają na sam szczyt państwowej administracji. Czy afera Piebiaka to polska Watergate?

Analogie są potrzebne, jeśli mogą być pouczające. Ta, jak się zdaje, jest. Watergate pokazała, że rząd mający usta pełne sloganów o wartościach, może być podły. Że ci, których naród powołał do wierności prawu, mogą je bezczelnie łamać, aby zrealizować swój polityczny interes. Pokazała także, że jedynym antidotum na niemoralność władzy jest niezależny system publicznych bezpieczników w postaci niezależnego sądownictwa i niezależnych mediów. Warto prześledzić te analogie, aby wyciągnąć z nich lekcje dla Polski.

Pierwsza analogia to łamanie prawa przez strażników prawa. Działania grupy partyjnych nominatów do Ministerstwa Sprawiedliwości, KRS i Sądu Najwyższego wobec sędziów krytykujących zmiany w sądownictwie nie są po prostu elementem wszechobecnego współcześnie hejtu, i nie powinno się ich rozpatrywać wyłącznie w kategoriach moralnych. Te działania noszą znamiona poważnych naruszeń prawa, np. ujawnienia danych osobowych prześladowanych sędziów osobom trzecim, przestępstwa zagrożonego karą nawet trzyletniego więzienia. Zachęcanie do uporczywego nękania (do stalkingu) i podżeganie do zniesławiania to także przestępstwa, podobnie jak przekroczenie uprawnień oraz współdziałanie w zorganizowanej grupie mającej na celu przestępstwo. Portal Dogmaty Karnisty wskazuje sześć potencjalnych przestępstw, których mogli się dopuścić bohaterowie Piebiak-gate, co pokazuje, że sprawa w sensie prawnym jest bardziej niż poważna.

Powraca więc starożytne pytanie Juwenalisa – jeśli strażnicy prawa je naruszają, kto ma pilnować samych strażników? O ile tzw. system checks and balances, a więc system konstytucyjnych zabezpieczeń przed samowolą prawną władzy, opierający się na niezależnej prokuraturze, sądach i mediach działał w latach 70. w USA całkiem dobrze, o tyle w Polsce w przypadku prokuratury nie działa wcale, a w przypadku sądów jest poważnie osłabiony. Na szczęście, choć trzecia władza została wprowadzona przez PiS w głęboki kryzys, wciąż można mówić o niezależności władzy czwartej, a więc wolnych mediów, które w omawianej sprawie już wykonały ogromną pracę. Pytanie tylko jak długo – w szufladach rządu PiS czai się już przecież projekt „repolonizacji” mediów, który mimo tej fantazyjnej i patriotycznej nazwy jest zwykłym planem zamknięcia dziennikarzom ust.

Jeśli jednak mamy wyciągnąć wnioski z Watergate dla naszej sytuacji, to trzeba pamiętać, że kluczową rolę w jej ujawnieniu odegrał ostatecznie Sąd Najwyższy USA, który swoim wyrokiem nakazał administracji Nixona ujawnienie opinii publicznej kluczowych dla afery informacji. Tu nasza analogia sygnalizuje nam pierwszy problem. W ostatnich czterech latach rząd PiS pokazał wielokrotnie, że wyroki sądów mało go obchodzą. Mało go obchodziły wyroki Trybunału Konstytucyjnego, mało go obchodzi niedawny wyrok sądu administracyjnego, nakazujący, nomen omen, ujawnienie opinii publicznej ważnych dla działania państwa informacji o podpisach pod listami poparcia do KRS. Jaki zresztą sąd najwyższy miałby PiS do czegokolwiek przymusić, skoro jest on coraz bardziej napakowany partyjnymi nominatami, a co najmniej jeden z nich jest nawet bezpośrednio zamieszany w sprawę, ponieważ prawdopodobnie zachęcał do akcji nienawiści wobec Małgorzaty Gersdorf.

Afera Piebiaka pokazuje w całej pełni rozpaczliwą sytuację, w której znalazła się Polska. Demontaż państwa prawa spowodował, że kiedy strażnicy prawa łamią prawo, nie ma kto ich pilnować. Państwo trzymane w ręku jednej osoby nie będzie przecież tej ręki kąsać. Jak mówił, Bob Woodrow, jeden z nieustępliwych dziennikarzy, którzy doprowadzili do ujawnienia afery, „Watergate stanowi modelowe studium przypadku relacji i uprawnień poszczególnych władz. Jest to także moralny spektakl ze smutnym i dramatycznym zakończeniem”. Istnieje niestety ryzyko, że Piebiak-gate, które niewątpliwie jest moralnym, smutnym i dramatycznym spektaklem, będzie stanowić modelowe studium upadku podziału władz – ich niezdolności do wzajemnego kontrolowania, niezdolności do pilnowania strażników.

Druga lekcja z analogii pomiędzy skandalem w polskim Ministerstwie Sprawiedliwości a Watergate to lekcja hipokryzji władzy. I w USA, i w Polsce, prawicowe rządy cechuje wyjątkowe upodobanie do moralizowania. W pewnym sensie ideą przewodnią prawicy jest założenie, że ludzie nie są sami z siebie zdolni do postępowania zgodnego z moralnością, dlatego zadaniem rządu jest ich tej moralności nauczyć. Stąd ulubionymi postaciami prawicy są rozmaitej maści szeryfowie – nieosiągalne wzorce wszelkich cnót, które same postępują nienagannie, a tych, którzy robią inaczej, szybko i sprawnie sprowadzają na dobrą drogę.

Szok powodowany kiedyś przez Watergate, a teraz przez Piebiak-gate, jest szczególny, ponieważ okazuje się, że ci, którzy wciąż mówią o moralności, sami są głęboko niemoralni. Opinii publicznej trudno jest uwierzyć w słowa i czyny, które ukazują zepsucie niebywałej miary. Są przecież w zapisanych rozmowach rzeczy straszne – porównywanie ludzi do psów, odwoływanie się do „ostatecznego rozwiązania” (Endlosung) poprzez dobicie przeciwnika plotką o aborcji, jest nawet targanie pamięci bohaterów prawicy, przez porównywanie hejterki do Inki. Jednocześnie jest ciągle mowa o wartościach najwyższych: o działaniu dla dobra kraju, o patriotyzmie. Ta obrzydliwa mieszanka może przyprawić o nudności.

Niestety, upadek moralny na szczytach polskiej władzy nie jest przypadkiem, ale efektem prowadzonej systematycznie polityki. Pomysł PiS na „naprawę” polskiego sądownictwa opiera się od początku na absurdalnym założeniu. Aby było lepiej, należy usunąć ze stanowisk naturalnych liderów środowiska sędziowskiego i zastąpić ich ludźmi z dołu hierarchii sędziowskiej. Należy wyrzucić z TK, KRS i Sądu Najwyższego najbardziej doświadczonych sędziów i powołać na ich miejsce ludzi, którzy w normalnych warunkach nigdy powołani do tych organów by nie zostali. W efekcie, na szczyty hierarchii sędziowskiej trafiają ludzie mali, katapultowani tam wolą polityczną, nie własnymi zasługami. Stąd te błyskawiczne kariery rozlicznych Dyzmów, stąd ignorancja i arogancja widoczna w działaniach jawnych i jeszcze bardziej widoczna w ich działaniach niejawnych, które właśnie odkrywamy.

Niemoralność osób zaangażowanych w aferę Piebiaka jest prostą konsekwencją polityki personalnej PiS, która nie rozumie, że na szczyt hierarchii państwa trzeba wspinać się długo i powoli, jak na ośmiotysięcznik. Każdy etap tej wspinaczki jest testem wytrzymałości i przydatności danej osoby do wejścia wyżej. Na każdym z poziomów trzeba także jakiś czas pozostać, jeśli wcześniej się na nim nie było, bo w przeciwnym razie szybka kontynuacja wspinaczki skończy się źle. W życiu jak w górach, jeśli ktoś wspina się zbyt szybko, szybko upada, fizycznie bądź moralnie, i obserwowany przez nas skandal jest tego najlepszym dowodem. PiS, często powołujący się na Biblię, naruszył w swojej polityce personalnej biblijną zasadą wierności w rzeczach małych, która musi poprzedzać wierność w rzeczach wielkich. I teraz za to płaci, tak jak płacili za to republikanie po Watergate. Prezydent Ford, który zastąpił ustępującego w wyniku afery Nixona, stwierdził przecież, że z Watergate płynie jedna polityczna nauka: nigdy więcej nie można pozwolić, aby aroganccy polityczni nastolatkowie ominęli szczeble normalnego publicznego awansu. Innymi słowy, błyskawiczny awans wynosi na szczyty nieprzygotowanych i to zawsze kończy się źle.

I wreszcie trzecia lekcja płynąca z porównania skandalu w Ministerstwie Sprawiedliwości z aferą Watergate: nie można być na tyle naiwnym, aby sądzić, że działania dobre dla władzy, prowadzone przez ludzi związanych z władzą, są prowadzone bez wiedzy i woli tej władzy. Premier Morawiecki, mówiąc o dymisji Piebiaka „sądzę, że to kończy sprawę”, ujawnił wiele: to zdanie wypowiedziane zbyt szybko pokazuje, że premier bardzo by tego chciał, a jednocześnie użycie w nim osłabiającego słowa „sądzę” dowodzi jego poważnych wątpliwości, że tak się stanie.

I dobrze, że premier ma takie wątpliwości, bo tak się stać nie powinno – afera Piebiaka zaczyna się od Piebiaka, tak jak afera Watergate zaczęła się od budynków Watergate. Ale Watergate skończyła się na spektakularnym upadku politycznym Nixona, choć wygrał on jeszcze wybory, które nastąpiły po jej ujawnieniu. Jak skończy się afera Piebiaka? Kto będzie polskim Nixonem?
Ponieważ Piebiak raportuje swoje działania „Szefowi”, to on jest naturalnym kandydatem do tej roli. Trzeba tego Szefa odnaleźć, nawet gdyby zapewniał, że nic o sprawie nie wiedział, i nawet, gdyby zachowywał się jak żandarm z „Casablanki”. Ten, który przez trzy czwarte filmu przesiaduje w kasynie, korzystając z jego uciech, aby w pewnym momencie wstać i powiedzieć: „jestem oburzony – tutaj uprawia się hazard” i aresztować innych grających.

Watergate daje i w tym zakresie pewną lekcję. Wspomniany na początku Mark Felt, pracownik FBI, pomagający dziennikarzom badającym aferę, instruował ich w następujący sposób: „kiedy badasz spisek taki, jak ten, lina musi się powoli zaciskać wokół każdej szyi. Zaczynasz od najdalszych końców, zdobywasz dowody (…) Potem idziesz o poziom wyżej i robisz to samo na następnym poziomie. Jeśli od razu strzelisz zbyt wysoko i nie trafisz, wszyscy zaangażowani poczują się uspokojeni. Tak badają spiski prawnicy. Jestem przekonany, że inteligentni dziennikarze też tak powinni robić. Wy tak powinniście robić”.

Afera Piebiaka zdarza się Polsce w złym momencie. Jak powiedziano, osłabione państwo prawa może sobie z nią nie poradzić, skoncentrowanie władzy w rękach partii rządzącej nie będzie ułatwiać jej rozwiązania. Ale ujawnienie przestępczych działań władzy w aferze Watergate dokonało się dzięki tytanicznej pracy dziennikarzy i to dziennikarze mogą doprowadzić do końca polską Watergate. System publicznych, konstytucyjnych bezpieczników obejmuje także wolność prasy i ten bezpiecznik na szczęście nie został jeszcze wyłączony. Wciąż jest więc nadzieja, że czwarta władza może wyręczyć władzę trzecią. I niech tak się stanie.

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej.