Category Idee

O mediach rozlewających benzynę, które podobno nie chcą rzucić zapałki

W pewnym kraju działało radio, które nastawiało jedną grupę społeczną przeciwko drugiej, prowadząc nieustającą propagandę. Oto jej najważniejsze elementy:
 
1) Konstruowanie retoryki “my” kontra “oni”, prowadzone systematycznie i na poważnie, ale także przez wykorzystanie elementów humoru i muzyki popularnej.
 
2) Odczłowieczanie „ich”, na przykład przez ciągłe nazywanie „karaluchami”.
 
3) Ukazywanie jednej grupy ludzi (“my”) jako żyjących w poniżeniu i podporządkowaniu, a innej (“oni”) jako będących wyżej i dominujących nad „nami”.
 
4) Pogłębianie podziału przez mowę nienawiści, ukazującą „ich” jako złych z samej swojej niezmienialnej natury, a więc takich, którzy nie mają szansy na „poprawę” – dlatego trzeba “ich”  usunąć ze wspólnoty.
 
4) Ukazanie „ich” jako „wewnętrznych zdrajców”, a więc tych, którzy tylko udają, że są tacy, jak „my”, podczas kiedy są obcy, potrafią się sprytnie maskować i przez to stanowią stałe zagrożenie dla „nas”.
 
5) Ukazanie „ich” jako agresorów dokonujących inwazji, a „nas” jako korzystających z prawa do samoobrony – a więc usprawiedliwianie przemocy, aby odeprzeć „ich atak”.
 
To radio nazywało się RTLM, działało w latach 90. w Rwandzie, i przyczyniło się do tego, że, jak pisali kronikarze, „sąsiedzi zwrócili się przeciwko sąsiadom, przyjaciele przeciwko przyjaciołom, a nawet krewni przeciwko krewnym.”
 
Minęło właśnie 25 lat od tego momentu – od ludobójstwa w Rwandzie, od trwającej 100 dni masakry, w czasie której Hutu wymordowali 800 tysięcy Tutsi, i w czasie której zgwałcono 250 tysięcy kobiet.
 
Istotną rolę w przygotowaniu tego ludobójstwa odegrały media, zwłaszcza Radio RTLM, które, jak później wskazywali oskarżyciele, „stopniowo rozprowadzało benzynę po kraju, aby pewnego dnia go podpalić”. Jak wspominają obserwatorzy, Hutu zabijający Tutsi często w jednej ręce nosili maczetę, a w drugiej odbiornik radiowy trzymany przy uchu.
 
Dziennikarze i właściciele  RTLM zostali skazani przez międzynarodowe trybunały karne za podżeganie do nienawiści i ludobójstwa na dożywotnie i długoletnie (35 lat) więzienia. Te kary pokazują, że można być winnym tragedii nawet jeśli nikogo się własnoręcznie nie zabiło.
 
Zapytacie, po co przypominam o tych strasznych wydarzeniach. Przecież Polska to nie Rwanda, a dwa polskie plemiona, które zaczyna oddzielać coraz większy propagandowy rów, to nie Hutu i Tutsi. Oczywiście, że nie. Jest wiele różnic, choć prawdą jest, że wiele z nich to różnice pozorne, wynikające z naszego nieuzasadnionego, kolonialnego poczucia wyższości wobec ludów Afryki.
 
Nie jesteśmy Rwandą, ale elementy propagandy, które stosowało RTLM, stały się codziennością w naszych mediach i w wypowiedziach osób publicznych. Podział na „nas” i na „nich”, na „lepszy” i „gorszy sort”, odczłowieczanie – prowadzone na poważnie („odszczurzanie”, „zaraza”), i w formie niby-żartobliwej (animowane filmiki o ludziach opozycji, którzy są nakręcanymi lalkami). Oskarżanie o zdradę, o knucie i jątrzenie, o niezmienialne, genetyczne zło, dziedziczoną niepolskość, konieczność usunięcia poza wspólnotę. Wreszcie usprawiedliwianie przemocy – przez haniebne słowa o „zrozumieniu” dla niej, a ostatnio zachęcające do przemocy słowa, że ludzie grożący komuś śmiercią mają prawo wziąć sprawy w swoje ręce.   
 
Skoro nie jesteśmy Rwandą, dlaczego media publiczne prowadzą propagandę, która tak bardzo przypomina Radio RTLM? Dlaczego wciąż rozlewają po kraju benzynę, twierdząc oczywiście, że niczego nie chcą podpalić? 
 
Nigdy więcej Rwandy. Nigdy więcej nawet jednego promila Rwandy gdziekolwiek. Nigdy więcej odczłowieczenia, nastawiania jednych przeciwko drugim, usprawiedliwiania przemocy. 
 
I pamiętaj, dziennikarzu, hejterze i polityku: jeśli rozlewasz benzynę, nie wykpisz się tłumaczeniem, że ktoś inny rzucił zapałkę.
 
 
Korzystałem z tekstu: The Media as a Tool of War: Propaganda in the Rwandan Genocide, by Matthew Lower and Thomas Hauschildt. 9th May 2014, Human Rights and Conflict Resolution, Issue 2, No. 1.

Chaos i porządek w narracji PiS

Jak wiecie od czterech lat zwalczam działania PiS atakujące sądy i konstytucję. Nie jestem politykiem, ale jako obywatel nie chcę, by przez kolejne 4 lata praworządność była niszczona jeszcze bardziej. Dlatego chcę, żeby wybory wygrała partia praworządna – wszystko mi jedno, jaka. Dlatego jeśli jako zwolennicy praworządności chcecie wygrać wybory, przeczytajcie to, co piszę poniżej.
 
W skrócie moja myśl jest taka: nie atakujcie Kościoła i tradycyjnych wartości, w tym rodziny. Atakujcie destrukcję praworządności, osłabianie Unii Europejskiej i powolne wyprowadzanie z niej Polski, oraz bezmyślne działania PiS w obliczu zbliżającej się katastrofy klimatycznej.
 
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, przeczytajcie poniższe, dłuższe wyjaśnienia.
 
………………
 
Kluczowa w komunikacji PiS z wyborcami jest para pojęć: chaos i porządek. Jest ona stosowana na wielu poziomach. 
 
PiS identyfikuje źródła powodujące chaos i brak kontroli w życiu ludzi, a następnie daje rozwiązania, które ograniczają chaos i przywracają poczucie kontroli. Przykład: brak środków do życia w wielodzietnej rodzinie (źródło chaosu i braku kontroli nad życiem) i 500+ jako rozwiązanie likwidujące chaos i przywracające poczucie kontroli nad życiem. Często politycy PiS kreują albo podkręcają chaos, aby ich wyborcy tym bardziej docenili przywrócenie porządku. Przykład: najazd uchodźców, którzy przyniosą nowe bakterie, gwałty i rozboje (strach i chaos) – niewpuszczenie uchodźców jako rozwiązanie gwarantujące porządek i poczucie kontroli.
 
Politycy PiS ciągle mówią o chaosie (gender i LGTB jako zagrożenie dla rodziny, rozkradanie państwa, rosnąca przestępczość) i ciągle kreują się na szeryfów przywracających porządek (powrót do tradycyjnych, katolickich wartości, surowe kary dla przestępców) To działa, bo ludzie postrzegają współczesny świat jako groźny i szukają kogoś, kto pomoże im nad tym światem zapanować. Kogoś, kto wprowadzi porządek i bezpieczeństwo.
 
Wielki chaos powodują szczególnie takie sytuacje, z którymi człowiek nie jest w stanie sobie psychicznie poradzić – śmierć kogoś bliskiego, katastrofa, zdrada. Takim zdarzeniem był Smoleńsk – większości ludzi trudno zmierzyć się z brutalną prawdą, że setka najważniejszych ludzi w państwie może w jednej chwili zginąć przypadkiem. Powoduje to ogromny strach przed przypadkowością świata i brutalnością losu. Każde wytłumaczenie, nawet nieracjonalne, nawet wbrew faktom, jest lepsze niż wyjaśnienie, że zadziałał ślepy i okrutny los, bo wyjaśnienie nadaje sens i porządkuje świat. Teoria zamachu wyjaśnia, że nie my jako naród jesteśmy tej śmierci winni i że nic nie dzieje się przypadkiem. A to daje spokój. Stąd prawie dziesięć lat narracji PiS sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem, ale dającej ukojenie. Porządkującej chaos w ludzkich głowach i sercach.
 
Myśleliście, że film Sekielskich pogrąży PiS, będący w sojuszu z Kościołem? Nieprawda. Wielu ludzi nie może się wewnętrznie pogodzić z tym, że kapłan może być pedofilem. Prawda  pokazana w filmie tych ludzi wcale nie wyzwala, ale przygniata – wiemy już od czasów „Dzikiej kaczki” Ibsena, że prawda może być zbyt ciężka, by ją unieść. Prawda powoduje silny dysonans poznawczy – napięcie, które powiększa niepokój i poczucie chaosu. Oto świat się wali. W takiej sytuacji PiS mówi: to nieprawda, to złośliwy atak na Kościół. I spokój wraca – bo czasami kłamstwo jest wygodniejsze od stanięcia twarzą w twarz z prawdą.
 
Są jednak co najmniej trzy obszary, gdzie narracja PiS „ograniczam chaos, wprowadzam porządek” nie działa: praworządność, Unia Europejska i kryzys ekologiczny. W tych trzech obszarach PiS wprowadza chaos i nie ma narzędzia przywrócenia porządku. Łamie konstytucję i demontuje praworządność, popiera destrukcję Unii Europejskiej (wspierając starania Wielkiej Brytanii o brexit i osłabiając Unię) i zaprzecza kryzysowi klimatycznemu, który niepokoi ludzi, szczególnie młodych, a ponieważ zaprzecza problemowi, nie może zaproponować rozwiązania. Sieje chaos i nie daje żadnego rozwiązania przywracającego porządek.
 
Jaki z tego wniosek? W walce z PiS nie można pogłębiać chaosu w tych obszarach, w których PiS ma (bądź udaje, że ma) lekarstwo. Frontalne uderzanie w Kościół zwiększa poczucie chaosu, frontalne uderzanie w tradycyjny model rodziny zwiększa poczucie chaosu, agresja i pogarda wobec elektoratu PiS zwiększa poczucie zagrożenia, więc zwiększa poczucie chaosu. A na te chaosy PiS ma gotowe rozwiązania, dlatego zwiększanie poziomu emocji jest mu na rękę – po prostu staje się jeszcze bardziej swojemu elektoratowi potrzebny.
 
W walce z PiS o polską praworządność trzeba kłaść nacisk na te obszary, w których PiS potęguje chaos, a nie ma rozwiązania: destrukcja  praworządności, która zwiększa konflikt z Unią (a więc zwiększa chaos). Popieranie brexitu i osłabienia Unii (destrukcja porządku, a więc chaos) oraz zaprzeczanie kryzysowi ekologicznemu i bezradność wobec niego. I w tych obszarach trzeba oferować rozwiązania, które zwiększają poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad światem.
 
Dlaczego? Bo polityka to głównie emocje. Pamiętajcie o tym. Każde swoje działanie oceniajcie według trzech pytań: 1. Czy moje działanie zwiększa poczucie zagrożenia, a więc chaos? 2. Jeśli tak, kto oferuje rozwiązanie przywracające porządek – ja czy mój rywal polityczny? 3. Jeśli rozwiązanie oferuje rywal, nie podejmujcie działania zwiększającego poziom chaosu.
 
I nie martwcie się, że osłabicie mobilizację wśród swoich zwolenników przez obniżenie ich poziomu emocji. Po prostu podnoście te emocje w odpowiednich obszarach i obniżajcie w innych. 

Rocznica katastrofy i zinstytucjonalizowany nakaz pamięci

Dzisiaj rocznica katastrofy smoleńskiej – jednej z największych tragedii narodowych w historii Polski. W tym dniu, w godzinę katastrofy, o 8.41, powinny zawyć syreny, aby ją upamiętnić – nie ma co do tego żadnej wątpliwości.

Dlaczego jednak, aby tak się stało, trzeba dziecinnie instrumentalizować prawo? Poniżej pismo Wojewody Zachodniopomorskiego nakazujące przeprowadzić dzisiaj o 8.41 obowiązkowy test syren alarmowych. Ani słowa o katastrofie, ani słowa o upamiętnieniu. 

Tak obecna władza traktuje prawo – nie jako wartość samą w sobie, ale jako narzędzie manipulowania ludźmi, jako narzędzie instrumentalnego, poniżającego traktowania. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że taka manipulacja obniża autorytet wojewody, prawa i obraża panięć o samej katastrofie? Że budzi sprzeciw i wewnętrzny odruch obrony przed manipulacją, która przecież jest rodzajem przemocy? 

Dlaczego nie możemy żyć w normalnym kraju, w którym Wojewoda prosi o upamiętnienie, a nie zmusza do tego, instrumentalnie wykorzystując prawo? W którym hołd okazywany Zmarłym jest naturalną, nie narzuconą reakcją? Takie działanie obraża pamięć o tych, którzy byli, i niszczy więzi społeczne między tymi, którzy są.

Tajne państwo z kartonu

Na całym świecie prawicowi politycy i ich wyborcy uwielbiają fantazjować na temat istnienia „deep state” – tajnego układu personalnego, który, niewidoczny dla zwykłego śmiertelnika, steruje rzeczywistością polityczną i biznesową danego państwa. Deep state to prawdziwa, głęboka struktura władzy, która ludzi formalnie ją sprawujących, prezydentów i premierów, traktuje jak marionetki, ponieważ nimi steruje, a jeśli próbują wybić się na niepodległość, usuwa ze stanowiska. Jednym z największych orędowników istnienia takiego równoległego układu władzy jest Donald Trump. Próbuje on przekonać Amerykanów, że ten układ chce pozbawić go władzy, ponieważ ma on odwagę robić rzeczy zagrażające establishmentowi.

Również w Polsce od wielu lat słyszymy o istnieniu „układu”. Termin ten został spopularyzowany przez J. Kaczyńskiego w latach 2005-2007 i – podobnie jak idea deep state – był teorią spiskową, zgodnie z którą o losach Polski decyduje towarzyski układ złożony z ludzi biznesu i służb specjalnych, dla którego oficjalna struktura władzy jest tylko przykrywką. Teoria „układu” robi wśród wyborców prawicowych furorę, ponieważ jest psychologicznie zgodna z ich osobowościowym profilem, opartym na głębokiej nieufności do świata i stanowi wygodny mechanizm likwidowania dysonansu poznawczego. Czyż jest bowiem bardziej przekonujące wytłumaczenie każdej porażki, osobistej czy politycznej niż zwalenie winy na „układ”? Nie dość, że wytłumaczenie takie usprawiedliwia każde niepowodzenie, to jeszcze świadczy o przenikliwości człowieka, który je formułuje – jest więc idealne.

Przekonanie o istnieniu układu jest w rzeczywistości dowodem niedojrzałości tych, którzy je głoszą. Jak każda teoria spiskowa, zakłada, że rzeczywistość jest na tyle prosta, że ktoś może nią skutecznie sterować, pociągając za wszystkie sznurki i dodatkowo utrzymać to w całkowitej tajemnicy przed społeczeństwem. To mityczne przekonanie o istnieniu wszechmogącego, wieloosobowego i nieujawniającego się demiurga nie jest dowodem przenikliwości, ale dziecinadą. Jest dowodem braku świadomości, jak złożona jest rzeczywistość, jak różnorodne motywacje mają ludzie, którzy musieliby w idealnej zgodzie współpracować przez lata, aby taką ukrytą strukturę stworzyć i nią zarządzać. Teza o istnieniu tajnego państwa więcej mówi zatem o osobie, która ją głosi niż o rzeczywistości.

Myślenie „układowe” jest mimo to myślą przewodnią narracji prowadzonej przez polską prawicę. Ustalenia Okrągłego Stołu nie były instytucjonalną umową społeczną, która pozwoliła Polakom bez rewolucji przejść od totalitaryzmu do demokracji. Była tajnym układem komunistów i „agentów” – jak, obrażając pamięć wielu porządnych i zasłużonych dla Rzeczypospolitej ludzi – powiedział ostatnio A. Zybertowicz. Konstytucja z 1997 roku, w szczególności zawarta w niej zasada demokratycznego państwa prawnego, nie jest godną szacunku podstawą działań instytucji państwowych, ale – jak zwykł mawiać L. Morawski – trikiem chroniącym interesy postkomunistów. Wyprowadzana z zasady demokratycznego państwa prawnego zasada ochrony praw nabytych rzekomo chroniła w latach 90 status quo wytworzone na skutek rozkradzenia publicznego majątku. Instytucje takie, jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, także nie są w rozumieniu zwolenników teorii układu tym, czym są. W 2006 roku Trybunał, a w 2016 roku Sąd Najwyższy zostały przecież oskarżone przez PiS o realizację ukrytych interesów postkomunistycznego układu. Oskarżenie o układ jest myślą przewodnią polityki PiS – nic nie jest takie, jakie się wydaje, oficjalny wymiar instytucji to zasłona dymna dla prawdziwej gry interesów, ten, kto wierzy w instytucje jest co najwyżej pożytecznym idiotą. „Prawdziwie” mądrzy ludzie wiedzą, że instytucje to tylko gra pozorów.

Fantasmagoria, że poza oficjalnymi instytucjami istnieje grupa ludzi trzymających prawdziwą władzę, ma poważne skutki dla myślenia o państwie rzeczywistym: prowadzi do lekceważenia oficjalnych instytucji państwa. Nie ma się przecież prawdziwej władzy wtedy, kiedy ma się oficjalną władzę instytucjonalną. Instytucje są tylko przykrywką dla prawdziwej władzy, są i narzędziami, i przedmiotami manipulacji, więc nie trzeba się nimi przejmować. Orędownicy istnienia układu wyznają zatem zasadę, że z tajnym układem władzy można walczyć tylko jego własną bronią: grą pozorów. Skoro prawdziwa władza to niewidoczny dla gołego oka układ, aby ją mieć, trzeba podobny układ stworzyć.

Tę ryzykowną tezę zdają się potwierdzać działania PiS. Od 2015 roku partia obsadza stanowiska instytucjonalne ludźmi, którzy nie mają sprawować realnej, instytucjonalnej władzy. W opinii publicznej, zilustrowanej doskonale scenami z „Ucha Prezesa”, Prezydent RP jest w swoich decyzjach całkowicie uzależniony politycznie od woli J. Kaczyńskiego i z tego powodu lekceważony. Premierzy rządu RP – B. Szydło i M. Morawiecki – są także postrzegani jako osoby eufemistycznie mówiąc nie w pełni decyzyjne. „Ucho Prezesa” w podobny sposób ukazuje J. Przyłębską, osobę sprawującą funkcję jego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W jednym z odcinków ubrana w sędziowską togę aktorka uderzająco podobna do Przyłębskiej dziwi się sytuacji, w której miałaby podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję. Taki jest odbiór społeczny relacji między osobami pełniącymi władzę instytucjonalną a J. Kaczyńskim. Zgodnie z tym odbiorem, ten ostatni – nie pełniąc żadnej funkcji władczej – kieruje działaniami oficjalnych polskich instytucji z tylnego siedzenia.

Opublikowane przez Gazetę Wyborczą taśmy pokazują, że dokładnie taki sam system sprawowania władzy J. Kaczyński stosuje w biznesie. Nie pełni on żadnej oficjalnej funkcji w spółce „Srebrna”. Jest tylko członkiem Rady Programowej właściciela „Srebrnej”: Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Nie ma zatem prawa nawet reprezentować tego Instytutu, a tylko go nadzorować, nie mówiąc już o reprezentowaniu samej spółki, a jednak prowadzi w jej imieniu negocjacje. Podobnie jak w polityce, w biznesie Prezes Kaczyński preferuje zatem układ dwupoziomowy – oficjalne instytucje, takie jak zarządy spółek, stanowią tylko pierwszy, pozorny element całej układanki. Ważniejszy jest drugi, realny poziom władzy, sprawowany przez Kaczyńskiego. Na tym poziomie może on mówić „ta praca była wykonana dla nas”, mając na myśli pracę oficjalnie wykonaną dla podmiotów występujących na pierwszym poziomie.

Lekceważenie oficjalnych instytucji, zarówno na poziomie politycznym, jak i na poziomie biznesowym, prowadzi do opłakanych skutków. Zamiast przejrzystych relacji instytucjonalnych buduje się nietransparentne relacje osobiste. Zamiast uniwersalnych i obiektywnych reguł promuje się partykularne interesy i subiektywnych ludzi. Tym samym zawraca się z drogi, którą już dawno obrała cywilizacja zachodnia, która nie na ludziach, ale na instytucjach rozumianych jako zbiory przejrzystych reguł buduje państwa. Chodzi w tym przypadku nie tylko o instytucje rozumiane jako organizacje (np. banki czy spółki), ale także instytucje jako wytwory konwencjonalne i kulturowe. Do tych ostatnich należą między innymi instytucja pieniądza czy instytucja umowy.

Instytucje są narzędziem przezwyciężania ludzkich wad i ograniczeń. Spółkę wymyślono dlatego, że prowadzenie biznesu przez konkretnego człowieka może trwać tylko tak długo, jak długo trwa jego życie. Instytucja spółki pozwala przezwyciężyć to ograniczenie. Spółka istnieje dłużej niż żyje człowiek, umowa trwa dłużej niż wypowiedziane słowo, prawo obowiązuje dłużej niż pojedynczy rozkaz. Jako człowiek decyduję według mojego interesu, jako przedstawiciel instytucji decyduję w interesie instytucji – czasami wbrew mojemu interesowi. Instytucje są więc bezosobowe i ponadludzkie, są oparte na niezależnych regułach, których pojedynczy człowiek nie może według swej woli zmienić.

Lekceważenie instytucji jest dla nich zabójcze, bo instytucje są faktami społecznymi opartymi na zaufaniu – istnieją tylko dlatego, że w ich działanie wierzymy i je respektujemy. Instytucja pieniądza ma sens tylko wtedy, kiedy ludzie ufają, że za bezwartościowy materialnie kawałek papieru, wydany przez bank centralny, będą mogli nabywać konkretne rzeczy mające wartość materialną. Kiedy to zaufanie upada, upada instytucja – doświadczamy tego zjawiska w krajach, które przechodzą głęboki kryzys ekonomiczny. W takich krajach oficjalną walutę zastępuje często inna forma pieniądza, taka, której ludzie ufają. To potwierdza, że instytucje istnieją tylko wtedy, kiedy ludzie je szanują.

Ktoś, kto nie ufa instytucjom, lekceważy je czy nimi pogardza, musi działać poza regułami te instytucje tworzącymi – musi działać bez żadnego trybu. PiS nie ufa instytucjom, bo ufa tylko ludziom, i to swoim ludziom. Tworzy porządek ponad i poza porządkiem instytucjonalnym. Niby funkcjonują niezależny Trybunał Konstytucyjny i służąca interesowi publicznemu prokuratura. Ale jednocześnie politycy tajnie spotykają się z sędziami w siedzibie TK w czasie, gdy ten rozpatruje ważne dla nich sprawy, a prezes Kaczyński odwiedza Prokuratora Generalnego, gdy podległa mu prokuratura prowadzi dotyczącą Prezesa osobiście sprawę.  Instytucje nie mają więc znaczenia, a ich rozmontowanie daje konkretnym ludziom nieograniczoną wolność w działaniu. Zawsze można zmienić zdanie, zawsze można pogadać z człowiekiem, zawsze można nagiąć regułę. Takie działanie jest oszustwem: korzystam z mocy instytucji, kiedy jest to dla mnie wygodne, jestem natomiast pozbawiony ograniczeń, kiedy mnie krępują, bo mogę to skrępowanie zlekceważyć.

Taka pogarda dla instytucji jest w rzeczywistości pogardą dla społeczeństwa. Jest pogardą dla jego zdolności do samodzielnego decydowania o sobie, dla decydowania ludzi o sobie samych. Zawarta umowa czy uchwalone prawo jest w normalnym państwie podstawą dla zaufania. Poważne traktowanie instytucji pozwala na sterowanie naszym życiem, planowanie i realizację planów. Tworzenie poza instytucjami drugiego układu decyzyjnego jest manipulacją, a manipulacja jest przemocą. Jest także wyrazem jakiejś głębokiej skazy na psychice tego, który manipuluje: wyrazem przekonania, że ktoś chce manipulować nim. Manipulujący sam musi więc manipulować, zacierać ślady i mylić trop. Nikt nie może wiedzieć, do czego dąży. Jeśli nikt nie będzie wiedział, nikt nie zdoła go oszukać.

Zaklęte koło manipulacji i nieprzejrzystości prowadzi prędzej czy później do katastrofy. Ludzie, którym, jak się zdawało, można było ufać, wyłamują się z układu, czyli, w rozumieniu jego twórcy, zdradzają, na przykład przez nagrywanie rozmów i przekazanie ich prasie. Pozostaje wtedy niedowierzanie, że społeczeństwo, które dowiaduje się o tym drugim poziomie spraw, uznają go za niedopuszczalny i stawia oskarżenia.

Sprawa taśm spowodowała co najmniej kilka doniesień do prokuratury. Wszystkie zarzuty stawiane w tych doniesieniach, nie przesądzając ich zasadności, oparte są na nietransparencji i wykorzystywaniu instytucji do własnych, ukrytych celów. Oskarżenie o oszustwo, sformułowane przez pełnomocników Birgfellnera, jest oparte na twierdzeniu, że J. Kaczyński wykorzystał zaufanie osobiste i relację rodzinną z ich klientem, zachęcając go do pracy dla spółki „Srebrna”, a jednocześnie – ponieważ działał poza oficjalnymi instytucjonalnymi regułami (nie reprezentował oficjalnie spółki) – mógł się następnie z relacji biznesowej w dogodnym dla siebie momencie wycofać. Nie mógłby tego zrobić, gdyby działał oficjalnie i zawarł normalną, przewidzianą przez instytucje prawa cywilnego umowę.

Drugie oskarżenie, sformułowane przez posłów PO, także jest związane z manipulowaniem oficjalnymi instytucjami. Zarzut oszustwa sądowego zarzut wprowadzenia w błąd sądu, aby ten dokonał rozstrzygnięcia, w efekcie którego jakiś podmiot (w tym przypadku spółka „Srebrna”) poniesie szkodę, rozporządzając w wyniku zmanipulowanej decyzji sądu swoim majątkiem. To rozporządzenie miałoby polegać na zapłaceniu długu, którego normalne zapłacenie byłoby wyprowadzeniem pieniędzy ze spółki, a więc, zgodnie ze słowami samego J. Kaczyńskiego – powszechnym w Polsce przestępstwem. Wprowadzeniem w błąd sądu miałoby być natomiast sformułowana przez Kaczyńskiego propozycja skierowania sprawy płatności za prace Birgfellnera na drogę sądową, mimo nieistnienia rzeczywistego sporu (Kaczyński mówi przecież, że wykonanych prac nie kwestionuje).

Trzecie doniesienie do prokuratury jest oparte na podejrzeniu przestępstwa płatnej protekcji. Złożył je Ryszard Petru, który twierdzi, że działania J. Kaczyńskiego były – jak czytamy w odpowiednim artykule kodeksu karnego – powoływaniem się na wpływy w instytucji państwowej bądź wywołaniem lub utwierdzeniem w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, oraz podjęciu się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść finansową lub osobistą. Słowa klucze w opisie zarzucanego przestępstwa są następujące: instytucje, wpływy, załatwienie, korzyść. A więc znów podejrzenie o manipulację instytucjami państwa (być może sądami albo władzą samorządową po wybranych wyborach w Warszawie), dzięki posiadaniu wpływów (tajne państwo) w celu osiągnięcia korzyści finansowej (przychody z najmu wież) bądź osobistej (upamiętnienie brata).

Podkreślmy jeszcze raz – nie rozstrzygamy, czy powyższe zarzuty są zasadne, bo od tego są takie instytucje, jak prokuratura i sądy, które będą w tej sprawie, miejmy nadzieję, działać oficjalnie i bezstronnie. Pokazujemy jedynie, że wszystkie te oskarżenia wynikają z lekceważenia instytucji i będącej skutkiem tego lekceważenia ogromnej nietransparencji w działaniach J. Kaczyńskiego.

Doświadczenie ostatnich trzech lat oraz nagrania opublikowane przez Gazetę Wyborczą paradoksalnie pokazują, że człowiek najbardziej przekonany o istnieniu drugiego dna w polityce i biznesie okazuje się głównym twórcą tego drugiego dna w swojej aktywności. Ten, który ściga tajny układ, w którym pod płaszczykiem oficjalności załatwia się prawdziwe polityczne i biznesowe interesy, sam w takim dwupoziomowym układzie działa, i to zarówno w polityce, jak i w biznesie. Prezes Kaczyński, od zawsze oskarżający kogoś innego o sprawowanie tajnej kontroli nad działaniami innych osób, sam taką kontrolę sprawuje. Prawdopodobnie ktoś, kto uznaje za prawdziwą władzę jedynie władzę ukrytą, niewidoczną dla ludzkiego oka, sam takiej prawdziwej władzy zapragnął.

W działaniach rzekomo wszechmocnego układu, trzęsącego polską polityką, widać jednak zadziwiająco dużo amatorszczyzny. Państwo na tym drugim, głębszym poziomie, nie potrafi zadbać o swoją tajność – rozmowy i negocjacje, które nigdy nie miały ujrzeć dziennego światła, zostają kilkanaście razy nagrane, a następnie udostępnione opinii publicznej. Czy demiurg, który nie potrafi zabezpieczyć się przed tak prostym zagrożeniem, jest w stanie rządzić światem? Potwierdza się teza, że istnienie tajnego układu jest niemożliwe. Zbyt dużo elementów i zbyt wiele osób trzeba by kontrolować, aby taki układ działał. Tajne, ukryte państwo okazuje więc państwem teoretycznym, żeby nie powiedzieć – państwem z kartonu. Jedyny realny wpływ przekonania o jego istnieniu na naszą rzeczywistość to upadek oficjalnych instytucji i ogromna nieprzejrzystość w życiu publicznym, które cofają nas w budowaniu prawdziwego państwa o kilkanaście lat.

Skrócona wersja niniejszego tekstu ukazała się w ostatnim numerze “Tygodnika Powszechnego”

Czego możemy się nauczyć od Prezydenta Busha

Wspominamy dzisiaj zmarłego Prezydenta Busha. Jako Polacy możemy się od Niego nauczyć na pewno jednej rzeczy – szacunku dla przeciwników politycznych i zrozumienia, że polityczne zacietrzewienie nie może nigdy przesłonić dobra wspólnego. CNN przypomina dzisiaj list, który Prezydent Bush zostawił w Gabinecie Owalnym w Białym Domu Billowi Clintonowi, z którym właśnie przegrał wybory prezydenckie. 

„Drogi Billu,

Kiedy przed momentem wszedłem do tego gabinetu, miałem to samo uczucie zadziwienia i szacunku, którego doświadczyłem cztery lata temu. Wiem, że i Ty go doświadczysz.

Życzę Ci, żebyś był tu bardzo szczęśliwy. Mnie nigdy nie zdarzyło się doświadczyć tutaj samotności, którą opisywali niektórzy Prezydenci.

Nadejdą bardzo trudne momenty, będą stawać się jeszcze trudniejsze ze względu na krytykę, którą możesz uznawać za niesprawiedliwą. Nie jestem zbyt dobry w dawaniu rad, ale nie pozwól, aby krytycy Cię zniechęcili i zepchnęli z obranego przez Ciebie kursu.

Kiedy będziesz czytał ten list, będziesz NASZYM Prezydentem. Życzę Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego, co najlepsze.

Twój sukces jest od teraz sukcesem naszego kraju. Będę Ci mocno kibicował.

Powodzenia

George”

Lekcja, która dał tym pięknym i prostym listem Prezydent Bush, jest nam potrzebna zwłaszcza dzisiaj, kiedy walka polityczna czyni z Polaków dwa osobne plemiona. Warto tę lekcję zapamiętać. 

Polskość i pseudopolskość – esej na stulecie polskiej niepodległości

 


Polska inteligencja zbyt łatwo oddaje pole w dyskusji o patriotyzmie i istocie polskości. Z jakiegoś powodu postrzega te wartości jako wstydliwe, zbyt pompatyczne, niegodne sceptycznego intelektualisty. To błąd. W świecie, który potrzebuje jak nigdy dotąd poczucia tożsamości i przynależności, wycofanie się z dyskusji o polskości oznacza oddanie inicjatywy innym, którzy chętnie z tego wycofania się skorzystają i wypełnią polskość swoją własną treścią.

Musimy sobie uświadomić, że w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w Polsce trwa wojna o polskość. Wojnę tę toczą nacjonaliści, którzy chcą Polakom polskość odebrać i zdefiniować na swój brunatny sposób. Z okazji wielkiego święta polskości odpowiedzmy nacjonalizmowi i pokażmy jak my rozumiemy polskość w przeciwieństwie do ich pseudopolskości. Nie pozwólmy sobie odebrać tego, co najważniejsze – tożsamości i tradycji – i uczynić jej własnością wąskiej grupy 

Pseudopolskość nacjonalistów boi się tego, co inne, bo jest oparta na skrzętnie ukrywanej słabości i niepewności. Prawdziwa polskość jest otwarta na inność i odmienność, bo czuje się silna i pewna siebie. Nie musi nienawidzić inności dlatego, że się jej obawia. Jest zainteresowana innością, żeby móc jeszcze mocniej docenić swoją tożsamość. Prawdziwa polskość to polskość Polski XVI-wiecznej: wielonarodowościowej, tolerancyjnej religijnie i światopoglądowo i dlatego właśnie silnej, dlatego właśnie wielkiej. Polski, która nie musiała wstawać z kolan, bo to inni przed Nią klękali.

Pseudopolskość nacjonalistów jest oparta na pseudochrześcijaństwie. Prawdziwa polskość jest oparta na istocie chrześcijaństwa, którą jest pochylenie się nad słabymi i potrzebującymi, nieodrzucanie nikogo i świadomość swojej własnej niedoskonałości, która zmusza do ciągłej pracy nad sobą. Polskość to zdolność chrześcijan do szacunku dla ateistów i zdolność ateistów do szacunku dla religii. To sojusz wierzących i niewierzących w imię wspólnego dobra – Rzeczypospolitej.

Pseudopolskość nacjonalistów jest oparta na pogardzie dla intelektu i mądrości. Prawdziwa polskość to polskość Mikołaja Kopernika i Marii Curie-Skłodowskiej, to geniusz naszych noblistów – odwaga intelektu, który przekracza stereotypy i zadziwia świat swoją błyskotliwością.

Pseudopolskość nacjonalistów jest napędzana łatwą nienawiścią. Prawdziwa polskość jest oparta na trudnej empatii i zrozumieniu drugiego człowieka. Jest oparta na świadomości, że wszyscy ludzie są w głębi duszy podobni.

Pseudopolskość nacjonalistów oparta jest na kulcie śmierci i wojny. Prawdziwa polskość dąży do współpracy, nie do konfliktu. Prawdziwa polskość wie, że wojnę, jak nienawiść, łatwo wzniecić. Wie także, że najtrudniejszą na świecie  rzeczą jest do wojny nie dopuścić.

Pseudopolskość nacjonalistów oparta jest na ksenofobii. Prawdziwa polskość to polskość pierwszej „Solidarności” – wspólnoty ludzi, którzy walczą o wolność swoją i innych, a nie zamykali się na innych. 

Pseudopolskość nacjonalistów wyznaje antysemityzm. Prawdziwa polskość wie, że ponadtysiącletnia wspólna historia wszystkich Polaków, bez względu na ich pochodzenie i religię, jest powodem do wielkiej dumy i świętowania, nie do nienawiści.

Pseudopolskość nacjonalistów flirtuje z neofaszyzmem i neonazizmem. Prawdziwa polskość neofaszyzmem gardzi a z neonazizmem walczy, jak Warszawa w 1944 roku walczyła z nazizmem. Prawdziwa polskość nie może tolerować symboli faszyzmu i nazizmu na swojej ziemi, a szczególnie w sercu Warszawy, która została zgwałcona, zabita i spalona przez te haniebne ideologie.

Precz z pseudopolskością nacjonalistów! Prawdziwa polskość to tolerancja i otwartość naszych szesnastowiecznych władców, mądrość i wnikliwość wielkich polskich uczonych, antyfaszyzm i antynazizm warszawskich powstańców, mądre, obejmujące wszystkich chrześcijaństwo i mądry, niedyskryminujący wierzących ateizm. To otwarta  i pokojowa wspólnota „Solidarności”, która była i jest w stanie przewodzić Europie w walce o wartości najważniejsze. 

 
To są wzorce, z których jesteśmy dumni i które chcemy realizować w ciągu następnych stu lat naszej niepodległości. 

Postprawda, postprawo i minister Dworczyk

Żyjemy w czasach postprawdy. Co to oznacza, najlepiej tłumaczy Mark Fergusson w serwisie Quora:
 
„Jesli powiem coś, co ci się nie spodoba, możesz przeglądnąć internet i znaleźć kogoś, kto mówi coś zupełnie odwrotnego. Łatwizna. Ja nie mam racji albo jest remis i Bóg jeden wie, co jest prawdą. I możesz tak zrobić w każdej kwestii, dzięki czemu nigdy nie musisz zmieniać swojego zdania, używając bezkresnej zawartości internetu do zbudowania swojej osobistej bańki, w której twoja opinia jest prawdą. Jeśli twoje przekonania są nonsensowne, stają się one odporne na prawdę, ponieważ te źródła, które próbują cię poprawić, zostały zdyskredytowane albo zakwestionowane przez inne źródła, itd. Nie ma zatem kompletnie znaczenia, jak wiele razy nonsens czy kłamstwo zostanie wykazane.”
 
Postprawda jest szczególnie wygodna dla populistycznych polityków, którzy dzięki niej mogą bronić każdego głupstwa. Mistrzem w tej grze jest Trump, istny prorok postprawdy, który niemal codziennie zarzuca mediom kłamstwo, dyskredytując je. Dzięki temu nie musi zupełnie liczyć się z ich krytyką – w pewnym sensie, korzystając ze swojej publicznej pozycji, dezaktywuje prawdę i dlatego łatwiej mu kłamać.
 
Postprawda podminowuje fundament każdego społeczeństwa, bo upośledza język. Podstawową funkcja języka jest jego zdolność do komunkowania prawdy, dlatego wszystkie społeczeństwa tępią kłamstwo. Postprawda powoduje, że przestajemy sobie wierzyć i nie jesteśmy w stanie ostatecznie zweryfikować naszej wiedzy. A tak długo społeczeństwo nie pociągnie. Wynika to z faktu, że prawda, jak mówi klasyk, nie leży po środku tylko leży tam, gdzie leży, i jeśli jej nie odnajdziemy, zaczniemy popełniać tragiczne w skutkach błędy.
 
Problem postprawdy rozszerza się na sądy i zamienia powoli w problem postprawa. Tak jak ludzie obawiający się niezależnej od nich prawdy promują postprawdę, tak ludzie obawiający się niezależnych od siebie sądów promują postprawo. Tak jak dzięki postprawdzie już żaden fakt nie jest jednoznaczny i ostatecznie przesądzający sprawe, tak dzięki postprawu żaden wyrok sądowy nie jest jednoznaczny i ostateczny. Dlaczego? Bo tak jak populistycznie i systematycznie zarzuca się stronniczość wszelkim twierdzeniom, tak populistycznie i systematycznie zarzuca się polityczność wszelkim decyzjom sądów. W tym zakresie w rolę małego Trumpa od wielu miesięcy wcielają się u nas zarówno politycy partii rzadzącej, jak i opozycji.
 
Wczoraj kolejne twierdzenie z kategorii postprawa sformułowal minister Dworczyk, mówiąc, że sąd decydujący o kłamstwie Premiera Morawieckiego w sprawie krakowskiego smogu jest “rozpolitykowany” i że działa w “antyrządowym amoku”. Tymczasem dość oczywiste jest, że Premier kłamał, mówiąc, że Kraków nie zrobił nic w sprawie smogu, bo zrobił bardzo dużo. Żadna postprawda tego nie zmieni. Wygląda więc na to, że to nie sąd wpadł w antyrządowy amok, ale przedstawiciel rządu wpadł w amok antysądowy.
 
Wypowiedź ministra Dworczyka musi być powszechnie i mocno potępiona, bo uderza w fundament społeczeństwa. Społeczeństwo musi bowiem posiadać jakąś ostateczną i niewzruszoną metodę rozwiązywania sporów, dokładnie tak, jak musi mieć jakąś wiarygodną metodę weryfikowania prawdziwosci twierdzeń. W przypadku prawdy metodę taką zapewnia jedynie nauka i jej metodologia. W przypadku prawa metodą tą, jedyną skuteczną, jaką znamy, jest niezależne sądownictwo, którego rostrzygnięć nie podważamy i nie deprecjonujemy. Jeśli będziemy to robić, jeśli nie uchronimy prawdy i prawa przed atakami proroków postprawdy i postprawa, będzie z nami źle.
 

Pogadajmy jak doktorant z promotorem – polemika Macieja Kruka

Zachęcam do przeczytania skierowanego do mnie listu polemicznego mgra Macieja Kruka, poświęconego sposobom uczestnictwa profesorów w dyskusji publicznej. Panu Maciejowi, który pod moim kierunkiem pisze pracę doktorską, dziękuję za tę polemikę, a Czytelnikom życzę obecności w ich życiu osób, które na tyle Was szanują, żeby się z Wami otwarcie nie zgadzać.

 

Panie Profesorze,

pozwoliłem sobie na napisanie tego komentarza, ponieważ sądzę, że patrzenie na świat i jego problemy z różnych perspektyw może być bardzo pomocne. Właśnie jedną z takich perspektyw, w dużej mierze pochodzącą ze strony młodych ludzi, chciałbym przybliżyć. Kilkakrotnie pytał Pan, jakie nastroje czy opinie panują wśród studentów i młodych na określone kwestie. Jak słusznie Pan zauważył w swoim wpisie, aby zrozumieć pewien sposób myślenia, należy się zagłębić w rejony, w których to myślenie jest rozpowszechnione. Jest to tym trudniejsze, im wyżej w klasycznie rozumianej hierarchii społecznej człowiek się znajduje – zgodnie z zasadą, że o tym, co się mówi o królu wiedzą wszyscy, tylko nie on sam.

Zaznaczam jednocześnie, że wszystko co znajduje się poniżej jest moim osobistym stanowiskiem i interpretacją – nie roszczę sobie prawa do reprezentowania jakiekolwiek większej grupy, chociaż będę się odnosił do grupy osób poniżej 30 roku życia. Proszę więc potraktować mój komentarz jako próbę pokazania pewnej perspektywy, która być może jest już Panu znana.  

Nie jest tak, że podejmowana przez Pana próba dotarcia do szerszego kręgu odbiorców i wchodzenie w dyskusję z ludźmi o znacznie odmiennych poglądach jest źle widziana. Wręcz przeciwnie, studenci i inni młodzi ludzie (przynajmniej ci, których głosy do mnie dochodzą), cenią, że nie chadza Pan tylko tam, gdzie jest mile widziany i nie rozmawia Pan tylko z tymi, którzy się z Panem zgadzają. Jest to odbierane jako przejaw odwagi.

Rzeczywistość internetowa rządzi się jednak swoimi prawami. Widać to doskonale na przykładzie Twittera, gdzie możliwe są wyłącznie krótkie wypowiedzi. Prowadzi to nie tylko do praktycznego uniemożliwienia poważnej, rzeczowej dyskusji. Sama forma tweetów, które z jednej strony często są częscią dłuższej konwersacji, z drugiej zaś są osobnymi wypowiedziami, powoduje, że bardzo łatwo wyrwać wypowiedzi z kontekstu. W przypadku tweetu wywołującego kontrowersje, mało kto zadaje sobie trud, aby odczytać kontekst całej wypowiedzi, który może w oczywisty sposób wskazywać na ironiczny charakter wiadomości, czy też pokazywać, że nawet nieco agresywniejsza odpowiedź jest ciągle dużo mniej agresywna niż wypowiedź, na którą się odpowiada.

Jest to więc dość niebezpieczne narzędzie. Dłuższa wymiana z nieustannie prowokującym dyskutantem zwiększa szansę na napisanie wypowiedzi, która nadaje się do wyjęcia z kontekstu i zrobienia wokół niej szumu. Tak jak pan Wielgucki i jemu podobni nie mają  wiele do stracenia, gdyż powszechnie wiadomo, że obrażanie ludzi jest ich chlebem powszednim, tak w Pana przypadku sytuacja przedstawia się odmiennie. Każda mogąca potencjalnie wywołać wątpliwości co do jej sensu wypowiedź jest interpretowana w najbardziej nieprzychylny sposób. Pierwotnie nadany jej sens jest wypaczany – tak, aby mogła zająć przygotowane dla niej miejsce w z góry ustalonej narracji.

Inaczej traktowane są wypowiedzi mocno prawicowego, niszowego w gruncie rzeczy „blogera”, inaczej zaś profesora prawa, który jest dla wielu ludzi autorytetem intelektualnym i moralnym. Trudno się zresztą temu dziwić. Dlatego wydaje się, że w procesie zagłębiania się w ciemniejsze strony Internetu należy zachować szczególną czujność i pamiętać o specyfice rzeczywistości wirtualnej.

Rzecz jasna, w takich sytuacjach otrzyma Pan wsparcie ze strony osób Panu przychylnych, a jednocześnie zostanie Pan dosadnie skrytykowany przez media prawicowe i osoby o takich poglądach. Jest to jednak przewidywalne i nie stanowi istoty potencjalnego problemu. Uważam, że najważniejszy jest wpływ, jaki mają tego typu sytuacje i wątpliwe wypowiedzi na osoby o poglądach umiarkowanych i zwrócenie uwagi na ten aspekt jest głównym celem mojego komentarza. Wydaje się bowiem, że pozostając w dużej mierze w świecie Internetu, bardzo łatwo jest o tej grupie zapomnieć. Zazwyczaj takie osoby nie wypowiadają się publicznie, bądź robią to w zamkniętych grupach, ewentualnie ograniczają się do prostych lajków, przez co nie są specjalnie widoczne. Nie znaczy to jednak, że nie interesują się tym, co się dzieje i nie śledzą na biężąco sytuacji społeczno-politycznej.

Chciałbym wskazać, że wszystkie podane przez Pana przykłady to pełnoprawni politycy. Moim zdaniem, wbrew temu co Pan napisał, żyjemy w świecie, w którym to właśnie politycy mogą sobie pozwolić na ostrzejsze wypowiedzi. Są jednoznacznie określeni ideologicznie (przynajmniej dopóki nie zmieni się sytuacja polityczna i nie trzeba będzie zmienić partii na inną), w ich łonie panuje swoisty podział pracy językowej. Wiadomo, że pani Pawłowicz czy pan Macierewicz kierują wypowiedzi w głównej mierze do twardego elektoratu, zaś pan Gowin czy pan Czaputowicz starają się kierować swoje wypowiedzi do elektoratu umiarkowanego. Przekraczanie niedopuszczalnych, wydawałoby się, granic przez polityków „opiekujących się” twardym elektoratem traktuje się jako element gry politycznej.

Inaczej jest w przypadku nie-polityka, który rości sobie pretensje do oceniania zjawisk społeczno-politycznych z perspektywy niezależnego obserwatora. Tak jak w każdej innej sferze, zachowanie niezależności jest zadaniem niezmiernie trudnym. Dla radykalnych przedstawicieli każdej frakcji politycznej dowolna wypowiedź niezgodna z przyjętymi dogmatami jest atakiem na ich świętości i jest odbierana jako frontalna zniewaga. Nie należy się jednak tym zrażać, gdyż oprócz fanatyków danej opcji politycznej, istnieje przeważająca grupa osób, która, choć posiada określone poglądy, jest skłonna przynajmniej do wysłuchania argumentów drugiej strony. Nie oznacza to, że zmieni swoje spojrzenie na świat niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, lecz to, że jest potencjalnie otwarta i zdolna do refleksji nad alternatywą. Jeżeli do tego dochodzi, to należy to uznać za sukces. Przypuszczam, że właśnie na dotarciu do takich osób zależy Panu najbardziej.

Wypowiedzi, które są odbierane jako przekraczające granice, mimo że niezamierzone i być może niesłusznie tak zakwalifikowane, powodują efekt odwrotny od planowanego. Traci się przymiot niezależnego eksperta, który stara się zrozumieć drugą stronę i objaśnić świat w możliwie zrównoważony sposób. Zostaje się wciągniętym do bańki „polityk”. Oczywiście w tej bańce, jak każdej innej, znajdzie się mnóstwo aktywnych zwolenników – w realiach Internetu wręcz im dalej od środka, tym jest ich więcej. Tak działa sieć wirtualna, w którym najbardziej widoczne są osoby o skrajnych poglądach. Jednocześnie jednak traci się przez to wpływ na całą rzeszę ludzi umiarkowanych. To najliczniejsza i zarazem najmniej widoczna w świecie wirtualnym grupa. Szukają oni możliwie obiektywnych analiz wydarzeń, których są świadkami, szukają autorytetów intelektualnych, którzy tłumaczą skomplikowane sprawy językiem prostym i klarownym, starają się nie przyjmować mocnych stanowisk ideologicznych, choć nie zawsze jest to możliwe. Wydaje mi się, że to właśnie w tej roli jest i chciałby być Pan widziany.

Niestety  „zapasy w błocie”, jak Pan to określił we wpisie, z marginesem prawicowego Internetu w pewien sposób to uniemożliwiają. Nie chodzi o sam fakt wkraczania w polemiki, co już wcześniej zaznaczyłem. Jest jednak grupa Pana wypowiedzi, które, bądź to wyjęte z kontekstu, bądź z racji na swój ostry ton, go viral. Z perspektywy zewnętrznej wygląda to tak, jakby niekiedy starał się Pan zbliżyć poziomem do poziomu dyskutanta. Tego typu wypowiedzi traktowane są jako zagrania o silnej konotacji politycznej z tego względu, że odwołują się do sfery emocjonalnej, nie merytorycznej. Sfera emocjonalna jest zaś domeną ściśle polityczną. Prowadzi to do pojawiania się, nie tylko wśród prawników, głosów o prywatnych celach politycznych Pana aktywności, co jednoznacznie kłóci się z pozycją profesora-eksperta. Te dwie role – polityka i eksperta – w dyskursie politycznym są ze sobą nie do pogodzenia. Społeczeństwo nigdy nie widzi polityków-ekspertów. Albo jest się widzianym jako ekspert, albo jako polityk. Tertium non datur. Posługując się przykładem, myślę, że za eksperta dość powszechnie uważana jest prof. Łętowska. Z drugiej strony można z łatwością wymienić profesorów, którzy definitywnie utracili przymiot niezależnych ekspertów, wskutek licznych wypowiedzi o jednoznacznym zabarwieniu politycznym.

Efektem ubocznym przedsiewzięcia mającego na celu lepsze zrozumienie świata może więc być znaczne ograniczenie grona odbiorców, którym będzie Pan mógł swoje doświadczenia przekazać. Zakwalifikowanie Pana jako osoby politycznej przez osoby o poglądach umiarkowanych paradoksalnie spowoduje więc zamknięcie Pana w kolejnej bańce – tym razem tej, w której będą osoby o skrajnie antyrządowym nastawieniu. Nie wydaje mi się, aby było to Pana celem.

Chciałbym również odnieść się do podawanych przez Pana przykładów. Moim zdaniem przykład JKM jest wysoce nietrafny. Nie bez przyczyny żartuje się, że Korwin-Mikke miałby fantastyczne wyniki wyborcze, gdyby gimnazjaliści mieli prawa wyborcze. Fantastyczność snutych przez niego wizji i opinie na kwestie światopoglądowe powodują, że prędzej czy później większość osób po prostu wyrasta z fascynacji prostymi rozwiązaniami, które Korwin proponuje. Świadczą o tym dobitnie wyniki wyborów na przestrzeni lat.

Nie wiem, z jakiego źródła i z jakiego okresu pochodzą dane o 70% skłonności młodzieży do głosowania na Kaczyńskiego, Kukiza i Korwina, jednak nie wydają się one obecnie wiarygodne. Badania socjologiczne i politologiczne pokazują, że młodzież jest przede wszystkim antysystemowa oraz antyrządowa i jest to tendencja utrzymująca się w dużej mierze niezależnie od ekipy rządzącej. Być może dane te pochodzą z czasów rządów PO, gdzie rzeczywiście te tendencje mogły objawić się w taki sposób. Aktualnie jednak preferencje polityczne młodych przedstawiają się odmiennie (por. http://wyborcza.pl/7,75398,22214621,prawicowosc-polskiej-mlodziezy-to-mit-sondaz-cbos.html). Ponadto najmłodsi wyborcy są grupą przejawiającą tradycyjnie bardzo małą rzeczywistą aktywność wyborczą i ich rzekomy fanatyzm jest znacznie przesadzony (http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/551417,popprawicowcy-polityka-prawica-lewica-pis-polacy.html). Wydaje się, że także w tym względzie świat Internetu, gdzie najbardziej widoczne są zachowania skrajne, wypacza rzeczywistość.

Kłopotliwy jest również przykład Trumpa. Przyznam, że nie czytałem książki Lakoffa, jednak, tak jak w przypadku wszelkich innych prób wyjaśnienia zjawisk złożonych, wydaje się ona przedstawiać tylko część problemu. Być może jest to jeden z głównych czynników jego wygranej. Wydaje mi się jednak, że co najmniej równie ważne było wstrzelenie się kampanii Republikanów w nastroje swing states (np. robotniczego Michigan) przy jednoczesnym zlekceważeniu tych kwestii przez Clinton, jak też inne elementy tego fascynującego skądinąd zjawiska społeczno-politycznego (szkoda tylko, że o takich skutkach). Nie sposób też nie wspomnieć o bardzo specyficznym systemie amerykańskim, w którym dwupartyjność w połączeniu z systemem elektorskim powoduje, że niejako domyślnie kandydat z każdej strony dostaje 40-45% głosów, nawet gdyby to była małpka z bębenkiem. Moim zdaniem więc zdecydowanie lepszym przykładem byłaby analiza podobnego zjawiska związanego z Brexitem. Natomiast same prowokacyjne wypowiedzi Trumpa na Twitterze są oceniane jednoznacznie negatywnie, nawet przez jego wyborców. Proszę zerknąć na sondaż przeprowadzony przez FoxNews: http://www.foxnews.com/politics/2017/06/29/fox-news-poll-voters-say-trumps-tweets-hurting-agenda.html. Wydaje się, że w dużym stopniu podważa to tezę Lakoffa, chociaż zastrzegam, że nie przeczytawszy książki, mój wniosek może być całkowicie błędny.

Jak już wspomniałem, problemem nie jest sama obserwacja uczestnicząca, którą Pan przyjął. Wręcz przeciwnie. Osobiście również w pełni odrzucam pogląd o istnieniu „sortu, który nie jest godzien naszej uwagi” i sam staram się docierać do osób o znacznie odmiennych światpoglądach, chociaż akurat niekoniecznie poprzez media społecznościowe. Jeżeli jednak wizja możliwie w najwyższym stopniu niezależnego eksperta jest tą, którą chce Pan przyjąć, konieczne jest zachowanie najwyższego stopnia uwagi w toczonych dyskusjach. Zdaję sobie sprawę, że jest to szczególnie trudne i wymagające w obliczu reguł, bądź ich braku, panujących w Internecie. Jednak, odwołując się do Spidermana, „z wielką mocą wiąże się wielką odpowiedzialność” i z tego względu wymagania wiążące się z rolą autorytetu społecznego są niesłychanie wysokie. Musi być jak żona Cezara – poza podejrzeniem o stronniczość i radykalizm ideologiczny. Z mojego punktu widzenia byłoby ogromną szkodą, gdyby wyjmowane z kontekstu pojedyncze wypowiedzi podważyły autorytet, jaki Pan posiada. Tym bardziej, że tak niewiele ich obecnie mamy.

Proszę w żadnym wypadku nie traktować tego komentarza jako zarzutu lub chęci pouczenia, czego oczywiście nie ośmieliłbym się zrobić. Oczywiście moje spojrzenie, tak jak każde inne, jest nieco wypaczone i chociaż krąg moich znajomych oraz przyjaciół znacznie wykracza poza prawników i, nazwijmy to, intelektualistów, to jednak ciągle jest to krąg ograniczony. Nie jestem też żadnym specjalistą od mediów społecznościowych, jednak wydaje mi się, że od strony obserwatora poruszam się w nich całkiem sprawnie, przynajmniej w obrębie grupy wiekowej, do której się odnoszę.  Miałem na celu wyłącznie pokazanie, że poprzez, tak naprawdę mało istotne działania, gdyż niedotyczące przecież kwestii merytorycznych, może zacząć się Pan oddalać od pozycji, którą obecnie Pan zajmuje.

Licząc na życzliwe przyjęcie, łączę wyrazy szacunku

Maciej Kruk

„Jesteś za Legią czy za Polonią?” albo o fałszywej dychotomii między pasywizmem a aktywizmem sędziowskim

Od długiego już czasu w prawoznawstwie toczy się dyskusja, czy która wizja roli sędziego jest optymalna – pasywizm czy aktywizm. Pasywizm kojarzy się z podejściem proponowanym przez Monteskiusza, według którego sędzia ma być „ustami ustawy”. Ma być idealnym kanałem komunikacji, który tylko transmituje to, co mówi prawodawca, niczego nie dodawać i niczego nie odejmować. Aktywizm z kolei opisuje rolę sędziego, który widzi swoją rolę szerzej – jako osoby, która bierze odpowiedzialność za ostateczną jakość normy prawnej, w tym za to, żeby była sensowna nie tylko logicznie, ale i aksjologicznie. Dlatego, jeśli ta norma prawna zakomunikowana sędziemu przez prawodawcę taka nie jest, sędzia wyznający aktywizm ma prawo tę normę poprawić, na przykład przez wybranie takiego rozumienia tekstu prawnego, które będzie maksymalnie zgodne z konstytucją czy konwencjami międzynarodowymi chroniącymi prawa człowieka.

Opozycja „pasywizm-aktywizm” jest pułapką pojęciową. Podobną do sytuacji, w której grupa młodych kulturystów o minimalistycznej fryzurze, na twoje nieszczęście bez widocznych, emblematów klubowych, zadaje ci na ulicy Warszawy nieśmiertelne pytanie „Jesteś za Legią czy za Polonią?”. Pochopna odpowiedź nie jest w tej sytuacji wskazana. Lepiej odrzucić tę alternatywę i wybrać jakąś trzecią odpowiedź (uwaga: nie powinien to być Bayern Monachium, mimo że gra tam Lewandowski, bo to jednak klub niemiecki, ale np. wybór Realu Madryt może pozwolić wyjść z tej trudnej sytuacji obronną ręką).

Podobnie sędzia zapytany, czy jest za aktywizmem czy pasywizmem, powinien odrzucić tę pułapkę pojęciową. Jest to pułapka, bo oba te pojęcia w gruncie rzeczy przestawiają sędziego w złym świetle. Pasywizm kojarzy się z biernością, lenistwem i niezdolnością do ponoszenia odpowiedzialności. Aktywizm kojarzy się natomiast z nadaktywnością, a więc z odejściem od „normalnej” roli sędziego. Aktywizm wydaje się zatem w tym świetle czymś nienormalnym.

Odrzucenie pułapki pojęciowej „pasywizm-aktywizm” polega na zadaniu pytania o to, czy jest trzecia możliwość. Taką trzecią możliwością jest obszar normalnej roli sędziego. Na czym ta rola polega?

Rola sędziego jako „ust ustawy” była adekwatna dla XVIII i XIX wieku. Wynikała ona z faktu, że w państwach narodowych wtedy funkcjonujących występował jeden prawodawca – prawodawca krajowy, a królujący wtedy klasyczny pozytywizm prawniczy uznawał prawo za rozkaz suwerena zabezpieczony sankcją. Komunikacja pomiędzy prawodawcą a sędzią była w tym czasie jednokanałowa, bo prawodawca był jeden. Ta wizja prawa upadła wraz z tragedią II Wojny Światowej i zbrodniami Trzeciej Rzeszy. To dzięki pozytywistycznej, jednokanałowej wizji prawa sprawcy tych zbrodni mogli mówić „my tylko wykonywaliśmy rozkazy”.

Aby nikt nigdy więcej nie mógł się tak tłumaczyć, po wojnie wprowadzono istotne zmiany w porządkach prawnych współczesnych państw. Wzmocniono rolę konstytucji, podkreślono konieczność ochrony praw człowieka, które wyrażono w międzynarodowych konwencjach. Te elementy stały się odpowiednikiem prawa natury, zbiorem wartości, które mają ograniczać prawodawcę zwykłego. W efekcie wzmocniono także rolę sędziów, którzy stali się ważnym elementem równoważenia władzy politycznej.

Ten nowy porządek spowodował, że współczesne prawo funkcjonuje według wizji pozytywizmu wyrafinowanego. Jego głównym elementem jest to, że sędzia rozstrzygając sprawy słucha nie jednego prawodawcy – ustawodawcy krajowego, ale wielu prawodawców jednocześnie: oprócz ustawodawcy krajowego słucha jeszcze prawodawcy konstytucyjnego oraz prawodawcy ponadnarodowego, bo umowy międzynarodowe, w tym konwencje chroniące prawa człowieka, są pełnoprawnym elementem naszego prawa. Obecnie zatem komunikacja pomiędzy prawodawcą a sędzią jest wielokanałowa – rozmawia on jednocześnie z wieloma prawodawcami i jego zadaniem jest realizacja woli ich wszystkich. Redefiniuje to główne zadanie sędziego, jakim jest wierniść prawodawcy – obecnie wierność ta oznacza także wierność prawodawcy konstytucyjnemu i międzynarodowemu. Tego ostatniego nakazuje słuchać prawodawca konstytucyjny, czyli suweren, ponieważ konstytucja uznaje umowy międzynarodowe za źródło prawa w Polsce.

Pomiędzy pasywizmem a aktywizmem jest więc obszar, w którym sędzia ma być po prostu wierny Prawu (przez duże „P”), a więc nie pojedynczemu rozkazowi ustawodawcy zwykłego, ale systemowi prawa jako całości. Oznacza to, że musi w swojej aktywności pogodzić reguły ustawowe z zasadami konstytucyjnymi a przepisy krajowe z przepisami ponadnarodowymi. Ma to robić poprzez stosowanie wykładni prokonstytucyjnej i prowspólnotowej, poprzez rozstrzyganie wątpliwości na rzecz realizacji podstawowych praw i wolności oraz przez bezpośrednie stosowanie konstytucji oraz prawa międzynarodowego, które zgodnie z naszą konstytucją ma pierwszeństwo przed ustawami krajowymi, jeśli są z nim sprzeczne.

Podsumowując – pewne działania sędziów tradycyjnie nazywane aktywistycznymi, takie jak stosowanie całościowego podejścia do prawa, są normalną działalnością sędziego, wynikającą z natury współczesnych, posttotalitarnych porządków prawnych. A jeśli niektórym się marzy powrót do dziewiętnastowiecznego, twardego pozytywizmu, pozytywizmu prostego wykonywania rozkazów, to powinni spojrzeć jeszcze raz na historię Europy w XX wieku i czegoś się z niej nauczyć.

List do córki Piotra Wielguckiego

Szanowna Pani,

 
Nie znamy się, ale ze względu na jedną z moich publicznych wypowiedzi być może dotrą do Pani niepokojące wiadomości. Wiadomości te, które wynikają z błędnej interpretacji moich słów, mogą wskazywać, że chciałem Pani zaszkodzić w planowanych studiach prawniczych. 
 
Postanowiłem napisać ten publiczny list, żeby wyraźnie potwierdzić, że nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał wobec żadnego młodego człowieka intencji zaszkodzenia mu. Nie było to w żadnym wypadku ani treścią, ani intencją moich słów.
 
Chcę Panią gorąco zachęcić do studiowania prawa. To pasjonujące studia, które dają wielką satysfakcję oraz potrzebny społeczeństwu zawód. Zapewniam Panią, że na każdym polskim uniwersytecie spotka Pani ludzi, których misją jest wychować młodego człowieka w szacunku dla tradycji, w szacunku dla innego człowieka i – co równie ważne – w szacunku dla samego siebie.
 
Niech nie zniechęca Pani w szczególności powtarzane często twierdzenie, że prawnikiem w Polsce może zostać tylko ktoś, kto wychował się w dużym mieście i pochodzi z prawniczej rodziny. Ja sam wychowałem się w miejscowości, która liczy cztery tysiące mieszkańców, moi rodzice nie są prawnikami, a mój dziadek był górnikiem. Nie tylko nie przeszkodziło mi to w skończeniu studiów i zdobyciu zawodu, ale wręcz pomogło – dało mi większą determinację, której także Pani życzę.
 
Niech Pani nie ustaje w realizacji swoich marzeń. Zrozumienie świata i dzielenie się tym zrozumieniem z innymi to piękna intelektualna przygoda. Niech z sukcesem zdaje Pani na studia, skończy je ze świetnymi wynikami i zdobędzie wymarzony zawód. Niech Pani przyniesie dumę swoim Rodzicom.
 
Wszystkiego najlepszego,
 
Marcin Matczak