Posts tagged SN

Pomnikowa inwazja konstytucyjnych fartuszków

Rysunek – Aleksandra Lechańska

 

Każda władza o zapędach autorytarnych boi się ośmieszenia jak diabeł święconej wody. Pewnie dlatego policja chce ścigać ludzi, którzy ubierają pomniki w fartuszki z napisem „Konstytucja” i tych, którzy naklejają na budynki biur poselskich naklejki „PZPR”. Takie działania stanowią podobno znieważenie pomników i niszczenie mienia. Uważam te zarzuty za bezpodstawne. Nie tylko dlatego, że uznawanie konstytucyjnych fartuszków za „banery reklamowe” (a tak przecież kwalifikuje je policja) jest żywcem wyjęte z Monty Pythona. Nawiasem mówiąc reklama Konstytucji jest niewątpliwie w opinii partii rządzącej reklamą sprzeczną z dobrymi obyczajami, a także – ponieważ Konstytucja ustala kadencję I Prezes SN – z przepisami prawa. W szczególności reklama Konstytucji, zwłaszcza artykułu o 6-letniej kadencji I Prezes SN, jest sprzeczna z ustawą o Sądzie Najwyższym. Dlatego pewnie policja ją ściga.

Akcje fartuszkowa i naklejkowa mają charakter artystycznych happeningów i jako takie korzystają z ochrony prawnej związanej z wolnością wypowiedzi i wyrażania poglądów. Wolność wypowiedzi chroni nie tylko wolność słowa, ale wolność dokonywania wszelkich aktów mowy, nawet takich, do których dokonania nie trzeba użyć słów. Chronionym przez tę wolność niewerbalnym aktem mowy może być trzymana w trakcie hymnu narodowego w górze zaciśnięta pięść, polubienie postu na Facebooku (like) czy spalenie flagi.

W związku z tym ostatnim przypadkiem warto przywołać znaną amerykańską sprawę  Texas v. Johnson, w której za działanie chronione swobodą wypowiedzi Sąd Najwyższy USA uznał spalenie amerykańskiej flagi w proteście przeciwko zaangażowaniu wojennemu USA. Spalenie flagi to rzeczywiście zniszczenie mienia i  znieważenie, a jednak uznano to za działanie usprawiedliwione. Jak stwierdził sędzia Brennan:

„Jeżeli jest jakaś fundamentalna zasada, na której opiera się swoboda wypowiedzi, jest nią twierdzenie, że rząd nie może zabronić wyrażania jakiejś idei po prostu dlatego, że społeczeństwo uznaje ją za obraźliwą bądź nieprzyjemną”.

Ochrona, jaką w prawie amerykańskim otacza się wolność wypowiedzi, jest oczywiście dalej idąca niż w Europie. Z drugiej strony jednak w przypadku fartuszków na pomnikach i naklejek na biurach nie mamy  do czynienia ze zniszczeniem mienia (fartuszki z Konstytucją i naklejki można łatwo usunąć). Napis „Konstytucja” na pewno nie jest obraźliwy, a nazwa „PZPR” jest skrótowym wyrażeniem opinii o działaniach posłów partii rządzącej wobec sądownictwa, które nawet w opinii Komisji Weneckiej zostały porównane do działań podejmowanych w Związku Radzieckim. Ponadto, do osób pełniących funkcje publiczne powinno się w zakresie zniewagi stosować zasadę „grubej skóry” – innymi słowy w ich krytyce można sobie pozwolić na więcej.

Zupełnie absurdalny jest także zarzut, że posługiwanie się skrótem „PZPR” na naklejkach jest promowaniem totalitaryzmu. Zarzut ten wpisuje się w inne, popularne ostatnio działania, polegające na takim przekwalifikowaniu danej sytuacji, aby podpadła pod określony paragraf. Jakiś czas temu przykładowo pozostawienie zapalonych zniczy pod biurem poselskim uznano za „zaśmiecanie”. Takie ruchy są manipulacją, która wyrywa dane działanie z jego kontekstu kulturowego i odrywa od zamiaru osoby, która tych działań dokonuje. Na wagę obu tych elementów zwracała w swoich analizach akcji fartuszkowej prof. Ewa Łętowska, słusznie wskazując, że każdą wypowiedź, każdy akt mowy  należy oceniać w kontekście. Ten zaś wskazuje, że intencją intencją używającej skrótu „PZPR” było oskarżenie kogoś o działanie podobne do działania PZPR. To oznacza, że skrót „PZPR” został użyty pejoratywnie. Jako taki nie może być uznany za propagowanie czegokolwiek – promowanie polega przecież na przedstawianiu czegoś w pozytywnym, nie negatywnym świetle. Kiedy nazywam kogoś faszystą, bo nie akceptuję jego działań, to przecież nie propaguję faszyzmu, tylko potępiam faszyzm, bo odnoszę to słowo do negatywnego zachowania.

Wszystkie powyższe argumenty prowadzą do konstatacji, że policja i prokuratura nie powinny wspomnianych akcji ścigać, a jeśli będą, sądy powinny ludzi biorących udział w tych akcjach uniewinniać stosując bezpośrednio konstytucję. Inną sytuacją jest rzeczywiste niszczenie mienia, na przykład pisanie sprajem na murach budynków – takie działanie jest wandalizmem. Nie jest ono także konieczne dla zachowania możliwości swobodnego wyrażania swoich poglądów, bo istnieją – jak pokazano – bardziej łagodne a równie skuteczne środki ekspresji, takie jak moje ulubione konstytucyjne pomnikowe fartuszki.

Co zrobił dziś SN

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Polski Sąd Najwyższy zadał dziś sześć pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE. To, że mógł to zrobić, nie budzi wątpliwości. To, co wzbudziło dyskusję, to fakt, że Sąd Najwyższy jednocześnie ZAWIESIŁ stosowanie niektórych przepisów ustawy o SN dotyczących przenoszenia sędziów powyżej 65 lat w stan spoczynku. Mógł to zrobić, ponieważ:

– Polska jest od 2004 roku członkiem UE,
– prawo UE jest na mocy Konstytucji prawem polskim,
– kiedy sąd krajowy, który jest także sądem unijnym, rozstrzyga kwestię z elementem międzynarodowym, musi mieć pewność, że jest rzeczywiście sądem unijnym, który z definicji musi być niezależny od polityków, a w związku z tym, czy Polska, zgodnie z art. 19 Traktatu o UE zapewnia skuteczne środki zaskarżenia (skuteczny jest tylko środek kierowany do niezależnego sądu),
– ponieważ Sąd Najwyższy nie ma takiej pewności z powodu zmian w prawie wprowadzonych przez PiS, zadał pytanie do Trybunału Sprawiedliwości,
– mógł, a nawet miał obowiązek przy tym ZAWIESIĆ stosowanie ustawy krajowej do czasu uzyskania odpowiedzi na zadane pytania,
– możliwość takiego działania potwierdzają wcześniejsze orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości – Factortame: C-213/89 i Zuckerfabrik: C-143/88 & C-92/89 – pisał o takiej opcji m.in dr Taborowski,
– organy państwa polskiego, w tym Prezydent i KRS mają obowiązek bezwzględnego podporządkowania się decyzji Sądu Najwyższego, no chyba że chcą wyjść z UE.

Wszystkim zaszokowanym decyzją SN chcę zwrócić uwagę, że żyjemy w XXI wieku, nie w XIX, kiedy sędziowie byli wykonawcami rozkazów władcy. W XXI wieku sędziowie są władzą i dzisiaj to pokazali. Oczekuję, że wszyscy krzykacze, którzy wymagali od sędziów podporządkowania się obowiązującym ustawom, podporządkują się, kiedy takie same ustawy, korzystające z domniemania konstytucyjności, są stosowane przez tych sędziów. W końcu Dura lex sed lex, prawda? Pierwsze wypowiedzi oczywiście wskazują, że polscy politycy zlekceważą decyzję sądu. To najlepiej pokaże, że żyjemy w republice bananowej i że zmierzamy w kierunku całkowitej anarchii.

Izolowane stosowanie konstytucji jako upośledzenie intelektualne

Znowu słyszę, że być może skrócenie kadencji I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf jest niekonstytucyjne, ale wiek emerytalny dla sędziów to już nie – przecież Konstytucja wyraźnie mówi, że można ten wiek ustalić ustawą.

Tak więc znowu trzeba powiedzieć, że:

  1. Radością napawa mnie fakt, że niektórzy światli ludzie (np. sędzia Johann) zauważają, że jak Konstytucja mówi „sześć”, a ustawa mówi „nie sześć, ale mniej”, to to jest sprzeczność;
  2. Smutkiem napawa mnie fakt, że zdarzają się jednak nadal konstytucyjni sceptycy matematyczni, którzy mówią, że skoro M. Gersdorf przestaje być sędzią (z powodu osiągnięcia wieku stanu spoczynku), to nie może być prezesem, więc na nic matematyka. Nie wiadomo, dlaczego tak mówią, bo z Konstytucji nie wynika, żeby I Prezes SN musiał (musiała) być sędzią. Art. 183 ust. 3 mówi tylko, że powołuje się I Prezesa „spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Nie ma tam mowy o tym, że kandydat musi być sędzią. To trochę tak jak z papieżem – podobno nie musi nim zostać ksiądz, może każdy ochrzczony. Tyle, że praktyka była inna – ale praktyka już przecież nikogo nie obchodzi, a najmniej prezydenta i jego konstytucyjnych matematycznych sceptyków. Praktyka ułaskawiania też przecież była inna…
  3. Parlament może obniżyć wiek spoczynku w ustawie – daje mu to prawo Konstytucja. Nie może jednak zastosować tego nowego wieku do urzędujących sędziów – może zastosować do nowo powoływanych. Dlaczego nie może zastosować od razu do obecnych sędziów? Bo w ten sposób przerywa z zaskoczenia ich orzekanie, a więc w ten sposób wpływa na ich niezawisłość. Sędzia sobie spokojnie orzeka, patrzy na sprawy, które zostały jej do rozstrzygnięcia, i te które wpływają i myśli sobie „Zakończę je do czasu wieku spoczynku i będzie git”, a tu parlament wyskakuje jak filip z konopi i powiada: „Ha! Nie dokończysz, bo my właśnie obniżyliśmy wiek stanu spoczynku i przestajesz sądzić z końcem kwartału”. Przecież to jest najprostszy sposób, żeby sędziego odsunąć od sprawy, którą polityk chciałby powierzyć innemu sędziemu! Najlepiej takiemu, którego własnoręcznie powoła Krystyna Pawłowicz na podstawie testu jednego pytania, który świetnie diagnozuje u kandydata na sędziego brak kręgosłupa. A kiedy inna władza (parlament, rząd albo prezydent) przerywają orzekanie przez sędziego, naruszają jego niezawisłość i naruszają niezależność sądów, co jest zakazane przez art. 173 Konstytucji („Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”). Poza tym, art. 2 Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego zawiera w sobie zasadę niezmieniania prawnych reguł gry w czasie jej trwania, jeśli nie ma po temu niezwykle ważnych powodów. Parlament zatem może obniżyć wiek spoczynku sędziów, ale może zastosować go dopiero do nowo powoływanych sędziów, a obecnym pozwolić orzekać do 70 roku życia. Takie rozwiązanie powoduje, że i parlamentarny wilk jest syty, i sędziowska gąska cała.

Oznacza to, że nie tylko skrócenie kadencji I Prezes jest niekonstytucyjne. Przeniesienie w stan spoczynku urzędujących sędziów także jest niezgodne z Konstytucją. Ale widać to dopiero, gdy spojrzy się nie na jeden przepis Konstytucji, ale także na resztę Jej przepisów. Czytanie Konstytucji ma sens, gdy czyta się ją w całości, a nie wtedy, gdy czyta się jedno jej zdanie. Jak już wielokrotnie mówiłem (wybaczcie powtórki, ale prawda powtórzona tysiąc razy staje się prawdziwszą prawdą) – gdybyście czytali „Pana Tadeusza” na podstawie zdanie: „Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” wyszłoby wam, że „Pan Tadeusz” jest książką o chorych Litwinach tęskniących za ojczyzną. A nie jest, a przynajmniej jest książką o wielu innych rzeczach. Podobnie Konstytucja nie jest książką o tym, co może parlament i o tym, że nie ma żadnych reguł dla działań parlamentu. Jest książką o tym, jak ma funkcjonować państwo, w którym parlament wykonuje swoje kompetencje tak, żeby przy okazji nie naruszać praw sędziów i oczywiście vice versa.

 

Izolowane stosowanie konstytucji jest kompromitacją intelektualną i grozi upośledzeniem władzy sądzenia. Nie róbcie tego sami w domu. Nie róbcie tego nigdzie.

Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

Photo by Adrian Grycuk (CC)

Jednym z najbardziej cynicznych argumentów większości parlamentarnej, która gwałci niezależność sądownictwa, jest argument z domniemania konstytucyjności. Brzmi on tak: wszystko, co robimy, jest zgodne z Konstytucją, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi, że nie jest. Więc wara od tego, co robimy.

Można na ten argument odpowiedzieć w stylu PiS: pokażcie przepis Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W przeciwieństwie np. do domniemania niewinności, które jest wprost wskazane w art. 42 ust. 3, nie ma przepisu Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W kategoriach ich prymitywnego konstytucjonalizmu taki argument powinien wystarczyć. Nie będziemy się jednak zniżać do ich poziomu.

Domniemanie konstytucyjności wynika z cech systemu konstytucyjnego. Żeby prawo obowiązywało, trzeba przyjąć, że do ustaw uchwalanych przez parlament ludzie muszą się stosować. Gdyby mogli dowolnie (podkreślam to słowo: DOWOLNIE) kwestionować legalność ustaw, prowadziłoby to do anarchii. Parlament wprowadza np. nowy podatek, a przedsiębiorca twierdzi, ze nie będzie go płacił, bo w jednej z poprawek sejmowych była literówka, a dwóch posłów, jak głosowało, to tylko nacisnęło guzik, a nie podniosło ręki. Dlatego jego zdaniem ustawa jest niekonstytucyjna, a więc nie musi płacić podatku. W takich sytuacjach ma zastosowanie domniemanie konstytucyjności: dopóki specjalnie powołany do tego organ, czyli Trybunał Konstytucyjny, nie uzna ustawy za niekonstytucyjną i nie uchyli jej, ustawa obowiązuje. Musis więc płacić.

Domniemanie konstytucyjności zatem to założenie, że akty wydawane przez władzę uznaje się za ważne, a więc wiążące adresatów, dopóki nie zostaną uznane za niewiążące. Stąd wywodzi się drugi argument, który można podnieść przeciwko twierdzeniom gwałcicieli Konstytucji, że mogą gwałcić, dopóki sąd nie powie, że gwałcą. To PiS pierwszy zakwestionował takie domniemanie, kiedy Beata Szydło zakwestionowała wyroki Trybunału Konstytucyjnego, choć one korzystają z domniemania legalności. Gdy PiS nazywał te wyroki „opiniami wydanymi przy kawie i ciasteczkach”, a Jarosław Kaczyński mówił, że są „non est”, było to uzurpowanie sobie prawa do niepodporządkowania się aktom władzy sądowniczej, choć nie zostały one w żadnej procedurze zakwestionowane. Dlaczego wtedy PiS sam siebie nie oskarżał o szerzenie anarchii i niepodporządkowywanie się aktom władzy sądowniczej, które zgodnie z Konstytucją są ostateczne i powszechnie obowiązujące. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze? Teraz PiS oskarża sędziów o anarchię, gdy ci odmawiają podporządkowania się aktom władzy ustawodawczej. Można powiedzieć, że uczą się od najlepszych. Kiedy mówicie sędziom, że przecież zgodnie z Konstytucją podlegają ustawom, oni powinni wam powiedzieć, że zgodnie z Konstytucją wy podlegacie wyrokom Trybunału Konstytucyjnego. Nie przyszło wam do głowy, że uznali wasze ustawy za „non est? W końcu jest jakaś równość wobec prawa i jakaś równowaga władz, prawda?

Ten argument nie powinien nas jednak zadowalać. Jest on oparty na idei „ale to PiS zaczął, proszę Pani!”, a więc jest zbudowany na tej samej konstrukcji, co najbardziej bzdurny argument symetrystów, czyli „rząd PO/PSL też łamał Konstytucję”, albo w innej wersji „ skoro ty ukradłeś, ja mogę zabić”. W państwie prawa łamanie prawa przez naszych przeciwników nie uzasadnia łamania prawa przez nas. Jedynym wyjątkiem jest działanie w obronie koniecznej i to być może różni nasz argument od argumentu symetrystów – sędziowie nie podporządkowując się ustawie o SN bronią się przed zamachem na ważne dobro: ich niezawisłość.

Jest jednak trzeci, najważniejszy argument, którym można odeprzeć argument z domniemania konstytucyjności. Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych” wskazał, że rewolucje takie polegają na zmianie paradygmatu, a więc na stwierdzeniu, że dotychczasowy sposób widzenia rzeczywistości jest nieadekwatny, i że trzeba go zastąpić nowym paradygmatem. Domniemanie konstytucyjności i jego rozumienie jest wytworem nauki prawa konstytucyjnego – elementem jej paradygmatu. Ten paradygmat był adekwatny w warunkach, w których funkcjonował niezależny Trybunał Konstytucyjny. Funkcją domniemania konstytucyjności jest zapewnienie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Innymi słowy, kiedy działa niezależny TK, parlament ma świadomość tego, że musi się samoograniczać w działaniach legislacyjnych, a więc że nie może robić, cokolwiek mu się podoba. Jest to gwarancją przyzwoitej jakości prawa i dlatego może się ono cieszyć domniemaniem konstytucyjności.

Obecnie ten paradygmat upadł, ponieważ w Polsce nie funkcjonuje niezależny TK. Zasiadają w nim nieuprawnione osoby, pani Przyłębska manipuluje składami, co przyznaje jej kolega, pan Muszyński. A ten ostatni zamiast chronić prawa i wolności obywatelskie, brutalnie atakuje Rzecznika Praw Obywatelskich, a więc inny konstytucyjny organ chroniący te wartości. Liczba spraw w TK spadła o ponad połowę w porównaniu do czasów sprzed duetu Przyłębska/Muszyński, a rząd dobrze wie, że ze strony takiego Trybunału nic mu nie grozi. Robi więc, co chce. Prawo tworzone w warunkach całkowitej dowolności nie zasługuje na domniemanie konstytucyjności. Domniemanie takie nie zapewnia już obecnie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Zapewnia tylko skuteczność.

Nauka prawa konstytucyjnego uporczywie trwa przy dawnym paradygmacie, bo nie potrafi zareagować na zmianę rzeczywistości. Reagują sędziowie, którzy stosują bezpośrednio konstytucję, aby obronić się przed prawną przemocą rządzącej większości. Domniemanie konstytucyjności zaczyna funkcjonować inaczej: ustawa jest uznawana za konstytucyjną, dopóki na podstawie art. 8 ust. 2 i na podstawie zasady lex superior derogat legi inferiori (prawo wyższe ma pierwszeństwo stosowania przed prawem niższym) nie zakwestionują jej sądy.

Takie rozumienie domniemania nie narusza roli TK, bo niezastosowanie reguły ustawowej w konkretnej sprawie przez sąd nie oznacza jej wyrzucenia z systemu. To może zrobić tylko TK. Nie jest ono także czymś zupełnie nowym, bo podobne myślenie stało za słynnym sporem pomiędzy TK a SN o kompetencję do oceny konstytucyjności ustaw w procesie ich stosowania – sporu powstałego długo przed dzisiejszym kryzysem. Wreszcie, nie powoduje ryzyka anarchii, bo niezastosowanie przepisu sąd musi uzasadnić, a więc nie jest ono dowolne.

Ktoś uważny może powiedzieć, że I Prezes SN, niestosująca się do ustawy o SN, nie jest sądem, a więc nie może obalić domniemania konstytucyjności nawet w prezentowanym, nowym ujęciu. Oczywiście, nie jest sądem, jest organem sądu, organem konstytucyjnym i obywatelem . Ale nowe ujęcie domniemania konstytucyjności działa tak: obywatele nie podporządkowują się ustawie powołując się na swoje konstytucyjne prawa, a ich racje ocenia sąd, który dla tego celu stosuje bezpośrednio Konstytucję. Tak robią Obywatele RP, niestosujący się do ustawy o zgromadzeniach. Są łapani przez policję, sprawa trafia do sądu i sąd rozstrzyga, czy mogli się sprzeciwić ustawie, powołując się na Konstytucję. Tak też robi Małgorzata Gersdorf, obywatel. Nie podporządkowuje się ustawie o SN, a to, czy ma rację, oceni niezależny sąd. Tym sądem będzie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, działający w procedurze naruszeniowej, rozpoczętej 2 lipca.

Kiedy więc ktoś was spyta, co z domniemaniem konstytucyjności, odpowiedzcie: obowiązuje, ale w nowej formie. Nie jest ono przeszkodą dla obywatelskiego nieposłuszeństwa, którego zasadność oceni niezależny sąd. A ten niezależny sąd może to domniemanie obalić, odmawiając zastosowania niekonstytucyjnej ustawy w danej konkretnej sprawie. Zrobi to na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którą Konstytucję stosuje się bezpośrednio, lub na podstawie art. 91 Konstytucji, zgodnie z którym umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo w stosowaniu przed postanowieniami ustaw, których nie da się z nimi pogodzić. Zapewniam was, że przepisów ustaw pozwalających gwałcić niezależność polskich sądów i niezawisłość polskich sędziów nie da się pogodzić z wieloma umowami międzynarodowymi, które ratyfikowała Polska.

Śmierć nie jest niekonstytucyjna

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Zawsze chciałem zostać pogromcą mitów. Okazję daje jak zwykle niezastąpiony rząd RP i Prezydent uzasadniając na różne sposoby, że czarne jest białe, a więc że kadencja I Prezes SN, która zgodnie z Konstytucją trwa 6 lat, może trwać krócej.

Argument główny to teza, że kadencja I Prezes nie jest święta, bo istnieje wiele sytuacji, w których może być przerwana. Te sytuacje powodują, że ktoś przestaje być sędzią, a tym samym przestaje być Prezesem Sądu. Przykłady:  rezygnacja sędziego z bycia sędzią, skazanie sędziego za przestępstwo przez sąd i usunięcie z zawodu, i mój ulubiony przykład – śmierć sędziego.

Skoro pozbawienie statusu sędziego w powyższych przypadkach niewątpliwie skutkuje pozbawieniem pozycji I Prezesa SN (bo skutkuje), to – argumentuje rząd i Prezydent – przejście w stan spoczynku też ma taki skutek. Skoro prof. Gersdorf przechodzi w stan spoczynku, przestaje być sędzią, a ponieważ przestaje być sędzią, przestaje być Prezesem – tak jak w przypadku rezygnacji z własnej woli, albo w przypadku skazania przez sąd. Logiczne, prawda?

Niestety, nie. Konstytucja chroni kadencję I Prezes ze względu na ochronę podstawowej wartości konstytucyjnej, jaką jest niezależność sądownictwa (art. 173 Konstytucji). To jest rama, w której argumenty rządu i Prezydenta trzeba rozpatrywać, i to jest narzędzie, która te argumenty rozbija w puch. Otóż nie ma żadnego problemu, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi z wewnątrz władzy sądowniczej (dobrowolna rezygnacja albo skazanie przez SĄD) lub jest efektem siły wyższej (śmierć Prezesa). Naruszenie konstytucji pojawia się wtedy, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi od innej władzy – ustawodawczej bądź wykonawczej. Innymi słowy, śmierć nie jest niekonstytucyjna, a przeniesienie sędziego w stan spoczynku przez parlament (władza ustawodawcza) lub Prezydenta (władza wykonawcza) jest. Dlatego sędzia Kennedy z Sądu Najwyższego USA może napisać do Prezydenta Trumpa list, w którym informuje, że dobrowolnie przechodzi na emeryturę. Gdyby jednak to Prezydent Trump napisał do sędziego Kennediego, że go na emeryturę wysyła, to sędzia Kennedy swoją odpowiedzią zrobiłby Prezydentowi Trumpowi z mózgu jesień średniowiecza.

Obniżenie wieku, w którym sędziowie przechodzą w stan spoczynku, jest oczywiście dozwolone Konstytucją. Ale ponieważ nie jest działaniem siły wyższej ani dobrowolną decyzją sędziów, a działaniem innej władzy, musi respektować zasadę niezależności władzy sądowniczej. Dlatego musi być wprowadzone na przyszłość, wobec nowo powołanych sędziów, nie zaś natychmiast wobec urzędujących. Gdy wchodzi w życie natychmiast, przerywa pracę sędziego, a więc wpływa na jego orzekanie. A tym samym ogranicza jego lub jej niezależność.

Z tego powodu jeśli sędzia przestaje być sędzią przez działania innej władzy, która tym działaniem narusza niezależność sądownictwa, to taka sytuacja jest rażąco niekonstytucyjna. Takie niekonstytucyjne działanie innej władzy, w odróżnieniu od śmierci, wyroku sądu bądź dobrowolnej rezygnacji sędziego, nie może przerywać kadencji I Prezes SN. Gdyby było inaczej, rząd bądź Prezydent mogliby właściwie dowolnie pozbawiać I Prezes statusu sędziego – np. odbierając jej obywatelstwo albo unieważniając jej pracę magisterską. Bez bycia magistrem prawa nie można być sędzią, a utrata statusu sędziego pozbawia statusu I Prezes, prawda?

Cały ten dziwny argument wziął się z pędu obecnej władzy do jedynowładztwa. Mam wrażenie, że nie może sobie ona wyobrazić rządzenia, w którym trzeba z kimś dyskutować, przekonywać i ustalać, a tak jest w państwie opartym na trójpodziale władzy. W efekcie ludziom przedstawiającym takie argumenty, jak powyższy, w głowie się nie mieści, że bycie przywódcą to naprawdę coś więcej niż mówienie ludziom, co mają robić.

Wyprowadzą nas z Unii, poprowadzą na Wschód

Photo by Wojciech Muła – Own work, CC BY-SA 4.0

Porównajcie sobie historie dwóch ustaw – tej o IPN, która miała karać za obrażanie polskiego Narodu i tej o Sądzie Najwyższym, która wyrzuca najbardziej doświadczonych sędziów. W obu przypadkach rząd odtrąbił zwycięstwo nad wrogą materią. W przypadku IPN była nią nienawiść świata do Polski, realizująca się w ciągłym obrażaniu Narodu Polskiego. W przypadku Sądu Najwyższego wrogą materią byli sędziowie-komuniści, bezczelnie strojący się w togi przez ostatnie 30 lat. W obu przypadkach zwycięstwo odniesione zostało szybko i bezkrwawo, orężem w postaci kawałka papieru z napisem „ustawa” i nadzieją, że świat potulnie podda się papierowi.

W obu przypadkach ustawy wywołały poważną krytykę międzynarodową: ustawę o IPN skrytykowały Izrael i USA, ustawę o Sądzie Najwyższym skrytykowała Unia Europejska, Komisja Wenecka, Rada Europy, ONZ i generalnie pół świata. W obu przypadkach polski rząd ogłosił, że w sprawie ustaw nie ustąpi, że będzie o nie walczył do krwi ostatniej.

I tu analogie się kończą. Kiedy tylko Izrael i USA tupnęły nogą, podkuliliśmy ogon w sprawie ustawy o IPN, tej dotyczącej naszego honoru i naszej narodowej dumy. Posłowie zaczęli mówić o nieznanym polskiej Konstytucji „zamrożeniu” ustawy, które nie jest niczym innym jak przestępczym namawianiem prokuratury, żeby nie stosowała uchwalonego prawa. A następnie rakiem wycofaliśmy się z tej ustawy, pokazując światu, że jak Polak chce, to potrafi ustawę zmienić w dziewięć godzin. Nic to, że zmiana odbyła się z pogwałceniem wszystkich zasad parlamentaryzmu. Nie ma przecież czasu na szczegóły, kiedy chodzi o polski honor.

Inaczej rzecz się ma z ustawą o Sądzie Najwyższym. Komisja Europejska poszła z tą ustawą do unijnego sądu – Trybunału Sprawiedliwości. Nie ma bardziej poważnej procedury, którą można uruchomić. Co na to Polska, w szczególności Jej ponoć proeuropejski Prezydent? Nic. Dlaczego nie proponuje „zamrożenia” ustawy o SN do czasu rozstrzygnięcia sporu? Dlaczego nie apeluje o niestosowanie ustawy wobec sędziów? Dlaczego? Bo najwyraźniej chce pokazać, że Polska ma sojuszników z Unii Europejskiej gdzieś. Nie są dla nas ważni, bo sama Unia Europejska przestaje być dla nas ważna. Wolimy podlizywać się Stanom Zjednoczonym i Prezydentowi, którego główne hasło może zostać przetłumaczone jako „Mamy was gdzieś” (America first!”).

Stawiam tezę, że PiS i Prezydent Duda chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. Wskazywały na to już wcześniejsze działania, takie jak lekceważenie zarządzeń tymczasowych Trybunału Sprawiedliwości (“mamy gdzieś wasz europejski sąd”) czy pomysł na pt. „Czy mamy gdzieś prawo europejskie?”, które – pod płaszczykiem wyższości prawa polskiego nad unijnym chce zadać Prezydent w referendum konstytucyjnym. Obecnie wyraźnie pokazujemy Unii, że jeśli kogoś naprawdę szanujemy, potrafimy dostosować się do jego uwag i zrezygnować z baraniego upierania się przy swoich błędach, które mylnie nazywamy suwerennością. Ale Unii Europejskiej nie szanujemy, bo mentalnie polscy przywódcy już z niej wyszli, dlatego nie mamy zamiaru nawet kiwnąć palcem w zakresie dostosowania ustawy o SN do uwag Komisji Europejskiej. Problem w tym, że po wyjściu z Unii Europejskiej, także wyjściu mentalnym, nie ma dokąd pójść. Jedyna droga wiedzie na Wschód, w ręce Rosji. Takie są prawa politycznej grawitacji.

Takim oto sposobem ustawa o Sądzie Najwyższym staje się papierkiem lakmusowym polskiej obecności w Unii Europejskiej. Patrzmy Prezydentowi i rządowi na ręce – ich działania w sprawie tej ustawy zdecydują nie tylko o przyszłości sędziów, ale o przyszłości nas wszystkich, którzy chcielibyśmy w Europie zostać. Jeśli polskie władze spowolnią powoływanie sędziów i spokojnie poczekają na werdykt Trybunału Sprawiedliwości, pokażą, że naszą przyszłość wciąż wiążą z Unią Europejską. Jeśli natomiast, podobnie jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, przyśpieszą i powołają sędziów pod osłoną nocy, aby tylko uprzedzić trybunalski wyrok, zakomunikują jasno, że od zachodnich standardów praworządności bliższe nam są ich wschodnie odpowiedniki.