Polska w B-klasie praworządności – komentarz do wyroku TSUE w sprawie CELMER

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Dzisiaj Trybunał Sprawiedliwości UE po raz pierwszy wypowiedział się w sprawie, która dotyczy stanu polskiej praworządności. Rozstrzygnął sprawę Celmer – sprawę wydania Polsce osoby, która uważa, że nie może liczyć u nas na sprawiedliwy proces, bo nasze sądy przestały być niezależne. To nie jest wyrok w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym – na ten przyjdzie jeszcze trochę poczekać – ale jest to ważna decyzja, która pokazuje, jak opłakane skutki mają tzw. reformy sądownictwa naszej obecnej władzy.

W informacji o wyroku czytamy:

“Trybunał orzekł (…), że istnienie rzeczywistego ryzyka narażenia osoby wskazanej w europejskim nakazie aresztowania na naruszenie jej prawa podstawowego do niezawisłego sądu, a w konsekwencji istotnej treści jej prawa podstawowego do rzetelnego procesu sądowego, może pozwolić organowi sądowemu wykonującemu nakaz, w drodze wyjątku, wstrzymać się od wykonania europejskiego nakazu aresztowania.”

To stwierdzenie oznacza, że mamy poważny problem. Każdy polski przestępca czy podejrzany, któremu uda się wydostać poza granice Polski do innego kraju UE może powołać się na to, że w Polsce nie ma już niezależnych sądów i pomachać z uśmiechem Ministerstwu Sprawiedliwości, które wysłało za nim Europejski Nakaz Aresztowania. Dlaczego? Bo dokonane w ciągu ostatnich trzech lat zniszczenie polskiego państwa prawa mu na to pozwala! Bo do tej pory sąd w innym kraju UE wysyłał takiego człowieka automatycznie do Polski, a teraz musi się zastanawiać, czy nasze sądy są w stanie zapewnić sprawiedliwy proces! Skutkiem tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości jest więc poważne utrudnienie w ściganiu przestępców. Czy o to nam chodziło?

Dalej czytamy:

“Trybunał podkreślił, że zachowanie niezawisłości organów sądowych jest kluczową kwestią dla zapewnienia skutecznej ochrony sądowej jednostek, w szczególności w ramach mechanizmu europejskiego nakazu aresztowania.”

Oczywiście, że tak jest! A w świetle pytania irlandzkiej sędzi, które dotyczyło Polski, te słowa są skierowane do Polaków i polskiego rządu. Dlaczego trzeba nam przypominać tak oczywiste prawdy? Bo to, co zrobiono z sądami w Polsce rodzi bardzo poważne ryzyko naruszenia niezawisłości organów sądowych. Dlatego Trybunał nakazuje sądowi oceniać to indywidualnie, choć w przypadku wysyłania takich osób do innych krajów nie muszą tego robić. Tzw. reformy spowodowały więc, że jesteśmy podejrzani, jak osoby, którym na lotnisku robi się kontrolę osobistą (i w przypadku sądownictwa nie wynika to z losowego kontrolowania).

Czytamy dalej

“Wykonujący nakaz organ sądowy powinien w pierwszej kolejności dokonać – w oparciu o obiektywne, wiarygodne, dokładne i należycie uaktualnione informacje – oceny istnienia rzeczywistego ryzyka naruszenia takiego prawa w wydającym nakaz państwie członkowskim, związanego z brakiem niezawisłości sądów tego państwa członkowskiego, z uwagi na takie nieprawidłowości.”

Trybunał instruuje sąd, na czym ma oprzeć swoją ocenę, czy w Polsce istnieje problem z praworządnością i od razu wskazuje źródło, z którego sąd ma korzystać. I niestety dla polskiego rządu, nie jest to Biała Księga Premiera Morawieckiego. Jak czytamy w informacji:

“Trybunał stwierdził, że informacje zawarte w uzasadnionym wniosku skierowanym niedawno przez Komisję do Rady na podstawie art. 7 ust. 1 TUE stanowią szczególnie istotne informacje w kontekście tej oceny.”

A wiecie, co jest napisane w tej uzasadnionej opinii? Że Polska ma bardzo poważny problem z sądami i że działania polskiego rządu naruszyły praworządność i niezależność sądownictwa. Jak myślicie, jaka będzie decyzja sądu irlandzkiego, któremu Trybunał polecił oprzeć się w swojej decyzji na najbardziej krytycznym wobec polskiego rządu dokumencie Unii Europejskiej?

Musimy zadać to pytanie: Panie Ministrze Ziobro – dlaczego Wasz misterny plan naprawienia polskiego wymiaru sprawiedliwości skutkuje tym, że będziecie nieskuteczni w ściganiu przestępców? Dlaczego Polska, która była przykładem praworządności, spada właśnie do prawie najniższej ligi praworządności? Przecież niżej jest już tylko Rosja i Białoruś. Dlaczego wciąż mówicie, że naprawiacie, a wszystko niszczycie? Dlaczego?

Izolowane stosowanie konstytucji jako upośledzenie intelektualne

Znowu słyszę, że być może skrócenie kadencji I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf jest niekonstytucyjne, ale wiek emerytalny dla sędziów to już nie – przecież Konstytucja wyraźnie mówi, że można ten wiek ustalić ustawą.

Tak więc znowu trzeba powiedzieć, że:

  1. Radością napawa mnie fakt, że niektórzy światli ludzie (np. sędzia Johann) zauważają, że jak Konstytucja mówi „sześć”, a ustawa mówi „nie sześć, ale mniej”, to to jest sprzeczność;
  2. Smutkiem napawa mnie fakt, że zdarzają się jednak nadal konstytucyjni sceptycy matematyczni, którzy mówią, że skoro M. Gersdorf przestaje być sędzią (z powodu osiągnięcia wieku stanu spoczynku), to nie może być prezesem, więc na nic matematyka. Nie wiadomo, dlaczego tak mówią, bo z Konstytucji nie wynika, żeby I Prezes SN musiał (musiała) być sędzią. Art. 183 ust. 3 mówi tylko, że powołuje się I Prezesa „spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Nie ma tam mowy o tym, że kandydat musi być sędzią. To trochę tak jak z papieżem – podobno nie musi nim zostać ksiądz, może każdy ochrzczony. Tyle, że praktyka była inna – ale praktyka już przecież nikogo nie obchodzi, a najmniej prezydenta i jego konstytucyjnych matematycznych sceptyków. Praktyka ułaskawiania też przecież była inna…
  3. Parlament może obniżyć wiek spoczynku w ustawie – daje mu to prawo Konstytucja. Nie może jednak zastosować tego nowego wieku do urzędujących sędziów – może zastosować do nowo powoływanych. Dlaczego nie może zastosować od razu do obecnych sędziów? Bo w ten sposób przerywa z zaskoczenia ich orzekanie, a więc w ten sposób wpływa na ich niezawisłość. Sędzia sobie spokojnie orzeka, patrzy na sprawy, które zostały jej do rozstrzygnięcia, i te które wpływają i myśli sobie „Zakończę je do czasu wieku spoczynku i będzie git”, a tu parlament wyskakuje jak filip z konopi i powiada: „Ha! Nie dokończysz, bo my właśnie obniżyliśmy wiek stanu spoczynku i przestajesz sądzić z końcem kwartału”. Przecież to jest najprostszy sposób, żeby sędziego odsunąć od sprawy, którą polityk chciałby powierzyć innemu sędziemu! Najlepiej takiemu, którego własnoręcznie powoła Krystyna Pawłowicz na podstawie testu jednego pytania, który świetnie diagnozuje u kandydata na sędziego brak kręgosłupa. A kiedy inna władza (parlament, rząd albo prezydent) przerywają orzekanie przez sędziego, naruszają jego niezawisłość i naruszają niezależność sądów, co jest zakazane przez art. 173 Konstytucji („Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”). Poza tym, art. 2 Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego zawiera w sobie zasadę niezmieniania prawnych reguł gry w czasie jej trwania, jeśli nie ma po temu niezwykle ważnych powodów. Parlament zatem może obniżyć wiek spoczynku sędziów, ale może zastosować go dopiero do nowo powoływanych sędziów, a obecnym pozwolić orzekać do 70 roku życia. Takie rozwiązanie powoduje, że i parlamentarny wilk jest syty, i sędziowska gąska cała.

Oznacza to, że nie tylko skrócenie kadencji I Prezes jest niekonstytucyjne. Przeniesienie w stan spoczynku urzędujących sędziów także jest niezgodne z Konstytucją. Ale widać to dopiero, gdy spojrzy się nie na jeden przepis Konstytucji, ale także na resztę Jej przepisów. Czytanie Konstytucji ma sens, gdy czyta się ją w całości, a nie wtedy, gdy czyta się jedno jej zdanie. Jak już wielokrotnie mówiłem (wybaczcie powtórki, ale prawda powtórzona tysiąc razy staje się prawdziwszą prawdą) – gdybyście czytali „Pana Tadeusza” na podstawie zdanie: „Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” wyszłoby wam, że „Pan Tadeusz” jest książką o chorych Litwinach tęskniących za ojczyzną. A nie jest, a przynajmniej jest książką o wielu innych rzeczach. Podobnie Konstytucja nie jest książką o tym, co może parlament i o tym, że nie ma żadnych reguł dla działań parlamentu. Jest książką o tym, jak ma funkcjonować państwo, w którym parlament wykonuje swoje kompetencje tak, żeby przy okazji nie naruszać praw sędziów i oczywiście vice versa.

 

Izolowane stosowanie konstytucji jest kompromitacją intelektualną i grozi upośledzeniem władzy sądzenia. Nie róbcie tego sami w domu. Nie róbcie tego nigdzie.

Uwaga, pilne! W Sądzie Najwyższym zatrudnię kogokolwiek!

Jak można było się spodziewać, większość parlamentarna właśnie pokazała Unii Europejskiej, w jak głębokim poważaniu ma jej uwagi do ustawy o Sądzie Najwyższym. Złożona do laski marszałkowskiej propozycja zmiany ustawy pozwala w trybie ekspresowym wybrać sędziów i nowego prezesa najważniejszego polskiego sądu, zanim Trybunał Sprawiedliwości mógłby wycinkę sędziów i dotychczasowej Prezes zatrzymać. Podobnie więc jak w przypadku Puszczy Białowieskiej, zamiast wstrzymania pił, mamy rozkręcenie ich na wyższe obroty i metodę faktów dokonanych. Potem się powie, że już nic nie da się zrobić.

W porównaniu z zachowaniem Polski wobec USA i Izraela w sprawie ustawy o IPN, przyspieszenie przejęcia kontroli na SN jest jasnym sygnałem: nie obchodzi nas Europa, nie szanujemy jej jako naszego najważniejszego sojusznika. Kiedy chciały tego Stany Zjednoczone, potrafiliśmy zamrozić ustawę o IPN, a potem ją zmienić w ciągu 8 godzin. W sprawie SN tak nie możemy. W ten sposób odwracamy się plecami od Unii i przymilamy się do faceta, który klepie się w Helsinkach z Putinem po plecach i zdaje się szanować go bardziej niż swój własny kraj. A my żyjemy nadzieją, że jakby co, on bardziej od Putina będzie szanował nas.

Propozycja „przyspieszającej” zmiany ustawy do SN jest desperacką próbą łapanki. Obniża wymogi dokumentacyjne dla kandydatów – teraz naprawdę wystarczy po prostu chcieć być sędzią SN i przedstawić dokument potwierdzający tę chęć. Nie trzeba przedstawiać dokumentów wspierających podanie – np. opinii innych osób o kandydacie czy dorobku naukowego. Jedziemy więc zgodnie ze starą zasadą „nie dorobek, lecz chęć szczera…”  Ale oczywiście w rozumieniu autorów ustawy jest to zmiana na lepsze.

Nowa ustawa zrezygnuje także z reliktu w postaci możliwości odwołania się do sądu w przypadku, gdy ktoś przegra konkurs na sędziego SN. Można wprawdzie się odwołać, ale i tak nic to nie da. Ten, którego na podstawie szczerej chęci wybierze KRS zostanie przedstawiony Prezydentowi, a dla przegranych przewidziana została nagroda pocieszenia: jeśli wygrają w sądzie, a więc jeśli sąd stwierdzi, że ten, który został sędzią, nie powinien był nim zostać, przegrani …. mogą wziąć udział w kolejnym konkursie. Oczywiście bez odwołania i tak by mogli wziąć w nim udział. Dobrze jednak, że za karę, że się bezczelnie odwołali od decyzji KRS, nie mają dożywotniego zakazu startowania do SN. Aha, ten, który został sędzią SN, bo miał chęć, oczywiście nawet po wyroku sądu nadal sędzią jest. Nie po to przecież złożył podanie i nie po to KRS się napracowała, żeby teraz byle sąd się temu sprzeciwiał.

A więc cyrk. Bez sensu, bez składu, byleby wybrać kogokolwiek, byleby zapchać ten sąd i mieć poczucie, że naprawiło się polskie sądownictwo. A że sąd po takim zapchaniu nie będzie działał, że zamiast profesora Katnera, wybitnego prawnika, któremu KRS właśnie nie przedłużyła zatrudnienia w SN będą tam ludzie, którzy na każde pytanie będą odpowiadać „to zależy…” i rozglądać się na boki. Kogo to obchodzi? Jak mawiał król Julian „prędko, prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.

Interpretacja konstytucji według Forresta Gumpa

Najsłynniejszą frazą Forresta Gumpa jest ta o życiu jako pudełku czekoladek – nigdy nie wiadomo, na co trafisz, bo nigdy nie wiadomo, co z tego pudełka wyciągniesz. Znany amerykański konstytucjonalista, Jack Balkin, napisał swojego czasu artykuł, zatytułowany „Konstytucja jako pudełko czekoladek”. Artykuł rozważał problem swobody interpretacyjnej prawników wobec tekstu konstytucji. Analizował, czy rzeczywiście jest tak, że prawnik może zinterpretować konstytucję na dowolny sposób, a więc czy może z niej, jak z pudełka czekoladek, wyciągnąć dowolną rzecz i nigdy nie wiadomo, co to będzie.

Jest tradycją rządów prawicowych, że o taką dowolność oskarża się sędziów. W USA rolę takiego oskarżyciela przyjęli także niektórzy sędziowie – np. Antonin Scalia, twórca metody interpretacji konstytucji, nazywanej oryginalizmem, która w założeniach miała ograniczać swobodę interpretacyjną. U nas rolę taką pełnił prof. Lech Morawski, wskazujący, że art. 2 naszej Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego, jest studnią bez dna, albo raczej kapeluszem magika, z którego sędziowie wyciągają ku zaskoczeniu widowni raz królika, raz twierdzenie, że lustracja jest niekonstytucyjna.

I Scalia, i Morawski, kiedy sami interpretowali konstytucję, dalecy jednak byli od propagowanej przez siebie wstrzemięźliwości interpretacyjnej. Najwyraźniej trudno jest samemu praktykować ideę, którą się wszem i wobec głosi. Co więcej, same proponowane przez nich idee pozostawiają wiele do życzenia. Oryginalizm jest sprzeczny z istotą ludzkiej komunikacji, tak jak ją obecnie rozumie filozofia języka. W pracach Morawskiego trudno znaleźć inny pomysł na ograniczenie dowolności interpretacyjnej niż konsekwentna realizacja wartości uznawanych przez samego Morawskiego za słuszne. Na Zjeździe Katedr Teorii i Filozofii Prawa w 1997 roku w Kazimierzu Dolnym prof. Morawski dał temu wyraz w dyskusji z prof. Batorem. Stwierdził wtedy, że instrumentalizacja prawa jest w porządku, kiedy służy wartościom antykomunistycznym, zła wtedy, gdy służy innym. Innymi słowy, kiedy naginasz prawo do aksjologii, którą ja akceptuję, wtedy jest ok. W innym przypadku stosujesz metodę Forresta Gumpa.

Jedynym sposobem ograniczenia samowoli interpretacyjnej prawników jest konsekwentna wykładnia systemowa, albo nawet holistyczna, którą próbowałem opisać w książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Polega ona na wykazaniu, że dane rozwiązanie interpretacyjne jest zgodne z jak największą liczbą przesłanek rozumowania prawniczego. Innymi słowy, że propozycja interpretacyjna jest zgodna z znaczeniem językowym przepisów konstytucji rozumianych jako całość, a także z celem i funkcją tych przepisów oraz ich historycznym rozumieniem.

W przeciwieństwie do takiego podejścia, prawnicy wspierający rząd od ponad dwóch lat karmią nas kłamstwem, że jedyną słuszną interpretacją jest izolowana interpretacja konstytucji. Bierzesz jeden przepis, pokazujesz, że działasz zgodnie z tym przepisem i jesteś z siebie bardzo zadowolony, choćbyś przy tym łamał wszystkie pozostałe przepisy konstytucyjne. Tak było z art. 197 Konstytucji, który był jedynym przepisem pozwalającym Parlamentowi regulować sytuację Trybunału Konstytucyjnego (przy złamaniu innych przepisów regulujących funkcjonowanie Trybunału). Tak jest teraz przy izolowanej interpretacji przepisu dającego Parlamentowi kompetencję do ustalenia wieku przejścia sędziów w stan spoczynku. Żaden inny przepis Konstytucji w tej interpretacji się nie liczy, zwłaszcza ten, który ustanawia niezależność sądów i niezawisłość sędziów jedną z podstawowych zasad konstytucyjnych. Argument, że można kompetencje Parlamentu w obu przypadkach pogodzić z całością Konstytucji, a więc że nie stoją one w żadnej sprzeczności z niezależnością sądów i trybunałów, władza puszcza mimo uszu. Jest to oczywiste – nie o stosowanie Konstytucji tu przecież chodzi, ale o jej złamanie przy zachowaniu pozorów legalności.

Żeby wyjaśnić to, w jaki sposób wykładnia izolowana zwiększa swobodę interpretacyjną prawnika, daję moim studentom takie zadanie. Proszę, żeby umieścili długopis w sali wykładowej. Decyzja, gdzie go umieszczą, musi spełniać tylko jeden wymóg – długopis musi zostać umieszczony dwa metry od lewej ściany. Potencjalnych miejsc zgodnych z tym jednym wymogiem jest bardzo dużo, bo wymóg jest tylko jeden – mogą umieścić długopis na dowolnej wysokości i w dowolnej odległości od ściany prostopadłej. Każda taka decyzja będzie prawidłowa, a więc możliwych prawidłowych rozwiązań jest bardzo dużo. Podobnie jest w przypadku wykładni izolowanej: zgodność z jednym przepisem daje sporo swobody interpretacyjnej.

Następnie zwiększam ilość wymogów: długopis musi być umieszczony dwa metry od lewej ściany i nie wyżej niż metr od podłogi. Druga współrzędna powoduje, że ilość prawidłowych rozwiązań się zmniejsza. Dodaję kolejny wymóg – nie dalej niż dwa metry od okna położonego na ścianie prostopadłej. Znowu prawidłowych rozwiązań jest mniej. Z dodaniem każdego kolejnego wymogu swoboda decyzyjna studentów się zmniejsza. Tak samo jest z wykładnią holistyczną – jeśli szukasz zgodności z wieloma przepisami naraz, twoja prawnicza wolność jest mniejsza. Idealna prawnicza interpretacja, jak wskazywał Dworkin, to taka, która szuka maksymalnej zgodności z wszystkimi możliwymi przesłankami i której nie można postawić zarzutu pominięcia żadnego z wymogów. W takiej interpretacji na każde prawnicze pytanie istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź, a prawnik nie ma żadnej wolności – po prostu ma obowiązek te odpowiedź odnaleźć.

W przeciwieństwie do wykładni holistycznej, wykładnia izolowana, którą proponuje nam rząd, drastycznie zwiększa swobodę interpretacyjną. Co więcej, jej umysłowy poziom zbliża się do poziomu sympatycznego skądinąd Forresta Gumpa. Dlatego kiedy widzę kolejnego funkcjonariusza Ministerstwa Sprawiedliwości, który wykazuje zgodność działań rządu z Konstytucją przez wykazanie zgodności z jednym przepisem, jedyna rada, jaką chcę mu dać, brzmi: „Run, Forrest, run!”

Trójpodział władzy według Bronisława Wildsteina

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Wczorajszy program w TVP Info, w którym dyskutowałem z sędzią Mazurem i redaktorem Wildsteinem, stanowi gotowy materiał edukacyjny na lekcję WOS pod tytułem: „Trójpodział władzy w praktyce IV Rzeczypospolitej”. Dyskutanci odegrali w nim rolę władz w klasycznym ich podziale: rolę władzy politycznej (ustawodawczej i wykonawczej) o jasno określonej ideologii i chęci zmiany świata (Wildstein) oraz dwóch wizji władzy sądowniczej: milczącej (Mazur) i pyskatej (Matczak).

Podział i równowaga władz są oparte na starym, dobrym przekonaniu: co dwie głowy, to nie jedna. Chodzi o to, żeby władze dyskutowały i spierały się co do właściwego kierunku działań, bo w takim sporze łatwiej jest znaleźć dobre rozwiązanie. Kiedy ktoś nie dyskutuje, tylko jest święcie przekonany o swojej racji, najczęściej popełnia błąd.

Jaką władzę sądowniczą preferuje Bronisław Wildstein? Widać to w jego brawurowej tezie, którą przedstawił na moje pytanie, czy zna jakikolwiek historyczny przykład zamachu stanu albo totalitaryzmu, który spowodowali sędziowie. Zadałem to pytanie, ponieważ red. Wildstein uznał, że demokratyczna większość (historycznymi przykładami takiej większości byli np. Aryjczycy wobec Żydów, czy Hutu wobec Tutsi) nie jest zagrożeniem dla wolności, natomiast śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji są sędziowie. Odpowiedź brzmiała: przykładem takim są Stany Zjednoczone.

Potraktujmy tezę, że USA są krajem totalitarnym jako stanowisko władzy politycznej. Skoro tak jest, Polska nie powinna zmierzać w stronę USA. Redaktor Wildstein najlepiej wie, co znaczy totalitaryzm w praktyce i na pewno nie chciałby, by Polska w jego stronę zmierzała. Zatem konieczny jest odwrót od USA i skierowanie naszych politycznych dróg w stronę przeciwną. Skoro Stany są totalitarne, to zapewne Rosja jest oazą wolności i demokracji: można tam na przykład spokojnie pograć w piłkę.

Jak na taką tezę odpowiada w systemie podziału i równowagi władz władza sądownicza. W wersji pyskatej władza sądownicza mówi „Czy Pana, przepraszam, pogięło?”, choć ze względu na bycie w telewizorze nie wyraża tego tak bezpośrednio. Władza sądownicza w wersji milczącej milczy. A kto milczy, ten się zgadza, zatem w wizji milczącej władzy sądowniczej USA zaiste są krajem totalitarnym.

Jaką wizję władzy popiera redaktor Wildstein? Jak mówi, władza sądownicza w wersji pyskatej to oligarchia. W tym akurat przypadku milcząca władza sądownicza budzi się z letargu i mówi: „Tak, tak, i w dodatku nadzwyczajna kasta”. Ponieważ milcząca władza sądownicza zgadza się z redktorem Wildsteinem i popiera jego brawurową tezę, redaktor, reprezentujący w naszym przykładzie władzę polityczną, jakby bardziej woli taką władzę.

Morał: trójpodział władzy, w którym władza sądownicza jest dobierana tak, aby milczała, a nie spierała się z innymi władzami, prowadzi do tego, że nawet najgłupsza teza władzy politycznej (USA jako państwo totalitarne) znajduje poklask. Prowadzi to do absurdu w postaci jedynowładztwa i jedyno-myślności. Nasz obecny ustrój jest oparty na podziale władz, ponieważ wszyscy (nie tylko redaktor Wildstein) przeżyliśmy totalitarną traumę. Aby nigdy się ona nie powtórzyła, odeszliśmy od znanej z konstytucji PRL zasady jedności władzy państwowej w kierunku podziału i równowagi władz. Jest chichotem historii, że człowiek tak skrzywdzony przez totalitaryzm, jak redaktor Wildstein, wraca mentalnie do tego totalitaryzmu i zwalcza prawdziwy podział władz. Tak też robi obecna większość polityczna: władza sądownicza ma milczeć i nie przeszkadzać w marszu w kierunku wspaniałego nowego świata, w którym Stany Zjednoczone są totalitaryzmem, a białe jest czarne.

A ja zamierzam w tej sprawie pyskować.

 

Prof. Matczak w TVP INFO 11.07.2018Rozmowa z Wildsteinem jest przerażająca, uświadamia, że nigdy się nie dogadamy, nigdy ich nie przekonamy

Opublikowany przez Jerzy Kuta Środa, 11 lipca 2018

Wielka Polska

Richard Bernstein pisze w jednym z ostatnich NYT: “Wielu liberałów jest zdziwionych, gdy poprzez analizę faktów jednoznacznie wykażą, że kłamstwo jest kłamstwem, a na ludziach nie robi to większego wrażenia. Ale Hannah Arendt rozumiała, jak naprawdę działa propaganda. Fikcyjna historia, która obiecuje rozwiązać czyjeś problemy, jest o wiele bardziej pociągająca niż fakty i „sensowne” argumenty”.

Ostatnie dwa i pół roku to wszędobylstwo propagandy i nadmuchanej narracji, w której wszystko jest dramatyczne. Polska jest w ruinie, Polacy wstają z kolan, odzyskujemy godność, dechrystianizujemy Europę, Mamy wielkie plany, porty lotnicze, autostrady wodne. Kończy się komunizm, żyjemy w czasach przełomu. Idee i wyrażające je słowa stały się jak wielkie balony, w które rządzący wciąż pompują powietrze. Dlaczego? Bo tego potrzebujemy. Potrzebujemy fikcji, która rozwiąże nasze problemy i rządzący Polską dobrze to wiedzą. Podskórnie wyczuwają, że nasz główny problem to brak sensu życia, i dlatego oferują te wielkie narracje, a wraz z nimi namiastkę tego sensu.

Polska przechodzi kryzys wieku średniego. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat ciężko pracowała, bogaciła się, była skupiona na osiągnięciu sukcesu materialnego. I osiągnęła go. Jest nasycona i chce czegoś więcej – jak czterdziestolatek, który ma dom, dwa samochody i dzieci na studiach za granicą. To ‚więcej” nie ma jednak wymiaru materialnego. Polska, jak człowiek w kryzysie wieku średniego, chce sensu życia. Ponieważ jej potrzeby podstawowe zostały zaspokojone, przesuwa się w górę piramidy Maslowa i chce szacunku, poczucia tożsamości i uczestnictwa w czymś większym niż codzienność . Chce emocji, bo życie bez emocji nie ma sensu.

Gdyby Polska była intelektualistką, mogłaby odnaleźć emocje i sens w odwiecznych lekarstwach duszy: wielkich opowieściach literatury i postawach jej bohaterów (Gilgamesza, Hektora, Rolanda), w głębokiej, prawdziwej duchowości religijnej, która wielu daje ukojenie, w projektach większych niż życie, takich jak pomoc innym, która wymaga poświęcenia i pochłania człowieka, ale daje poczucie spełnienia. Ale Polska nie czyta, nie medytuje i jest generalnie leniwa. Polska lubi posiedzieć przed telewizorem i wypić piwko. Nie znaczy to, że nie ma potrzeb emocjonalnych i że nie przechodzi kryzysu. Ale w ogromnej większości niezdolna do czerpania z wielkich narracji literatury i religii, karmi się fast foodem narracji politycznej i od niej oczekuje emocji.

„Jeśli ktoś ma wizje, powinien iść do lekarza”. Te słowa Donalda Tuska pokazują, że polityk centrowy ma problem ze zrozumieniem potrzeby wielkiej narracji. Co więcej, wstydzi się jej, bo technokrata, jakim chce być, jest przecież zimny i racjonalny.  Nienawidzi patosu, lubi sceptycyzm i cynizm. Tymczasem polityk prawicowy, a najlepiej skrajnie prawicowy, nie wstydzi się niczego. Serwuje ludziom wielkie opowieści na śniadanie, obiad i kolacje, sypie z rękawa wartościami, tworzy wielkie projekty, by stworzyć wiekopomne dzieła. To, że tak naprawdę jest dwulicowy (jak np.Trump), lub cyniczny (jak Orban), to że opowieści są kłamliwe, a plany zwyczajnie głupie, nie ma żadnego znaczenia. “Fikcyjna historia, która obiecuje rozwiązać czyjeś problemy, jest o wiele bardziej pociągająca niż fakty i „sensowne” argumenty””.

Sukces narracji prawicowej wśród młodzieży i klasy średniej, który stoi za wysokim poparciem politycznym dla partii prawicowych, nie jest przypadkiem. Prawica snuje swoje opowieści, podczas gdy pozostała część sceny politycznej nieco pogardliwie się uśmiecha. Ale ludzie potrzebują emocji – czasami dziecinnych, prostych, ale potrzebują ich. Zwłaszcza wtedy, kiedy tracą orientację w zbyt skomplikowanej rzeczywistości, doceniają lidera, który serwuje im prosty, atrakcyjny plan na życie. Skończyły się nam w Polsce wielkie, jednoczące projekty, które kanalizowały nasze dążenia: materialne dogonienie Zachodu, wejście do UE i NATO, zbudowanie autostrad przed EURO. W publicznej przestrzeni emocjonalnej jest pustka i ktoś ją sprytnie wypełnia, zawłaszczając historię, tożsamość, patriotyzm i przyszłość. Krzycząc w czasie marszów z pochodniami „Chwała wielkiej Polsce!”, rezerwuje dla siebie określenie, co znaczy „wielka” i co znaczy „Polska”.

Co więc zrobić, żeby nie przegrać walki o ludzkie emocje? Po pierwsze, mieć wizję – wielki, ale realny plan, który jednoczy ludzi we wspólnym działaniu. Jego sformułowanie nie jest łatwe. Musi opierać się na wartościach bliskich Polakom, ale jednocześnie być nowoczesny. Dobrym kierunkiem jest zaniedbany przez obecny rząd kierunek europejski.  Wielka Polska w Europie? Polska liderem Europy, nie ramię w ramię z małymi Węgrami, ale razem z Francją i Niemcami? Odpowiedzią na patriotyzm nacjonalistyczny może być patriotyzm europejski, zwłaszcza w czasach antagonizmów pomiędzy USA a Europą. Trump staje się w pewnym sensie przydatny jako zewnętrzny wróg Europy, a przeciw wspólnemu wrogowi łatwiej się zjednoczyć. Europejskość Polski nie może być jednak bezideowa, oparta na strategii kameleona, który rezygnuje ze swoich barw, by przybrać barwy aktualnego otoczenia. Pomysłowi rechrystianizacji premiera Morawieckiego trzeba przedstawić dojrzałą wizję aksjologiczną Europy, której Polska może przypomnieć o jej judeo-chrześcijańskich, greckich i rzymskich korzeniach w sposób inny niż przez zapowiedź nowej krucjaty. Wielka Polska w Europie to Polska wzorowana na Polsce Jagiellonów – otwarta, tolerancyjna, wielonarodowa i właśnie z tych powodów silna. Polska, która nie musiała wstawać z kolan – to inni przed Nią klękali. To Polska Dywizjonu 303, która narażała życie, by pomóc innym, a nie tchórzliwie zamykała swoje granice przed potrzebującymi. To Polska „Solidarności” Lecha Wałęsy, która wytrwale broniąc wolności, obaliła komunistyczny totalitaryzm, nie Polska flirtująca z autorytaryzmem. Plan budowy takiej Polski trzeba skonstruować i ułożyć o nim opowieść.

Po drugie, wielki plan trzeba komunikować w sposób emocjonalny – symbolami, z wykorzystaniem teatrum. Ludzie pragną być częścią wielkiego przedsięwzięcia, a więc muszą czuć, że jest ono rzeczywiście wielkie. A wielkie przedsięwzięcia potrzebują wielkich słów, przemówień, symboli narodowych, a nawet parad i marszów. Jeśli politycy centrowi i lewicowi będą się wstydzić języka wartości, nie chcąc wypaść z roli technokratów, nie porwą ludzi. Mówi się, że liberalizm polityczny rozumiany jako aksjologia wolności ma przetrwać, musi zacząć się komunikować jak populizm. Jeżeli polityczne centrum i lewica nie zbudują konkurencyjnej, wielkiej narracji, przegrają walkę o polskie serca i umysły. Jeśli nie znajdą atrakcyjnego, aksjologicznego programu, który ochroni takie wartości, jak wolność i praworządność, te wartości nie przetrwają. A program atrakcyjny, to taki, który ma swoje symbole i rytuały. Ma swoje święta, ma swoich bohaterów, ma swoje emocje. Jedyny moment, kiedy ludzie naprawdę stanęli w obronie praworządności, to zorganizowane latem zeszłego „Łańcuchy światła”. Chciałoby się wierzyć, że o uczestnictwie w nich decydował wyłącznie rozum. Ale tak nie było – decydowały o tym także emocje, podniosły charakter tych spotkań, wspólne śpiewanie hymnu czy słuchanie konstytucyjnej preambuły. I narracja, że staropolskim zwyczajem zapalaliśmy świece, żeby odpędzić złe duchy. Czy tego chcieliśmy, czy nie, te świecie były naszą odpowiedzią na pochodnie i race. Potrzebowaliśmy teatrum i nadal go potrzebujemy.

Po trzecie, każda wielka opowieść potrzebuje swoich bohaterów. Wie to dobrze prawa strona sceny politycznej, kreując legendę Żołnierzy Wyklętych. Gdzie są wielcy bohaterowie partii centrowych i lewicowych? Gdzie jest upamiętnianie, budowanie mitologii ludzi, którzy mogliby się stać wzorem czegoś innego niż zabijanie bądź umieranie? Nie robimy filmów o Kościuszce czy Paderewskim, na grobach Lasalle’a czy Pużaka w rocznice ich śmierci nie gromadzą się tłumy, by odśpiewać „Międzynarodówkę”. Nawet praworządność może mieć swoich bohaterów i herosów. W USA po śmierci sędziego Sądu Najwyższego trumnę owiniętą w amerykańską flagę wystawia się w budynku sądu i ludzie oddają zmarłemu sędziemu hołd. Pisze się biografie sędziów, robi się o nich filmy, w których z rozwianym włosem, w zwolnionym tempie walczą o praworządność, a w tle brzmi muzyka z „Rydwanów ognia”. A u nas? My na to wszystko odpowiadamy „Sędzią Anną Marią Wesołowską”, która ma swoje zalety edukacyjne, ale raczej nikogo nie porwie. Właściwa polityka historyczna to także promowanie postaw za publiczne pieniądze. Jeśli nie promuje się właściwych, ktoś w końcu zacznie promować niewłaściwe.

Kiedy w „Tangu” Mrożka Artur mówi do Stomila, żeby ten zapiął rozchełstaną piżamę, interpretujemy to jako głos młodego pokolenia, które szuka konwenansu, porządku i hierarchii wartości w nieuporządkowanym świecie rodziców. Polska jest obecnie krajem z  Mrożkowego „Tanga” – liberalni rodzice mają konserwatywne, szukające wartości dzieci. Jeżeli ci liberalni rodzice nie przedstawią atrakcyjnego aksjologicznego programu, taki program przedstawi ktoś pokroju innego bohatera „Tanga” – ktoś pokroju Edka. Ten prostacki, w istocie totalitarny program powoli staje się w Polsce faktem. I jest atrakcyjny nie tylko dla młodzieży, ale i dla klasy średniej. Jeśli czegoś z tym nie zrobimy, za jakiś czas nie będzie co zbierać.

 

Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

Photo by Adrian Grycuk (CC)

Jednym z najbardziej cynicznych argumentów większości parlamentarnej, która gwałci niezależność sądownictwa, jest argument z domniemania konstytucyjności. Brzmi on tak: wszystko, co robimy, jest zgodne z Konstytucją, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi, że nie jest. Więc wara od tego, co robimy.

Można na ten argument odpowiedzieć w stylu PiS: pokażcie przepis Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W przeciwieństwie np. do domniemania niewinności, które jest wprost wskazane w art. 42 ust. 3, nie ma przepisu Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W kategoriach ich prymitywnego konstytucjonalizmu taki argument powinien wystarczyć. Nie będziemy się jednak zniżać do ich poziomu.

Domniemanie konstytucyjności wynika z cech systemu konstytucyjnego. Żeby prawo obowiązywało, trzeba przyjąć, że do ustaw uchwalanych przez parlament ludzie muszą się stosować. Gdyby mogli dowolnie (podkreślam to słowo: DOWOLNIE) kwestionować legalność ustaw, prowadziłoby to do anarchii. Parlament wprowadza np. nowy podatek, a przedsiębiorca twierdzi, ze nie będzie go płacił, bo w jednej z poprawek sejmowych była literówka, a dwóch posłów, jak głosowało, to tylko nacisnęło guzik, a nie podniosło ręki. Dlatego jego zdaniem ustawa jest niekonstytucyjna, a więc nie musi płacić podatku. W takich sytuacjach ma zastosowanie domniemanie konstytucyjności: dopóki specjalnie powołany do tego organ, czyli Trybunał Konstytucyjny, nie uzna ustawy za niekonstytucyjną i nie uchyli jej, ustawa obowiązuje. Musis więc płacić.

Domniemanie konstytucyjności zatem to założenie, że akty wydawane przez władzę uznaje się za ważne, a więc wiążące adresatów, dopóki nie zostaną uznane za niewiążące. Stąd wywodzi się drugi argument, który można podnieść przeciwko twierdzeniom gwałcicieli Konstytucji, że mogą gwałcić, dopóki sąd nie powie, że gwałcą. To PiS pierwszy zakwestionował takie domniemanie, kiedy Beata Szydło zakwestionowała wyroki Trybunału Konstytucyjnego, choć one korzystają z domniemania legalności. Gdy PiS nazywał te wyroki „opiniami wydanymi przy kawie i ciasteczkach”, a Jarosław Kaczyński mówił, że są „non est”, było to uzurpowanie sobie prawa do niepodporządkowania się aktom władzy sądowniczej, choć nie zostały one w żadnej procedurze zakwestionowane. Dlaczego wtedy PiS sam siebie nie oskarżał o szerzenie anarchii i niepodporządkowywanie się aktom władzy sądowniczej, które zgodnie z Konstytucją są ostateczne i powszechnie obowiązujące. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze? Teraz PiS oskarża sędziów o anarchię, gdy ci odmawiają podporządkowania się aktom władzy ustawodawczej. Można powiedzieć, że uczą się od najlepszych. Kiedy mówicie sędziom, że przecież zgodnie z Konstytucją podlegają ustawom, oni powinni wam powiedzieć, że zgodnie z Konstytucją wy podlegacie wyrokom Trybunału Konstytucyjnego. Nie przyszło wam do głowy, że uznali wasze ustawy za „non est? W końcu jest jakaś równość wobec prawa i jakaś równowaga władz, prawda?

Ten argument nie powinien nas jednak zadowalać. Jest on oparty na idei „ale to PiS zaczął, proszę Pani!”, a więc jest zbudowany na tej samej konstrukcji, co najbardziej bzdurny argument symetrystów, czyli „rząd PO/PSL też łamał Konstytucję”, albo w innej wersji „ skoro ty ukradłeś, ja mogę zabić”. W państwie prawa łamanie prawa przez naszych przeciwników nie uzasadnia łamania prawa przez nas. Jedynym wyjątkiem jest działanie w obronie koniecznej i to być może różni nasz argument od argumentu symetrystów – sędziowie nie podporządkowując się ustawie o SN bronią się przed zamachem na ważne dobro: ich niezawisłość.

Jest jednak trzeci, najważniejszy argument, którym można odeprzeć argument z domniemania konstytucyjności. Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych” wskazał, że rewolucje takie polegają na zmianie paradygmatu, a więc na stwierdzeniu, że dotychczasowy sposób widzenia rzeczywistości jest nieadekwatny, i że trzeba go zastąpić nowym paradygmatem. Domniemanie konstytucyjności i jego rozumienie jest wytworem nauki prawa konstytucyjnego – elementem jej paradygmatu. Ten paradygmat był adekwatny w warunkach, w których funkcjonował niezależny Trybunał Konstytucyjny. Funkcją domniemania konstytucyjności jest zapewnienie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Innymi słowy, kiedy działa niezależny TK, parlament ma świadomość tego, że musi się samoograniczać w działaniach legislacyjnych, a więc że nie może robić, cokolwiek mu się podoba. Jest to gwarancją przyzwoitej jakości prawa i dlatego może się ono cieszyć domniemaniem konstytucyjności.

Obecnie ten paradygmat upadł, ponieważ w Polsce nie funkcjonuje niezależny TK. Zasiadają w nim nieuprawnione osoby, pani Przyłębska manipuluje składami, co przyznaje jej kolega, pan Muszyński. A ten ostatni zamiast chronić prawa i wolności obywatelskie, brutalnie atakuje Rzecznika Praw Obywatelskich, a więc inny konstytucyjny organ chroniący te wartości. Liczba spraw w TK spadła o ponad połowę w porównaniu do czasów sprzed duetu Przyłębska/Muszyński, a rząd dobrze wie, że ze strony takiego Trybunału nic mu nie grozi. Robi więc, co chce. Prawo tworzone w warunkach całkowitej dowolności nie zasługuje na domniemanie konstytucyjności. Domniemanie takie nie zapewnia już obecnie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Zapewnia tylko skuteczność.

Nauka prawa konstytucyjnego uporczywie trwa przy dawnym paradygmacie, bo nie potrafi zareagować na zmianę rzeczywistości. Reagują sędziowie, którzy stosują bezpośrednio konstytucję, aby obronić się przed prawną przemocą rządzącej większości. Domniemanie konstytucyjności zaczyna funkcjonować inaczej: ustawa jest uznawana za konstytucyjną, dopóki na podstawie art. 8 ust. 2 i na podstawie zasady lex superior derogat legi inferiori (prawo wyższe ma pierwszeństwo stosowania przed prawem niższym) nie zakwestionują jej sądy.

Takie rozumienie domniemania nie narusza roli TK, bo niezastosowanie reguły ustawowej w konkretnej sprawie przez sąd nie oznacza jej wyrzucenia z systemu. To może zrobić tylko TK. Nie jest ono także czymś zupełnie nowym, bo podobne myślenie stało za słynnym sporem pomiędzy TK a SN o kompetencję do oceny konstytucyjności ustaw w procesie ich stosowania – sporu powstałego długo przed dzisiejszym kryzysem. Wreszcie, nie powoduje ryzyka anarchii, bo niezastosowanie przepisu sąd musi uzasadnić, a więc nie jest ono dowolne.

Ktoś uważny może powiedzieć, że I Prezes SN, niestosująca się do ustawy o SN, nie jest sądem, a więc nie może obalić domniemania konstytucyjności nawet w prezentowanym, nowym ujęciu. Oczywiście, nie jest sądem, jest organem sądu, organem konstytucyjnym i obywatelem . Ale nowe ujęcie domniemania konstytucyjności działa tak: obywatele nie podporządkowują się ustawie powołując się na swoje konstytucyjne prawa, a ich racje ocenia sąd, który dla tego celu stosuje bezpośrednio Konstytucję. Tak robią Obywatele RP, niestosujący się do ustawy o zgromadzeniach. Są łapani przez policję, sprawa trafia do sądu i sąd rozstrzyga, czy mogli się sprzeciwić ustawie, powołując się na Konstytucję. Tak też robi Małgorzata Gersdorf, obywatel. Nie podporządkowuje się ustawie o SN, a to, czy ma rację, oceni niezależny sąd. Tym sądem będzie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, działający w procedurze naruszeniowej, rozpoczętej 2 lipca.

Kiedy więc ktoś was spyta, co z domniemaniem konstytucyjności, odpowiedzcie: obowiązuje, ale w nowej formie. Nie jest ono przeszkodą dla obywatelskiego nieposłuszeństwa, którego zasadność oceni niezależny sąd. A ten niezależny sąd może to domniemanie obalić, odmawiając zastosowania niekonstytucyjnej ustawy w danej konkretnej sprawie. Zrobi to na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którą Konstytucję stosuje się bezpośrednio, lub na podstawie art. 91 Konstytucji, zgodnie z którym umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo w stosowaniu przed postanowieniami ustaw, których nie da się z nimi pogodzić. Zapewniam was, że przepisów ustaw pozwalających gwałcić niezależność polskich sądów i niezawisłość polskich sędziów nie da się pogodzić z wieloma umowami międzynarodowymi, które ratyfikowała Polska.

Śmierć nie jest niekonstytucyjna

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Zawsze chciałem zostać pogromcą mitów. Okazję daje jak zwykle niezastąpiony rząd RP i Prezydent uzasadniając na różne sposoby, że czarne jest białe, a więc że kadencja I Prezes SN, która zgodnie z Konstytucją trwa 6 lat, może trwać krócej.

Argument główny to teza, że kadencja I Prezes nie jest święta, bo istnieje wiele sytuacji, w których może być przerwana. Te sytuacje powodują, że ktoś przestaje być sędzią, a tym samym przestaje być Prezesem Sądu. Przykłady:  rezygnacja sędziego z bycia sędzią, skazanie sędziego za przestępstwo przez sąd i usunięcie z zawodu, i mój ulubiony przykład – śmierć sędziego.

Skoro pozbawienie statusu sędziego w powyższych przypadkach niewątpliwie skutkuje pozbawieniem pozycji I Prezesa SN (bo skutkuje), to – argumentuje rząd i Prezydent – przejście w stan spoczynku też ma taki skutek. Skoro prof. Gersdorf przechodzi w stan spoczynku, przestaje być sędzią, a ponieważ przestaje być sędzią, przestaje być Prezesem – tak jak w przypadku rezygnacji z własnej woli, albo w przypadku skazania przez sąd. Logiczne, prawda?

Niestety, nie. Konstytucja chroni kadencję I Prezes ze względu na ochronę podstawowej wartości konstytucyjnej, jaką jest niezależność sądownictwa (art. 173 Konstytucji). To jest rama, w której argumenty rządu i Prezydenta trzeba rozpatrywać, i to jest narzędzie, która te argumenty rozbija w puch. Otóż nie ma żadnego problemu, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi z wewnątrz władzy sądowniczej (dobrowolna rezygnacja albo skazanie przez SĄD) lub jest efektem siły wyższej (śmierć Prezesa). Naruszenie konstytucji pojawia się wtedy, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi od innej władzy – ustawodawczej bądź wykonawczej. Innymi słowy, śmierć nie jest niekonstytucyjna, a przeniesienie sędziego w stan spoczynku przez parlament (władza ustawodawcza) lub Prezydenta (władza wykonawcza) jest. Dlatego sędzia Kennedy z Sądu Najwyższego USA może napisać do Prezydenta Trumpa list, w którym informuje, że dobrowolnie przechodzi na emeryturę. Gdyby jednak to Prezydent Trump napisał do sędziego Kennediego, że go na emeryturę wysyła, to sędzia Kennedy swoją odpowiedzią zrobiłby Prezydentowi Trumpowi z mózgu jesień średniowiecza.

Obniżenie wieku, w którym sędziowie przechodzą w stan spoczynku, jest oczywiście dozwolone Konstytucją. Ale ponieważ nie jest działaniem siły wyższej ani dobrowolną decyzją sędziów, a działaniem innej władzy, musi respektować zasadę niezależności władzy sądowniczej. Dlatego musi być wprowadzone na przyszłość, wobec nowo powołanych sędziów, nie zaś natychmiast wobec urzędujących. Gdy wchodzi w życie natychmiast, przerywa pracę sędziego, a więc wpływa na jego orzekanie. A tym samym ogranicza jego lub jej niezależność.

Z tego powodu jeśli sędzia przestaje być sędzią przez działania innej władzy, która tym działaniem narusza niezależność sądownictwa, to taka sytuacja jest rażąco niekonstytucyjna. Takie niekonstytucyjne działanie innej władzy, w odróżnieniu od śmierci, wyroku sądu bądź dobrowolnej rezygnacji sędziego, nie może przerywać kadencji I Prezes SN. Gdyby było inaczej, rząd bądź Prezydent mogliby właściwie dowolnie pozbawiać I Prezes statusu sędziego – np. odbierając jej obywatelstwo albo unieważniając jej pracę magisterską. Bez bycia magistrem prawa nie można być sędzią, a utrata statusu sędziego pozbawia statusu I Prezes, prawda?

Cały ten dziwny argument wziął się z pędu obecnej władzy do jedynowładztwa. Mam wrażenie, że nie może sobie ona wyobrazić rządzenia, w którym trzeba z kimś dyskutować, przekonywać i ustalać, a tak jest w państwie opartym na trójpodziale władzy. W efekcie ludziom przedstawiającym takie argumenty, jak powyższy, w głowie się nie mieści, że bycie przywódcą to naprawdę coś więcej niż mówienie ludziom, co mają robić.

Wyprowadzą nas z Unii, poprowadzą na Wschód

Photo by Wojciech Muła – Own work, CC BY-SA 4.0

Porównajcie sobie historie dwóch ustaw – tej o IPN, która miała karać za obrażanie polskiego Narodu i tej o Sądzie Najwyższym, która wyrzuca najbardziej doświadczonych sędziów. W obu przypadkach rząd odtrąbił zwycięstwo nad wrogą materią. W przypadku IPN była nią nienawiść świata do Polski, realizująca się w ciągłym obrażaniu Narodu Polskiego. W przypadku Sądu Najwyższego wrogą materią byli sędziowie-komuniści, bezczelnie strojący się w togi przez ostatnie 30 lat. W obu przypadkach zwycięstwo odniesione zostało szybko i bezkrwawo, orężem w postaci kawałka papieru z napisem „ustawa” i nadzieją, że świat potulnie podda się papierowi.

W obu przypadkach ustawy wywołały poważną krytykę międzynarodową: ustawę o IPN skrytykowały Izrael i USA, ustawę o Sądzie Najwyższym skrytykowała Unia Europejska, Komisja Wenecka, Rada Europy, ONZ i generalnie pół świata. W obu przypadkach polski rząd ogłosił, że w sprawie ustaw nie ustąpi, że będzie o nie walczył do krwi ostatniej.

I tu analogie się kończą. Kiedy tylko Izrael i USA tupnęły nogą, podkuliliśmy ogon w sprawie ustawy o IPN, tej dotyczącej naszego honoru i naszej narodowej dumy. Posłowie zaczęli mówić o nieznanym polskiej Konstytucji „zamrożeniu” ustawy, które nie jest niczym innym jak przestępczym namawianiem prokuratury, żeby nie stosowała uchwalonego prawa. A następnie rakiem wycofaliśmy się z tej ustawy, pokazując światu, że jak Polak chce, to potrafi ustawę zmienić w dziewięć godzin. Nic to, że zmiana odbyła się z pogwałceniem wszystkich zasad parlamentaryzmu. Nie ma przecież czasu na szczegóły, kiedy chodzi o polski honor.

Inaczej rzecz się ma z ustawą o Sądzie Najwyższym. Komisja Europejska poszła z tą ustawą do unijnego sądu – Trybunału Sprawiedliwości. Nie ma bardziej poważnej procedury, którą można uruchomić. Co na to Polska, w szczególności Jej ponoć proeuropejski Prezydent? Nic. Dlaczego nie proponuje „zamrożenia” ustawy o SN do czasu rozstrzygnięcia sporu? Dlaczego nie apeluje o niestosowanie ustawy wobec sędziów? Dlaczego? Bo najwyraźniej chce pokazać, że Polska ma sojuszników z Unii Europejskiej gdzieś. Nie są dla nas ważni, bo sama Unia Europejska przestaje być dla nas ważna. Wolimy podlizywać się Stanom Zjednoczonym i Prezydentowi, którego główne hasło może zostać przetłumaczone jako „Mamy was gdzieś” (America first!”).

Stawiam tezę, że PiS i Prezydent Duda chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. Wskazywały na to już wcześniejsze działania, takie jak lekceważenie zarządzeń tymczasowych Trybunału Sprawiedliwości (“mamy gdzieś wasz europejski sąd”) czy pomysł na pt. „Czy mamy gdzieś prawo europejskie?”, które – pod płaszczykiem wyższości prawa polskiego nad unijnym chce zadać Prezydent w referendum konstytucyjnym. Obecnie wyraźnie pokazujemy Unii, że jeśli kogoś naprawdę szanujemy, potrafimy dostosować się do jego uwag i zrezygnować z baraniego upierania się przy swoich błędach, które mylnie nazywamy suwerennością. Ale Unii Europejskiej nie szanujemy, bo mentalnie polscy przywódcy już z niej wyszli, dlatego nie mamy zamiaru nawet kiwnąć palcem w zakresie dostosowania ustawy o SN do uwag Komisji Europejskiej. Problem w tym, że po wyjściu z Unii Europejskiej, także wyjściu mentalnym, nie ma dokąd pójść. Jedyna droga wiedzie na Wschód, w ręce Rosji. Takie są prawa politycznej grawitacji.

Takim oto sposobem ustawa o Sądzie Najwyższym staje się papierkiem lakmusowym polskiej obecności w Unii Europejskiej. Patrzmy Prezydentowi i rządowi na ręce – ich działania w sprawie tej ustawy zdecydują nie tylko o przyszłości sędziów, ale o przyszłości nas wszystkich, którzy chcielibyśmy w Europie zostać. Jeśli polskie władze spowolnią powoływanie sędziów i spokojnie poczekają na werdykt Trybunału Sprawiedliwości, pokażą, że naszą przyszłość wciąż wiążą z Unią Europejską. Jeśli natomiast, podobnie jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, przyśpieszą i powołają sędziów pod osłoną nocy, aby tylko uprzedzić trybunalski wyrok, zakomunikują jasno, że od zachodnich standardów praworządności bliższe nam są ich wschodnie odpowiedniki.

e.s.t. i wywyższenie miłości

Kiedy zaczynasz pisać blog 14 czerwca, a twoim ukochanym zespołem jest e.s.t, nie masz wyjścia. Musisz napisać coś o Esbjörnie Svenssonie, który dokładnie dziesięć lat temu, niedaleko Sztokholmu słuchał po raz ostatni dziwnych dźwięków wody, zanim – jak poinformowali ci, którzy go znaleźli – zasnął na dnie i umarł. Oficjalna wersja: wypadek w czasie nurkowania. Ale jest wiele poszlak, że Esbjörn tak jak, wtedy, gdy siadał przy fortepianie, tak i w sprawie żegnania się ze światem wziął sprawy w swoje ręce. Dla fanów kluczowym dowodem jest ostatnia płyta e.s.t. wydana za Jego życia, „Leucocyte” i ostatnie cztery utwory – Ab Initio, Ad Interim (które jest po prostu minutą przygniatającej ciszy), Ad Mortem i Ad Infinitum. Przypadek? Nie sądzę. Dodatkowo jeszcze ten wywiad jak z Bergmana, kiedy tym surrealistycznym szwedzkim Esbjörn opowiada o spotkaniu z samobójcą i w Jego głosie brzmi spokojna i przerażająca fascynacja śmiercią…

e.s.t. to jazzowe trio dekady 2000-2010, jedyny europejski zespół, który trafił na okładkę amerykańskiego Downbeat, potwór o jednym mózgu i sześciu rękach, jak mówił o nich Jamie Cullum, wirtuozi i wizjonerzy, którzy wyznaczyli nową drogę dla współczesnego jazzu i dla których nie sposób znaleźć substytutu po śmierci lidera. Sam Christie, dziennikarz muzyczny „Guardiana” po śmierci Esbjörna napisał:

“Kiedy jesteś didżejem w radiowym programie o jazzie, tak jak ja, w końcu będziesz musiał się zmierzyć ze śmiercią wielkiego muzyka. Kiedy mówisz na żywo, nie jest to łatwe zadanie: w jaki sposób masz właściwie powiedzieć, że ktoś umarł? Jak utrzymać odpowiedni poziom formalności i jednocześnie powiedzieć godnie o radości, jaką daje muzyka? Łatwo powiedzieć coś głupiego, a kiedy jesteś na żywo, już nigdy nie będziesz miał szansy, aby okazać swój podziw dla tej osoby, czy też, w tym konkretnym przypadku, dla szwedzkiego pianisty Esbjörn a Svenssona, twojej miłości”.

Niewątpliwie, ludzie kochali Esbjörna, co nie jest typowe dla gwiazdy jazzu. Jedni za to, że był skromnym geniuszem, jak wtedy, gdy w wywiadzie nagranym w Zabrzu mówi, że improwizacja jest dla niego rodzajem medytacji i że pozwala muzyce płynąć przez siebie, a także, że często gra Chopina, którego niezwykły rytm jest da niego przewodnikiem w tej medytacji. Inni za to, że był gigantem ekspresji i emocji, które wprowadzały w ekstazę słuchaczy niemal heavymetalowego „Behind the jashmak”, którym zwykł kończyć koncerty. Jeszcze inni za to, że był komiwojażerem muzycznego piękna i prawdy, jak w subtelnym „Seven days of Falling”, czy w dziele najwyższym: „Elevation of love”. O nim pisał także dziennikarz „Guardiana”:

“Miałem szczęście przeprowadzić z nimi wywiad w Southampton. Pozwolili mi posłuchać soundchecku i usiadłem na końcu audytorium, żeby pooglądać e.s.t. wykonujące “Elevation of Love” dla mnie, jako jedynej osoby na sali. Pamiętam, że wstrzymywałem łzy, kiedy tam siedziałem, z otwartymi ustami, oszołomiony tym, co ci faceci potrafili zrobić na żywo. Do dzisiaj jest to mój utwór: jego idealne wariacje i hołdy oddawane wszystkim muzycznym stylom wciąż mnie zachwycają. Esbjörn stworzył najbardziej poruszające dzieło muzyczne, które, gdy się rozwija, zawija słuchacza w koc zrobiony z piękna”

Cóż więcej możesz publicznie powiedzieć o muzyce, która brzmi jak soundtrack twojego życia, żeby nie popaść w patos? Może to: kiedy słuchasz takich utworów, jak „Elevation of Love”, stajesz się lepszy i chcesz żyć. Philip Roth w jednej ze swoich książek opisuje genialnego pianistę słowami, które powinny być napisane o Esbjörnie:

„Nie pozwala fortepianowi niczego ukryć. Cokolwiek jest w środku wychodzi, i to wychodzi z podniesionymi rękami. A kiedy wychodzi i trwa w otwartej przestrzeni, ostatnia z ostatniej pulsacji, on sam wstaje i wychodzi, zostawiając za sobą nasze odkupienie. Jak beztroska fala, nagle znika, i choć zabiera ze sobą cały swój ogień niemal jak Prometeusz, nasze własne życie wydaje się nie do ugaszenia. Nikt nie umiera, nikt – nikt, jeśli Esbjörn ma coś w tej kwestii do powiedzenia.”

Ale sam Esbjörn umarł i nie ma go już 10 lat. Z tej okazji wydano koncert e.s.t z 2005 roku Londynu, który pokazuje trio u jego szczytu – pokazuje ich liryczność, ich żar, ich telepatyczne zrozumienie. Pozwala na nowo zrozumieć tajemnicę jazzowej improwizacji, która, jak życie, zaczyna się od prostego tematu, potem komplikuje się i dojrzewa, aby na koniec wrócić do tej prostoty, od której wyszła.

Jestem wdzięczny Samowi z Guardiana, bo 10 lat temu napisał wszystko, co ja chciałbym dzisiaj o Esbjörnie napisać:

„Nie czekam z radością na mój wieczorny jazzowy program. Ale przekażę w nim całemu światu, jak wiele Esbjörn Svensson znaczył dla jazzu i jego fanów. Straciliśmy geniusza i to łamie mi serce”.