Category Idee

Dwie wolności

Z okazji Dnia Niepodległości miał się odbyć w Poznaniu wielki koncert, na którym kilka osób miało wygłosić przesłanie. Koncert został odwołany z powodu nasilającej się pandemii. Poniżej przedstawiam treść mojego przesłania – o wolności.

Wszystkiego najlepszego z okazji 11 listopada!

🇵🇱Zapomnieliśmy, że są dwie wolności. Uczył nas tego Isaiah Berlin: jest wolność „od”: wolność od przymusu, wolność, która jest wielką przestrzenią, w której można robić to, czego dusza zapragnie. Ta wolność „od” to wolność naszych praw i swobód, które zabrał Polakom komunistyczny ustrój, a które odzyskaliśmy w 1989 roku. To wolność rynku, na którym można sprzedawać i kupować, co się chce, po cenach, jakie się ustali i jakie kupujący zaakceptuje. To
wolność, która pozwala ci wsiąść w samochód w Warszawie i bez kontroli granicznej dojechać do Atlantyku.

🇵🇱Ale jest jeszcze wolność „do”. To wolność, która jest rzeczywistą zdolnością do osiągnięcia czyich celów i pragnień. Wolność, która jest trudniejsza do realizacji, bo jest wolnością samorealizacji, wolnością-celem wartym osiągnięcia. Wolność „od”, nazywana negatywną, da ci wolny rynek. Ale jeśli nie masz za co na nim kupić, nie jesteś wolny w sensie wolności „do”. Wolność „od” da ci autostradę nad Atlantyk i brak granic, ale nic ci po niej, jeśli nie masz tam jak dojechać, bo cię nie stać, albo nie wiesz, po co miałbyś tam jechać, bo nigdy nikt nie rozbudził w tobie ciekawości świata i nie nauczył cię wyznaczać sobie wartościowych celów.

🇵🇱Zapomnieliśmy, że są dwie wolności – zapomnieliśmy zwłaszcza o wolności „do”, skupiając się na walce o wolność „od”. I wywalczyliśmy ją jako wspólnota. Ale kiedy już ją wywalczyliśmy, okazało się, że otacza nas pustka wolności – wielka przestrzeń, w której można zrobić wszystko, a w której jedni nie mają za co, a inni nie wiedzą, po co.

🇵🇱Ci, którzy nie mają za co korzystać z wolności, nie docenią jej – jest ona dla nich wartością fikcyjną. Po co wolność, z której nie ma jak korzystać. Po co droga, którą nie ma siły iść?

🇵🇱Ci, którzy nie wiedzą, po co korzystać z wolności, bo nie są w stanie znaleźć idei wartej realizacji, celu wartego osiągnięcia, także przestaną wolność „od” cenić. Bo po co wolność, gdy nie wiadomo, co z nią zrobić. Po co droga, skoro nie wiadomo, dokąd chce się pójść?

🇵🇱To dwa powody kryzysu liberalizmu – brak środków i brak celów. Na wyzyskiwaniu tych dwóch deficytów kwitły historyczne i kwitną współczesne autorytarne populizmy. Dają przez jakiś czas środki i mamią celami – a ostatecznie środków brakuje, a fałszywy cel zamienia się w celę – więzienie, w którym wolność umiera.

🇵🇱Jeśli chcemy zachować wolność „od”, którą te populizmy chcą ostatecznie zniszczyć, trzeba znaleźć nieautorytarny pomysł na deficyt środków i deficyt celów. To wymaga wyjątkowej zaradności i mądrości. Nie ulega wątpliwości, że tym, którzy w często brutalnym, wolnorynkowym wyścigu przegrali należy się pomoc. Kwestią mądrości jest znalezienie takiego pomysłu na pomoc tym, którym się nie udało, który jednocześnie nie stłamsi zaradności tych, którym się udało i innowacyjności tych, którym może się udać jeszcze bardziej. Autorytaryzmy dokładnie tego nie potrafią – znaleźć złoty środek. Miłośnicy wolności muszą to potrafić.

🇵🇱Jeszcze większym problemem jest wskazanie nieautorytarnych celów – odnalezienie tożsamości, wypracowanie hierarchii wartości, zgoda co do norm, które ukierunkowują korzystanie z wolności „od”. Także w tym zakresie autorytaryzmy oferują łatwe rozwiązania – pamięć historyczną, która głosi kult siły i patriotyzm umierania za ojczyznę. Czy ci, którzy kochają wolność, są w stanie znaleźć ich bezpieczne dla wolności odpowiedniki – pamięć historyczną, która pochwala rozum i patriotyzm życia dla ojczyzny, nie umierania za nią?

🇵🇱Jesteśmy wszyscy jak Artur z III aktu „Tanga” Sławomira Mrożka, którego plan na opanowanie chaosu nieokiełznanej wolności brzmi „A teraz znajdziemy ideę” -To
Artur, który ma już dość wolności „od” – wolności od norm moralnych, od konwencji, od tradycji. Wolności, którą wywalczyli mu rodzice, a którzy chcą, by był im za to dozgonnie wdzięczny. A Artur, jak wielu współczesnych młodych ludzi, potrzebuje idei. Kiedy jej szuka, odrzuca wiele propozycji: odrzuca ideę Boga, którą proponuje wuj Eugeniusz, odrzuca ideę postępu, którą proponuje Edek. Jedna jest według niego ideą minioną, druga zbyt mglistą. Czyż wszyscy nie jesteśmy Arturami? Czy idee starych religii nie wydają nam się umarłe, a idea postępu zbyt ogólna, by kierować naszymi działaniami? Jaka może być idea porządkująca nasze życie w świecie, w którym wszystko można, ale nie wiadomo, co się powinno?

🇵🇱W pesymistycznym zakończeniu „Tanga” tą ideą staje się władza rozumiana jako brutalna siła. To scenariusz straszny, ale niestety możliwy. Wielu ludzi współcześnie wraca do fascynacji sprawczością, dynamizmem, antyintelektualizmem – to cechy charakterystyczne dla różnej maści populizmów, szczególnie tych o zabarwieniu brunatnym. Nie można na to pozwolić w kraju, który tak wiele z powodu tych chorobliwych fascynacji wycierpiał. Co jednak zrobić? Jak uwierzyć w idee dobra, prawdy i piękna, przez wierzących wywodzone z idei Boga, a przez tych, którzy nie podzielają tej wiary, z innych źródeł?

🇵🇱Może pierwszym krokiem jest powrót do idei odpowiedzialności – nie od razu za rzeczy wielkie. Odpowiedzialności za swój mikroświat, za przeciwdziałanie mikrozłu w swojej szkole, w gminie, w powiecie. Może pierwszym krokiem powinno być odrzucenie pokusy obarczania wszystkich winą za wszystko. Obwiniania, które staje się formą usprawiedliwiania własnej apatii.

🇵🇱Może powinna to być inna wartość obok odpowiedzialności. Jakąś musimy odnaleźć, aby w świecie, który daje tak wiele „wolności od” nie zatracić „wolności do”. To zadanie, które przed nami wszystkimi stoi – umożliwić ludziom pełne korzystanie z wolności przez mądre podzielenie się środkami i mądre współdzielenie celów. Wolności są dwie – mówi Isaiah Berlin. Ta, która daje swobodę, i ta, która daje podmiotowość, by ze swobody korzystać. Jedna bez drugiej nie ma sensu.

Paternalizm w pokutnym worze

Profesor Hartman w „Polityce” napisał felieton o moim felietonie w Gazecie Wyborczej. O ile mogę zrozumieć, że jakiś polityk i jego towarzysze czynią sobie ze mnie chłopca do bicia, żeby się wypromować, o tyle trudno mi uwierzyć w tekst profesora nauk humanistycznych, który chce być poważnym rozmówcą, a jednocześnie pisze, że „pyskuję” i że jestem „chłopczykiem tupiącym kaloszkiem pośrodku kałuży”. A jednak ten tekst zaistniał. 

Zadziwiające jest, że tekst, który w dużej mierze jest oparty na argumencie ad personam, znajduje admiratorów, którzy na FB uznają go za wart przeczytania, nie komentując ani słowem tego personalnego elementu. Zastanawiam się jak mam się do tego poziomu „wartości” dostosować. Może kiedy Hartman nazywa mnie „bogaczem”, powinienem nazwać go „biedakiem”, żeby podtrzymać ten żenujący styl? Gdy używa w argumentacji infantylnego obrazu „chłopca w kaloszkach” powinienem nazwać go „Rumcajsem w worze pokutnym”, bo ma brodę i szedł w nim kiedyś w marszu, który wydał mi się groteskowy? Ale powstrzymuję się. Przecież jeśli będziemy promować tak infantylny poziom dyskusji, to ludzie naprawdę pozwolą Czarnkowi rozgonić to nasze akademickie towarzystwo na cztery wiatry.

Tekst Hartmana jest w pewnym sensie bardzo zabawny. Oto facet z profesorskiego domu, w felietonie, w którym chwali się swoim prapradziadkiem-adwokatem przedstawia mnie, wychowanego w domu, w którym oboje rodzice pracowali fizycznie, a dziadek był górnikiem, jako uprzywilejowanego. A potem pisze, że marksizm nie był taki zły, tylko ludzie (w tym ja) go nie zrozumieli.

Ludzie zrozumieli marksizm aż za dobrze, ponieważ jako jedna z niewielu idei miał on szansę być przetestowany w praktyce. Ze skutkiem, o którym profesor Hartman pisze dość lekkim językiem. Ocenia on bowiem skutki  marksistowskiej nadziei na sprawiedliwe, pełne dobrobytu społeczeństwo słowami: „okazało się w praktyce, że jednak nie”. Co??? Dostaje Pan, Profesorze Hartman, nagrodę za eufemizm ćwierćwiecza. Marksizm i socjalizm się po prostu nie udały? Nie – one doprowadziły do śmierci i biedy miliony ludzi. A efekty ich zastosowania można ciągle oglądać na Kubie i w Wenezueli, gdyby ktoś zapomniał.

Myślenie marksistowskie wciąż przenika umysły – po jednym z moich spotkań w „Krytyce politycznej” słyszałem zaproszenie na wspólne czytanie „Kapitału”. To z jednej strony dość zaskakujące, ponieważ jest to idea na wskroś skompromitowana. Z drugiej strony marksizm jest popularny na wielu uniwersytetach, zwłaszcza w krajach, których mieszkańcy nigdy go na własnej skórze nie doświadczyli. Dlaczego jest skompromitowany i dlaczego jest popularny?

Jest skompromitowany, ponieważ jest ewolucyjnie, antropologicznie i cybernetycznie błędny. Wiemy to dzięki wielkim myślicielom, którzy tezę tę poparli argumentami wartymi Nobla.  Tymczasem Hartman pisze, że nie było tak źle – na przykład w PRL była promocja pracy i innowacji, a nie zabijanie zaradności. Jak ta praca i innowacja w PRL wyglądały wielu z nas pamięta. A promować można wszystko, na przykład TVP promuje konstytucjonalizm i praworządność. Taśma filmowa jak papier jest cierpliwa, a konstytucjonalizm  i praworządność w IV RP wygląda tak jak praca i innowacyjność w PRL.

Każdy ustrój zbudowany na filozofii Marksa nienawidzi indywidualizmu, nie nagradza za indywidualny wysiłek i jest niezdolny do zarządzania gospodarką. Nie mogę powtórzyć tutaj całej filozoficznej i ekonomicznej krytyki marksizmu. Jeden tylko przykład: to, że ekonomiczny marksizm jest niezdolny cybernetycznie zarządzać gospodarką i produkować dobrobyt wynika z tego, że jest z niezdolny do szybkiego przetwarzania informacji o świecie – takie informacje może przetwarzać jedynie system rozproszony, taki jak wolny rynek. To tam informacja o potrzebach dociera do zainteresowanego szybko – piekarz wie, ile wyprodukować i jak wycenić chleb, bo wie, ile wczoraj sprzedał. Może więc elastycznie zareagować na informację zwrotną. Gospodarka sterowana centralnie, a więc taka, gdzie na dole ważnych decyzji indywidualnych się nie podejmuje, tak elastycznie reagować nie potrafi. Dlatego jest z gruntu wadliwa.

Lewica jest dość pragmatyczna, więc wie, że marksistowski program ekonomiczny jest niemożliwy do wdrożenia z powyższego, cybernetycznego, i z tysiąca innych powodów. Dlatego jest i powinna być mniej marksistowska, a bardziej socjaldemokratyczna – to chyba jedyna rzecz, co do której z Hartmanem się zgadzamy.

Jednocześnie pisze Hartman, że „programy polityczne partii lewicowych pełne są apoteozy rozwoju – zarówno techniczno-cywilizacyjnego, jak i osobistego”. Jasne – a program polityczny Prawa i Sprawiedliwości jest pełen apoteozy rządów prawa i silnego członkostwa Polski w Unii Europejskiej. W praktyce ta sama lewica obrzydza ludziom liberalizm gospodarczy i przedsiębiorczość. Prowadzi wręcz kampanię w tym zakresie: począwszy od pogardliwej figury „libka”, ośmieszającej wolnościowe myślenie, przez „Janusza biznesu”, karykatury przedsiębiorczości, po rzeczy poważne, na przykład nazywanie Leszka Balcerowicza „Doktorem Mengele”. Ta narracja jest skrajnie szkodliwa dla społeczeństwa, bo niszczy etos zaradności i odpowiedzialności. Czasy się zmieniły, ale kapitalista jest dalej dla lewicy wrogiem publicznym.

Lewica atakująca przedsiębiorczość i niewdrażająca marksizmu ekonomicznego wdraża marksistowski program antropologiczny – ten bowiem jest dość atrakcyjny z jednego powodu: dostarcza łatwego usprawiedliwienia dla wszelkiego rodzaju porażki. Otóż marksizm antropologiczny dość łatwo wyjaśnia, dlaczego ludziom coś się nie udaje. Jest wręcz maszyną produkującą jak na zawołanie kozły ofiarne. Wszystkiemu winny jest ucisk, opresja i dominacja tajemniczych sił. Współczesny marksizm w różnych przebraniach stał się dla wielu ludzi uniwersalną ideologią usprawiedliwienia – ideologią, która zawsze znajdzie magiczny „system”, który czyni sukces niemożliwym. Problem w tym, że niektórzy odnoszą w tym „systemie” sukces, mimo że nie są uprzywilejowani, a inni, nawet jeśli nie odnoszą, szukają winy w sobie, nie w tajemniczym „systemie”. Może dlatego, że nikt im nie wskazał winnego. Jedna prosta ideologia usprawiedliwiająca wszystko. Czyż to nie wspaniałe?

Pisze także Hartman, że moje podejście do alienacji u Marksa jest „niefrasobliwe”. To ocena mało naukowa – nie może jednak Hartman napisać, że jest błędne, ponieważ tego wykazać nie zdołał. Mógłby zamiast zarzutu niefrasobliwości na przykład zacytować taki fragment:

„Karol Marks i Fryderyk Engels poddali wnikliwemu badaniu pierwotne, kapitalistyczne uprzemysłowienie, które powodowało powszechną i daleko posuniętą degradację pracy fizycznej, oraz ujawnili groźbę wyniszczenia klas pracujących. Podjęli jednocześnie problem określenia warunków, które muszą zaistnieć, aby praca wynikająca dotąd z ekonomicznego przymusu i traktowana jako ciężar i zło konieczne, coraz bardziej stawać się mogła działalnością dostarczającą satysfakcji, nie związanej bezpośrednio z materialnym ekwiwalentem otrzymywanym za jej wykonywanie. Tylko bowiem w tego rodzaju działalności produkcyjnej człowiek może potwierdzać swoją przydatność społeczną oraz znajdować zadowolenie, a równocześnie ujawniać i rozwijać własne talenty i inicjatywy. Szczególnie praca wymagająca wysokich kwalifikacji zawodowych, pozostawiająca pracownikowi duży margines samodzielności, pozwalająca ujawniać jego osobistą inicjatywę i pomysłowość, może przestać być, dzięki swoim walorom, wyłącznie środkiem zapewnienia egzystencji, a stać się samodzielnym celem, elementem niezbędnym w życiu człowieka.”

(R. Jadczak)

Nie zacytował jednak, a gdyby to zrobił, to musiałby przyznać, że takiej wizji pracy żaden ustrój oparty na filozofii Marksa nie uzyskał w praktyce. Tymczasem jest to wizja pracy, którą od czasu do czasu udało się osiągnąć ustrojom opartym na połączeniu liberalizmu i kapitalizmu, a której etos ja głoszę w moim felietonie, a który atakuje w życiu codziennym lewica.

Do obrazu współczesnej myśli lewicowej trzeba jeszcze dodać nihilizm, wynikający z lewicowej interpretacji popularnych nadal filozofów postmodernistycznych. W oparciu o relatywizm każdej interpretacji, głoszony przez Derridę, lewica promuje wizję świata, w której nie ma żadnej, choćby intersubiektywnej miary dla tego, co lepsze i gorsze. W oparciu o archeologię wiedzy Foucaulta uznaje każdy standard za opresję. A w oparciu o myśl Lyotarda każdą opowieść aksjologiczną za oszukańczą metanarrację. I tak otrzymujemy lewicowy obraz człowieka, który jest pełen resentymentu, bo przecież ktoś go skrzywdził, jest pełen pogardy dla przedsiębiorczości i zaradności, bo przecież to intelektualny wstyd oraz zupełnie zdezorientowany aksjologicznie.

To zdezorientowanie aksjologiczne znajduje swoje ujście w powtarzaniu cybernetycznego błędu marksizmu – w ograniczaniu przepływu informacji, widocznego przez tendencje cenzorskie. Ich objawem jest agresywne potępianie każdego, kto waży się myśleć inaczej. Jest ono widoczne najmocniej w zabijającej wolność słowa „cancel culture” (kulturze anulowania). Jest ona społeczną wersją zatykania uszu i kopania osoby o odmiennych poglądach, w efekcie której wygania się tę osobę z miejsca, gdzie toczy się dyskusja – z agory, ewentualnie z piaskownicy.

Przejawem chęci wykluczenia z dyskusji są wiadomości, które pojawiły się dość szeroko w związku z moim felietonem w Gazecie Wyborczej, a które można podsumować treścią „czy on może już się zamknąć?”. Otóż nie zamierzam, bo wolność słowa jest dla mnie ważna. Przejawem chęci wykluczenia z dyskusji jest także personalna część felietonu Hartmana. Hartman, dokładnie tak jak pisałem w piątek, chce mnie rozkułaczyć – na przykład z powagi (dlatego mnie upupia), albo z autorytetu filozoficznego (wprawdzie sam przyznaje w tekście, że napisał w życiu jeden artykuł z zakresu filozofii prawa, jednak nie przeszkadza mu to całkowicie przekreślić mój dorobek w tym zakresie – pisze przecież w końcówce, abym się trochę zapoznał z tym przedmiotem, zanim zacznę się podpisywać „specjalista od filozofii prawa”). Jak u wielu ideologów lewicowych, potępienie przeciwnika daje mu zapewne satysfakcję moralną: aksjologiczny order za walkę z wrogiem ludowym.

Zamiast próby ożywienia marksizmu warto byłoby zatem filozoficznie porozmawiać o problemach współczesnej myśli lewicowej: o relatywizmie, bo nie każda interpretacja jest równoprawna oraz o nihilizmie (ideał jest opresją, bo powoduje dyskomfort, stąd każdy ma prawo pozostać, kim jest – nie ma wszak miary, która pozwoliłaby oceniać, co lepsze, a co gorsze, i nie ma już konceptualizacji ideału – poza mglistą komunistyczną utopią, która nie ma mocy ukierunkowania ludzkich działań naprawczych, bo jest zbyt mglista). Jestem gotowy na taką rozmowę, także z Hartmanem. Ale stawiam jeden warunek – niech przestanie  używać w swoich felietonach infantylnych figur retorycznych.  Bardziej bowiem świadczą one o autorze niż adresacie, a ja chciałbym dyskutować z kimś poważnym.

 

Jak wychować rapera. Bezradnik

Nie wiem, czy jesteście zainteresowani takimi radami, ale napisałem książkę pt. „Jak wychować rapera”. Jest to książka o relacji ojca z synem, patodemokracji i potrzebie rebelii.

Napisałem ją, ponieważ wydawnictwo „Znak” zaproponowało mi stworzenie poradnika, jak wychować obywatela. Pomyślałem, że byłaby to zapewne pouczająca książka z jedną istotną wadą – mało kto chciałby ją przeczytać. Zamiast tego napisałem więc książkę o tym, jak wychować rapera, bo w tym przynajmniej mam pewne doświadczenie. Ostatecznie książka o tym, jak wychować rapera, jest o tym, jak wychować obywatela. Ma mieć dzikie serce i empatię, wrażliwość i siłę. Ma być odważny i mówić prawdę, nawet jeśli głos mu drży.

Każdy rozdział tego „bezradnika” poświęcony jest jednemu utworowi Michała, a treść tego utworu staje się przyczynkiem do rozważań szerszych – o życiu, o nas jako społeczeństwie i o naszym państwie. Jest to biografia przemieszana z analizą literacką tekstów Michała, lekcja WoS-u przemieszana z wychowaniem do życia w rodzinie, opowieść o buncie młodego chłopaka i o ojcu, który próbuje zrozumieć swoje dziecko.

Być może ta książka ma szansę stać się przyczynkiem do dyskusji międzypokoleniowej o sprawach ważnych. Wiem, że utwory mojego Syna stały się dla części z Was pretekstem, by między dziećmi a rodzicami takie rozmowy się toczyły. Michał obdarował mnie swoją twórczością, ja starałem się Mu odwdzięczyć możliwie głębokim zrozumieniem tego, co On tą twórczością do mnie mówi. Może rodzice i dzieci mogą tę książkę czytać wspólnie i tak jak my wymienić się czymś wartościowym – oglądem świata.

„Jak wychować rapera. Bezradnik” to książka, z którą chciałbym dotrzeć do jak największej rzeszy czytelników. Pomóżcie mi w tym! Będę Wam bardzo wdzięczny za posłanie tej zapowiedzi dalej. Książkę można już zamówić pod poniższym linkiem, a jej oficjalna premiera nastąpi z pierwszym szkolnym dzwonkiem, czyli 1 września. Niedługo napiszę trochę więcej o jej treści.

https://www.empik.com/jak-wychowac-rapera-bezradnik-matczak-marcin,p1274787839,ksiazka-p

List do osób sceptycznych wobec szczepień

Dzisiaj o północy minie 15. doba od kiedy przyjąłem drugą dawkę szczepionki Astra Zeneca. Według badań od tej doby osiągnę maksymalną odporność przeciw Covid, jaką daje ten lek. Czekam na ten moment z radością i niedowierzaniem, że taki cud jest dzięki nauce możliwy: cud polegający na tym, że wirus, który mógł mnie zabić, najprawdopodobniej mnie nie zabije i będę mógł jeszcze przez jakiś czas robić to wszystko, co jest dla mnie ważne

Covid zabrał jedną z najbliższych mi osób. Przyszedł jak złodziej w nocy i nic nie dało się zrobić. To straszna choroba, która oprócz życia zabiera bliskość, możliwość pożegnania, szansę na ostatnią rozmowę. Nie mogę w związku z tym milczeć, kiedy widzę, jak bardzo znane i mniej znane osoby, w ogromnej większości niebędące lekarzami, publikują wypowiedzi, które budzą strach przed szczepieniami i zniechęcają do nich.

Nie róbcie tego, proszę. Być może wydaje Wam się, że w ten sposób wykazujecie swoją wnikliwość, mądrość i ostrożność. Myślicie, że świadomy człowiek powinien sam analizować fakty, wyciągać wnioski, aby nie dać się oszukać. To ułuda. Kiedy wsiadacie w samolot, nie sprawdzacie, czy jest sprawny. Kiedy wchodzicie na most, nie analizujecie jego konstrukcji. Dlaczego? Bo nie macie ku temu odpowiedniej wiedzy. I musicie zaufać.

Szczepionki, jak każde leki, są bardzo rygorystycznie sprawdzane przed wprowadzeniem na rynek. Wyspecjalizowane urzędy państwowe analizują tysiące stron dokumentacji przed wydaniem zgody na szczepienie ludzi. To sprawdzanie jest o wiele bardziej dokładne niż sprawdzanie samolotu przed lotem czy mostu przed oddaniem do użytku. Ktoś bierze za to odpowiedzialność.

Powiecie, że samoloty czasami się psują, a mosty zawalają. I giną ludzie. Oczywiście, bo świat jest cholernie nieprzewidywalny. I mimo naszych starań nie jesteśmy w stanie całemu złu zapobiec. Mimo to latacie samolotami i wchodzicie na mosty. A nawet, jeśli tego nie robicie, nie publikujecie codziennie raportów z katastrof lotniczych i budowlanych, które przerażają ludzi.

Samoloty i mosty dają ludziom milion razy więcej szans, radości i prawdziwego życia niż cierpienia i śmierci. Pozwalają realizować plany i wyznawać miłość (a potem powiesić kłódkę i wyrzucić klucz do wody). Tak samo jest ze szczepionkami. Nie piszecie o mostach i samolotach, że trzeba być wobec nich sceptycznym, bo mogą zabić. Mimo to gdy czyta się Wasze posty o szczepionkach, można odnieść wrażenie, że są narzędziem niosącym przede wszystkim cierpienie i śmierć. I zamiast się nimi cieszyć, trzeba ich unikać jak ognia.

Szczepionki, jak samoloty i mosty, są cudem możliwym dzięki potędze ludzkiego rozumu. Nie udawajmy, że jesteśmy w stanie ocenić wartość tego cudu przez podanie dalej jednego czy dwóch postów. Okażmy trochę pokory wobec ludzi, którzy poświęcili swoje zdolności i swoje życie, żeby cud szczepień odkryć. Nie udawajmy, że znamy się na tym lepiej od nich, bo przeczytaliśmy coś na Facebooku.

Nie znamy się i musimy zaufać lekarzom, tak jak ufamy pilotom i inżynierom. Lekarze nam mówią, że wielokrotnie większe ryzyko zakrzepicy ponoszą palacze i osoby przyjmujące środki antykoncepcyjne niż ci, którzy przyjmują szczepionkę przeciw Covid. To jest logika i wiedza. Czy ważniejsza od nich jest nasza podejrzliwość?

Nawet jeśli sami boicie się latać, nie powodujcie, by inni z tego rezygnowali. Jeśli boicie się wejść na most, idźcie spokojnie brzegiem rzeki i nie zniechęcajcie innych. Nie podnoście poziomu strachu przed szczepieniami. Zwłaszcza że niechęć do szczepień jest śmiertelnie groźna dla nas wszystkich. Nieostrożny post, a w szczególności kampanie znanych ludzi, zniechęcające do szczepień, mogą prowadzić do o wiele większego cierpienia niż to, przed którym mają rzekomo kogoś ochronić.

Szczepcie się, uspokajajcie emocje i namawiajacie innych, aby się szczepili. Dajcie jak największej liczbie ludzi szansę polecieć tam, dokąd zawsze chcieli polecieć. Dajcie zakochanym szansę, by wyznawali sobie miłość na najpiękniejszych mostach świata. Dajcie innym (i sobie) szansę na ostatnią rozmowę i pożegnanie, kiedy zamiast dusić się w obcym szpitalu, otoczeni rodziną będą kiedyś spokojnie umierać we własnym łóżku ze starości. Pozwólcie, aby ostatnie słowa, które usłyszą brzmiały inaczej niż nazwy trzech leków, które podaje się przed intubacją, z której już nigdy się nie obudzą.

Szczepcie cię i nie zniechęcajcie do szczepień!

Apel do Prezydenta Andrzeja Dudy w związku z moją nominacją profesorską

Szanowny Panie Prezydencie,
 
15 lutego 2021 roku w Monitorze Polskim opublikowano postanowienie, w którym nadaje mi Pan tytuł profesora nauk społecznych w dyscyplinie nauk prawnych. Pragnę zupełnie szczerze i bez żadnej ironii podziękować Panu za to, że z mojej nominacji profesorskiej nie uczynił Pan sprawy politycznej i że krytyka, którą wobec Pana i Pana obozu politycznego wielokrotnie kierowałem, nie została przez Pana wykorzystana, aby tę nominację opóźniać.
 
Doceniam i dziękuję Panu za normalność, którą Pan tą decyzją pokazał. Jednocześnie proszę, aby wprowadził Pan tej normalności w nasze życie więcej. Na podobną nominację wciąż czekają inni polscy uczeni, tacy jak prof. Michał Bilewicz czy prof. Walter Żelazny. Proszę nie kazać im dłużej czekać – oni także poświęcili istotną część swojego życia, aby zrozumieć, jak działa ten złożony świat i aby służyć społeczeństwu tą wiedzą. Także oni zasługują na nominacje profesorskie, a czekają na nie o wiele dłużej, bo już kilka lat. Zasługują na te nominacje nie mimo krytyki, którą publicznie w rozmaitych kwestiach przedstawiają, ale właśnie ze względu na to, że ją głoszą. Głoszona publicznie krytyka zawsze wymaga okazania podstawowej cechy uczonego, czyli odwagi, i zawsze – proszę mi uwierzyć – jest efektem troski o Rzeczpospolitą, czyli, jak mówi nasza Konstytucja, o dobro wspólne wszystkich obywateli.
 
Nominacja profesorska jest wielkim zaszczytem, na który każdy z nas pracuje wiele lat. Jest ukoronowaniem katorżniczej pracy, efektem wielu wyrzeczeń, także ze strony naszych Bliskich. Jest także ich wielkim marzeniem, w niektórych wypadkach niestety niespełnionym czy raczej niedoczekanym. Zapewne kiedy obronił Pan doktorat, Pana Bliscy byli z Pana dumni, a Pan cieszył się ich radością, i wzruszał ich wzruszeniem. Za uczonymi, którzy jeszcze nie otrzymali swojej nominacji profesorskiej, także stoją Rodziny, które czekają na swoją chwilę radości, wzruszenia i wielkiej dumy. Pan może im ją dać.
 
Myślę, że zgadzamy się co do tego, że różnica w poglądach na kwestie publiczne nie powinna mieć żadnego wpływu na ocenę czyichś dokonań naukowych. Jeśli kiedyś zdecyduje się Pan na napisanie pracy habilitacyjnej, teoretycznie będę mógł być jej recenzentem. Gdybym w takiej sytuacji oceniał Pana poglądy na kwestie publiczne zamiast Pana dorobku naukowego, z pewnością uznałby Pan to za zachowanie głęboko niewłaściwe. I miałby Pan świętą rację. Niestety, opóźnianie awansu Profesorów, o których wspomniałem, pozwala snuć niepotrzebne przypuszczenia, że nie o ocenę dorobku naukowego w ich przypadku chodzi, bo tej przecież dokonali inni profesorowie. Pan może jedną decyzją te niepotrzebne spekulacje przeciąć.
 
Nie tylko otrzymanie nominacji profesorskiej jest wielkim zaszczytem, ale także jej uroczyste odebranie w Pałacu Prezydenckim. Z tym większym żalem informuję, że nawet jeśli otrzymam zaproszenie na uroczystość wręczenia nominacji profesorskiej, nie będę mógł, niestety, jej z Pana rąk odebrać. Odebranie tego honoru z rąk Prezydenta RP było zawsze moim wielkim marzeniem. Byłoby także wielką radością dla mojej Mamy i Babci, które zawsze wierzyły, że można pokonać tę trudną drogę z małego, prowincjonalnego miasta, w którym się wychowałem, do wielkiego Pałacu, w którym mieszka Prezydent. Ta radość nie będzie nam jednak dana, i to nie z naszej winy. Szczególnie teraz jestem zobowiązany pozostać wierny wartościom, które są bliskie każdemu prawnikowi: wierności Konstytucji i szacunkowi dla prawa. Pana działania w ostatnich latach były, niestety, zaprzeczeniem tych wartości. Nie jest to moja prywatna opinia, ale zdanie podzielane przez ogromną większość polskich prawników, a także potwierdzone przez niezależny, polski Trybunał Konstytucyjny oraz Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nie mogę pozwolić na to, aby uściśnięcie Pana dłoni zostało odebrane jako choćby cień akceptacji dla tych działań. To są sprawy absolutnie najważniejsze i mam nadzieję, że jako człowiek i prawnik Pan to rozumie, nawet jeśli jako polityk poszedł Pan na nieakceptowalne kompromisy. 
 
Liczę na Pana zrozumienie w jeszcze jednej kwestii: także po tej nominacji jakiekolwiek dalsze działania polityczne zmierzające do łamania wartości konstytucyjnych, czy to z Pana strony, czy ze strony kogokolwiek innego, spotkają się z moją jednoznaczną krytyką. Nie dlatego, że Pana czy kogokolwiek innego nie lubię, ale dlatego, że tak po prostu trzeba.
 
 
Pozostaję z głębokim szacunkiem dla urzędu Prezydenta RP i z nadzieją, że wykorzysta Pan pozostałe lata Pana kadencji, aby wypełnić ten urząd treścią moralną i prawną, na który bezsprzecznie zasługuje.
 
 
Z życzeniami zdrowia w tym trudnym czasie,
 
 
Marcin Matczak

O obojętności polskich władz wobec ataków na demokrację

Sytuacja, która ma miejsce w USA, jest testem dla demokracji nie tylko tam, ale w pewnym sensie na całym świecie. Oto Trump, który przez całą kadencję atakował podstawy demokracji liberalnej, takie jak niezależność sądownictwa i mediów, użył swoich zwolenników do fizycznego ataku na instytucje państwa, w celu zmiany siłą wyników demokratycznych wyborów. Jest to sytuacja jednocześnie bez precedensu i taka, której po antydemokratycznej retoryce Trumpa można było się spodziewać.

 
Piszę, że sytuacja ta jest testem dla demokracji na całym świecie, bo jestem oburzony i głęboko zaniepokojony reakcją polskich władz na amerykański kryzys. Dla tych ludzi demokracja, praworządność i przemoc jest wewnętrzną sprawą innych państw. W pewnym sensie nie dziwi takie stanowisko, bo przez ostatnie pięć lat ciągle rezerwują sobie prawo do tego, aby ataki na praworządność i demokrację oraz przemoc (na razie prawna) były traktowane przez inne państwa jako nasza wewnętrzna sprawa. Mówią tak, bo oczekują obojętności, która jest przyzwoleniem na przemoc. Dlatego sami zachowują obojętność. Używają suwerenności, wielkiej wartości, aby uzasadnić małostkowość w realizacji swojego egoistycznego interesu. 
 
Jeżeli ktoś jest przeciwny przemocy, nie może być obojętny na przemoc. Jeżeli komuś zależy na demokracji, nie może być obojętny wobec ataków na demokrację. Ale jeśli ktoś uważa Trumpa za męża stanu i stosuje podobną do niego retorykę, jeśli ani przemoc, ani zamach na demokrację mu nie przeszkadzają, to znaczy, że jest z kimś takim coś bardzo nie tak. I to należy zachować w pamięci, i tego należy się bardzo obawiać.

Precz z władzą, która nie szanuje zasad

Ciągle zastanawiam się, czy w Polsce ktoś jeszcze nie może spać, bo jest łamana Konstytucja. Może jednak ktoś zastanawia się, co by było, gdyby Kaczyński i spółka nie rozwalili państwa prawa? Poniżej staram się w tym pomóc.
 
Kiedy PiS w 2015 roku zaczął drastycznie i systemowo łamać Konstytucję, jako prawnicy ostrzegaliśmy, że demontaż systemu praworządności źle się skończy. W czasie jednego z przemówień pod Pałacem Prezydenckim mówiłem, że łamanie Konstytucji nie jest łamaniem abstrakcyjnej idei. Łamanie Konstytucji jest zawsze łamaniem człowieka – jego wolności, dobrobytu, zdrowia, a czasem życia. Wielu mówiło wtedy, że histeryzujemy.
 
Dlatego wielu z nas pozwoliło na to, aby PiS przejął nielegalnie kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Najpierw przez powołanie dublerów, potem przez nielegalne powołanie J. Przyłębskiej na prezesa TK, następnie przez odsunięcie od orzekania sędziego Biernata oraz trzech sędziów wybranych w roku 2010. Końcowym etapem destrukcji było powołanie do TK czynnych i kontrowersyjnych polityków – S. Piotrowicza i K. Pawłowicz, którzy w momencie powołania nie spełniali wymogów wiekowych.
 
Efektem tego wszystkiego jest trybunał-wydmuszka: osoba pełniąca funkcję Prezesa jest bliską znajomą Jarosława Kaczyńskiego, z którą jada obiady, w składzie Trybunału zasiada komunistyczny prokurator i inne osoby, które ze względu na swoje publiczne karygodne wypowiedzi nigdy nie powinny tam być.
 
Dlaczego o tym przypominam? Trybunał Konstytucyjny ma jedną funkcję: kiedy większość, która wygrała wybory, robi coś, co narusza prawa mniejszości, ta mniejszość może pójść do niezależnego Trybunału Konstytucyjnego i poprosić o ocenę, czy prawo uchwalane przez większość może obowiązywać. Sama demokracja nie załatwia sprawy i niczego nie gwarantuje – 51% kanibali mogłoby demokratycznie zdecydować, że zjedzą pozostałe 49%. Trybunały i sądy konstytucyjne wzmocniono po II Wojnie Światowej właśnie po to, żeby większość już nigdy nie złamała nienaruszalnych praw mniejszości. 
 
U nas do Trybunału mniejszość już nie chodzi – liczba spraw po przejęciu go przez PiS spadła o 80 procent. Mniejszość do Trybunału nie chodzi, bo po co, skoro jest on przedłużeniem władzy większości? Do Trybunału chodzi za to często właśnie ta większość, z prośbą o uprzejme potwierdzenie, że wolno im zrobić to, co chcą. Albo po to, żeby decyzją Trybunału rozmontować następną instytucję, która tej większości przeszkadza.
 
Piszę o tym dzisiaj, bo coraz większa grupa ludzi z różnych stron sceny politycznej zaczyna odczuwać bardzo konkretne efekty ataku na rzekomo abstrakcyjne zasady praworządności. Odczuwa to konserwatywny mężczyzna-rolnik, któremu nagle, bez chronienia jego interesów w toku zakaże się hodowli zwierząt, i liberalna kobieta, której za tydzień Niby-Trybunał wyda decyzję w sprawie aborcji (oczywiście na wniosek większości). Rozumie to przedsiębiorca, który ma problem z dochodzeniem odszkodowania za zamknięcie firmy. Nagle ludzie rozumieją, że władza, której nie kontroluje Konstytucja, może absolutnie wszystko.
 
Powinniśmy zrozumieć to wszyscy. Gdyby szanowano Konstytucję, nie byłoby propagandowej telewizji publicznej, która wykorzystuje 2 mld złotych w sytuacji, gdy lekarzom brakuje kombinezonów i maseczek – zmiana ustawy medialnej została uznana za niekonstytucyjną, ale przecież nikt się tym nie przejmuje. Gdybyśmy mieli normalny Trybunał Konstytucyjny, nie zmarnowano by 70 milionów na niekonstytucyjny pocztowy plebiscyt w maju, bo zaskarżono by do niego ustawę, którą w wariackim tempie uchwalano. Co więcej, pewnie nikt by jej nie próbował uchwalić, bo wiedziałby, że nigdy przez konstytucyjne sito nie przejdzie. Gdyby był Trybunał, nie byłoby latem wymuszonych, pandemicznych wyborów Prezydenta, bo ustawy, które je umożliwiły zostałyby wyrzucone do kosza przez niezależnych sędziów. A gdyby nie było tych niekonstytucyjnych wyborów, cały aparat państwa mógłby się skupić na przygotowaniu do skutecznego zwalczania pandemii. Ponieważ wybory były, rząd promował prezydenta, prezydent siebie, a ministrowie zastanawiali się, czy dotknie ich powyborcza rekonstrukcja rządu – nie było czasu myśleć o przygotowaniu się na drugie uderzenie wirusa.
 
W ten sposób zamach na abstrakcyjne zasady konstytycyjne skończył się bardzo konkretnym cierpieniem chorych ludzi, którzy nie mogą liczyć na swoje państwo, które – zamiast im pomagać – było zajęte czymś innym. W ten sposób zniszczenie systemu państwa dotyka nie tylko rolników, nie tylko kobiety, ale każdego z nas, bo każdy może zachorować.
 
Kiedyś Mao kazał zabić w Chinach wszystkie wróble, bo wyjadały ziarno. Kiedy ludzie to zrobili, okazało się, że naruszyli równowagę ekosystemu – brak wróbli spowodował plagę szarańczy, która zniszczyła uprawy i doprowadziła do wielkiego głodu. Trybunał Konstytucyjny może się wielu wydawać nie ważniejszy od wróbla. Ale jest elementem systemu, który bez niego upada i przygniata konkretnych ludzi.
 
Dlatego mówię zupełnie poważnie i niepolitycznie: precz z władzą, która nie szanuje Konstytucji! Nieważne, czy to lewica, czy prawica, czy dół, czy góra, czy środek. Precz z samowolą i poczuciem bezkarności! Następnym razem, kiedy będziecie wybierać sobie liderów, pamietajcie proszę, że przywódca, który ma uczciwe zamiary, nie boi się Konstytucji i kontroli Trybunału Konstytucyjnego. A taki, który się boi, nie zasługuje na powierzenie mu władzy i powinien być wyrzucony precz. Wybierajcie, kogo chcecie, ale niech, do cholery, szanuje zasady, które wspólnie ustaliliśmy.

Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Nie ośmieszajmy osób transpłciowych.

Słucham prostackiego rechotania dochodzącego z prawej strony na temat osób transpłciowych. Czy możemy myśleć nieco głębiej niż żenujący przyklad zmiany płci z powodu chęci uzyskania wcześniejszej emerytury, który ma jakoby ukazać absurd oczekiwań osób transpłciowych?

Czy możemy znaleźć przykłady tłumaczące, zwłaszcza ludziom prawicy, dlaczego wmawianie osobie czującej się kobietą, że jest mężczyzną (i vice versa) jest przemocą? Jest to przemoc co do czyjejś tożsamości – jacyś ludzie wiedzą lepiej, kim ktoś jest, niż on sam czy ona sama.

Pierwszy przykład: tożsamość narodowa. Jeśli ktoś mieszkający pod zaborami czuł się Polakiem, a wmawiano mu, że jest Rosjaninem czy Niemcem, to była to przemoc. Czy ktoś z zewnątrz ma prawo decydować, że moje poczucie polskości jest moim wymysłem? Czy ktoś wie lepiej, kim jestem?

Drugi przykład: w III Rzeszy ludzie nieczujący się Żydami nagle dowiadywali się, że nimi są (tak było np. z rodziną Wittgensteina). Była to przemoc co do tożsamości. Ktoś miał na tę tożsamość nawet podobno obiektywne, medyczne dowody i wyciągał z nich brutalne konsekwencje.

Nikt nie zmienia płci, narodowości czy religii dla zabawy czy kaprysu. Tożsamość płciowa jest odczuwana o wiele głębiej niż narodowa czy religijna. Dlaczego prawica rozumie ludzi walczących o te ostatnie, a nie jest w stanie nawet zacząć rozumieć walczących o prawo do tej pierwszej?

Wiem, że ten wątek zwabi trolle i że jego rozpoczęcie jest ryzykowne. Ale, na Boga, myślmy więcej! Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Naszym obowiązkiem jest wzajemne zrozumienie, a nie wzajemne ośmieszanie się. Nie uważam, że moje przykłady załatwiają sprawę. Ale chcę zrozumieć.

Na kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego

Powstanie Warszawskie jest dla mnie wydarzeniem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Nie mogę wzbudzić w sobie poczucia, że było warto poświęcić życie tych setek tysięcy ludzi (nawet ta liczba oddczłowiecza, bo zaciera wyjątkowy, pojedynczy świat każdego i każdej z nich, który zniknął wraz z pojedynczą śmiercią, poprzedzoną nieowybrażalnym, pojedynczym strachem i cierpieniem).

Nie mogę siebie przekonać, że było warto poświęcić Warszawę, miasto, które już stało się moim miastem, mimo że nie stąd pochodzę. 1 sierpnia nie mogę przestać myśleć o tym, jaki byłby świat, gdyby ci, którzy podjęli decyzję o Powstaniu, zrobili inaczej. Gdyby zdecydowali, że nie ma sensu wysyłać ludzi na śmierć, poczekali kilka miesięcy.

W tym dniu, w którym często cytuje się wojenne wiersze K. K. Baczyńskiego, wolę przywołać Jego przedwojenną „Piosenkę” i pomyśleć o sierpniu, który nie kojarzy się ze śmiercią, ale z ciepłem. O takim świecie, w którym Krzysztof Kamil żyje i dostaje po wojnie zasłużonego Nobla, i ludzie wiwatują na Jego cześć przed Pałacem Saskim, a potem idą na spacer na Nalewki. Tak mogło być – dzisiaj opłakujemy także tę utraconą przyszłość, która nigdy się nie wydarzyła.

K. K. Baczyński

Piosenka

Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)

Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.

A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.

Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem.

Jakiego Prezydenta potrzebuje Polska?

Przed niedzielnymi wyborami zacząłem się zastanawiać, jakiego Prezydenta potrzebuje Polska. Odpowiedziałem sobie tak:

Polska potrzebuje Prezydenta, który będzie umiał zszyć to okropne rozdarcie między dwiema krainami – krainą Tradycji i krainą Postępu – które nas dotknęło. Prezydenta, który będzie rozumiał, że nie ma prawdziwej Polski bez którejkolwiek z tych krain. Polska nie potrzebuje Prezydenta, który to rozdarcie będzie świadomie pogłębiał, który będzie sypał w nie sól propagandy i budował swoją pozycję jako obrońca którejkolwiek z tych krain przeciwko drugiej.

 
Polska potrzebuje Prezydenta, który będzie czerpał energię z jedności, a nie z napuszczania jednej grupy społecznej na drugą. Prezydenta, który rozumie, że w głębi serca wszyscy jesteśmy podobni, bez względu na powierzchowne różnice, a nasze dobre wzajemne relacje zależą w dużej mierze od tego, czy nasi liderzy będą poświęcać swój czas na podkreślanie powierzchownych różnic, czy na szukanie głębokich podobieństw.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który ma pokorę uszanowania wartości konstytucyjnych, których sam nie ustanowił. Polska nie potrzebuje Prezydenta, który ustanowione przez wspólnotę wartości ciągle podważa, deprecjonuje i chce zmieniać. Te wartości są jedyną rzeczą, która nas łączy – może nas dzielić religia, poglądy polityczne czy kibicowanie innym drużynom piłkarskim. Ale Konstytucja stanowi absolutne minimum wartości, co do którego jako Polacy musimy się zgadzać, bo inaczej nie damy rady ze sobą żyć. To minumum zawiera w sobie szacunek dla ludzkiej godności, zakaz dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu, wolność słowa, czy niezależność polityczna sądów, które rozstrzygają nasze spory.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który z wielości prawdziwie polskich wartości będzie umiał wybrać i promować te, które przyniosły nam w przeszłości wielkość: tolerancję dla inności, która powinna być postrzegana jako szansa na wzbogacenie kulturowe, a nie jak śmiertelne zagrożenie; gościnność, która jest przeciwieństwem ksenofobii i znajduje oparcie w najgłębszych podstawach tradycji judeo-chrześcijańskiej, odwagę sprzeciwienia się zagrożeniom realnym, a nie wydumanym, jak wiatraki, z którymi walczył Don Kichot; szacunek dla nauki, która dała światu polskich matematyków zdolnych do zdekodowania Enigmy, nie pochwalanie zabobonu, byleby jego wyznawcy oddali na Prezydenta swój głos.
 
Polska potrzebuje Prezydenta rozumiejącego to, że Unia Europejska jest projektem, który dał części Europy, którą obejmuje, najdłuższy okres pokoju w jej dziejach. Prezydenta, który nie krzyczy, ale rozmawia, który nie siłą głosu, ale siłą argumentu negocjuje z innymi członkami Unii, którzy są sojusznikami, ale i konkurentami, jak w każdym wspólnym przedsięwzięciu. Prezydenta, który nie musi ciągle mówić o potrzebie szanowania Polski, bo zachowuje się tak, że szacunek jest naturalną konsekwencją jego działań, a nie wymuszoną krzykiem deklaracją. 
 
Polska zasługuje na Prezydenta, który potrafi się sprzeciwić sile politycznej, która wyniosła go na stanowisko. Prezydenta, który ma kręgosłup ze stali, nie z waty, i który rozumie, że istotą podziału władz jest konieczność dogadywania się i negocjowania stanowiska, a nie walenie w stół pięścią w stylu domorosłego dyktatorka. Prezydenta, który rozumie, że bezmyślne wykonywanie woli partii jest obelgą dla Prezydenta wybieranego przez Naród w wyborach powszechnych i że kiedy ta partia atakuje jakąkolwiek mniejszość – czy to mniejszość z krainy Tradycji, czy to mniejszość z krainy Postępu, rolą Prezydenta jest powstrzymać ten atak, nie dołączyć się do niego.
 
Polska zasługuje na Prezydenta, który będzie rzeczywistą Głową Państwa, a nie (czyimś) uchem, lewą czy prawą ręką, pępkiem (świata), czy też.., a może lepiej nie schodzić anatomicznie niżej. Polska zasługuje na Prezydenta, którego głównym celem będzie utrzymanie wśród Polaków poczucia wspólnoty, który będzie strażnikiem wartości konstytucyjnych, nie partyjnych, obrońcą mniejszości atakowanej przez tymczasową większość, który będzie jak oliwa uspokajająca wzburzone morze emocji, a nie benzyną dolewaną do ognia. Prezydenta, który obroni ateistę przez katolikiem, i katolika przed ateistą, lewaka przez prawakiem i na odwrót, jeśli będzie trzeba. Prezydenta, który wie, że na świecie jest już wystarczająco dużo cierpienia i agresji, i że nie ma sensu ich mnożyć.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który rozumie, że między prawdziwym chrześcijaństwem a prawdziwym humanizmem nie ma prawie żadnej różnicy. To, co je różni, jest we wspólnocie szanujących się ludzi pomijalne. Polska nie potrzebuje Prezydenta-konkwistadora, który z religii miłości czyni bat do nawrócenia siłą tych, których uważa za niewiernych. Nie potrzebuje Prezydenta, który prowadzi ciągłą krucjatę, zachęcany do tego przez dostojników Kościoła, który mentalnie uwolnili się od Ewangelii i zwierzchnictwa Papieża. 
 
Nie wiem, czy Rafał Trzaskowski jest w stanie być takim Prezydentem, zwłaszcza wtedy, gdy do władzy dojdzie jego formacja polityczna. Nie wiem, bo nie miał okazji się wykazać. Wiem jednak, że Andrzej Duda takim Prezydentem nigdy nie był i nie będzie. Druga kadencja nie jest cudownym lekarstwem, która powoduje, że kręgosłup zmienia swoją konsystencję. Nie jest głęboką zmianą duchową, która powoduje, że wobec niszczonych propagandą grup społecznych, takich jak LGBT, ktoś nagle będzie się odnosił z szacunkiem. Druga kadencja nie spowoduje, że ktoś zacznie jednoczyć, skoro cały czas dzielił. 
 
Nie wiem, czy w niedzielę wybierzemy Prezydenta, na którego Polska zasługuje. Ale na pewno warto próbować.