Pomnikowa inwazja konstytucyjnych fartuszków

Rysunek – Aleksandra Lechańska
Każda władza o zapędach autorytarnych boi się ośmieszenia jak diabeł święconej wody. Pewnie dlatego policja chce ścigać ludzi, którzy ubierają pomniki w fartuszki z napisem „Konstytucja” i tych, którzy naklejają na budynki biur poselskich naklejki „PZPR”. Takie działania stanowią podobno znieważenie pomników i niszczenie mienia.
Uważam te zarzuty za bezpodstawne. Nie tylko dlatego, że uznawanie konstytucyjnych fartuszków za „banery reklamowe” (a tak przecież kwalifikuje je policja) jest żywcem wyjęte z Monty Pythona. Nawiasem mówiąc reklama Konstytucji jest niewątpliwie w opinii partii rządzącej reklamą sprzeczną z dobrymi obyczajami, a także – ponieważ Konstytucja ustala kadencję I Prezes SN – z przepisami prawa. W szczególności reklama Konstytucji, zwłaszcza artykułu o 6-letniej kadencji I Prezes SN, jest sprzeczna z ustawą o Sądzie Najwyższym. Dlatego pewnie policja ją ściga.
Akcje fartuszkowa i naklejkowa mają charakter artystycznych happeningów i jako takie korzystają z ochrony prawnej związanej z wolnością wypowiedzi i wyrażania poglądów. Wolność wypowiedzi chroni nie tylko wolność słowa, ale wolność dokonywania wszelkich aktów mowy, nawet takich, do których dokonania nie trzeba użyć słów. Chronionym przez tę wolność niewerbalnym aktem mowy może być trzymana w trakcie hymnu narodowego w górze zaciśnięta pięść, polubienie postu na Facebooku (like) czy spalenie flagi.
W związku z tym ostatnim przypadkiem warto przywołać znaną amerykańską sprawę  Texas v. Johnson, w której za działanie chronione swobodą wypowiedzi Sąd Najwyższy USA uznał spalenie amerykańskiej flagi w proteście przeciwko zaangażowaniu wojennemu USA. Spalenie flagi to rzeczywiście zniszczenie mienia i  znieważenie, a jednak uznano to za działanie usprawiedliwione. Jak stwierdził sędzia Brennan:
„Jeżeli jest jakaś fundamentalna zasada, na której opiera się swoboda wypowiedzi, jest nią twierdzenie, że rząd nie może zabronić wyrażania jakiejś idei po prostu dlatego, że społeczeństwo uznaje ją za obraźliwą bądź nieprzyjemną”.
Ochrona, jaką w prawie amerykańskim otacza się wolność wypowiedzi, jest oczywiście dalej idąca niż w Europie. Z drugiej strony jednak w przypadku fartuszków na pomnikach i naklejek na biurach nie mamy  do czynienia ze zniszczeniem mienia (fartuszki z Konstytucją i naklejki można łatwo usunąć). Napis „Konstytucja” na pewno nie jest obraźliwy, a nazwa „PZPR” jest skrótowym wyrażeniem opinii o działaniach posłów partii rządzącej wobec sądownictwa, które nawet w opinii Komisji Weneckiej zostały porównane do działań podejmowanych w Związku Radzieckim. Ponadto, do osób pełniących funkcje publiczne powinno się w zakresie zniewagi stosować zasadę „grubej skóry” – innymi słowy w ich krytyce można sobie pozwolić na więcej.
Zupełnie absurdalny jest także zarzut, że posługiwanie się skrótem „PZPR” na naklejkach jest promowaniem totalitaryzmu. Zarzut ten wpisuje się w inne, popularne ostatnio działania, polegające na takim przekwalifikowaniu danej sytuacji, aby podpadła pod określony paragraf. Jakiś czas temu przykładowo pozostawienie zapalonych zniczy pod biurem poselskim uznano za „zaśmiecanie”.
Takie ruchy są manipulacją, która wyrywa dane działanie z jego kontekstu kulturowego i odrywa od zamiaru osoby, która tych działań dokonuje. Na wagę obu tych elementów zwracała w swoich analizach akcji fartuszkowej prof. Ewa Łętowska, słusznie wskazując, że każdą wypowiedź, każdy akt mowy  należy oceniać w kontekście. Ten zaś wskazuje, że intencją intencją używającej skrótu „PZPR” było oskarżenie kogoś o działanie podobne do działania PZPR. To oznacza, że skrót „PZPR” został użyty pejoratywnie. Jako taki nie może być uznany za propagowanie czegokolwiek – promowanie polega przecież na przedstawianiu czegoś w pozytywnym, nie negatywnym świetle. Kiedy nazywam kogoś faszystą, bo nie akceptuję jego działań, to przecież nie propaguję faszyzmu, tylko potępiam faszyzm, bo odnoszę to słowo do negatywnego zachowania.
Wszystkie powyższe argumenty prowadzą do konstatacji, że policja i prokuratura nie powinny wspomnianych akcji ścigać, a jeśli będą, sądy powinny ludzi biorących udział w tych akcjach uniewinniać stosując bezpośrednio konstytucję. Inną sytuacją jest rzeczywiste niszczenie mienia, na przykład pisanie sprajem na murach budynków – takie działanie jest wandalizmem. Nie jest ono także konieczne dla zachowania możliwości swobodnego wyrażania swoich poglądów, bo istnieją – jak pokazano – bardziej łagodne a równie skuteczne środki ekspresji, takie jak moje ulubione konstytucyjne pomnikowe fartuszki.

Diabeł ubrał się w ornat i na mszę dzwoni

Prokuratura przystąpiła do postępowania, na tle którego SN zadał do Trybunału Sprawiedliwości. Oto uzasadnienie:

„W ocenie prokuratury działanie Sądu Najwyższego podjęte w interesie sędziów tego sądu prowadzi do naruszenia interesu skarżącego poprzez niezasadne odroczenie rozpoznania sprawy. Ponadto w opinii prokuratury działania Sądu Najwyższego, w tym decyzja o tak zwanym zawieszeniu działania ustawy, jest jawnym nadużyciem i naruszeniem ustawy zasadniczej. Konstytucja RP nie przewiduje bowiem dla żadnego organu Państwa prawa do zawieszania obowiązujących ustaw””

Jest więc tak – trzyletnie łamanie praworządności nie jest żadnym zagrożeniem dla skarżącego, osłabienie SN, który nie może działać z braku sędziów z niego usuniętych, nie jest zagrożeniem dla skarżącego, ale zadanie pytania do TSUE jest naruszeniem interesu skarżącego. Co więcej, skorzystanie prze SN z obowiązującej w całej Unii od dekad zasady zadawania pytań prejudycjalnych jest działaniem podjętym w interesie sędziów, nie w interesie praworządności.

Prokuratura Zbigniewa Ziobry wykonuje populistyczny ruch, który ma rzekomo bronić jednej osoby w jednym postępowaniu, żeby zaatakować działanie SN podjęte w interesie wszystkich skarżących sprawy do polskich sądów. Ci ludzie, tak jak i skarżący w tej sprawie, mają prawo do rozpatrzenia swojej sprawy przed niezawisłym sędzią i o to walczy SN zadając pytanie do TSUE.

Jednocześnie kolejny raz polska Prokuratura pod kierownictwem Ziobry pokazuje, że nie uznaje prawa UE jako prawa obowiązującego w Polsce i lekceważy jasne orzecznictwo TSUE, na które powołał się SN, a które pozwala zawiesić działanie krajowej ustawy na czas udzielania odpowiedzi przez TSUE. Takie działanie ma podstawę w art. 91 Konstytucji, która wyraźnie ustala, że umowy międzynarodowe, w tym Traktaty UE, mają pierwszeństwo w stosowaniu przed polskimi ustawami. Tak zdecydował Suweren konstytucyjny i do czasu zmiany Konstytucji nikt, a szczególnie prokuratura, nie mają prawa tego kwestionować.

To prawo UE wymaga, aby każda sprawa sądowa była rozstrzygana przez sąd, który nie jest poddawany żadnym naciskom. Dlatego SN pyta, czy sędzia, który oczekuje na decyzję Prezydenta, jest nadal niezawisły w rozstrzyganiu sprawy – a więc między innymi, czy fakt bycia ocenianym przez przedstawiciela władzy wykonawczej nie jest elementem nacisku na sędziego.

Działanie prokuratury jest więc ruchem populistycznym, antyeuropejskim i ma charakter kolejnego osobistego ataku na sędziów. Ich mądre i podjęte w interesie publicznym działanie jest przedstawiane jako działanie szkodliwe.  Taka jest natura propagandy.

Najzabawniejsze jest to, że działanie to jest podejmowane na polecenie człowieka, który już doprowadził do drastycznego spadku efektywności działania polskiego wymiaru sprawiedliwości przez tzw. sprawę irlandzką – od czasu decyzji TSUE w sprawie Celmer wydawanie Polsce podejrzanych na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania będzie znacząco opóźnione. Może więc jednak prokuratura zajęłaby się ściganiem przestępców a nie pojedynczą sprawą z zakresu ubezpieczeń społecznych?

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/pk-zglasza-udzial-w-postepowaniu-przed-sn-ws-zabezpieczenia-spolecznego/tq03d7m

Organizujmy konstytucyjne miesięcznice

Rysunek – Aleksandra Lechańska

3 lipca 2018 roku polski kryzys konstytucyjny wszedł w nową fazę a ostatnie zmiany legislacyjne dotyczące Sądu Najwyższego wskazują jasno, że zmierzamy do całkowitego upolitycznienia polskiego sądownictwa.  Niebawem Sąd Najwyższy, któremu kierunek nadawali Adam Strzembosz i Stanisław Zabłocki stanie się Sądem Najwyższym, o którego jakości decydować będą Adam Tomczyński i Stanisław Piotrowicz. Jest jasne, że takiemu obrotowi spraw trzeba się przeciwstawiać. Stąd też nasiliły się w ostatnich tygodniach zbiorowe protesty.

Zastanawia mnie, czy protesty te mogą być bardziej skuteczne. Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw zdiagnozować kilka ryzyk, które czyhają na protestujących.

Po pierwsze, inflacja protestów. Protesty w sprawie sądownictwa odbywają się niemal codziennie, organizowane przez wiele podmiotów. To powoduje, że powszednieją i rozmieniają się na drobne. Dodatkowo, ponieważ protestów jest wiele i odbywają się w różnych miejscach, dochodzi problem koordynacji i poinformowania o dacie i miejscu, które nie są przecież stałe.

Po drugie, frekwencja. Miedzy innymi z powodu inflacji protestów na niektórych protestach liczba protestujących jest niska. To zniechęca i daje pożywkę do kpin. W mediach społecznościowych zwolennicy rządu z lubością pokazują jakiś niezbyt liczny protest, opatrując go kpiącym „w mieście, które liczy kilkaset tysięcy mieszkańców pod sądem protestuje 14 osób”

Po trzecie fokus, czyli skupienie się na jednym temacie. W sposób naturalny spontanicznie organizowane protesty przyciągają ludzi walczących o rozmaite ważne publiczne sprawy. Z tego powodu coraz częściej w czasie protestów, zwłaszcza w Warszawie, pojawiają się wystąpienia związane nie tyle bezpośrednio z praworządnością, co z innymi ważnymi społecznie tematami. W proteście, w którym brałem udział w lipcu, bezpośrednio przed moim wystąpieniem ze sceny dość agresywnie mówiono o klerykalizacji życia publicznego w Polsce. W rozmowie z kolegą, który aktywnie działa w Klubie Inteligencji Katolickiej, usłyszałem, że on i wielu jego znajomych chętnie poszłoby na protest, ale nie wyobraża sobie protestowania razem z uczestniczkami czarnych marszów, które w czasie protestów wypowiadają się na temat konieczności legalizacji aborcji. Tak złożony jest świat, czy tego chcemy, czy nie. Czy w związku z tym powinniśmy się pokłócić? A może raczej uznać, że obrona praworządności jest wspólnym mianownikiem, który może połączyć tak różne środowiska, jak KiK i aktywistki Czarnego Marszu? Skupmy się więc na tym, co nas łączy, nie na tym, co nas dzieli i w czasie protestów mówmy o praworządności.

Po czwarte, ego organizatorów protestów. Nie mam na myśli konkretnych osób, ale dochodzą mnie słuchy, że pogłębiają się spory pomiędzy liderami kluczowych organizacji odpowiedzialnych za protesty. Ponownie – taki jest świat, że ludzie na tyle odważni, aby publicznie występować w obronie wartości, to jednocześnie ludzie z charakterem i dużym ego. To jest taki psychologiczny pakiet.Powyższe problemy może rozwiązać pomysł, który jest starszy niż polityczna kariera Jarosława Kaczyńskiego: cykliczne, zrytualizowane protesty/marsze, upamiętniające jakieś wydarzenie. Mówią, że pierwszy naprawdę skutecznie zastosował ten pomysł Chomeini, który po rewolucji irańskiej co 40 dni organizował uroczystości upamiętniające męczenników islamskiego przewrotu. W tym ujęciu miesięcznice smoleńskie były po prostu naśladowaniem tej tradycji cyklicznej, długotrwałej mobilizacji grupy wyznającej podobne wartości. A jest to tradycja warta rozważenia, nie ze względu na jej  wyznawców, ale ze względu na mobilizacyjną skuteczność.

Protest organizowany w całej Polsce, w tym samym miejscu (pod Sądem Najwyższym), tego samego dnia (np. 3 dnia każdego miesiąca, aby przypominać o dniu, w którym haniebna ustawa o SN weszła w życie), miałby większą moc i bardziej wyrazistą wymowę. To rozwiązywałoby problem inflacji protestów – nie da się z taką samą siłą i przekonaniem manifestować codziennie, ale siłę można pokazać raz w miesiącu.

Protest organizowany jednego dnia miesiąca w całej Polsce byłby nie tylko bardziej efektywny, ale i bardziej efektowny. Można by rzucić nań wszystkie siły, do odśpiewania hymnu zaprosić pod SN kilkudziesięcioosobowy chór, a na scenę zaprosić tłum znanych ludzi, którzy dzięki swojej rozpoznawalności mogą lepiej dotrzeć z przekazem obrony konstytucji do nieprzekonanych. Jeśli dodatkowo oprawa protestu byłaby podobna do protestów z lipca 2017 roku, podniosła, spokojna, z dodatkiem teatrum w postaci świec, jest szansa na piękną i mądrą uroczystość, która przyciągnie więcej osób, w tym więcej osób młodych. To może rozwiązać problem liczebności.

Sam organizacja cyklicznych, comiesięcznych spotkań nie rozwiąże problemu skupienia się na problemie praworządności i nie rozwiąże problemu konfliktów personalnych wśród organizatorów. Rozwiązaniem tych problemów mogłoby być powołanie honorowego komitetu protestów w obronie demokracji, w skład którego wchodziliby tak powszechnie szanowani ludzie, jak Władysław Frasyniuk czy Henryk Wujec. Komitet zatwierdzałby program protestów i dbał o jednolitość tematyki, która pozwoliłaby uczestniczyć w protestach ludziom o rozmaitej aksjologicznej proweniencji.

Ktoś mógłby powiedzieć, że miesięcznice konstytucyjne to przerost formy nad treścią. Oczywiście, sprawa konstytucji powinna bronić się sama. Ale doświadczenie pokazuje, że sama się nie obroni. Cykliczne, comiesięczne spotkania dałyby ludziom poczucie rytuału i przynależności. Ich powtarzalność miałaby charakter społecznej mantry, wskazującej, że protesty mogą trwać bez końca, co daje siłę.

Powtarzalne, podobne w konstrukcji protesty, rozpoczynane  polskim hymnem i odczytaniem preambuły Konstytucji, a kończone publicznie odczytanym aktem oskarżenia przeciwko politykom łamiącym Konstytucję, miałyby w sobie dużo teatrum, którego potrzebuje praworządność. Już od dawna mówi się, że wartości liberalne, takie właśnie, jak praworządność, muszą być promowane w sposób populistyczny, jeśli mają dotrzeć do szerokich grup społecznych. Dlatego uważam, że powinniśmy zacząć organizować podniosłe konstytucyjne miesięcznice i organizować je tak długo, aż praworządność w Polsce zostanie przywrócona.

Co zrobił dziś SN

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Polski Sąd Najwyższy zadał dziś sześć pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE. To, że mógł to zrobić, nie budzi wątpliwości. To, co wzbudziło dyskusję, to fakt, że Sąd Najwyższy jednocześnie ZAWIESIŁ stosowanie niektórych przepisów ustawy o SN dotyczących przenoszenia sędziów powyżej 65 lat w stan spoczynku. Mógł to zrobić, ponieważ:

– Polska jest od 2004 roku członkiem UE,
– prawo UE jest na mocy Konstytucji prawem polskim,
– kiedy sąd krajowy, który jest także sądem unijnym, rozstrzyga kwestię z elementem międzynarodowym, musi mieć pewność, że jest rzeczywiście sądem unijnym, który z definicji musi być niezależny od polityków, a w związku z tym, czy Polska, zgodnie z art. 19 Traktatu o UE zapewnia skuteczne środki zaskarżenia (skuteczny jest tylko środek kierowany do niezależnego sądu),
– ponieważ Sąd Najwyższy nie ma takiej pewności z powodu zmian w prawie wprowadzonych przez PiS, zadał pytanie do Trybunału Sprawiedliwości,
– mógł, a nawet miał obowiązek przy tym ZAWIESIĆ stosowanie ustawy krajowej do czasu uzyskania odpowiedzi na zadane pytania,
– możliwość takiego działania potwierdzają wcześniejsze orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości – Factortame: C-213/89 i Zuckerfabrik: C-143/88 & C-92/89 – pisał o takiej opcji m.in dr Taborowski,
– organy państwa polskiego, w tym Prezydent i KRS mają obowiązek bezwzględnego podporządkowania się decyzji Sądu Najwyższego, no chyba że chcą wyjść z UE.

Wszystkim zaszokowanym decyzją SN chcę zwrócić uwagę, że żyjemy w XXI wieku, nie w XIX, kiedy sędziowie byli wykonawcami rozkazów władcy. W XXI wieku sędziowie są władzą i dzisiaj to pokazali. Oczekuję, że wszyscy krzykacze, którzy wymagali od sędziów podporządkowania się obowiązującym ustawom, podporządkują się, kiedy takie same ustawy, korzystające z domniemania konstytucyjności, są stosowane przez tych sędziów. W końcu Dura lex sed lex, prawda? Pierwsze wypowiedzi oczywiście wskazują, że polscy politycy zlekceważą decyzję sądu. To najlepiej pokaże, że żyjemy w republice bananowej i że zmierzamy w kierunku całkowitej anarchii.

Trzy spotkania z Lechem Morawskim

Aby zrozumieć, jak traktuje prawo i prawników PiS, niekoniecznie trzeba analizować prace Stanisława Ehrlicha, u którego teorii i filozofii prawa uczył się Jarosław Kaczyński. Trzeba raczej studiować poglądy zmarłego rok temu Lecha Morawskiego.

W ostatnich dwudziestu latach los zetknął mnie bezpośrednio z prof. Morawskim trzy razy i za każdym razem było to spotkanie brzemienne w skutkach. Każde z tych trzech spotkań oddziela niemal równo 10 lat i każde z nich mogłoby być początkiem lekcji prawa, której nie da się zapomnieć. Ze względu na duży autorytet Profesora po prawej stronie sceny politycznej te lekcje prawa pokazują, jak prawo i prawników postrzega PiS.

Spotkanie pierwsze

Miało miejsce w roku 1998, kiedy jako student pojechałem na Zjazd Katedr Teorii i Filozofii Prawa do Kazimierza Dolnego. Lech Morawski był już wtedy gwiazdą dyscypliny, w której stawiałem pierwsze kroki. Byłem zafascynowany jego pracami, bo były jak powiew świeżego powietrza – zwłaszcza jego analizy dotyczące śmierci pozytywizmu prawniczego, przedstawione w słynnym artykule „Pozytywizm „twardy”, pozytywizm „miękki” i pozytywizm martwy”. Kiedy schodził z aparatem fotograficznym na szyi Wąwozem Małachowskiego, który z centrum Kazimierza prowadzi do Kuncewiczówki, i zatrzymał się, żeby porozmawiać z naszą grupą, był jak celebryta: autor znany tylko ze swoich dzieł stał przed nami jako człowiek z krwi i kości.

Nie pamiętam tej rozmowy, była zapewne błaha. Ale pamiętam Jego starcie z prof. Andrzejem Batorem w czasie obrad Zjazdu, dotyczące problemu instrumentalizacji prawa. Bator wskazywał, że prawo cechuje INSTRUMENTALNOŚĆ, a więc zdolność do realizacji wartości pozaprawnych. W ostrym wystąpieniu Morawski powiedział, że takie twierdzenie jest banalne. Prawo jak grabie jest narzędziem i jak każde narzędzie służy do realizacji jakichś celów. A w INSTRUMENTALIZACJI, mówił Morawski, chodzi o użycie prawa do realizacji złych celów, na przykład takich, które realizowali komuniści. Bator odpowiedział, że subiektywna ocena wartości, do których realizacji służy prawo, nie powinna być podstawą pozytywnej czy negatywnej oceny instrumentalności.

Po latach sądzę, że dla prof. Morawskiego ocena wartości, które realizuje prawo, była całkowicie obiektywna: prawo jest dobre, kiedy jest instrumentalizowane dla realizacji celów, które prof. Morawski uważał za dobre. To była lekcja pierwsza i od razu pierwsze ostrzeżenie: prawo ktoś może zinstrumentalizować dokładnie to samo, jak komuniści, ale jeśli w swoim mniemaniu realizuje godne cele, taka instrumentalizacja jest dobra. Czy aby na pewno? Takie podejście zakłada możliwość wykorzystania prawa w dowolny sposób, w oparciu o zasadę „cel uświęca środki”, oczywiście pod warunkiem, że ten cel określam ja. Takie podejście w rzeczywistości usuwa prawo z przestrzeni publicznej i zastępuje je polityką. Takie podejście odmawia prawu jakiejkolwiek autonomii i posiadania Arystotelesowskiej „funkcji właściwej” – zbioru celów i funkcji, do którego realizacji zostało stworzone, było tradycyjnie stosowane, a więc celów i funkcji dla niego naturalnych. Taką funkcją właściwą Konstytucji jest między innymi odporność na bycie wykorzystywaną do realizacji chwilowych zachcianek zwykłej większości parlamentarnej. I takiej funkcji można zaprzeczyć, łamiąc Konstytucję bądź interpretując ją w sposób sprzeczny z jej naturalnym celem.

Spotkanie drugie

W roku 2008 odbyło się wyjątkowe seminarium lucieńskie – kolejna tematyczna debata z intelektualistami, organizowana przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Było ono wyjątkowe nie dlatego, że dotyczyło swobody interpretacyjnej prawników, ale dlatego że – prawdopodobnie ze względu na trwający kryzys gruziński – zamiast w Lucieniu odbyło się w Belwederze. Debatę rozpoczął sam Prezydent, prezentując doskonałe rozeznanie w filozoficzno-prawnych pracach Harta i Dworkina. W debacie prof. Morawski argumentował, że normy prawne ustanawiane przez demokratycznie wybrany parlament nie wymagają daleko idącej interpretacji. Ostrzegał, że ta prowadzi do zbyt dużej swobody po stronie prawników. Jego przykład: kiedy ojciec mówi do nastoletniego syna, że ten ma chodzić spać przed 23.00, syn nie ma co w tym rozkazie interpretować.

W odpowiedzi na ten przykład powiedziałem, że współczesne prawo nie jest komunikacją jednokanałową, ale raczej wielokanałową, odpowiadającą tezie prof. Łętowskiej o multicentryczności prawa. Oprócz prawodawcy ustawowego jest jeszcze prawodawca konstytucyjny i prawodawca ponadnarodowy, który wypowiada się np. przez prawo europejskie i umowy międzynarodowe. I ci prawodawcy także mówią do prawnika. Przykład Morawskiego był więc nieadekwatny. Prawnik interpretujący prawo jest jak syn, któremu ojciec kazał być w łóżku przed 23.00, matka kazała się zawsze przygotowywać solidnie do sprawdzianu, który ma na drugi dzień, którego babcia prosiła, żeby poczytał jej książkę, kiedy nie może zasnąć, a dziadek, dawny hipis, zachęcał, by zawsze przede wszystkim był sobą i robił, co w danej sytuacji uważa za słuszne. Rolą prawnika jest oddanie sprawiedliwości wszystkim komunikatom, które prawodawcy z różnych poziomów hierarchii prawa kierują do niego, a nieraz także ustalenie tej hierarchii, jeśli nie jest ona jasno ustalona.

To było drugie spotkanie i druga lekcja: prawnicy, zgodnie z zasadą clara non sunt interpretanda(„to, co jasne, nie wymaga interpretacji”) powinni wypełniać prawo tak, jak wypełnia się rozkazy władcy – posłusznie i bez szemrania. Promujący tę tezę zapominają jednak, że współczesne prawo nie jest już podobne do prostego rozkazu, ale raczej do wielkiego, złożonego projektu budowlanego, stworzonego przez wiele osób i zawartego w różnych dokumentach. Ten projekt musi być zrealizowany w pełni – prawo z poziomu ustaw i rozporządzeń musi być stosowane w sposób zgodny z konstytucją i konwencjami międzynarodowymi. Prawnik stosujący prawo musi pogodzić komunikaty pochodzące z różnych poziomów systemu prawa, stosując między innymi wykładnię prokonstytucyjną i prowspólnotową. Kiedy to robi, nie rości sobie prawa do bycia prawodawcą. Wprost przeciwnie – chce być wierny prawodawcy rozumianego jako autor CAŁEGO prawa, a nie wierny jedynie wyrwanemu z kontekstu zdaniu, które do prawa wprowadził przed chwilą aktualnie rządzący polityk. Prawnik działa więc podobnie jak wykonawca robót budowlanych, który działa zgodnie z zatwierdzonym przez wszystkie strony projektem budowlanym, nie zaś zgodnie z aktualnym kaprysem inwestora.

Spotkanie trzecie

Decyzja Lecha Morawskiego o wejściu do Trybunału Konstytucyjnego na miejsce legalnie wybranych sędziów była dla mnie szokiem. Mogłem zrozumieć, że na miejsca te wchodzą bliżej nieznane osoby, ale jego autorytet był zdecydowanie największy spośród tych osób i w największym stopniu legitymował bezprawie, które zdarzyło się w grudniu 2015 roku. Moje zaskoczenie wynikało z niewiedzy. Lech Morawski był wcześniej mocno zaangażowany w projekty ważne dla PiS, takie jak konferencje smoleńskie. Ponieważ jednak o tym nie wiedziałem, moja reakcja na decyzję Profesora o byciu dublerem była podobna do reakcji pułkownika Stankiewicza w chwili, kiedy w Kiejdanach szanowany przez wszystkich Janusz Radziwił wykrzyknął: Vivat Carolus Gustavus rex…!

Nasze trzecie spotkanie odbyło się w Oksfordzie w maju 2017 roku, w czasie seminarium poświęconego polskiemu kryzysowi rządów prawa. Organizatorzy chcieli mieć w debacie reprezentację dwóch stron polskiego sporu, więc Lech Morawski był naturalnym wyborem, zwłaszcza że dyskusję prowadzili filozofowie prawa. Zajmując miejsce za stołem w sali konferencyjnej Trinity College widziałem Lecha Morawskiego zajmującego swoje miejsce w pierwszym rzędzie, niecałe dwa metry ode mnie. Był to dla mnie trudny moment – znowu byłem studentem z Kazimierzowskiej konferencji, a on był tym samym Lechem Morawskim. Rozpocząłem oświadczeniem, w którym podkreśliłem, że nie chcę, aby mój udział w tej samej konferencji był postrzegany jako akceptacja faktu, że Lech Morawski pełni funkcję sędziego polskiego Trybunału Konstytucyjnego, Obawiałem się, że odpowie agresywnie, tak, jak często mu się to zdarzało w przeszłości, tak jak odpowiedział Andrzejowi Batorowi 20 lat wcześniej. Ale nic takiego się nie stało. Widziałem przed sobą zmęczonego człowieka, który poprosił o głos, aby odnieść się do mojego oświadczenia, dopiero po 1,5 godzinie od jego wygłoszenia. Nick Barber, który prowadził panel, nie udzielił profesorowi głosu wiedząc, że za moment Lech Morawski sam zasiądzie za stołem panelowym, żeby przedstawić swoją wersję wydarzeń i swoją wizję państwa i prawa.

I przedstawił. Była to wizja państwa bez trójpodziału władzy, w której sędzia konstytucyjny nie traktuje siebie jako przeciwwagi dla innych władz, jako osoby, której zadaniem jest zmusić prawodawcę do stanowienia prawa spełniającego konstytucyjne kryteria racjonalności i proporcjonalności. Sędzia w tej wizji państwa jest jednomyślny z prawodawcą – mówi tym samym językiem i myśli tym samym umysłem.

Ponieważ na początku swojego wystąpienia Lech Morawski powiedział, że w czasie swojej wypowiedzi chce bronić tak mocno krytykowanego polskiego rządu, w sesji pytań poprosiłem go, żeby zadeklarował, kogo reprezentuje: Trybunał Konstytucyjny czy rząd. Do końca życia będę pamiętał tę chwilę wahania, która poprzedziła jego krótką, jednowyrazową odpowiedź. W tej krótkiej chwili jeszcze wszystko było możliwe – Lech Morawski mógł w tej krótkiej chwili zdecydować, że są pewne pytania, na które uczony nie może odpowiedzieć inaczej niż nakazuje jego umysł. Lech Morawski jednak odpowiedział sercem: „Both”. I zaczęło się medialne piekło.

Sędzia nie może reprezentować rządu, nawet jeśli wyznaje te same wartości, które wyznaje aktualny rząd. Sędzia sądu konstytucyjnego reprezentuje w każdym czasie obywateli, którzy aktualnie nie mają swojej większościowej reprezentacji w parlamencie. Reprezentuje ich, ponieważ reprezentuje konstytucję, która tych obywateli chroni przed nadużyciem władzy przez rządzącą większość. Policjant nie może skutecznie chronić obywatela, kiedy reprezentuje agresora, który tego obywatela atakuje. Podobnie sędzia konstytucyjny nie może skutecznie chronić obywatela, kiedy jednocześnie reprezentuje polityczną większość naruszającą konstytucję, a więc naruszającą prawa przynależne temu obywatelowi.

Trzy spotkania z Lechem Morawskim to trzy lekcje prawa, których skutki widzimy w „reformach” PiS. Celem tych reform jest realizacja świata, w którym prawo realizuje subiektywne wartości aktualnie rządzących, a nie naturalne dla niego wartości wynikające z konstytucji.  W tym świecie prawo jest wykonywanym bez szemrania rozkazem aktualnie rządzących, nawet jeśli jest sprzeczne z konstytucją, a sędzia nie stoi na straży konstytucji, ale reprezentuje aktualnie rządzących. Takie prawo przestaje być prawem, bo nie da się go odróżnić od polityki. Taki sędzia przestaje być sędzią, bo nie daj się go odróżnić od polityka. Takie prawo nie jest ani prawem twardym, ani prawem miękkim. Takie prawo jest prawem martwym.

Dlatego wolę pamiętać uśmiechniętego Profesora Morawskiego, który w Kazimierzu schodził z góry wąwozem Małachowskiego i był dla nas trochę jak prorok niosący prawdę objawioną o prawniczej hermeneutyce, nie tego zmęczonego i samotnego z Trinity College w Oksfordzie. Chcę Go pamiętać z chwili, gdy czytałem jego książki, w których uczył obrazu prawa zupełnie innego niż ten, który wynikał z moich trzech spotkań. Z czasów, kiedy wartości, Jego zdaniem wchodzące zewsząd do prawa, były jeszcze wartościami, a nie z czasów, gdy stały się antywartościami firmowanymi twarzą komunistycznego prokuratora. Chcę pamiętać Lecha Morawskiego z czasów, kiedy jeszcze wszystko było możliwe i naprawdę mogło potoczyć się inaczej.

 

 

Lex Manowska?

W artykule Janusza Schwertnera (link: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-malgorzata-manowska-zglosilam-swoja-kandydature-do-sadu-najwyzszego-artykul/3m5yz58.amp) czytamy o prof. Małgorzacie Manowskiej, dyrektorce Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury prawdopodobnej kandydatce na I Prezes Sądu Najwyższego.

Autor pisze:

„Dyrektor Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury może wrócić do orzekania, a tym samym – ubiegać się o pracę sędziego Sądu Najwyższego (co za tym idzie – również I Prezesa SN) dzięki zmianie w artykule 77 prawa o ustroju sądów powszechnych.”

Zmiana, o której pisze autor wygląda tak:

Jednostką nadzorowaną przez Ministerstwo Sprawiedliwości jest oczywiście Krajowa Szkoła Sądownictwa i Prokuratury. Oznacza to, że przed tą zmianą prof. Manowska, która jest dyrektorem tej Szkoły, nie mogłaby zostać sędzią SN, a więc i Prezesem SN. Przepis, który jej to uniemożliwiał, obowiązywał od 2012 roku i nagle został zmieniony na ostatnim posiedzeniu Sejmu – przez wykreślenie zaznaczonych powyżej słów.

Podkreśla się to zresztą otwarcie w uzasadnieniu do tej zmiany:

Nie wiem, dlaczego tak się nie stało, ale moim zdaniem informacja ta powinna była trafić na pierwsze strony gazet i czołówki serwisów informacyjnych. Sędziego do SN wybiera niby niezależna KRS, kandydatów na Prezesa SN wybiera Zgromadzenie Ogólne niby niezależnego sądu, a my na długie miesiące przed tymi decyzjami mamy:

  • informacje prasowe o możliwym kandydowaniu prof. Manowskiej na stanowisko I Prezes SN,
  • pochlebne wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Sprawiedliwości (Ł. Piebiak) o kandydatce,
  • zmianę prawa, która umożliwia kandydatce złożenie wniosku do KRS w sprawie jej powołania do SN, a która nie jest uzasadniona, bo KSSiP jest nadzorowana przez Ministerstwo, a więc od niego zależna, a przecież sędzia powinien być niezależny,
  • informację, że kandydatka złożyła do KRS wniosek o powołanie jej do SN.

Nie trzeba być Sherlockiem, żeby rozwikłać tę zagadkę. Jest dla mnie absolutnym skandalem, że prawo w Polsce zmienia się po to, żeby konkretna osoba, znajoma Ministra Sprawiedliwości, jego były współpracownik w rządzie, a obecnie osoba temu Ministrowi podległa, miała szansę kierować Sądem Najwyższym. Sądem, który jest elementem władzy „niezależnej i odrębnej od innych władz”, zgodnie z art. 173 Konstytucji.

Jeżeli prof. Manowska zostanie Prezesem SN, będzie to oznaczać, że obsadzenie kluczowego stanowiska w polskim sądownictwie zaplanowano poza władzą sądowniczą, przez władzę ustawodawczą i wykonawczą. A bajki o istniejącym w Polsce trójpodziale władzy będzie można opowiadać dzieciom.

Polska w B-klasie praworządności – komentarz do wyroku TSUE w sprawie CELMER

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Dzisiaj Trybunał Sprawiedliwości UE po raz pierwszy wypowiedział się w sprawie, która dotyczy stanu polskiej praworządności. Rozstrzygnął sprawę Celmer – sprawę wydania Polsce osoby, która uważa, że nie może liczyć u nas na sprawiedliwy proces, bo nasze sądy przestały być niezależne. To nie jest wyrok w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym – na ten przyjdzie jeszcze trochę poczekać – ale jest to ważna decyzja, która pokazuje, jak opłakane skutki mają tzw. reformy sądownictwa naszej obecnej władzy.

W informacji o wyroku czytamy:

“Trybunał orzekł (…), że istnienie rzeczywistego ryzyka narażenia osoby wskazanej w europejskim nakazie aresztowania na naruszenie jej prawa podstawowego do niezawisłego sądu, a w konsekwencji istotnej treści jej prawa podstawowego do rzetelnego procesu sądowego, może pozwolić organowi sądowemu wykonującemu nakaz, w drodze wyjątku, wstrzymać się od wykonania europejskiego nakazu aresztowania.”

To stwierdzenie oznacza, że mamy poważny problem. Każdy polski przestępca czy podejrzany, któremu uda się wydostać poza granice Polski do innego kraju UE może powołać się na to, że w Polsce nie ma już niezależnych sądów i pomachać z uśmiechem Ministerstwu Sprawiedliwości, które wysłało za nim Europejski Nakaz Aresztowania. Dlaczego? Bo dokonane w ciągu ostatnich trzech lat zniszczenie polskiego państwa prawa mu na to pozwala! Bo do tej pory sąd w innym kraju UE wysyłał takiego człowieka automatycznie do Polski, a teraz musi się zastanawiać, czy nasze sądy są w stanie zapewnić sprawiedliwy proces! Skutkiem tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości jest więc poważne utrudnienie w ściganiu przestępców. Czy o to nam chodziło?

Dalej czytamy:

“Trybunał podkreślił, że zachowanie niezawisłości organów sądowych jest kluczową kwestią dla zapewnienia skutecznej ochrony sądowej jednostek, w szczególności w ramach mechanizmu europejskiego nakazu aresztowania.”

Oczywiście, że tak jest! A w świetle pytania irlandzkiej sędzi, które dotyczyło Polski, te słowa są skierowane do Polaków i polskiego rządu. Dlaczego trzeba nam przypominać tak oczywiste prawdy? Bo to, co zrobiono z sądami w Polsce rodzi bardzo poważne ryzyko naruszenia niezawisłości organów sądowych. Dlatego Trybunał nakazuje sądowi oceniać to indywidualnie, choć w przypadku wysyłania takich osób do innych krajów nie muszą tego robić. Tzw. reformy spowodowały więc, że jesteśmy podejrzani, jak osoby, którym na lotnisku robi się kontrolę osobistą (i w przypadku sądownictwa nie wynika to z losowego kontrolowania).

Czytamy dalej

“Wykonujący nakaz organ sądowy powinien w pierwszej kolejności dokonać – w oparciu o obiektywne, wiarygodne, dokładne i należycie uaktualnione informacje – oceny istnienia rzeczywistego ryzyka naruszenia takiego prawa w wydającym nakaz państwie członkowskim, związanego z brakiem niezawisłości sądów tego państwa członkowskiego, z uwagi na takie nieprawidłowości.”

Trybunał instruuje sąd, na czym ma oprzeć swoją ocenę, czy w Polsce istnieje problem z praworządnością i od razu wskazuje źródło, z którego sąd ma korzystać. I niestety dla polskiego rządu, nie jest to Biała Księga Premiera Morawieckiego. Jak czytamy w informacji:

“Trybunał stwierdził, że informacje zawarte w uzasadnionym wniosku skierowanym niedawno przez Komisję do Rady na podstawie art. 7 ust. 1 TUE stanowią szczególnie istotne informacje w kontekście tej oceny.”

A wiecie, co jest napisane w tej uzasadnionej opinii? Że Polska ma bardzo poważny problem z sądami i że działania polskiego rządu naruszyły praworządność i niezależność sądownictwa. Jak myślicie, jaka będzie decyzja sądu irlandzkiego, któremu Trybunał polecił oprzeć się w swojej decyzji na najbardziej krytycznym wobec polskiego rządu dokumencie Unii Europejskiej?

Musimy zadać to pytanie: Panie Ministrze Ziobro – dlaczego Wasz misterny plan naprawienia polskiego wymiaru sprawiedliwości skutkuje tym, że będziecie nieskuteczni w ściganiu przestępców? Dlaczego Polska, która była przykładem praworządności, spada właśnie do prawie najniższej ligi praworządności? Przecież niżej jest już tylko Rosja i Białoruś. Dlaczego wciąż mówicie, że naprawiacie, a wszystko niszczycie? Dlaczego?

Izolowane stosowanie konstytucji jako upośledzenie intelektualne

Znowu słyszę, że być może skrócenie kadencji I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf jest niekonstytucyjne, ale wiek emerytalny dla sędziów to już nie – przecież Konstytucja wyraźnie mówi, że można ten wiek ustalić ustawą.

Tak więc znowu trzeba powiedzieć, że:

  1. Radością napawa mnie fakt, że niektórzy światli ludzie (np. sędzia Johann) zauważają, że jak Konstytucja mówi „sześć”, a ustawa mówi „nie sześć, ale mniej”, to to jest sprzeczność;
  2. Smutkiem napawa mnie fakt, że zdarzają się jednak nadal konstytucyjni sceptycy matematyczni, którzy mówią, że skoro M. Gersdorf przestaje być sędzią (z powodu osiągnięcia wieku stanu spoczynku), to nie może być prezesem, więc na nic matematyka. Nie wiadomo, dlaczego tak mówią, bo z Konstytucji nie wynika, żeby I Prezes SN musiał (musiała) być sędzią. Art. 183 ust. 3 mówi tylko, że powołuje się I Prezesa „spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Nie ma tam mowy o tym, że kandydat musi być sędzią. To trochę tak jak z papieżem – podobno nie musi nim zostać ksiądz, może każdy ochrzczony. Tyle, że praktyka była inna – ale praktyka już przecież nikogo nie obchodzi, a najmniej prezydenta i jego konstytucyjnych matematycznych sceptyków. Praktyka ułaskawiania też przecież była inna…
  3. Parlament może obniżyć wiek spoczynku w ustawie – daje mu to prawo Konstytucja. Nie może jednak zastosować tego nowego wieku do urzędujących sędziów – może zastosować do nowo powoływanych. Dlaczego nie może zastosować od razu do obecnych sędziów? Bo w ten sposób przerywa z zaskoczenia ich orzekanie, a więc w ten sposób wpływa na ich niezawisłość. Sędzia sobie spokojnie orzeka, patrzy na sprawy, które zostały jej do rozstrzygnięcia, i te które wpływają i myśli sobie „Zakończę je do czasu wieku spoczynku i będzie git”, a tu parlament wyskakuje jak filip z konopi i powiada: „Ha! Nie dokończysz, bo my właśnie obniżyliśmy wiek stanu spoczynku i przestajesz sądzić z końcem kwartału”. Przecież to jest najprostszy sposób, żeby sędziego odsunąć od sprawy, którą polityk chciałby powierzyć innemu sędziemu! Najlepiej takiemu, którego własnoręcznie powoła Krystyna Pawłowicz na podstawie testu jednego pytania, który świetnie diagnozuje u kandydata na sędziego brak kręgosłupa. A kiedy inna władza (parlament, rząd albo prezydent) przerywają orzekanie przez sędziego, naruszają jego niezawisłość i naruszają niezależność sądów, co jest zakazane przez art. 173 Konstytucji („Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”). Poza tym, art. 2 Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego zawiera w sobie zasadę niezmieniania prawnych reguł gry w czasie jej trwania, jeśli nie ma po temu niezwykle ważnych powodów. Parlament zatem może obniżyć wiek spoczynku sędziów, ale może zastosować go dopiero do nowo powoływanych sędziów, a obecnym pozwolić orzekać do 70 roku życia. Takie rozwiązanie powoduje, że i parlamentarny wilk jest syty, i sędziowska gąska cała.

Oznacza to, że nie tylko skrócenie kadencji I Prezes jest niekonstytucyjne. Przeniesienie w stan spoczynku urzędujących sędziów także jest niezgodne z Konstytucją. Ale widać to dopiero, gdy spojrzy się nie na jeden przepis Konstytucji, ale także na resztę Jej przepisów. Czytanie Konstytucji ma sens, gdy czyta się ją w całości, a nie wtedy, gdy czyta się jedno jej zdanie. Jak już wielokrotnie mówiłem (wybaczcie powtórki, ale prawda powtórzona tysiąc razy staje się prawdziwszą prawdą) – gdybyście czytali „Pana Tadeusza” na podstawie zdanie: „Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” wyszłoby wam, że „Pan Tadeusz” jest książką o chorych Litwinach tęskniących za ojczyzną. A nie jest, a przynajmniej jest książką o wielu innych rzeczach. Podobnie Konstytucja nie jest książką o tym, co może parlament i o tym, że nie ma żadnych reguł dla działań parlamentu. Jest książką o tym, jak ma funkcjonować państwo, w którym parlament wykonuje swoje kompetencje tak, żeby przy okazji nie naruszać praw sędziów i oczywiście vice versa.

 

Izolowane stosowanie konstytucji jest kompromitacją intelektualną i grozi upośledzeniem władzy sądzenia. Nie róbcie tego sami w domu. Nie róbcie tego nigdzie.

Uwaga, pilne! W Sądzie Najwyższym zatrudnię kogokolwiek!

Jak można było się spodziewać, większość parlamentarna właśnie pokazała Unii Europejskiej, w jak głębokim poważaniu ma jej uwagi do ustawy o Sądzie Najwyższym. Złożona do laski marszałkowskiej propozycja zmiany ustawy pozwala w trybie ekspresowym wybrać sędziów i nowego prezesa najważniejszego polskiego sądu, zanim Trybunał Sprawiedliwości mógłby wycinkę sędziów i dotychczasowej Prezes zatrzymać. Podobnie więc jak w przypadku Puszczy Białowieskiej, zamiast wstrzymania pił, mamy rozkręcenie ich na wyższe obroty i metodę faktów dokonanych. Potem się powie, że już nic nie da się zrobić.

W porównaniu z zachowaniem Polski wobec USA i Izraela w sprawie ustawy o IPN, przyspieszenie przejęcia kontroli na SN jest jasnym sygnałem: nie obchodzi nas Europa, nie szanujemy jej jako naszego najważniejszego sojusznika. Kiedy chciały tego Stany Zjednoczone, potrafiliśmy zamrozić ustawę o IPN, a potem ją zmienić w ciągu 8 godzin. W sprawie SN tak nie możemy. W ten sposób odwracamy się plecami od Unii i przymilamy się do faceta, który klepie się w Helsinkach z Putinem po plecach i zdaje się szanować go bardziej niż swój własny kraj. A my żyjemy nadzieją, że jakby co, on bardziej od Putina będzie szanował nas.

Propozycja „przyspieszającej” zmiany ustawy do SN jest desperacką próbą łapanki. Obniża wymogi dokumentacyjne dla kandydatów – teraz naprawdę wystarczy po prostu chcieć być sędzią SN i przedstawić dokument potwierdzający tę chęć. Nie trzeba przedstawiać dokumentów wspierających podanie – np. opinii innych osób o kandydacie czy dorobku naukowego. Jedziemy więc zgodnie ze starą zasadą „nie dorobek, lecz chęć szczera…”  Ale oczywiście w rozumieniu autorów ustawy jest to zmiana na lepsze.

Nowa ustawa zrezygnuje także z reliktu w postaci możliwości odwołania się do sądu w przypadku, gdy ktoś przegra konkurs na sędziego SN. Można wprawdzie się odwołać, ale i tak nic to nie da. Ten, którego na podstawie szczerej chęci wybierze KRS zostanie przedstawiony Prezydentowi, a dla przegranych przewidziana została nagroda pocieszenia: jeśli wygrają w sądzie, a więc jeśli sąd stwierdzi, że ten, który został sędzią, nie powinien był nim zostać, przegrani …. mogą wziąć udział w kolejnym konkursie. Oczywiście bez odwołania i tak by mogli wziąć w nim udział. Dobrze jednak, że za karę, że się bezczelnie odwołali od decyzji KRS, nie mają dożywotniego zakazu startowania do SN. Aha, ten, który został sędzią SN, bo miał chęć, oczywiście nawet po wyroku sądu nadal sędzią jest. Nie po to przecież złożył podanie i nie po to KRS się napracowała, żeby teraz byle sąd się temu sprzeciwiał.

A więc cyrk. Bez sensu, bez składu, byleby wybrać kogokolwiek, byleby zapchać ten sąd i mieć poczucie, że naprawiło się polskie sądownictwo. A że sąd po takim zapchaniu nie będzie działał, że zamiast profesora Katnera, wybitnego prawnika, któremu KRS właśnie nie przedłużyła zatrudnienia w SN będą tam ludzie, którzy na każde pytanie będą odpowiadać „to zależy…” i rozglądać się na boki. Kogo to obchodzi? Jak mawiał król Julian „prędko, prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.

Interpretacja konstytucji według Forresta Gumpa

Najsłynniejszą frazą Forresta Gumpa jest ta o życiu jako pudełku czekoladek – nigdy nie wiadomo, na co trafisz, bo nigdy nie wiadomo, co z tego pudełka wyciągniesz. Znany amerykański konstytucjonalista, Jack Balkin, napisał swojego czasu artykuł, zatytułowany „Konstytucja jako pudełko czekoladek”. Artykuł rozważał problem swobody interpretacyjnej prawników wobec tekstu konstytucji. Analizował, czy rzeczywiście jest tak, że prawnik może zinterpretować konstytucję na dowolny sposób, a więc czy może z niej, jak z pudełka czekoladek, wyciągnąć dowolną rzecz i nigdy nie wiadomo, co to będzie.

Jest tradycją rządów prawicowych, że o taką dowolność oskarża się sędziów. W USA rolę takiego oskarżyciela przyjęli także niektórzy sędziowie – np. Antonin Scalia, twórca metody interpretacji konstytucji, nazywanej oryginalizmem, która w założeniach miała ograniczać swobodę interpretacyjną. U nas rolę taką pełnił prof. Lech Morawski, wskazujący, że art. 2 naszej Konstytucji, wyrażający zasadę demokratycznego państwa prawnego, jest studnią bez dna, albo raczej kapeluszem magika, z którego sędziowie wyciągają ku zaskoczeniu widowni raz królika, raz twierdzenie, że lustracja jest niekonstytucyjna.

I Scalia, i Morawski, kiedy sami interpretowali konstytucję, dalecy jednak byli od propagowanej przez siebie wstrzemięźliwości interpretacyjnej. Najwyraźniej trudno jest samemu praktykować ideę, którą się wszem i wobec głosi. Co więcej, same proponowane przez nich idee pozostawiają wiele do życzenia. Oryginalizm jest sprzeczny z istotą ludzkiej komunikacji, tak jak ją obecnie rozumie filozofia języka. W pracach Morawskiego trudno znaleźć inny pomysł na ograniczenie dowolności interpretacyjnej niż konsekwentna realizacja wartości uznawanych przez samego Morawskiego za słuszne. Na Zjeździe Katedr Teorii i Filozofii Prawa w 1997 roku w Kazimierzu Dolnym prof. Morawski dał temu wyraz w dyskusji z prof. Batorem. Stwierdził wtedy, że instrumentalizacja prawa jest w porządku, kiedy służy wartościom antykomunistycznym, zła wtedy, gdy służy innym. Innymi słowy, kiedy naginasz prawo do aksjologii, którą ja akceptuję, wtedy jest ok. W innym przypadku stosujesz metodę Forresta Gumpa.

Jedynym sposobem ograniczenia samowoli interpretacyjnej prawników jest konsekwentna wykładnia systemowa, albo nawet holistyczna, którą próbowałem opisać w książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Polega ona na wykazaniu, że dane rozwiązanie interpretacyjne jest zgodne z jak największą liczbą przesłanek rozumowania prawniczego. Innymi słowy, że propozycja interpretacyjna jest zgodna z znaczeniem językowym przepisów konstytucji rozumianych jako całość, a także z celem i funkcją tych przepisów oraz ich historycznym rozumieniem.

W przeciwieństwie do takiego podejścia, prawnicy wspierający rząd od ponad dwóch lat karmią nas kłamstwem, że jedyną słuszną interpretacją jest izolowana interpretacja konstytucji. Bierzesz jeden przepis, pokazujesz, że działasz zgodnie z tym przepisem i jesteś z siebie bardzo zadowolony, choćbyś przy tym łamał wszystkie pozostałe przepisy konstytucyjne. Tak było z art. 197 Konstytucji, który był jedynym przepisem pozwalającym Parlamentowi regulować sytuację Trybunału Konstytucyjnego (przy złamaniu innych przepisów regulujących funkcjonowanie Trybunału). Tak jest teraz przy izolowanej interpretacji przepisu dającego Parlamentowi kompetencję do ustalenia wieku przejścia sędziów w stan spoczynku. Żaden inny przepis Konstytucji w tej interpretacji się nie liczy, zwłaszcza ten, który ustanawia niezależność sądów i niezawisłość sędziów jedną z podstawowych zasad konstytucyjnych. Argument, że można kompetencje Parlamentu w obu przypadkach pogodzić z całością Konstytucji, a więc że nie stoją one w żadnej sprzeczności z niezależnością sądów i trybunałów, władza puszcza mimo uszu. Jest to oczywiste – nie o stosowanie Konstytucji tu przecież chodzi, ale o jej złamanie przy zachowaniu pozorów legalności.

Żeby wyjaśnić to, w jaki sposób wykładnia izolowana zwiększa swobodę interpretacyjną prawnika, daję moim studentom takie zadanie. Proszę, żeby umieścili długopis w sali wykładowej. Decyzja, gdzie go umieszczą, musi spełniać tylko jeden wymóg – długopis musi zostać umieszczony dwa metry od lewej ściany. Potencjalnych miejsc zgodnych z tym jednym wymogiem jest bardzo dużo, bo wymóg jest tylko jeden – mogą umieścić długopis na dowolnej wysokości i w dowolnej odległości od ściany prostopadłej. Każda taka decyzja będzie prawidłowa, a więc możliwych prawidłowych rozwiązań jest bardzo dużo. Podobnie jest w przypadku wykładni izolowanej: zgodność z jednym przepisem daje sporo swobody interpretacyjnej.

Następnie zwiększam ilość wymogów: długopis musi być umieszczony dwa metry od lewej ściany i nie wyżej niż metr od podłogi. Druga współrzędna powoduje, że ilość prawidłowych rozwiązań się zmniejsza. Dodaję kolejny wymóg – nie dalej niż dwa metry od okna położonego na ścianie prostopadłej. Znowu prawidłowych rozwiązań jest mniej. Z dodaniem każdego kolejnego wymogu swoboda decyzyjna studentów się zmniejsza. Tak samo jest z wykładnią holistyczną – jeśli szukasz zgodności z wieloma przepisami naraz, twoja prawnicza wolność jest mniejsza. Idealna prawnicza interpretacja, jak wskazywał Dworkin, to taka, która szuka maksymalnej zgodności z wszystkimi możliwymi przesłankami i której nie można postawić zarzutu pominięcia żadnego z wymogów. W takiej interpretacji na każde prawnicze pytanie istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź, a prawnik nie ma żadnej wolności – po prostu ma obowiązek te odpowiedź odnaleźć.

W przeciwieństwie do wykładni holistycznej, wykładnia izolowana, którą proponuje nam rząd, drastycznie zwiększa swobodę interpretacyjną. Co więcej, jej umysłowy poziom zbliża się do poziomu sympatycznego skądinąd Forresta Gumpa. Dlatego kiedy widzę kolejnego funkcjonariusza Ministerstwa Sprawiedliwości, który wykazuje zgodność działań rządu z Konstytucją przez wykazanie zgodności z jednym przepisem, jedyna rada, jaką chcę mu dać, brzmi: „Run, Forrest, run!”