Chaos i porządek w narracji PiS

Jak wiecie od czterech lat zwalczam działania PiS atakujące sądy i konstytucję. Nie jestem politykiem, ale jako obywatel nie chcę, by przez kolejne 4 lata praworządność była niszczona jeszcze bardziej. Dlatego chcę, żeby wybory wygrała partia praworządna – wszystko mi jedno, jaka. Dlatego jeśli jako zwolennicy praworządności chcecie wygrać wybory, przeczytajcie to, co piszę poniżej.
 
W skrócie moja myśl jest taka: nie atakujcie Kościoła i tradycyjnych wartości, w tym rodziny. Atakujcie destrukcję praworządności, osłabianie Unii Europejskiej i powolne wyprowadzanie z niej Polski, oraz bezmyślne działania PiS w obliczu zbliżającej się katastrofy klimatycznej.
 
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, przeczytajcie poniższe, dłuższe wyjaśnienia.
 
………………
 
Kluczowa w komunikacji PiS z wyborcami jest para pojęć: chaos i porządek. Jest ona stosowana na wielu poziomach. 
 
PiS identyfikuje źródła powodujące chaos i brak kontroli w życiu ludzi, a następnie daje rozwiązania, które ograniczają chaos i przywracają poczucie kontroli. Przykład: brak środków do życia w wielodzietnej rodzinie (źródło chaosu i braku kontroli nad życiem) i 500+ jako rozwiązanie likwidujące chaos i przywracające poczucie kontroli nad życiem. Często politycy PiS kreują albo podkręcają chaos, aby ich wyborcy tym bardziej docenili przywrócenie porządku. Przykład: najazd uchodźców, którzy przyniosą nowe bakterie, gwałty i rozboje (strach i chaos) – niewpuszczenie uchodźców jako rozwiązanie gwarantujące porządek i poczucie kontroli.
 
Politycy PiS ciągle mówią o chaosie (gender i LGTB jako zagrożenie dla rodziny, rozkradanie państwa, rosnąca przestępczość) i ciągle kreują się na szeryfów przywracających porządek (powrót do tradycyjnych, katolickich wartości, surowe kary dla przestępców) To działa, bo ludzie postrzegają współczesny świat jako groźny i szukają kogoś, kto pomoże im nad tym światem zapanować. Kogoś, kto wprowadzi porządek i bezpieczeństwo.
 
Wielki chaos powodują szczególnie takie sytuacje, z którymi człowiek nie jest w stanie sobie psychicznie poradzić – śmierć kogoś bliskiego, katastrofa, zdrada. Takim zdarzeniem był Smoleńsk – większości ludzi trudno zmierzyć się z brutalną prawdą, że setka najważniejszych ludzi w państwie może w jednej chwili zginąć przypadkiem. Powoduje to ogromny strach przed przypadkowością świata i brutalnością losu. Każde wytłumaczenie, nawet nieracjonalne, nawet wbrew faktom, jest lepsze niż wyjaśnienie, że zadziałał ślepy i okrutny los, bo wyjaśnienie nadaje sens i porządkuje świat. Teoria zamachu wyjaśnia, że nie my jako naród jesteśmy tej śmierci winni i że nic nie dzieje się przypadkiem. A to daje spokój. Stąd prawie dziesięć lat narracji PiS sprzecznej ze zdrowym rozsądkiem, ale dającej ukojenie. Porządkującej chaos w ludzkich głowach i sercach.
 
Myśleliście, że film Sekielskich pogrąży PiS, będący w sojuszu z Kościołem? Nieprawda. Wielu ludzi nie może się wewnętrznie pogodzić z tym, że kapłan może być pedofilem. Prawda  pokazana w filmie tych ludzi wcale nie wyzwala, ale przygniata – wiemy już od czasów „Dzikiej kaczki” Ibsena, że prawda może być zbyt ciężka, by ją unieść. Prawda powoduje silny dysonans poznawczy – napięcie, które powiększa niepokój i poczucie chaosu. Oto świat się wali. W takiej sytuacji PiS mówi: to nieprawda, to złośliwy atak na Kościół. I spokój wraca – bo czasami kłamstwo jest wygodniejsze od stanięcia twarzą w twarz z prawdą.
 
Są jednak co najmniej trzy obszary, gdzie narracja PiS „ograniczam chaos, wprowadzam porządek” nie działa: praworządność, Unia Europejska i kryzys ekologiczny. W tych trzech obszarach PiS wprowadza chaos i nie ma narzędzia przywrócenia porządku. Łamie konstytucję i demontuje praworządność, popiera destrukcję Unii Europejskiej (wspierając starania Wielkiej Brytanii o brexit i osłabiając Unię) i zaprzecza kryzysowi klimatycznemu, który niepokoi ludzi, szczególnie młodych, a ponieważ zaprzecza problemowi, nie może zaproponować rozwiązania. Sieje chaos i nie daje żadnego rozwiązania przywracającego porządek.
 
Jaki z tego wniosek? W walce z PiS nie można pogłębiać chaosu w tych obszarach, w których PiS ma (bądź udaje, że ma) lekarstwo. Frontalne uderzanie w Kościół zwiększa poczucie chaosu, frontalne uderzanie w tradycyjny model rodziny zwiększa poczucie chaosu, agresja i pogarda wobec elektoratu PiS zwiększa poczucie zagrożenia, więc zwiększa poczucie chaosu. A na te chaosy PiS ma gotowe rozwiązania, dlatego zwiększanie poziomu emocji jest mu na rękę – po prostu staje się jeszcze bardziej swojemu elektoratowi potrzebny.
 
W walce z PiS o polską praworządność trzeba kłaść nacisk na te obszary, w których PiS potęguje chaos, a nie ma rozwiązania: destrukcja  praworządności, która zwiększa konflikt z Unią (a więc zwiększa chaos). Popieranie brexitu i osłabienia Unii (destrukcja porządku, a więc chaos) oraz zaprzeczanie kryzysowi ekologicznemu i bezradność wobec niego. I w tych obszarach trzeba oferować rozwiązania, które zwiększają poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad światem.
 
Dlaczego? Bo polityka to głównie emocje. Pamiętajcie o tym. Każde swoje działanie oceniajcie według trzech pytań: 1. Czy moje działanie zwiększa poczucie zagrożenia, a więc chaos? 2. Jeśli tak, kto oferuje rozwiązanie przywracające porządek – ja czy mój rywal polityczny? 3. Jeśli rozwiązanie oferuje rywal, nie podejmujcie działania zwiększającego poziom chaosu.
 
I nie martwcie się, że osłabicie mobilizację wśród swoich zwolenników przez obniżenie ich poziomu emocji. Po prostu podnoście te emocje w odpowiednich obszarach i obniżajcie w innych. 

Rocznica katastrofy i zinstytucjonalizowany nakaz pamięci

Dzisiaj rocznica katastrofy smoleńskiej – jednej z największych tragedii narodowych w historii Polski. W tym dniu, w godzinę katastrofy, o 8.41, powinny zawyć syreny, aby ją upamiętnić – nie ma co do tego żadnej wątpliwości.

Dlaczego jednak, aby tak się stało, trzeba dziecinnie instrumentalizować prawo? Poniżej pismo Wojewody Zachodniopomorskiego nakazujące przeprowadzić dzisiaj o 8.41 obowiązkowy test syren alarmowych. Ani słowa o katastrofie, ani słowa o upamiętnieniu. 

Tak obecna władza traktuje prawo – nie jako wartość samą w sobie, ale jako narzędzie manipulowania ludźmi, jako narzędzie instrumentalnego, poniżającego traktowania. Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że taka manipulacja obniża autorytet wojewody, prawa i obraża panięć o samej katastrofie? Że budzi sprzeciw i wewnętrzny odruch obrony przed manipulacją, która przecież jest rodzajem przemocy? 

Dlaczego nie możemy żyć w normalnym kraju, w którym Wojewoda prosi o upamiętnienie, a nie zmusza do tego, instrumentalnie wykorzystując prawo? W którym hołd okazywany Zmarłym jest naturalną, nie narzuconą reakcją? Takie działanie obraża pamięć o tych, którzy byli, i niszczy więzi społeczne między tymi, którzy są.

TK jako narzędzie mentalnego polexitu

Kilka uwag o dzisiejszym “wyroku” Trybunału Konstytucyjnego:
 
1. Po raz kolejny wniosek do TK był anomalią na skalę światową – od czasu przejęcia przez PiS kontroli politycznej nad TK ogromna większość wniosków do tego organu to wnioski większości rządzącej, a nie opozycji. Jest to absurdalne, ponieważ większość kwestionuje przed Trybunałem swoje własne ustawy – najpierw je więc uchwala, a potem oskarża o niekonstytucyjność. Po co to robi? Żeby otrzymać od kontrolowanego przez siebie organu potwierdzenie, że działa legalnie. To tak jakby burmistrz, który kontroluje policję w swoim mieście, donosił sam na siebie, że jechał nieprzepisowo, tylko po to, żeby zależny od niego szef policji mógł na konferencji prasowej powiedzieć całem miastu, że burmistrz jeździ przepisowo i generalnie jest wzorem kierowcy.
 
2. Ten wniosek był szczególnie kuriozalny, bo oprócz złożenia go przez parlamentarzystów PiS, złożyła go sama neoKRS – kolejny organ politycznie kontrolowany przez PiS. Zamiast więc bronić niezależności sądownictwa, neoKRS postanowiła donieść na samą siebie, aby dostać od TK glejt, że wszystko z jej powołaniem było ok. Działanie neoKRS było tak oczywistym nadużyciem prawa, że stwierdził to sam profesor-sprawozdawca (powołany na miejsce jednego z sędziów-dublerów, a więc nieuprawniony do zasiadania w składzie TK). NeoKRS pokazała tym samym, że prawo już nie znaczy prawo – prawo jest wyłącznie instrumentem ochrony własnej pozycji.
 
3. TK w nielegalnym składzie potwierdził to, czego chcieli politycy. Wybór sędziowskich członków KRS przez polityków jest dla TK całkowicie ok, mimo że jest niezgodny z polską tradycją konstytucyjną oraz zasadą podziału i równowago władz. Od 20 lat było tak, że parlament (władza ustawodawcza) miał swoich przedstawicieli w KRS i ich wybierał, Prezydent (władza wykonawcza) miał swojego przedstawiciela i go/ją wybierał, i władza sądownicza miała swoich przedstawicieli i ich wybierała. Logiczne i sprawiedliwe, prawda? Otóż według PiS i TK nie. Parlament może wybrać swoich przedstawicieli i jeszcze wybrać sędziom ich przedstawicieli, bo przecież oni sami nie potrafią. Kiedyś pisałem, że gdyby w Polsce istniała Rada Równouprawnienia Płci, złożona w połowie z kobiet i w połowie z mężczyzn, to według logiki PiS i TK byłaby wybierana w całości przez mężczyzn. Dokładnie tak – przecież skoro twierdzi się, że politycy lepiej wiedzą, kto powinien reprezentować sędziów, podobnie twierdzono by, że mężczyźni lepiej wiedzą, kto ma reprezentować kobiety. Absurd do kwadratu.
 
4. Dodatkowym absurdem dzisiejszego “wyroku” jest potwierdzenie, że jeśli ustawa zabrania komuś odwołania od szkodliwej dla niego decyzji, to taka sytuacja jest jak najbardziej zgodna z Konstytucją. Decyzja taka to wstyd na cały cywilizowany świat: nie ma większego zaprzeczenia świętej dla prawa w Polsce, w Europie i na świecie zasadzie PRAWA DO SĄDU. Dzisiejsza absurdalna decyzja jest ewenementem, za który będziemy się jeszcze długo wstydzić. Ale w sensie politycznym nie jest zaskoczeniem. Była ona potrzebna PiS, żeby sabotować sprawę Polski przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. Na tle przepisu, który nie pozwalał kandydatom na sędziów do SN odwołać się od negatywnej decyzji neoKRS, złożono pytania prejudycjalne do Trybunału w Luksemburgu. Skoro TK potwierdził, że ten przepis jest ok, będzie można wykorzystać ten argument do walki polskości z europejskością, do urojonej walki naszej Konstytucji z prawem unijnym itd. Oznacza to, że PiS nie tylko wykorzystuje Trybunał Konstytucyjny jako narzędzie walki politycznej w kraju, ale także jako narzędzie walki z Unią Europejską. PiS najwyraźniej uważa, że triki w postaci napakowania  Trybunału swoimi sędziami, a następnie wykorzystania tych sędziów do wydania antyeuropejskich “wyroków”, wzmocnią naszą pozycję w Europie. Tymczasem działania takie przypominają strzelanie z procy w okno sąsiada. Głupie, szkodliwe, dziecinne i do tego nielegalne. 
 
Działanie PiS wespół z TK jest szkodliwe dla Polski, bo jest szkodliwe dla pozycji Polski w Europie. Spowoduje ono dalsze osłabienie naszej pozycji w Unii Europejskiej, zagrozi sprawie funduszy europejskich, które Polska mogłaby otrzymać.  Tym samym w dalekiej perspektywie zniechęci Polaków do Unii Europejskiej, bo umożliwi ulubioną narrację eurosceptyków “po co nam Unia, skoro nic z tego nie mamy”. Oczywiście ci sami eurosceptycy przemilczą, że mamy z Unii coraz mniej, bo sami swoim głupim zachowaniem to spowodowaliśmy. Taki proces nazywam mentalnym polexitem – długofalowym zniechęcaniem Polaków do Unii Europejskiej. Poświęcamy naszą pozycję w Unii dla obrony stołków kilkunastu osób w neoKRS i dla marzeń wąskiej grupy ludzi o władzy absolutnej. Nie ma w tym działania ani kawałka dobra dla Polski i Polaków.
 

Rząd szykuje nam kolejny spór z Unią Europejską – tym razem o KRS

Trybunał Konstytucyjny „przypadkowo” wyznaczył termin rozprawy w sprawie konstytucyjności powołania neoKRS na kilka dni przed spodziewanym wyrokiem TSUE, który także może dotyczyć tej kwestii. Dlaczego?

Sprawa wydaje się jasna. Jeśli TK stwierdzi, że powołanie neoKRS było prawidłowe, a TSUE powie, że nie, polski rząd zyska argument, żeby z wyrokiem TSUE się nie zgodzić. W efekcie będziemy mieć kolejny konflikt z Unią Europejską. Oczywiście będzie on okraszony sosem suwerenności, wstawania z kolan i dumy narodowej. W rzeczywistości będzie oznaczał, że dla obrony kilkunastu stołków obsadzonych w KRS decyzją polityczną po raz kolejny nasz rząd jest gotów poświęcić dobre relacje Polski z Unią Europejską.

Przypomnijmy, że większość polskich sędziów nie uważa neoKRS za podmiot ich reprezentujący i realizujący swój konstytucyjny cel, jakim jest ochrona niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Z całą pewnością więc ochrona składu osobowego neoKRS nie jest podyktowana zapewnieniu temu organowi możliwości pełnienia jego funkcji. Chodzi o zachowanie politycznej kontroli nad powoływaniem sędziów. Dla tego politycznego celu próbuje się wykorzystać Trybunał Konstytucyjny jako taran do uderzenia w Trybunał Sprawiedliwości UE i rozpętać kolejny spór, dzięki któremu będzie można pokazać polskiemu społeczeństwu, jaka ta Unia okropna.

Apeluję z całego serca do sędziów TK, żeby nie dali się wykorzystywać politykom jak marionetki. Prawdziwych sędziów stać na wyrok zgodny i z Konstytucją, i z wartościami unijnymi – pomiędzy nimi nie ma przecież sprzeczności. Stać ich na wyrok zgodny nie z doraźnym interesem grupy polityków, ale z polskim interesem narodowym, który może realizowany jedynie w ramach współpracy z Unią Europejską. Bardzo chciałbym, żeby ten wyrok był dowodem na to, że Trybunałem Konstytucyjnym nie powinno się pomiatać, składając doń absurdalne wnioski (takim wnioskiem jest kwestionowanie konstytucyjności po to, żeby ją potwierdzić) i wykorzystując go jako polityczne narzędzie w walce o wąski partyjny interes.

Tajne państwo z kartonu

Na całym świecie prawicowi politycy i ich wyborcy uwielbiają fantazjować na temat istnienia „deep state” – tajnego układu personalnego, który, niewidoczny dla zwykłego śmiertelnika, steruje rzeczywistością polityczną i biznesową danego państwa. Deep state to prawdziwa, głęboka struktura władzy, która ludzi formalnie ją sprawujących, prezydentów i premierów, traktuje jak marionetki, ponieważ nimi steruje, a jeśli próbują wybić się na niepodległość, usuwa ze stanowiska. Jednym z największych orędowników istnienia takiego równoległego układu władzy jest Donald Trump. Próbuje on przekonać Amerykanów, że ten układ chce pozbawić go władzy, ponieważ ma on odwagę robić rzeczy zagrażające establishmentowi.

Również w Polsce od wielu lat słyszymy o istnieniu „układu”. Termin ten został spopularyzowany przez J. Kaczyńskiego w latach 2005-2007 i – podobnie jak idea deep state – był teorią spiskową, zgodnie z którą o losach Polski decyduje towarzyski układ złożony z ludzi biznesu i służb specjalnych, dla którego oficjalna struktura władzy jest tylko przykrywką. Teoria „układu” robi wśród wyborców prawicowych furorę, ponieważ jest psychologicznie zgodna z ich osobowościowym profilem, opartym na głębokiej nieufności do świata i stanowi wygodny mechanizm likwidowania dysonansu poznawczego. Czyż jest bowiem bardziej przekonujące wytłumaczenie każdej porażki, osobistej czy politycznej niż zwalenie winy na „układ”? Nie dość, że wytłumaczenie takie usprawiedliwia każde niepowodzenie, to jeszcze świadczy o przenikliwości człowieka, który je formułuje – jest więc idealne.

Przekonanie o istnieniu układu jest w rzeczywistości dowodem niedojrzałości tych, którzy je głoszą. Jak każda teoria spiskowa, zakłada, że rzeczywistość jest na tyle prosta, że ktoś może nią skutecznie sterować, pociągając za wszystkie sznurki i dodatkowo utrzymać to w całkowitej tajemnicy przed społeczeństwem. To mityczne przekonanie o istnieniu wszechmogącego, wieloosobowego i nieujawniającego się demiurga nie jest dowodem przenikliwości, ale dziecinadą. Jest dowodem braku świadomości, jak złożona jest rzeczywistość, jak różnorodne motywacje mają ludzie, którzy musieliby w idealnej zgodzie współpracować przez lata, aby taką ukrytą strukturę stworzyć i nią zarządzać. Teza o istnieniu tajnego państwa więcej mówi zatem o osobie, która ją głosi niż o rzeczywistości.

Myślenie „układowe” jest mimo to myślą przewodnią narracji prowadzonej przez polską prawicę. Ustalenia Okrągłego Stołu nie były instytucjonalną umową społeczną, która pozwoliła Polakom bez rewolucji przejść od totalitaryzmu do demokracji. Była tajnym układem komunistów i „agentów” – jak, obrażając pamięć wielu porządnych i zasłużonych dla Rzeczypospolitej ludzi – powiedział ostatnio A. Zybertowicz. Konstytucja z 1997 roku, w szczególności zawarta w niej zasada demokratycznego państwa prawnego, nie jest godną szacunku podstawą działań instytucji państwowych, ale – jak zwykł mawiać L. Morawski – trikiem chroniącym interesy postkomunistów. Wyprowadzana z zasady demokratycznego państwa prawnego zasada ochrony praw nabytych rzekomo chroniła w latach 90 status quo wytworzone na skutek rozkradzenia publicznego majątku. Instytucje takie, jak Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, także nie są w rozumieniu zwolenników teorii układu tym, czym są. W 2006 roku Trybunał, a w 2016 roku Sąd Najwyższy zostały przecież oskarżone przez PiS o realizację ukrytych interesów postkomunistycznego układu. Oskarżenie o układ jest myślą przewodnią polityki PiS – nic nie jest takie, jakie się wydaje, oficjalny wymiar instytucji to zasłona dymna dla prawdziwej gry interesów, ten, kto wierzy w instytucje jest co najwyżej pożytecznym idiotą. „Prawdziwie” mądrzy ludzie wiedzą, że instytucje to tylko gra pozorów.

Fantasmagoria, że poza oficjalnymi instytucjami istnieje grupa ludzi trzymających prawdziwą władzę, ma poważne skutki dla myślenia o państwie rzeczywistym: prowadzi do lekceważenia oficjalnych instytucji państwa. Nie ma się przecież prawdziwej władzy wtedy, kiedy ma się oficjalną władzę instytucjonalną. Instytucje są tylko przykrywką dla prawdziwej władzy, są i narzędziami, i przedmiotami manipulacji, więc nie trzeba się nimi przejmować. Orędownicy istnienia układu wyznają zatem zasadę, że z tajnym układem władzy można walczyć tylko jego własną bronią: grą pozorów. Skoro prawdziwa władza to niewidoczny dla gołego oka układ, aby ją mieć, trzeba podobny układ stworzyć.

Tę ryzykowną tezę zdają się potwierdzać działania PiS. Od 2015 roku partia obsadza stanowiska instytucjonalne ludźmi, którzy nie mają sprawować realnej, instytucjonalnej władzy. W opinii publicznej, zilustrowanej doskonale scenami z „Ucha Prezesa”, Prezydent RP jest w swoich decyzjach całkowicie uzależniony politycznie od woli J. Kaczyńskiego i z tego powodu lekceważony. Premierzy rządu RP – B. Szydło i M. Morawiecki – są także postrzegani jako osoby eufemistycznie mówiąc nie w pełni decyzyjne. „Ucho Prezesa” w podobny sposób ukazuje J. Przyłębską, osobę sprawującą funkcję jego Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W jednym z odcinków ubrana w sędziowską togę aktorka uderzająco podobna do Przyłębskiej dziwi się sytuacji, w której miałaby podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję. Taki jest odbiór społeczny relacji między osobami pełniącymi władzę instytucjonalną a J. Kaczyńskim. Zgodnie z tym odbiorem, ten ostatni – nie pełniąc żadnej funkcji władczej – kieruje działaniami oficjalnych polskich instytucji z tylnego siedzenia.

Opublikowane przez Gazetę Wyborczą taśmy pokazują, że dokładnie taki sam system sprawowania władzy J. Kaczyński stosuje w biznesie. Nie pełni on żadnej oficjalnej funkcji w spółce „Srebrna”. Jest tylko członkiem Rady Programowej właściciela „Srebrnej”: Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Nie ma zatem prawa nawet reprezentować tego Instytutu, a tylko go nadzorować, nie mówiąc już o reprezentowaniu samej spółki, a jednak prowadzi w jej imieniu negocjacje. Podobnie jak w polityce, w biznesie Prezes Kaczyński preferuje zatem układ dwupoziomowy – oficjalne instytucje, takie jak zarządy spółek, stanowią tylko pierwszy, pozorny element całej układanki. Ważniejszy jest drugi, realny poziom władzy, sprawowany przez Kaczyńskiego. Na tym poziomie może on mówić „ta praca była wykonana dla nas”, mając na myśli pracę oficjalnie wykonaną dla podmiotów występujących na pierwszym poziomie.

Lekceważenie oficjalnych instytucji, zarówno na poziomie politycznym, jak i na poziomie biznesowym, prowadzi do opłakanych skutków. Zamiast przejrzystych relacji instytucjonalnych buduje się nietransparentne relacje osobiste. Zamiast uniwersalnych i obiektywnych reguł promuje się partykularne interesy i subiektywnych ludzi. Tym samym zawraca się z drogi, którą już dawno obrała cywilizacja zachodnia, która nie na ludziach, ale na instytucjach rozumianych jako zbiory przejrzystych reguł buduje państwa. Chodzi w tym przypadku nie tylko o instytucje rozumiane jako organizacje (np. banki czy spółki), ale także instytucje jako wytwory konwencjonalne i kulturowe. Do tych ostatnich należą między innymi instytucja pieniądza czy instytucja umowy.

Instytucje są narzędziem przezwyciężania ludzkich wad i ograniczeń. Spółkę wymyślono dlatego, że prowadzenie biznesu przez konkretnego człowieka może trwać tylko tak długo, jak długo trwa jego życie. Instytucja spółki pozwala przezwyciężyć to ograniczenie. Spółka istnieje dłużej niż żyje człowiek, umowa trwa dłużej niż wypowiedziane słowo, prawo obowiązuje dłużej niż pojedynczy rozkaz. Jako człowiek decyduję według mojego interesu, jako przedstawiciel instytucji decyduję w interesie instytucji – czasami wbrew mojemu interesowi. Instytucje są więc bezosobowe i ponadludzkie, są oparte na niezależnych regułach, których pojedynczy człowiek nie może według swej woli zmienić.

Lekceważenie instytucji jest dla nich zabójcze, bo instytucje są faktami społecznymi opartymi na zaufaniu – istnieją tylko dlatego, że w ich działanie wierzymy i je respektujemy. Instytucja pieniądza ma sens tylko wtedy, kiedy ludzie ufają, że za bezwartościowy materialnie kawałek papieru, wydany przez bank centralny, będą mogli nabywać konkretne rzeczy mające wartość materialną. Kiedy to zaufanie upada, upada instytucja – doświadczamy tego zjawiska w krajach, które przechodzą głęboki kryzys ekonomiczny. W takich krajach oficjalną walutę zastępuje często inna forma pieniądza, taka, której ludzie ufają. To potwierdza, że instytucje istnieją tylko wtedy, kiedy ludzie je szanują.

Ktoś, kto nie ufa instytucjom, lekceważy je czy nimi pogardza, musi działać poza regułami te instytucje tworzącymi – musi działać bez żadnego trybu. PiS nie ufa instytucjom, bo ufa tylko ludziom, i to swoim ludziom. Tworzy porządek ponad i poza porządkiem instytucjonalnym. Niby funkcjonują niezależny Trybunał Konstytucyjny i służąca interesowi publicznemu prokuratura. Ale jednocześnie politycy tajnie spotykają się z sędziami w siedzibie TK w czasie, gdy ten rozpatruje ważne dla nich sprawy, a prezes Kaczyński odwiedza Prokuratora Generalnego, gdy podległa mu prokuratura prowadzi dotyczącą Prezesa osobiście sprawę.  Instytucje nie mają więc znaczenia, a ich rozmontowanie daje konkretnym ludziom nieograniczoną wolność w działaniu. Zawsze można zmienić zdanie, zawsze można pogadać z człowiekiem, zawsze można nagiąć regułę. Takie działanie jest oszustwem: korzystam z mocy instytucji, kiedy jest to dla mnie wygodne, jestem natomiast pozbawiony ograniczeń, kiedy mnie krępują, bo mogę to skrępowanie zlekceważyć.

Taka pogarda dla instytucji jest w rzeczywistości pogardą dla społeczeństwa. Jest pogardą dla jego zdolności do samodzielnego decydowania o sobie, dla decydowania ludzi o sobie samych. Zawarta umowa czy uchwalone prawo jest w normalnym państwie podstawą dla zaufania. Poważne traktowanie instytucji pozwala na sterowanie naszym życiem, planowanie i realizację planów. Tworzenie poza instytucjami drugiego układu decyzyjnego jest manipulacją, a manipulacja jest przemocą. Jest także wyrazem jakiejś głębokiej skazy na psychice tego, który manipuluje: wyrazem przekonania, że ktoś chce manipulować nim. Manipulujący sam musi więc manipulować, zacierać ślady i mylić trop. Nikt nie może wiedzieć, do czego dąży. Jeśli nikt nie będzie wiedział, nikt nie zdoła go oszukać.

Zaklęte koło manipulacji i nieprzejrzystości prowadzi prędzej czy później do katastrofy. Ludzie, którym, jak się zdawało, można było ufać, wyłamują się z układu, czyli, w rozumieniu jego twórcy, zdradzają, na przykład przez nagrywanie rozmów i przekazanie ich prasie. Pozostaje wtedy niedowierzanie, że społeczeństwo, które dowiaduje się o tym drugim poziomie spraw, uznają go za niedopuszczalny i stawia oskarżenia.

Sprawa taśm spowodowała co najmniej kilka doniesień do prokuratury. Wszystkie zarzuty stawiane w tych doniesieniach, nie przesądzając ich zasadności, oparte są na nietransparencji i wykorzystywaniu instytucji do własnych, ukrytych celów. Oskarżenie o oszustwo, sformułowane przez pełnomocników Birgfellnera, jest oparte na twierdzeniu, że J. Kaczyński wykorzystał zaufanie osobiste i relację rodzinną z ich klientem, zachęcając go do pracy dla spółki „Srebrna”, a jednocześnie – ponieważ działał poza oficjalnymi instytucjonalnymi regułami (nie reprezentował oficjalnie spółki) – mógł się następnie z relacji biznesowej w dogodnym dla siebie momencie wycofać. Nie mógłby tego zrobić, gdyby działał oficjalnie i zawarł normalną, przewidzianą przez instytucje prawa cywilnego umowę.

Drugie oskarżenie, sformułowane przez posłów PO, także jest związane z manipulowaniem oficjalnymi instytucjami. Zarzut oszustwa sądowego zarzut wprowadzenia w błąd sądu, aby ten dokonał rozstrzygnięcia, w efekcie którego jakiś podmiot (w tym przypadku spółka „Srebrna”) poniesie szkodę, rozporządzając w wyniku zmanipulowanej decyzji sądu swoim majątkiem. To rozporządzenie miałoby polegać na zapłaceniu długu, którego normalne zapłacenie byłoby wyprowadzeniem pieniędzy ze spółki, a więc, zgodnie ze słowami samego J. Kaczyńskiego – powszechnym w Polsce przestępstwem. Wprowadzeniem w błąd sądu miałoby być natomiast sformułowana przez Kaczyńskiego propozycja skierowania sprawy płatności za prace Birgfellnera na drogę sądową, mimo nieistnienia rzeczywistego sporu (Kaczyński mówi przecież, że wykonanych prac nie kwestionuje).

Trzecie doniesienie do prokuratury jest oparte na podejrzeniu przestępstwa płatnej protekcji. Złożył je Ryszard Petru, który twierdzi, że działania J. Kaczyńskiego były – jak czytamy w odpowiednim artykule kodeksu karnego – powoływaniem się na wpływy w instytucji państwowej bądź wywołaniem lub utwierdzeniem w przekonaniu o istnieniu takich wpływów, oraz podjęciu się pośrednictwa w załatwieniu sprawy w zamian za korzyść finansową lub osobistą. Słowa klucze w opisie zarzucanego przestępstwa są następujące: instytucje, wpływy, załatwienie, korzyść. A więc znów podejrzenie o manipulację instytucjami państwa (być może sądami albo władzą samorządową po wybranych wyborach w Warszawie), dzięki posiadaniu wpływów (tajne państwo) w celu osiągnięcia korzyści finansowej (przychody z najmu wież) bądź osobistej (upamiętnienie brata).

Podkreślmy jeszcze raz – nie rozstrzygamy, czy powyższe zarzuty są zasadne, bo od tego są takie instytucje, jak prokuratura i sądy, które będą w tej sprawie, miejmy nadzieję, działać oficjalnie i bezstronnie. Pokazujemy jedynie, że wszystkie te oskarżenia wynikają z lekceważenia instytucji i będącej skutkiem tego lekceważenia ogromnej nietransparencji w działaniach J. Kaczyńskiego.

Doświadczenie ostatnich trzech lat oraz nagrania opublikowane przez Gazetę Wyborczą paradoksalnie pokazują, że człowiek najbardziej przekonany o istnieniu drugiego dna w polityce i biznesie okazuje się głównym twórcą tego drugiego dna w swojej aktywności. Ten, który ściga tajny układ, w którym pod płaszczykiem oficjalności załatwia się prawdziwe polityczne i biznesowe interesy, sam w takim dwupoziomowym układzie działa, i to zarówno w polityce, jak i w biznesie. Prezes Kaczyński, od zawsze oskarżający kogoś innego o sprawowanie tajnej kontroli nad działaniami innych osób, sam taką kontrolę sprawuje. Prawdopodobnie ktoś, kto uznaje za prawdziwą władzę jedynie władzę ukrytą, niewidoczną dla ludzkiego oka, sam takiej prawdziwej władzy zapragnął.

W działaniach rzekomo wszechmocnego układu, trzęsącego polską polityką, widać jednak zadziwiająco dużo amatorszczyzny. Państwo na tym drugim, głębszym poziomie, nie potrafi zadbać o swoją tajność – rozmowy i negocjacje, które nigdy nie miały ujrzeć dziennego światła, zostają kilkanaście razy nagrane, a następnie udostępnione opinii publicznej. Czy demiurg, który nie potrafi zabezpieczyć się przed tak prostym zagrożeniem, jest w stanie rządzić światem? Potwierdza się teza, że istnienie tajnego układu jest niemożliwe. Zbyt dużo elementów i zbyt wiele osób trzeba by kontrolować, aby taki układ działał. Tajne, ukryte państwo okazuje więc państwem teoretycznym, żeby nie powiedzieć – państwem z kartonu. Jedyny realny wpływ przekonania o jego istnieniu na naszą rzeczywistość to upadek oficjalnych instytucji i ogromna nieprzejrzystość w życiu publicznym, które cofają nas w budowaniu prawdziwego państwa o kilkanaście lat.

Skrócona wersja niniejszego tekstu ukazała się w ostatnim numerze “Tygodnika Powszechnego”

Jak mądrze stosować prawo? 10 rad wynikających z “Imperium tekstu”

“Imperium tekstu” jest książką przedstawiającą teorię interpretacji i stosowania prawa. Teoria jednak musi mieć przełożenie praktyczne – niektórzy uważają nawet, że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Dlatego w zakończeniu mojej najnowszej książki sformułowałem dziesięć rad dla interpretujących i stosujących prawo. Rady te wynikają wprost z koncepcji wyrafinowanego tekstualizmu, którą przedstawiam w “Imperium tekstu’. Oto one:

Teza 1 – Myśl kategoriami świata postulowanego przez tekst, nie kategoriami tekstu

Prawo nie jest jedynie tekstem czy zbiorem norm, ale jest całościową, racjonalną wizją świata. Wizja ta została zaplanowana przez prawodawcę, a zadaniem prawnika jest ją zrealizować. Stosowanie przepisu może wydawać się łatwe, wzięcie odpowiedzialności za kształt świata, który powstaje w wyniku zastosowania tego przepisu, jest trudne. To ostatnie jest jednak obowiązkiem prawników, bo każde zastosowanie tekstu zmienia czyjeś życie i czyjś świat.

Teza 2 – Wdrażaj w życie nie tylko proste reguły, ale także fundamentalne zasady prawa

Efekty stosowania przepisów niższego rzędu muszą być zawsze oceniane pod względem ich zgodności z zasadami konstytucyjnymi oraz zasadami prawa międzynarodowego. Prawnik ma obowiązek tak wykładać i stosować przepisy niższego rzędu, aby ich rzeczywiste konsekwencje nie urągały zasadom prawa, w szczególności takim, jak zasada proporcjonalności, zasada sprawiedliwości społecznej i ochrona godności człowieka. Tylko wtedy bowiem wiernie realizuje wizję świata zaplanowaną przez prawodawcę i współtworzy świat, w którym warto żyć.

Teza 3 – Nie wyrywaj przepisów z kontekstu – izolowana wykładnia prawa jest poważnym błędem. 

Prawo jest całościową wizją przyszłego świata, więc prawnik ma obowiązek wykładać prawo całościowo. Izolowana wykładnia językowa pojedynczych przepisów, bez uwzględnienia wykładni systemowej, bez uwzględnienia celu i funkcji stosowanego prawa, jest wykładnią błędną. Obowiązkiem prawnika jest realizacja całego świata postulowanego przez prawo, a nie realizacja pojedynczego przepisu.

Teza 4 – Znaczenia słów szukaj w praktyce językowej, nie w słowniku.

Wykładnia językowa nie jest wykładnią słownikową, polegającą na odczytaniu definicji danego terminu. Wykładnia językowa polega na zbadaniu historii użycia danego wyrażenia w języku powszechnym i specjalistycznym, ustaleniu stanu rzeczy, do którego w przeszłości wyrażenie to się odnosiło (ustalenie kontekstu), oraz upewnieniu się, że w tym samym kontekście dane wyrażenie zostało użyte w interpretowanym przepisie prawnym. Wreszcie, stan faktyczny, do którego stosuje się tak zinterpretowane wyrażenie, musi być stanem rzeczy relewantnie podobnym do stanów rzeczy, do których interpretowane wyrażenie odnosiło się w przeszłości. Wykładnia językowa jest badaniem tradycji użycia słów przez dana społeczność, nie badaniem definicji słownikowej. Tylko wtedy zbliża język prawny do języka, którym posługują się ludzie będący adresatami prawa i nie zaskakuje ich.

Teza 5 – Szukaj całościowego celu prawa

Prawo nie bez przyczyny jest systemem – postuluje bowiem systemową wizję świata. Usuwanie sprzeczności w wykładaniu prawa jest uzasadnione koniecznością realizacji spójnej wizji rzeczywistości, w której jako społeczeństwo chcemy żyć. Jeśli prawo jest złej jakości, nie jest to twoją winą. Ale twoją odpowiedzialnością jest stosować je w spójny i racjonalny sposób, realizując wartości konstytucyjne i wartości prawa ponadnarodowego. To one definiują ostateczny cel prawa – rzeczywistość sprawiedliwą, praworządną, w której prawa i wolności człowieka są skutecznie chronione.

Teza 6 – Uzupełniaj luki w prawie, ale rób to mądrze

Prawnik ma obowiązek uzupełniać luki w prawie, bo w przeciwnym razie wizja świata postulowana przez tekst prawny nie będzie całościowa. Uzupełnienia luk w prawie nie jest prawotwórstwem, ale wyrazem wierności prawodawcy.  Musi być jednak dokonywane ze szczególną dbałością o to, by uzupełnienie było spójne z innymi elementami tekstu prawnego. Uzupełnienie luki, które nie daje się pogodzić z innymi wymogami stawianymi przez tekst prawny, w szczególności z wymogami konstytucyjnymi, jest poważnym nadużyciem.

Teza 7 – Masz prawny obowiązek stosować Konstytucję i prawo międzynarodowe

Bezpośrednie stosowanie konstytucji i prawa międzynarodowego nie może być w pracy prawnika sytuacją wyjątkową. Masz obowiązek stosować zasady konstytucyjne oraz zasady prawa ponadnarodowego, w szczególności wspólnotowego, przy rozstrzyganiu konkretnych spraw. Rozstrzygnięcie zgodne z ustawą, ale którego konsekwencje nie dają się pogodzić z konstytucją i prawem ponadnarodowym, jest złym rozstrzygnięciem.

Teza 8 – Wykładaj prawo dynamicznie

Wyrażenia języka prawnego są w ciągłym użyciu. Każde użycie, każde zakwalifikowanie rzeczywistości jako podpadającej pod dane wyrażenie, a w szczególności obserwacja skutków takiego zakwalifikowania, pozwala nam lepiej zrozumieć znaczenie tego wyrażenia. Nazywanie świata jest ciągłą nauką i procesem pogłębionego rozumienia sensu naszych pojęć. Dlatego im dłużej posługujemy się danym wyrażeniem, tym lepiej je rozumiemy. Z tego powodu wyrażeniom języka prawnego, które stosujemy tu i teraz, należy nadawać znaczenie współczesne, nawet wtedy, kiedy interpretowany akt prawny został uchwalony dawno temu. Tylko wtedy stosujemy prawo według naszej najlepszej wiedzy o świecie i języku, który ten świat próbuje opisać.

Teza 9 – Opieraj swoją decyzję na wielu przesłankach interpretacyjnych

Formalizm prawniczy postuluje zredukowanie do minimum liczby przesłanek interpretacyjnych, na których opiera się prawnik. Tymczasem decyzja interpretacyjna powinna być oparta na maksymalnie szerokiej bazie argumentacyjnej. Nie opieraj zatem swojej decyzji jedynie na literalnie rozumianym przepisie czy też na jakiejkolwiek innej, wyizolowanej przesłance (np. na jednym elemencie historii legislacyjnej, na wyjątkowym orzeczeniu czy odizolowanym poglądzie doktryny). Idealna interpretacja to taka, w efekcie której twoje rozumienie przepisu okazuje się zgodne z jego celem, z funkcją realizowaną przez daną grupę przepisów i gałąź prawa, ze stanowiskami prezentowanymi we wcześniejszych orzeczeniach polskich i zagranicznych, a także taka, która nie wchodzi w konflikt z ustalonymi poglądami doktryny krajowej i zagranicznej. 

Teza 10 – Paremia „Dura lex sed lex” to często usprawiedliwienie błędnej wykładni prawa

Kiedy po dokonaniu wykładni przychodzi ci na myśl paremia „Dura lex sed lex”, zastanów się dwa razy, zanim uznasz, że wynik twojej wykładni jest prawidłowy.  Bardzo często zaskakujący czy trudny do zaakceptowania wynik wykładni prawa wynika z faktu, że została ona źle przeprowadzona. Prawo postuluje racjonalną wizję świata, więc nieracjonalny, zaskakujący wynik wykładni może być symptomem nieuwzględnienia w procesie wykładni celu prawa bądź zasady konstytucyjnej (zasady prawa ponadnarodowego). Oczywiście, czasami „twardy” wynik wykładni jest w pełni racjonalny. Ale tylko czasami.

Niewątpliwie wszystkie powyższe tezy mają jeden wspólny mianownik – interpretacja i stosowanie prawa wymaga całościowego myślenia o świecie, który za pomocą prawa jest w naszej rzeczywistości realizowany. Wymóg ten wynika z podstawowej tezy niniejszej książki: poprzez prawo kreujemy przyszły świat, w którym będziemy żyć. W świetle tej tezy decyzja sędziego czy urzędnika nie jest kawałkiem papieru, dotyczącym jakiejś szczegółowej kwestii, ale decyzją o fragmencie przyszłości adresata i fragmencie przyszłości społeczeństwa, którego ten adresat jest częścią. Brak takiej świadomości prowadzi do rozchwiania wspólnych celów, powoduje chaos, a przez to stanowi zaprzeczenie prawa rozumianego jako wspólny plan świata, w którym funkcjonujemy.

Na śmierć Pawła Adamowicza

Prezydenta Adamowicza spotkałem osobiście raz w życiu. Rozmawialiśmy w Europejskim Centrum Solidarności dwa lata temu. To zbyt mało, by mieć tytuł do wspominania Go, ale wystarczająco dużo, aby Jego śmierć nie była czymś dalekim i abstrakcyjnym. Prawdą jest, że spotkany choć raz człowiek pozostawia w naszym życiu cząstkę siebie – i gdy umiera, umiera wraz z nim ta cząstka, uwypukla się ta chwila jedynego spotkania. Taka śmierć nie jest już obcą śmiercią.

 
Nie ma co dużo pisać. Rozpada nam się państwo i rozpada nam się społeczeństwo. Obraz tego państwa i społeczeństwa każdy może sobie pooglądać w filmikach pani Pieli, które z lubością nadaje państwowa telewizja: ludzie z powykrzywianymi twarzami, wylewająca się z ekranu brzydota, prostactwo, oszustwo, zachłanność. Oto Polska właśnie według miłościwie nam panujących. A ja nie chcę takiej Polski.
 
Chcę na prezydenta Rzeczypospolitej człowieka, który potrafi się uśmiechać szczerze, jak Paweł Adamowicz. Chcę na premiera  mojego kraju człowieka, który wznosi się na szczyty człowieczeństwa i w odruchu najgłębszego ludzkiego współczucia odwiedza matkę zabójcy. Chcę Polski, która choć raz w roku bije jednym, świątecznym sercem, która jest cała jak Gdańsk – odważna jak Westerplatte, solidarna jak Stocznia, potężna jak dźwięk niesiony przez  organy w Oliwie i otwarta na świat jak Zatoka Pucka.
 
I nie chcę obojętności. Nie chcę, żebyście mówili poważnym głosem „Straszna tragedia!”, a potem zasiadali z popcornem przed telewizją albo Twitterem, żeby oglądać z sadystyczną przyjemnością, jak Pawłowicz obrzuca obelgami kolejną osobę, czując, że jesteście przecież od niej lepsi. Dopóki pozwalamy rzeczom się dziać wokół nas i dobrze nam w roli widzów, dopóty będzie tak, jak było. Brzydko i prostacko, jak w filmach Pieli, zawistnie i chamsko jak w postach Matki Kurki. Brudno, ciemno i duszno. Aż znowu obudzi nas jakaś tragedia i znowu tylko na moment.
 
Jeśli jest jakaś nadzieja w czyjejkolwiek śmierci, to jest to nadzieja, że po niej już nigdy nic nie będzie takie samo. I niech nie będzie. Stać nas na więcej, stać nas na Polskę, która jest jak Gdańsk z ostatnich słów Pawła Adamowicza: jest szczodra, dzieli się dobrem, chce być krajem solidarności. Polskę, która jest najcudowniejszym miejscem na świecie. Miejscem, za które wzajemnie moglibyśmy sobie dziękować. 
 

 

 
 

Ziobro kontra Matczak – pełen kontekst

W związku z publiczną informacją dotyczącą woli wszczęcia przez Ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę postępowania dyscyplinarnego wobec mnie, chciałbym przedstawić moje stanowisko w tej sprawie. Stanowisko to składa się z trzech wstępnych tez oraz załączonych wyjaśnień, które w związku ze sprawą złożyłem około dwóch miesięcy temu na ręce Rzecznika Dyscyplinarnego Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie. Mam nadzieję, że przedstawione wyjaśnienia pozwolą sobie czytelnikowi wyrobić samodzielne zdanie na temat powstałej sytuacji.

Po pierwsze, chcę oświadczyć, że nie kwestionuję prawa Ministra Ziobry do żądania wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec mnie. Jest to normalna procedura, w której Minister ma prawo kwestionować moje działanie, a ja mam prawo się bronić. Kwestionuję jednak wybiórczość działań Ministra. Nie rozumiem, dlaczego ktoś, kto często mówi, że wszyscy są równi wobec prawa, nie wszczyna podobnego postępowania wobec mec. Tomczyńskiego, który na Twitterze wulgarnie zwracał się do mieszkańców Warszawy, oczekując od nich poparcia w wyborach Patryka Jakiego. Dlaczego ktoś, kto mówi, że prawo jest takie samo dla wszystkich, nie rozpoczyna procedury dyscyplinarnej wobec prof. Jana Majchrowskiego, który ze względu na osobisty konflikt z prof. Sadurskim oficjalnie zabronił realizować studentowi wybrany przez niego program studiów, przez co naraził go na trudności w zaliczeniu roku. Minister nie tylko wobec tych osób nie podejmuje jakichkolwiek działań, ale są one usadawiane w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i czynione jej prezesami. Jaki jest powód tej wybiórczości w stosowaniu prawa, które jest podobno takie samo dla wszystkich? Według mnie odpowiedź jest prosta – jeśli ktoś popiera rząd Prawa i Sprawiedliwości, może pisać i mówić wszystko. Może nawet, jak mec. Tomczyński, oficjalnie chwalić polityczne przemówienia premiera Morawieckiego już po uzyskaniu nominacji do SN, i nie jest to naruszenie zasady apolityczności sędziego. Co innego, gdyby Tomczyński założył koszulkę z napisem „Konstytucja”. Wtedy biada mu, ponieważ oznaczałoby to, że krytykuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. Zasada jest więc prosta – pełna tolerancja dla Pana zwolenników, pełna surowość dla krytyków. Problem z tym, że to nie ma nic wspólnego z równością wobec prawa, o której tak często Pan mówi.

Po drugie, zastanawiam się, czy Pan Minister zamierza podjąć jakieś kroki wobec Piotra Wielguckiego, do którego kierowałem mój wpis. Wielgucki jest osobą, która z niewyobrażalnie wulgarnego atakowania ludzi uczynił swoje codzienne zajęcie. Jest to człowiek, który w co drugim wpisie odnosi się do ludzi per „ścierwo”, który pisze o defekowaniu i podcieraniu się ludźmi, który oficjalnie grozi użyciem przemocy fizycznej wobec innych osób. Nie spodziewam się, żeby Pan Minister, który jest jednocześnie Prokuratorem Generalnym, zareagował w tej sprawie i to z jednego, podstawowego powodu. Rząd Prawa i Sprawiedliwości toleruje, a posłowie koalicji rządzącej aktywnie wspierają takich ludzi jak Wielgucki, traktując ich jak bojówki użyteczne w atakowaniu ich przeciwników. Dowodem na to jest oficjalny sojusz między Wielguckim a Krystyną Pawłowicz. Zachęcam do przeczytania moich wyjaśnień zamieszczonych poniżej, szczególnie fragmentu, w którym Wielgucki i Pawłowicz wspólnie analizują kształt mojej czaszki, chcąc ustalić moje pochodzenie rasowe. Jest to bezpośrednie nawiązanie do praktyk nazistowskich, stosowanych wobec Żydów, a sportretowanych w filmie „Europa, Europa” Agnieszki Holland. Ponownie pytam publicznie – dlaczego Pan, Panie Ministrze, właśnie Pan, który tak często mówi o równości wobec prawa, toleruje nazistowskie zachowania Pana koleżanki i jej partnera-hejtera? Ponownie odpowiedź jest jedna – ponieważ ich działania są dla Pana politycznie pożyteczne. Jest bowiem rządowi Prawa i Sprawiedliwości na rękę, kiedy hejter Wielgucki pisze o defekowaniu i podcieraniu się profesorem Sadurskim, tym samym profesorem, który ten rząd codziennie krytykuje.

Po trzecie wreszcie, być może podobnie jak Wielgucki, który wielokrotnie to oświadczał, ma Pan nadzieję, że postępowanie dyscyplinarne spowoduje, że przestanę się wypowiadać publicznie, w szczególności na temat działań Pana i Pana rządu. Proszę na to nie liczyć. Aby bronić człowieka przed najgorszą z możliwych mową nienawiści napisałem 280 znaków i jeśli będzie trzeba, odpowiem za to. Zapewniam jednak, że ani na chwilę nie przestanę mówić w Polsce i zagranicą, na ulicy, w telewizji, na spotkaniach z robotnikami i profesorami, że brutalnie łamiecie Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej. Będę to robił tak długo, aż przestaniecie i odpowiecie za to prawnie. 

Poniżej wyjaśnienie przesłane Rzecznikowi Dyscyplinarnemu OIRP w Warszawie:

Mój wpis z 27 września 2018 r. był elementem dyskusji prowadzonej na serwisie Twitter przez Piotra Wielguckiego, prof. Wojciecha Sadurskiego i przez mnie. W dyskusji tej Piotr Wielgucki wielokrotnie formułował pod adresem prof. Sadurskiego i moim wypowiedzi skrajnie wulgarne i agresywne, mające bez wątpienia charakter mowy nienawiści. Bezpośrednio przed moją wypowiedzią, którą Piotr Wielgucki uznał za groźbę karalną, sformułował on dwie wypowiedzi, które pozwolę sobie przytoczyć, przepraszając jednocześnie za ich wulgarny charakter.

Wypowiedź pierwsza była kierowana do prof. Sadurskiego i brzmiała: „A ja bym się na ciebie nawet nie wysrał, ani tobą nie podtarł”. Wypowiedź druga była kierowana do prof. Sadurskiego i do mnie, i brzmiała: „(…) tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną. Rozumiesz, czy poprawić”.

Powyższe wypowiedzi nie są wyjątkiem w publicznej aktywności Piotra Wielguckiego na profilu Twitter. Wprost przeciwnie, w wielu wypowiedziach w sposób skrajnie wulgarny atakuje on swoich interlokutorów, czyniąc z mowy nienawiści narzędzie poniżania innych. Przykładowo, w swoich wypowiedziach wielokrotnie zwraca się on do swoich rozmówców frazą „Wypad ścierwo”, a pod adresem prof. Sadurskiego formułował wypowiedzi takie, jak „bolszewicki cham, taki modelowy w walonkach i onucach, cuchnący bimbrem”. Konkretnie pod moim adresem Piotr Wielgucki wielokrotnie używał słów takich, jak „idiota”, „nieuk”, „osioł”, „rasista”, „szowinista”, „fanatyk” groził mi relegacją z uczelni („Ciebie Marcin należy przede wszystkim dyscyplinarnie relegować z uczelni, boś nieuk i kabotyn Marcin”- wypowiedź z 24 września, poprzedzająca o trzy dni moją wypowiedź, która stała się przedmiotem skargi) i podważał moje kompetencje zawodowe oraz akademickie („nie ma bladego pojęcia o prawie, absolutnie żadnego”), oraz kierował do mnie tak wulgarne słowa, jak „spierdalaj” (16.09.2018) .

Jednocześnie, Piotr Wielgucki we wrześniu 2018 roku umieścił w serwisie Twitter liczne wpisy w odpowiedzi na wpisy poseł Krystyny Pawłowicz, w których na podstawie analizy mojego zdjęcia i – jak to określiła – „kształtu czaszki” ustaliła on moje pochodzenie rasowe („płaska stepowa twarz, wystające kości policzkowe. Takie były twarze agresorów podbijających Polskę ze wschodu… (wypowiedź z 22.09. 2018 r.) oraz „ale pan jest ze stylu i urody stalinowski stepowy kałmuk, nic na to nie poradzę” (wypowiedź z tego samego dnia). W ten sposób Krystyna Pawłowicz nawiązała bezpośrednio do zdyskredytowanych teorii frenologicznych Franza Josefa Galla oraz niechlubnej tradycji fizjonomiki, która wielokrotnie w przeszłości była wykorzystywana dla działań dyskryminacyjnych i rasistowskich, czego najbardziej zbrodniczym przykładem były praktyki ustalania przynależności do narodowości żydowskiej na podstawie kształtu czaszki, stosowane w Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Piotr Wielgucki w swoich wpisach powielał „kwalifikację” mojej osoby dokonana przez Krystynę Pawłowicz, powtarzając stosowane przez nią wobec mnie określenie „kałmuk stepowy” (np. w wypowiedzi z 27.09.2018), a tym samym wspierając ten inspirowany poglądami rasistowskimi atak na mnie.

Przedstawiam powyższe informacje po to, aby ukazać rzeczywisty kontekst mojej wypowiedzi, która stała się podstawą skargi Piotra Wielguckiego. Wypowiedź tę sformułowałem w odpowiedzi na skrajnie wulgarną mowę nienawiści osoby, która taką mowę nienawiści uprawia wobec mnie i innych osób od dawna, wręcz uczyniła z mowy nienawiści swój znak rozpoznawczy. Dodatkowo, sformułowałem ją w odpowiedzi na bezpośrednio poprzedzające wypowiedzi Piotra Wielguckiego o defekowaniu na innych ludzi i na formułowane przez niego zapowiedzi agresji fizycznej wobec prof. Sadurskiego i mnie („tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną. Rozumiesz, czy poprawić”). Celem mojej wypowiedzi było zmuszenie Piotra Wielguckiego do refleksji nad jego działaniem oraz – w efekcie tej refleksji – zaprzestanie mowy nienawiści wobec mnie i innych osób. Aby osiągnąć ten cel, użyłem hipotetycznego przykładu, w którym córka Piotra Wielguckiego czyta nienawistne wypowiedzi swojego ojca, a on wstydzi się tych wypowiedzi. Hipotetyczności mojej wypowiedzi dowodzi fakt, że Córka Piotra Wielguckiego nie studiuje prawa, a na mój cel wskazuje wyraźne odniesienie do mowy nienawiści w treści mojej wypowiedzi. Chcę z całą mocą podkreślić, że mimo skrajnie wulgarnego charakteru wypowiedzi Piotra Wielguckiego, moja wypowiedź nie zawierała żadnego wulgaryzmu ani groźby, nie była także w jakikolwiek sposób kierowana do Córki Piotra Wielguckiego, a jedynie do niego. W szczególności kończące moją wypowiedź sformułowanie „będziesz piszczał, jak wróci do domu” nie było groźbą, a jedynie stanowiło bezpośrednie odniesienie do „piszczenia”, o którym Piotr Wielgucki pisał w swojej wypowiedzi kierowanej do prof. Sadurskiego i do mnie, ale nie odnosiło się – tak jak wpis Piotra Wielguckiego – do agresji fizycznej, ale poczucia wstydu, które powinien w sobie wytworzyć Piotr Wielgucki w związku z używaniem mowy nienawiści. 

Za całą pewnością powinienem był sformułować moją wypowiedź tak, aby jasne było, że stosuję eksperyment myślowy, który ma zmusić Piotra Wielguckiego do refleksji, np. przez użycie słowa „Wyobraź sobie…”, albo „Czy zastanawiałeś się, co by było, gdyby…”. Takie sformułowanie byłoby możliwe, gdyby nie ograniczenia techniczne wypowiedzi w serwisie Twitter, w którym maksymalna długość wpisu wynosi 280 znaków, a które zmuszają do wielokrotnego skracania już napisanej wypowiedzi, co rodzi ryzyko nieporozumień. Mając do dyspozycji dłuższą formę byłbym w stanie jaśniej i lepiej wyrazić moja intencję, jednak w tej konkretnej wypowiedzi, ze względu na jej wymuszoną skrótowość, stało się inaczej, co pozwoliło Piotrowi Wielguckiemu zinterpretować moją wypowiedź w sposób skrajnie dla mnie niekorzystny i wyrwany z kontekstu.  

Z powodu wspomnianej skrótowości mojej wypowiedzi, bezpośrednio po niej wielokrotnie publicznie tłumaczyłem, jaka była moja intencja i sens moich słów. Uczyniłem to jeszcze tego samego dnia (27.09.2018) w wypowiedzi dla TVP Info, w której na zarzut, że próbowałem wciągnąć w moją dyskusję z Piotrem Wielguckim jego Córkę, wyraźnie stwierdziłem, że moja wypowiedź była eksperymentem myślowym i argumentem, mającym zmusić Piotra Wielguckiego do refleksji nad stosowana przez niego mową nienawiści.  Na swoim blogu marcinmatczak.pl umieściłem dwa teksty, które także wyjaśniały moje intencje. W pierwszym z nich, opublikowanym w tym samym dniu, co moja wypowiedź, a zatytułowanym, „Dlaczego będę nadal rozmawiał z hejterami” napisałem: 

„celem było uświadomienie mu [Piotrowi Wielguckiemu], że jego słowa mogą być hipotetycznie czytane przez kogoś, kto jest mu bliski. Taki eksperyment myślowy jest najlepszym sposobem na uświadomienie sobie, jaka jest wartość moralna naszych słów. Ja często, kiedy piszę albo mówię, staram się sobie wyobrazić, co powiedziałby mój syn, gdyby to przeczytał. Czy byłby ze mnie dumny, czy też czy wstydziłby się mnie.”

Chcę podkreślić, że taka interpretacja mojej wypowiedzi była całkowicie jasna dla wielu odbiorców. Przykładowo, prof. Sadurski w swoim komentarzu do mojej wypowiedzi napisał: „Tam nie było ani grama straszenia lecz tylko próba uświadomienia hejterowi, co by jego  córka poczuła, gdyby chamski post Jej ojca był tekstem do dyskusji o mowie nienawiści. „Thought experiment”. No ale chcą jakoś dorwać do niewygodnego dla władzy Profesora” (27.09.2018).

Mój drugi wpis, datowany na 28.09, był publicznym listem kierowanym do Córki Piotra Wielguckiego. Zdecydowałem się go napisać ze względu na rozpowszechnianie skrajnie nieprzychylnej i wyrwanej z kontekstu interpretacji moich słów przez Piotra Wielguckiego oraz portale internetowe (takie jak wpolityce.pl), wielokrotnie atakujące mnie w przeszłości w związku z moją działalnością w obronie polskiej Konstytucji. To rozpowszechnianie mogłoby spowodować u Córki Piotra Wielguckiego fałszywe przekonanie, jakobym był jej osobą nieprzychylną. W liście, którego treść załączam w całości do niniejszego wyjaśnienia napisałem:

„Nie znamy się, ale ze względu na jedną z moich publicznych wypowiedzi być może dotrą do Pani niepokojące wiadomości. Wiadomości te, które wynikają z błędnej interpretacji moich słów, mogą wskazywać, że chciałem Pani zaszkodzić w planowanych studiach prawniczych. Postanowiłem napisać ten publiczny list, żeby wyraźnie potwierdzić, że nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał wobec żadnego młodego człowieka intencji zaszkodzenia mu. Nie było to w żadnym wypadku ani treścią, ani intencją moich słów.”

Także później wyrażałem ubolewanie z powodu tego, że mój wpis został sformułowany w sposób umożliwiający nieuprawnioną interpretacja i wyrwanie z kontekstu. Przykładowo w wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” (8.10.2018) powiedziałem w związku z tą sprawą: „Żałuje tej sytuacji, tak jak zawsze żałuję, gdy moje wyrwane z kontekstu słowa mogą zranić kogoś niewinnego. Gdybym mógł cofnąć czas, napisałbym tak: ‘Niech pan sobie wyobrazi, że ktoś bliski panu to czyta”. Tłumaczyłem także, że „mowa nienawiści jest złem, na które trzeba reagować, najlepiej obrazowymi przykładami, ale że użyty w pośpiechu przykład był niewłaściwy”.

Na zakończenie chce wskazać, że wbrew twierdzeniu Piotra Wielguckiego przedstawionym w skardze treść mojej wypowiedzi z całą pewnością nie stanowiła groźby karalnej, o której mowa w art. 190 kodeksu karnego. Nawet najbardziej nieprzychylna interpretacja moich słów nie może prowadzić do wniosku, że groziłem Piotrowi Wielguckiemu lub komukolwiek innemu popełnieniem na jego szkodę przestępstwa. To raczej słowa Piotra Wielguckiego, kierowane do mnie i prof. Sadurskiego („tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną”) stanowi groźbę karalną dokonania przestępstwa naruszenia naszej nietykalności cielesnej (art. 217 kodeksu karnego). Nie ma także żadnych podstaw, aby traktować moją wypowiedź jako przestępstwo stalkingu (art. 190a kodeksu karnego), ponieważ pojedynczej wypowiedzi, nawet skrajnie nieprzychylnie zinterpretowanej, nie sposób przypisać znamion uporczywego nękania. Ponownie, biorąc pod uwagę długotrwałość i charakter kampanii nienawiści prowadzonej przez Piotra Wielguckiego wobec mnie, tę kampanię należałoby w kategoriach stalkingu rozpatrywać. Wreszcie w sposób oczywisty w mojej wypowiedzi nie kierowałem wobec nikogo groźby wszczęcia postępowania karnego. Ponownie, to Piotr Wielgucki próbował mnie zastraszyć w ten sposób wielokrotnie formułując groźbę zawiadomienia prokuratury o mojej wypowiedzi oraz groźbę wszczęcia wobec mnie postępowania dyscyplinarnego (np. w wypowiedzi z dnia 27.09).

Chciałbym podkreślić także, że Piotr Wielgucki ewidentnie traktuje skargę do OIRP jako narzędzie publicznego zdyskredytowania mnie i wpłynięcia w ten sposób na moją aktywność publiczną, z którą się politycznie nie zgadza. Świadczy jego aktywność na profilu Twitter prowadzona po złożeniu skargi. Przykładowo w odpowiedzi na mój wpis zupełnie nie związany ze sprawą skargi do OIRP (dotyczący np. postanowienia TSUE o zabezpieczeniu) Piotr Wielgucki pisze: „Marcin (…) napisałeś już wyjaśnienia na wezwanie OIRP Warszawa? Wykonałeś? Czy zostałeś zawieszony jako radca prawny, do czasu wydania postanowienia o wykluczeniu bądź ukaraniu?”. W odpowiedzi na mój wpis dotyczący niezasadności uznania koszulki z napisem „Konstytucja” za agitację wyborczą, Piotr Wielgucki pisze „Marcin, kolejny raz pytam, napisałeś już wyjaśnienia dla OIRP Warszawa, w związku z twoim bandyckim wpisem atakującym dziecko?”. W komentarzu do mojej wypowiedzi krytykującej wypowiedzi polityków kwestionujących prawo TSUE do odpowiadania na pytania prejudycjalne sądów polskich, Piotr Wielgucki pisze: „Marcin idź spać, zanim napiszesz jeszcze coś głupszego albo pisz wyjaśnienia dla OIRP Warszawa”. 

Podsumowując, intencją i treścią mojej wypowiedzi, którą przedmiotem swojej skargi uczynił Piotr Wielgucki, była potrzeba przeciwstawienia się ekstremalnie wulgarnej i szkodliwej mowie nienawiści stosowanej permanentnie przez autora skargi. Przeciwstawianie się mowie nienawiści uważam za jeden z obowiązków radcy prawnego, wynikający ze ślubowania radcowskiego, które kiedyś z dumą składałem. Jednocześnie, widząc, że moja wypowiedź została wyrwana z kontekstu i zinterpretowana przez nieprzychylne mi osoby jako groźba, dołożyłem wszelkich starań, aby wyjaśnić rzeczywisty sens mojej wypowiedzi i przeciwstawić się takiej, zupełnie niesłusznej interpretacji. Uważam, że wypowiedzi publiczne powinny być interpretowane w kontekście, a przy ich interpretowaniu powinno się wszelkie wątpliwości rozstrzygać na korzyść osoby formułującej te wypowiedzi, a nie odwrotnie. Tymczasem skarga Piotra Wielguckiego, osoby aktywnie zwalczającej mnie w przestrzeni publicznej, prezentuje moją wypowiedź w sposób skrajnie wyrwany z kontekstu (nie wspominając ani o jego własnych, poprzedzających tę wypowiedź, słowach, ani o moich późniejszych działaniach, takich jak publiczny list do jego Córki), interpretuje ją w sposób skrajnie niekorzystny i całkowicie błędny prawnie jako groźbę karalną, oraz stanowi narzędzie zdyskredytowania mnie w oczach opinii publicznej, czego dowodzą wypowiedzi autora skargi formułowane już po jej złożeniu.

‪Dlaczego sędzia nie może być tylko „ustami ustawy” czyli o czym jest „Imperium tekstu”.‬

Wśród piszących o interpretacji prawniczej można zauważyć co najmniej dwa stanowiska co do tego, jak sędzia powinien stosować prawo. Pierwsze stanowisko, wywodzone jeszcze od Monteskiusza, głosi, że sędzia powinien być „ustami ustawy”, a więc że powinien stosować prawo takie, jakim ustanowił je prawodawca, niczego nie poprawiając, niczego nie ujmując, ani niczego nie dodając. To stanowisko jest czasami określane mianem pasywizmu sędziowskiego (bo w jego ramach sędzia jest pasywny), albo mianem formalizmu, ponieważ sędzia będący ustami ustawy stosuje literalnie tzw. najbardziej lokalną (szczegółową) regułę, nie oglądając się na cel prawa, na jego skutki i nie uwzględniając ogólnych zasad, takich jak sprawiedliwość, równość czy proporcjonalność.

Aby pokazać działanie sędziego działającego według modelu „ust ustawy”, skorzystajmy ze znanego przykładu, który omawiałem w mojej poprzedniej książce „Summa iniuria. O błędzie formalizmu w stosowaniu prawa”. Stare weneckie prawo, wspomniane przez Szekspira w „Kupcu weneckim”, zabraniało „rozlewać krew na ulicy” pod groźbą kary śmierci. Jak w świetle tego prawa należałoby osądzić lekarza, który upuścił krwi chorej osobie leżącej na drodze, by ją ratować? W sensie ścisłym krople krwi zostały rozlane na ulicy, wydaje się więc, że sędzia będący ustami ustawy, powinien skazać lekarza na śmierć. Taka decyzja wydaje się jednak bezsensowna, ponieważ – jak można mniemać – nie taki był cel weneckiego prawa. Było nim prawdopodobnie zapobieganie zamieszkom i bójkom w obrębie miasta, które często prowadziły do rozlewu krwi. Poza tym, tworzący to prawo nie chcieli zapewne, aby jego skutkiem było skazywanie na śmierć lekarzy, którzy ratują czyjeś życie. 

 
Czy jednak sędzia będący „ustami ustawy” może zinterpretować stosowane prawo i zgodnie z jego celem bądź w taki sposób, aby uniknąć niepożądanych skutków? Czy może mieć pewność, jakie były intencje prawodawcy, jeśli nie zostały one wyraźnie wyrażone w tekście ustawy? Może jednak celem weneckiego prawa było zapobieganie wylewaniu krwi na ulicę w celu zapobieżenia epidemii? Te wszystkie wątpliwości prowadzą często do konkluzji czysto formalistycznej: dura lex sed lex – twarde prawo, ale prawo. Sędzia będący ustami ustawy nie może poprawiać prawodawcy.

Drugie stanowisko, przeciwne do modelu „ust ustawy”, zaproponował Ronald Dworkin pod postacią mitycznego „sędziego Herkulesa”. Sędzia ten jest wybitnym znawcą prawa, rozumianego nie tylko jako wyraźnie zapisane w nim reguły. Poza regułami prawo zawiera również zasady. Od reguł, które mają charakter zero-jedynkowy, zasady różnią się tym, że trzeba je ważyć, a więc stosować w większym albo mniejszym stopniu. Taką zasadą jest na przykład zasada karania za czyny, które są szczególnie szkodliwe społecznie. Stosowanie prawa to wspólne stosowanie reguł i zasad, w tym korekta takiego skutku zastosowania reguł, które są nie do zaakceptowania z punktu widzenia zasad. 

 
W naszym przykładzie z lekarzem upuszczającym krwi choremu na ulicy wspólne zastosowanie reguły nakazującej karanie oraz zasady oceniającej poziom szkodliwości społecznej czynu lekarza doprowadziłby zapewne do jego uniewinnienia. Stałoby się tak także z tego powodu, że sędzia Herkules stosując prawo bierze pod uwagę jego cel, rozumiany jako kierunek moralnego myślenia społeczeństwa i prawodawcy (tzw. policies). A trudno założyć, aby społeczeństwo i prawodawca uznawali działanie lekarza za złe moralnie.

 
 
Sędzia naśladujący sędziego Herkulesa nie jest formalistyczny, ponieważ nie stosuje wyłącznie litery prawa, ale zasady i policies, składające się na to, co tradycyjnie nazywamy „duchem prawa”. Nie jest też na pewno sędzią pasywnym, ponieważ prowadzi złożone rozważania, aktywnie szukając właściwego rozwiązania sprawy, nie stosując łatwej „ucieczki w formalizm”. Z drugiej strony jednak krytycy sędziego Herkulesa twierdzą, że uzyskuje on zbyt daleko idącą wolność decydowania i poprawiania reguł ustanowionych przez prawodawcę, kiedy ich skutki nie dadzą się pogodzić z zasadami prawa. Jest więc Herkules oskarżany o aktywizm sędziowski, który przeciwstawia się sędziowskiej wstrzemięźliwości (krytykowanej przez innych jako pasywizm), w tym o chęć zastąpienia prawodawcy w jego roli.
 
Przykładem sporu pomiędzy powyższymi dwoma modelami jest trwająca w Polsce dyskusja nad tzw. bezpośrednim stosowaniem Konstytucji przez sędziów. Zwolennicy takiego stosowania chcą, aby sędziowie byli Herkulesami: aby stosowali reguły zawarte w ustawach wraz z zasadami zawartymi w Konstytucji, oraz – gdy jest to konieczne – modyfikowali skutki stosowania reguł poprzez odwołanie do ważniejszych od nich zasad. Przeciwnicy bezpośredniego stosowania Konstytucji chcieliby, aby sędziowie byli ustami ustawy, bez względu, co ta ustawa mówi i bez względu na to, jakie są skutki stosowania tej ustawy w świetle wartości obecnych w prawie. Dure lex sed lex.
 
W „Imperium tekstu” przedstawiam wizję sędziego i prawnika, którą można ulokować między Monteskiuszowskimi „ustami ustawy” a Dworkinowskim sędzią Herkulesem, choć z pewnością bliżej jej do sędziego Herkulesa. Moim celem było zaproponowanie takiego sposobu rozumienia i stosowania prawa, które jest wierne tekstowi prawnemu rozumianemu jako całość, a więc obejmującego zarówno Konstytucję i ustawy, zarówno literę, jak i ducha prawa, ale jednocześnie nie prowadzi do absurdalnych lub głęboko niemoralnych rozstrzygnięć
 
Dlatego „Imperium tekstu” wyjaśnia, że prawo jest złożoną praktyką społeczną, w ramach której jedna grupa ludzi (prawodawcy) projektuje pewien idealny świat, w którym chce żyć dane społeczeństwo. W tym idealnym świecie wszyscy kierowcy jeżdżą 50 km/h w obszarze zabudowanym, każdy oddaje pożyczone pieniądze, a Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym. Inna grupa ludzi (sędziowie i prawnicy stosujący prawo) dbają o to, aby ten idealny świat stał się rzeczywistością. Oczywiście, świat realny nigdy nie osiągnie ideału, ale chodzi o to, żeby do tego dążyć. 
 
Kluczową tezą „Imperium tekstu” jest twierdzenie, że zadaniem sędziego jest urzeczywistnienie CAŁOŚCI świata postulowanego przez wszystkich prawodawców (zarówno tych tworzących ustawy, jak i tych tworzących konstytucje), a nie tylko urzeczywistnienie małego kawałka, postulowanego przez wyrwaną z kontekstu szczegółową regułę, realizowaną bez oglądania się na całość. Takie podejście powoduje na przykład, że idealny sędzia nie może zastosować reguły prawnej dotyczącej reprywatyzacji w taki sposób, aby naruszyć jednocześnie zasady sprawiedliwości społecznej oraz nie zapewnić ochrony ludzkiej godności. 
 
Takie podejście oznacza także wiele innych rzeczy, o których napiszę w dalszych postach. Teraz tylko skonkluduję – sędzia nie może być tylko ustami ustawy, ale bycie Herkulesem wymaga pewnych obostrzeń. W mojej książce staram się je sformułować.
 
Książkę „Imperium tekstu” można nabyć tutaj:
 
http://scholar.com.pl/sklep.php?md=products&id_p=2798

Unijny Trybunał ogranicza suwerenność Prezydenta i PiS w łamaniu Konstytucji

Dzisiaj Prezydent Duda skrytykował Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za działania w obronie niezależności polskich sądów. „Uważam (…), że Trybunał Sprawiedliwości UE, orzekając w tej sprawie – w sprawie, która jest bez wątpienia sprawą wewnętrzną, bo regulacja organizacji wymiaru sprawiedliwości jest sprawą wewnętrzną – posunął za daleko” – oświadczył prezydent w wywiadzie dla radiowej Trójki, o czym donosi Interia.pl

To kolejna wypowiedź PAD o UE i znowu atak na jej podstawowe instytucje. Prezydencie, niezależność sądów jest podstawą członkostwa w Unii i jej obrona nie ogranicza niczyjej suwerenności! Nie da się być silnym krajem w Unii chcąc ją rozsadzić od wewnątrz.

Praktyki TSUE nie są groźne dla suwerenności państw UE. Są groźne dla swobody Pana i swobody PiS w naruszaniu polskiej Konstytucji poprzez niszczenie niezależności Sądu Najwyższego.

Obrona niezależności polskich sądów przez TSUE nie jest ingerencją w organizację sądów, bo organizacja to jedno, a niezależność to drugie. Możemy dowolnie zorganizować sobie sądy, ale muszą być niezależne, bo takie są reguły, na które zgodziliśmy się przystępując do Unii.

Piłkarze mogą dowolnie wybrać kolor koszulek, byleby były wystarczająco odmienne od koszulek przeciwników. Polska może dowolnie zorganizować sądownictwo, byleby było wystarczająco niezależne od polityków. W obu przypadkach ingeruje sędzia, jeśli nie są.