Starsi panowie trzej i kryptofaszyzm

W dwóch wypowiedziach, które padły w ostatnich dniach – o wieszaniu ministra zdrowia i o homoseksualizmie jako zjawisku zaraźliwym – dostrzegam niestety wspólny mianownik. Ktoś uważa, że są ludzie, z którymi trzeba zrobić porządek, bo szkodzą. Usunąć albo izolować. To przerażające.

Tym bardziej, że słowa te wypowiadają panowie stateczni, z siwizną i brodą. Wydają się całkiem normalni, niemal dobrotliwi. Ale ich umysły i umysły ich słuchaczy są skażone wirusem nienawiści. Ich słowa niosą zło – tym bardziej groźne, bo zamaskowane.

A gdyby ktoś powiedział panu Braunowi, że jego trzeba za brodę powiesić, bo sieje nienawiść? A gdyby powiedzieć Dudzie seniorowi, że to on zakaża – nienawiścią, ksenofobią, nieuctwem i napuszczaniem ludzi na ludzi? Jak zareagowaliby stateczni, siwi panowie z brodą?

Uważam, że za wypowiedziami obu tych panów kryje się kryptofaszyzm. To nie zjawisko historyczne, ale psychologiczne. Nienawiść wobec inności, której świętoszkowaci panowie nie mogą zaakceptować. I stąd ich jedyna reakcja, do jakiej są zdolni – nienawiść i agresja.

Podstawowym problemem demokracji liberalnej jest to, że pozwala swoim wrogom głosić prawdy, które mogą ją zniszczyć. Ale demokracja wierzy w mądrość wyborców – często naiwnie. Jeśli ekscytuje was zdecydowanie Brauna i Dudy seniora, blisko wam do kryptofaszyzmu.

Jeśli jednak uważacie, że agresja w życiu publicznym jest jak rak, traktujcie Brauna i Dudę seniora jak Macierewicza – trzech brodatych panów, którzy wyglądają poważnie, a są komiczni w przekonaniu, że uwierzymy w ich brednie. Tak nie będzie. Jesteśmy mądrzejsi niż im się wydaje.

Diss na Matę i jego Tatę

No to mamy diss…
 

Gdy przeczytałem w Tygodniku Powszechnym felieton Jacka Podsiadły pt. „Rapcio i ojcio”, poświęcony bezpośrednio mojej książce „Jak wychować rapera”, a pośrednio twórczości mojego syna, pomyślałem, że nie ma sensu go komentować. Cóż bowiem można powiedzieć o tekście, który jest w zasadzie zbiorem wyzwisk? Jak zareagować na takie słowa, jak „bełkot beztalencia”? Jak zwracać się do Autora, aby licowało to ze stylem tytułu jego felietonu? Poecio? Odpowiedź to misja straceńcza. 

Potem jednak pomyślałem, że godnie milczeć wobec wyzwisk może Adam Michnik prostacko atakowany przez Tarczyńskiego. Bo za Michnikiem stoi mądrość i etos znane wszystkim, a za Tarczyńskim równie powszechnie znane chamstwo. Dlatego nawet bez odpowiedzi wiadomo, jaki jest wynik tej pyskówki. Pyskówka Podsiadły toczy się w innej relacji – ja nie mam historii, która mogłaby mnie bronić, a Podsiadło to nie pierwszy lepszy prostak, tylko wielki poeta, a tomy jego poezji zajmują ważne miejsce na wielu półkach (w tym mojej) Odpowiedzieć więc trzeba, aby uniknąć niejasności.

Po pierwsze, może sobie Jacek Podsiadło wybierać dowolne słowa z piosenek Michała („stawiać kloca”) i naigrywać się z nich. Jest to jednak strategia groźna. Wystarczy bowiem przeczytać wiersz Podsiadły „Lament świętokrzyski”, by zdać sobie sprawę, o zgrozo, że pisze on w nim o podcieraniu tyłka. Czy takie wyrwanie z kontekstu świadczy o defekacyjnym charakterze jego twórczości? Nie sądzę. 

 
Może sobie Podsiadło analizować, że w „Schodkach” „ziombel” lepiej współgrałoby z „w trąbę” niż „w mordę” (na marginesie: jak ktoś „daje w trąbę”, to nie to samo, jak „daje w mordę”), ale to też ryzykowne, bo jakby wyrwać z jego twórczości jeden rym, to by się trafiło na „gruszkę” i „w poduszkę”, co zapewne nie jest szczytem językowego wyrafinowania („Kult ciała”). Słowem – wyrywanie z kontekstu, zwłaszcza jak robi to wielki poeta, nie jest fajne. Od kogo bowiem mamy oczekiwać całościowego podejścia do tego, co ktoś mówi, jeśli nie od wielkich poetów? 
 
Sensem twórczości mojego syna jest budowanie etosu zwyczajnego gościa, który w jednym utworze pajacuje, by w drugim powiedzieć coś ważnego. Raz jest chłopakiem z dobrego liceum, raz dzieckiem w różowym stroju świni (Hannah Montana), raz jest wulgarny, raz filozoficzny i głęboki. Może tego brakuje nam, dorosłym i poważnym, że choć w życiu jesteśmy różni – i mądrzy, i głupi, i poważni, i śmieszni, w naszej „twórczości” sami sobie przyprawiamy jedną gębę – mędrca. Może dlatego i mnie, i Jacka Podsiadłę czyta garstka, a mojego syna słuchają miliony (i proszę mi nie wyjeżdżać z niby-argumentem, że Zenka Matyniuka też, bo to nie ta sama publiczność). Ludzie po prostu wiedzą, że on jest bardziej autentyczny niż poeta Podsiadło czy naukowiec Matczak. I takiej autentyczności chcą.
Po drugie, i tu zwrócę się do pana Podsiadły bezpośrednio: niech Pan, Panie Jacku, wyciągnie kij (Pan wie skąd). Nazywają Pana poetą buntu i słusznie. A tu nagle pisze Pan felieton jakby już tylko o cenach trumien można było z Panem pogadać. Patrzę w egzemplarz „Być może trzeba było mówić”, który leży obok mojego łóżka i nie mogę uwierzyć, że człowiek, w którego poezji jest tyle światła, sieje w felietonie tylko gorycz, jakby przegrał życie. Mój syn nie jest ksenofobem i wiedziałby Pan to, gdyby wykroczył poza artykuł w Wyborczej i rzeczywiście siegnął do książki. I gdyby miał Pan w sobie trochę więcej zwyczajnej, ludzkiej życzliwości.
 
Wierzę, że potrafi Pan to zrobić i zrozumieć, że użycie w utworze artystycznym słowa „Ukry” nie świadczy o nienawiści do Ukraińców. Wierzę, choć muszę przyznać, że ten felieton sprawił, że musiałem sprawdzić, czy Tygodnik Powszechny nie zatrudnił Stanisława Janeckiego z „Sieci”, który pisze pod pseudonimem „Podsiadło”, tyle w tym felietonie żółci. 
 
Niech Pan mi tego nie robi, proszę. Nie musi się Pan ze mną zgadzać, ale niech Pan nie poniża siebie i swojej wielkości takim pisaniem. 
 
PS. I niech Pan nie kłamie, że przemilczam frazę o „babach”, które na Powiślu nie mogą zasnąć – piszę o tej frazie otwarcie, a co piszę, może Panu wyjaśnić Pani Barbara Tukendorf, która taką młodą duchem babę zagrała w teledysku Michała.

Mój nowy projekt edukacyjny ma dzisiaj premierę

Dzisiaj, 1 września, jest premiera mojego Bezradnika „Jak wychować rapera”. Ta data nie jest przypadkowa, bo „Bezradnik” jest projektem edukacyjnym, którym chcę powiedzieć „nie” szkole z „The Wall” Pink Floydów i snów Przemysława Czarnka. Szkole, która ma wychować posłusznych, potulnych ludzi, potakiwaczy i potwierdzaczy.

„Jak wychować rapera” głosi, że oprócz posłuszeństwa szkoła musi uczyć także zdrowego buntu, kwestionowania i umiejętności cywilizowanego wchodzenia w intelektualny konflikt. Że nasza dobra przyszłość zależy nie od tego, czy nasze dzieci będą gotowe umrzeć za Ojczyznę, ale od tego, jak będą potrafiły dbać o pokój i Jej dobrobyt. „Bezradnik” mówi głośne „nie pozwalam” pani kurator, która publicznie pisze, że rozstrzelanie osiemnastoletniej Inki przez bezpiekę było „triumfem polskiej myśli niepodległościowej”. Nie, nie było. Bo śmierć nigdy nie jest triumfem, bo martwy człowiek już nie może myśleć, bo każda śmierć młodego człowieka jest naszą porażką.

„Jak wychować rapera” sprzeciwia się szkole, która uczy wyłącznie patriotyzmu śmierci i poświęcenia, a nie patriotyzmu życia dla Ojczyzny i tworzenia dla niej pięknych rzeczy.
Dlatego ten „Bezradnik” mówi o rzeczach ważnych: o altruizmie, przyjaźni, wolności, potrzebie zwalczaniu zła w sobie i w świecie, o potrzebie duchowości, o zdrowym społeczeństwie, tolerancji i otwartości, prawie i konstytucji. To mówienie o rzeczach ważnych wychodzi jednak nie od abstrakcji, ale od rzeczy młodym ludziom bliskich – od twórczości mojego Syna, który wspaniałomyślnie zgodził się ją do tego projektu udostępnić.

Uważam, że w edukacji powinniśmy podążać za naturalnymi zainteresowaniami i fascynacjami naszych dzieci – tylko wtedy zdążą pokochać naukę zanim ją znienawidzą. Uczenie ich przez teksty odległe i nie rezonujące bezpośrednio z ich życiem nie ma szansy powodzenia. Dlatego, mając szacunek dla pism Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego, wolę uczyć chrześcijaństwa przez „Żółte flamastry i grube katechetki” Michała. Tekst inny, ale wartości dokładnie te same.

Dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że „Jak wychować rapera” z idei zamieniło się w rzeczywistość. W szczególności Panu Redaktorowi Jerzemu Ilgowi, który był czułym akuszerem tej książki oraz całemu zespołowi Wydawnictwa „Znak”, z Panią Redaktor Katarzyną Węglarczyk na czele. Dziękuję tym wszystkim, którzy zgodzili się przeczytać książkę na wcześniejszym etapie i przekazać mi swoje uwagi. I dziękuję oczywiście mojej Rodzinie, bez której nic nie byłoby możliwe.

Dobrego, międzypokoleniowego czytania!

Jak wychować rapera. Bezradnik

Nie wiem, czy jesteście zainteresowani takimi radami, ale napisałem książkę pt. „Jak wychować rapera”. Jest to książka o relacji ojca z synem, patodemokracji i potrzebie rebelii.

Napisałem ją, ponieważ wydawnictwo „Znak” zaproponowało mi stworzenie poradnika, jak wychować obywatela. Pomyślałem, że byłaby to zapewne pouczająca książka z jedną istotną wadą – mało kto chciałby ją przeczytać. Zamiast tego napisałem więc książkę o tym, jak wychować rapera, bo w tym przynajmniej mam pewne doświadczenie. Ostatecznie książka o tym, jak wychować rapera, jest o tym, jak wychować obywatela. Ma mieć dzikie serce i empatię, wrażliwość i siłę. Ma być odważny i mówić prawdę, nawet jeśli głos mu drży.

Każdy rozdział tego „bezradnika” poświęcony jest jednemu utworowi Michała, a treść tego utworu staje się przyczynkiem do rozważań szerszych – o życiu, o nas jako społeczeństwie i o naszym państwie. Jest to biografia przemieszana z analizą literacką tekstów Michała, lekcja WoS-u przemieszana z wychowaniem do życia w rodzinie, opowieść o buncie młodego chłopaka i o ojcu, który próbuje zrozumieć swoje dziecko.

Być może ta książka ma szansę stać się przyczynkiem do dyskusji międzypokoleniowej o sprawach ważnych. Wiem, że utwory mojego Syna stały się dla części z Was pretekstem, by między dziećmi a rodzicami takie rozmowy się toczyły. Michał obdarował mnie swoją twórczością, ja starałem się Mu odwdzięczyć możliwie głębokim zrozumieniem tego, co On tą twórczością do mnie mówi. Może rodzice i dzieci mogą tę książkę czytać wspólnie i tak jak my wymienić się czymś wartościowym – oglądem świata.

„Jak wychować rapera. Bezradnik” to książka, z którą chciałbym dotrzeć do jak największej rzeszy czytelników. Pomóżcie mi w tym! Będę Wam bardzo wdzięczny za posłanie tej zapowiedzi dalej. Książkę można już zamówić pod poniższym linkiem, a jej oficjalna premiera nastąpi z pierwszym szkolnym dzwonkiem, czyli 1 września. Niedługo napiszę trochę więcej o jej treści.

https://www.empik.com/jak-wychowac-rapera-bezradnik-matczak-marcin,p1274787839,ksiazka-p

List do osób sceptycznych wobec szczepień

Dzisiaj o północy minie 15. doba od kiedy przyjąłem drugą dawkę szczepionki Astra Zeneca. Według badań od tej doby osiągnę maksymalną odporność przeciw Covid, jaką daje ten lek. Czekam na ten moment z radością i niedowierzaniem, że taki cud jest dzięki nauce możliwy: cud polegający na tym, że wirus, który mógł mnie zabić, najprawdopodobniej mnie nie zabije i będę mógł jeszcze przez jakiś czas robić to wszystko, co jest dla mnie ważne

Covid zabrał jedną z najbliższych mi osób. Przyszedł jak złodziej w nocy i nic nie dało się zrobić. To straszna choroba, która oprócz życia zabiera bliskość, możliwość pożegnania, szansę na ostatnią rozmowę. Nie mogę w związku z tym milczeć, kiedy widzę, jak bardzo znane i mniej znane osoby, w ogromnej większości niebędące lekarzami, publikują wypowiedzi, które budzą strach przed szczepieniami i zniechęcają do nich.

Nie róbcie tego, proszę. Być może wydaje Wam się, że w ten sposób wykazujecie swoją wnikliwość, mądrość i ostrożność. Myślicie, że świadomy człowiek powinien sam analizować fakty, wyciągać wnioski, aby nie dać się oszukać. To ułuda. Kiedy wsiadacie w samolot, nie sprawdzacie, czy jest sprawny. Kiedy wchodzicie na most, nie analizujecie jego konstrukcji. Dlaczego? Bo nie macie ku temu odpowiedniej wiedzy. I musicie zaufać.

Szczepionki, jak każde leki, są bardzo rygorystycznie sprawdzane przed wprowadzeniem na rynek. Wyspecjalizowane urzędy państwowe analizują tysiące stron dokumentacji przed wydaniem zgody na szczepienie ludzi. To sprawdzanie jest o wiele bardziej dokładne niż sprawdzanie samolotu przed lotem czy mostu przed oddaniem do użytku. Ktoś bierze za to odpowiedzialność.

Powiecie, że samoloty czasami się psują, a mosty zawalają. I giną ludzie. Oczywiście, bo świat jest cholernie nieprzewidywalny. I mimo naszych starań nie jesteśmy w stanie całemu złu zapobiec. Mimo to latacie samolotami i wchodzicie na mosty. A nawet, jeśli tego nie robicie, nie publikujecie codziennie raportów z katastrof lotniczych i budowlanych, które przerażają ludzi.

Samoloty i mosty dają ludziom milion razy więcej szans, radości i prawdziwego życia niż cierpienia i śmierci. Pozwalają realizować plany i wyznawać miłość (a potem powiesić kłódkę i wyrzucić klucz do wody). Tak samo jest ze szczepionkami. Nie piszecie o mostach i samolotach, że trzeba być wobec nich sceptycznym, bo mogą zabić. Mimo to gdy czyta się Wasze posty o szczepionkach, można odnieść wrażenie, że są narzędziem niosącym przede wszystkim cierpienie i śmierć. I zamiast się nimi cieszyć, trzeba ich unikać jak ognia.

Szczepionki, jak samoloty i mosty, są cudem możliwym dzięki potędze ludzkiego rozumu. Nie udawajmy, że jesteśmy w stanie ocenić wartość tego cudu przez podanie dalej jednego czy dwóch postów. Okażmy trochę pokory wobec ludzi, którzy poświęcili swoje zdolności i swoje życie, żeby cud szczepień odkryć. Nie udawajmy, że znamy się na tym lepiej od nich, bo przeczytaliśmy coś na Facebooku.

Nie znamy się i musimy zaufać lekarzom, tak jak ufamy pilotom i inżynierom. Lekarze nam mówią, że wielokrotnie większe ryzyko zakrzepicy ponoszą palacze i osoby przyjmujące środki antykoncepcyjne niż ci, którzy przyjmują szczepionkę przeciw Covid. To jest logika i wiedza. Czy ważniejsza od nich jest nasza podejrzliwość?

Nawet jeśli sami boicie się latać, nie powodujcie, by inni z tego rezygnowali. Jeśli boicie się wejść na most, idźcie spokojnie brzegiem rzeki i nie zniechęcajcie innych. Nie podnoście poziomu strachu przed szczepieniami. Zwłaszcza że niechęć do szczepień jest śmiertelnie groźna dla nas wszystkich. Nieostrożny post, a w szczególności kampanie znanych ludzi, zniechęcające do szczepień, mogą prowadzić do o wiele większego cierpienia niż to, przed którym mają rzekomo kogoś ochronić.

Szczepcie się, uspokajajcie emocje i namawiajacie innych, aby się szczepili. Dajcie jak największej liczbie ludzi szansę polecieć tam, dokąd zawsze chcieli polecieć. Dajcie zakochanym szansę, by wyznawali sobie miłość na najpiękniejszych mostach świata. Dajcie innym (i sobie) szansę na ostatnią rozmowę i pożegnanie, kiedy zamiast dusić się w obcym szpitalu, otoczeni rodziną będą kiedyś spokojnie umierać we własnym łóżku ze starości. Pozwólcie, aby ostatnie słowa, które usłyszą brzmiały inaczej niż nazwy trzech leków, które podaje się przed intubacją, z której już nigdy się nie obudzą.

Szczepcie cię i nie zniechęcajcie do szczepień!

Apel do Prezydenta Andrzeja Dudy w związku z moją nominacją profesorską

Szanowny Panie Prezydencie,
 
15 lutego 2021 roku w Monitorze Polskim opublikowano postanowienie, w którym nadaje mi Pan tytuł profesora nauk społecznych w dyscyplinie nauk prawnych. Pragnę zupełnie szczerze i bez żadnej ironii podziękować Panu za to, że z mojej nominacji profesorskiej nie uczynił Pan sprawy politycznej i że krytyka, którą wobec Pana i Pana obozu politycznego wielokrotnie kierowałem, nie została przez Pana wykorzystana, aby tę nominację opóźniać.
 
Doceniam i dziękuję Panu za normalność, którą Pan tą decyzją pokazał. Jednocześnie proszę, aby wprowadził Pan tej normalności w nasze życie więcej. Na podobną nominację wciąż czekają inni polscy uczeni, tacy jak prof. Michał Bilewicz czy prof. Walter Żelazny. Proszę nie kazać im dłużej czekać – oni także poświęcili istotną część swojego życia, aby zrozumieć, jak działa ten złożony świat i aby służyć społeczeństwu tą wiedzą. Także oni zasługują na nominacje profesorskie, a czekają na nie o wiele dłużej, bo już kilka lat. Zasługują na te nominacje nie mimo krytyki, którą publicznie w rozmaitych kwestiach przedstawiają, ale właśnie ze względu na to, że ją głoszą. Głoszona publicznie krytyka zawsze wymaga okazania podstawowej cechy uczonego, czyli odwagi, i zawsze – proszę mi uwierzyć – jest efektem troski o Rzeczpospolitą, czyli, jak mówi nasza Konstytucja, o dobro wspólne wszystkich obywateli.
 
Nominacja profesorska jest wielkim zaszczytem, na który każdy z nas pracuje wiele lat. Jest ukoronowaniem katorżniczej pracy, efektem wielu wyrzeczeń, także ze strony naszych Bliskich. Jest także ich wielkim marzeniem, w niektórych wypadkach niestety niespełnionym czy raczej niedoczekanym. Zapewne kiedy obronił Pan doktorat, Pana Bliscy byli z Pana dumni, a Pan cieszył się ich radością, i wzruszał ich wzruszeniem. Za uczonymi, którzy jeszcze nie otrzymali swojej nominacji profesorskiej, także stoją Rodziny, które czekają na swoją chwilę radości, wzruszenia i wielkiej dumy. Pan może im ją dać.
 
Myślę, że zgadzamy się co do tego, że różnica w poglądach na kwestie publiczne nie powinna mieć żadnego wpływu na ocenę czyichś dokonań naukowych. Jeśli kiedyś zdecyduje się Pan na napisanie pracy habilitacyjnej, teoretycznie będę mógł być jej recenzentem. Gdybym w takiej sytuacji oceniał Pana poglądy na kwestie publiczne zamiast Pana dorobku naukowego, z pewnością uznałby Pan to za zachowanie głęboko niewłaściwe. I miałby Pan świętą rację. Niestety, opóźnianie awansu Profesorów, o których wspomniałem, pozwala snuć niepotrzebne przypuszczenia, że nie o ocenę dorobku naukowego w ich przypadku chodzi, bo tej przecież dokonali inni profesorowie. Pan może jedną decyzją te niepotrzebne spekulacje przeciąć.
 
Nie tylko otrzymanie nominacji profesorskiej jest wielkim zaszczytem, ale także jej uroczyste odebranie w Pałacu Prezydenckim. Z tym większym żalem informuję, że nawet jeśli otrzymam zaproszenie na uroczystość wręczenia nominacji profesorskiej, nie będę mógł, niestety, jej z Pana rąk odebrać. Odebranie tego honoru z rąk Prezydenta RP było zawsze moim wielkim marzeniem. Byłoby także wielką radością dla mojej Mamy i Babci, które zawsze wierzyły, że można pokonać tę trudną drogę z małego, prowincjonalnego miasta, w którym się wychowałem, do wielkiego Pałacu, w którym mieszka Prezydent. Ta radość nie będzie nam jednak dana, i to nie z naszej winy. Szczególnie teraz jestem zobowiązany pozostać wierny wartościom, które są bliskie każdemu prawnikowi: wierności Konstytucji i szacunkowi dla prawa. Pana działania w ostatnich latach były, niestety, zaprzeczeniem tych wartości. Nie jest to moja prywatna opinia, ale zdanie podzielane przez ogromną większość polskich prawników, a także potwierdzone przez niezależny, polski Trybunał Konstytucyjny oraz Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nie mogę pozwolić na to, aby uściśnięcie Pana dłoni zostało odebrane jako choćby cień akceptacji dla tych działań. To są sprawy absolutnie najważniejsze i mam nadzieję, że jako człowiek i prawnik Pan to rozumie, nawet jeśli jako polityk poszedł Pan na nieakceptowalne kompromisy. 
 
Liczę na Pana zrozumienie w jeszcze jednej kwestii: także po tej nominacji jakiekolwiek dalsze działania polityczne zmierzające do łamania wartości konstytucyjnych, czy to z Pana strony, czy ze strony kogokolwiek innego, spotkają się z moją jednoznaczną krytyką. Nie dlatego, że Pana czy kogokolwiek innego nie lubię, ale dlatego, że tak po prostu trzeba.
 
 
Pozostaję z głębokim szacunkiem dla urzędu Prezydenta RP i z nadzieją, że wykorzysta Pan pozostałe lata Pana kadencji, aby wypełnić ten urząd treścią moralną i prawną, na który bezsprzecznie zasługuje.
 
 
Z życzeniami zdrowia w tym trudnym czasie,
 
 
Marcin Matczak

O obojętności polskich władz wobec ataków na demokrację

Sytuacja, która ma miejsce w USA, jest testem dla demokracji nie tylko tam, ale w pewnym sensie na całym świecie. Oto Trump, który przez całą kadencję atakował podstawy demokracji liberalnej, takie jak niezależność sądownictwa i mediów, użył swoich zwolenników do fizycznego ataku na instytucje państwa, w celu zmiany siłą wyników demokratycznych wyborów. Jest to sytuacja jednocześnie bez precedensu i taka, której po antydemokratycznej retoryce Trumpa można było się spodziewać.

 
Piszę, że sytuacja ta jest testem dla demokracji na całym świecie, bo jestem oburzony i głęboko zaniepokojony reakcją polskich władz na amerykański kryzys. Dla tych ludzi demokracja, praworządność i przemoc jest wewnętrzną sprawą innych państw. W pewnym sensie nie dziwi takie stanowisko, bo przez ostatnie pięć lat ciągle rezerwują sobie prawo do tego, aby ataki na praworządność i demokrację oraz przemoc (na razie prawna) były traktowane przez inne państwa jako nasza wewnętrzna sprawa. Mówią tak, bo oczekują obojętności, która jest przyzwoleniem na przemoc. Dlatego sami zachowują obojętność. Używają suwerenności, wielkiej wartości, aby uzasadnić małostkowość w realizacji swojego egoistycznego interesu. 
 
Jeżeli ktoś jest przeciwny przemocy, nie może być obojętny na przemoc. Jeżeli komuś zależy na demokracji, nie może być obojętny wobec ataków na demokrację. Ale jeśli ktoś uważa Trumpa za męża stanu i stosuje podobną do niego retorykę, jeśli ani przemoc, ani zamach na demokrację mu nie przeszkadzają, to znaczy, że jest z kimś takim coś bardzo nie tak. I to należy zachować w pamięci, i tego należy się bardzo obawiać.

Czy Polska ugrała cokolwiek na szczycie w Brukseli?

Tym z Państwa, którzy czują się nieco zagubieni w natłoku informacji o sukcesie/porażce polskiego rządu w Brukseli, polecam załączony tekst, który precyzyjnie wyjaśnia, co w sensie prawnym stało się 10 grudnia 2020 roku na spotkaniu europejskich przywódców. A ponieważ wszyscy jesteśmy zabiegani, pozwalam sobie na krótkie streszczenie tego tekstu i uzupełnienie go o kilka przemyśleń.

 
1. Polska i Węgry zagroziły wetem wobec budżetu UE, aby wymusić zmianę nowego unijnego prawa, które uzależnia wypłatę pieniędzy unijnych od stanu praworządności w danym kraju.
 
2. Unia nie zgodziła się na zmianę tego prawa – pozostaje ono dokładnie takie, jakie było. Pozwala ono wstrzymać wypłatę pieniędzy unijnych, gdy w danym kraju naruszona jest niezależność sądownictwa lub jeśli władza nie ściga skutecznie naruszeń prawa w zakresie wydawania pieniędzy unijnych, ale także np. działań dyskryminacyjnych (to z tym przepisem wiążą się obawy Z. Ziobry, że w Polsce nie będzie można już bezkarnie ustanawiać stref wolnych od jakichś mniejszości).
 
3. To, co uzyskał w czwartek M. Morawiecki, to umowa polityczna, która nie ma formalnie mocy prawa, a  zgodnie z którą nowe prawo chroniące praworządność będzie stosowane dopiero po przygotowaniu przez Komisję Europejską szczegółowej metodologii jego stosowania. Dodatkowo, jeśli Polska i Węgry zaskarżą to nowe prawo do Trybunału Unijnego w Luksemburgu, wytyczne (a więc i stosowanie nowego prawa) rozpocznie się dopiero po wyroku Trybunału.
 
4. Autorzy artykułu wyjaśniają, że umowa polityczna zawarta w czwartek jest całkowicie bezprawna. Jak piszą, można ją porównać do umowy między Prezydentem Dudą a Premierem Morawieckim, że na mocy ich ustaleń politycznych nowo uchwalona przez polski Parlament ustawa nie będzie stosowana przez jakiś czas, skoro jednej ze stron sporu się nie podoba. Oczywiście, dla nas takie rzeczy nie są już, niestety, szokujące, bo mieliśmy w ostatnich latach w Polsce i decyzje polityczne, które przesuwały w czasie obowiązywanie wyroków (patrz sprawa wyroków TK), i umowy polityczne o niestosowaniu ustaw, które w opinii premiera zawierały błąd. Na świecie jednak ludzi przywyczajonych do praworządności takie rzeczy szokują.
 
5. Autorzy piszą, że umowa polityczna zawarta w czwartek albo zostanie zlekceważona jako prawnie niewiążąca, albo – ponieważ próbuje jednak wywoływać efekt prawny – zostanie zaskarżona do unijnego Trybunału, który prawdopodobnie potwierdzi, że jest ona bezprawna, bo na takie rozstrzygnięcie wskazuje wcześniejsze stanowisko Trybunału w sprawie tego typu umów. Zaskarżyć mógłby ją np. Parlament Europejski. Jeśli zostanie zlekceważona, a powinna ze względów prawnych, będzie to oznaczało, że Morawiecki w sprawie praworządności nie ugrał nic. Jeśli Trybunał ją unieważni, a do tego czasu nie zostanie ona zlekceważona, zyska czas.
 
6. Co to wszystko dla nas znaczy? Po pierwsze, Morawiecki skorzystał z liny ratunkowej, rzuconej przez Angelę Merkel.  Merkel najprawdopodobniej miała świadomość, że proponowane rozwiązanie jest pozorne, a jego jedyna wartość polega na tym, że pozwala Morawieckiemu zachować twarz i opowiadać wszystkim, że uratował budżet, jednocześnie osłabiając siłę nowego prawa dotyczącego praworządności. Z drugiej strony można spojrzeć na działania Morawieckiego jako jedyne racjonalne wyjście z sytuacji, w którą PiS sam się zagonił – wstrzymanie budżetu i strata bądź chociażby opóźnienie w wypłatach dunduszy po-Covidowych byłyby niewybaczalną szkodą dla polskiego interesu. Ponadto, być może Morawiecki liczy na to, że umowa polityczna, choć nielegalna, będzie honorowana. Być może – ale co zrobi wtedy, gdy Trybunał Sprawiedliwości uzna ją za nieważną?
 
7. Zachowanie Morawieckiego, mimo że stanowi ratowanie się z opresji, w którą samemu się siebie wprowadziło, jest i tak superracjonalne na tle zachowania Z. Ziobry. Ziobro wie, że umowa polityczna, którą zawarł Morawiecki, niewiele znaczy i niczego nie gwarantuje. Dlatego oskarża wszystkich o zdradę. Jego zachowanie jest jednak zachowaniem człowieka, który jest w stanie pozbawić Polskę 800 miliardów złotych pomocy, której tak potrzebujemy, byleby tylko mógł nadal zwiększać swoją władzę nad sądami i wspierać ataki na mniejszości seksualne w Polsce. Takie działanie jest prawdziwą zdradą polskiej raciji stanu. 
 
8. Koniec końców, wszystko to jest bardzo przygnębiające. Zamiast rozdawać w Unii karty, jesteśmy małymi krętaczami. Aby uratować resztki honoru polskich władz, Unia nagina swoje prawo, a my udajemy, że polityczny deal próbujący zmodyfikować uchwalone i zatwierdzone prawo jest naszym wielkim sukcesem. Tak, dobrze mnie rozumiecie – sukcesem naszego rządu jest machlojka prawna, do której zmuszany Unię, aby nie musiała pozbawiać nas pomocy po-Covidowej. Przykro to mówić, ale to jest po prostu wstyd dla silnego i ważnego kraju, jakim jesteśmy. 
 
Zachęcam do przeczytania poniższego artykułu:

Czy ważność w prawie ocenia się tak jak ważność ruchów w szachach?

Czy prawo jest podobne do szachów? Andrei Marmor twierdzi, że tak. Szachy jako gra są kreowane przez tzw. reguły konstytutywne, na mocy których coś fizycznego uzyskuje specjalny status: kawałek drewna w kształcie konia staje się szachowym skoczkiem i może w określony sposób poruszać się po szachownicy. Podobnie w prawie – konkretny człowiek otrzymuje status sędziego i w związku z tym może wykonywać pewne „ważne ruchy” – np. wydawać ważne wyroki.

W nowym artykule staram się pokazać, że mimo pewnych podobieństw między szachami a prawem, istnieje między nimi kluczowa różnica: szachy, jak każda gra wg J. Huizingi, są praktyką oderwaną od życia, sztucznie z niego wydzieloną, udawaną. Jak pisze Huizinga, słowo „iluzja” pochodzi od „in-ludere”, a więc od bycia w grze, zabawie. Tymczasem prawo, mimo że oparte na wyobrażeniach i swoistych iluzjach (czymże bowiem jest np. „spółka z o.o.” jeśli nie tworem mentalnym) oddziałuje na życie realne z całą mocą.

Dlatego też rozważania na temat ważności czy nieważności czynności prawnych, w przeciwieństwie do ważności czy nieważności szachowych ruchów, muszą być powiązane ze skutkami tych czynności w świecie rzeczywistym. W innym przypadku pozostaniemy ślepymi formalistami. Nie piszę o tym wprost, ale dyskusja na temat ważności czy nieważności pewnych działań prawnych (np. „wyroków” TK), okazała się ostatnio kluczowa nie tylko dla prawników, ale dla wielu z nas, którzy oceniali decyzję TK w sprawie aborcji, dyskutowali nad tym, czy trzeba ją publikować, i zastanawiali się, czy ważniejsza jest jej formalna ważność czy raczej rzeczywista efektywność, związana z jej stosowaniem przez lekarzy, prokuraturę czy sądy.

Ten i inne argumenty ważne dla dyskusji o ważności w prawie przedstawiam w poniższym artykule. Stawiam pytanie, czy można uzyskać kompetencję do wydawania rozkazów przez sam fakt, że ludzie je wykonują, mimo że wcześniej nikt nam takiej kompetencji nie przyznał. Proponuję także eksperyment myślowy, porównujący obrączkę ślubną jako obiekt społeczny z pierścieniem, którego pożądał Sauron we „Władcy pierścieni”.

Zainteresowanych filozofią prawa zachęcam do przeczytania artykułu „Constitutive Conventions in Law and the Problem of Their Primacy” oraz do przedstawiania uwag w komentarzach.

https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3724962

 

 

 

Precz z władzą, która nie szanuje zasad

Ciągle zastanawiam się, czy w Polsce ktoś jeszcze nie może spać, bo jest łamana Konstytucja. Może jednak ktoś zastanawia się, co by było, gdyby Kaczyński i spółka nie rozwalili państwa prawa? Poniżej staram się w tym pomóc.
 
Kiedy PiS w 2015 roku zaczął drastycznie i systemowo łamać Konstytucję, jako prawnicy ostrzegaliśmy, że demontaż systemu praworządności źle się skończy. W czasie jednego z przemówień pod Pałacem Prezydenckim mówiłem, że łamanie Konstytucji nie jest łamaniem abstrakcyjnej idei. Łamanie Konstytucji jest zawsze łamaniem człowieka – jego wolności, dobrobytu, zdrowia, a czasem życia. Wielu mówiło wtedy, że histeryzujemy.
 
Dlatego wielu z nas pozwoliło na to, aby PiS przejął nielegalnie kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Najpierw przez powołanie dublerów, potem przez nielegalne powołanie J. Przyłębskiej na prezesa TK, następnie przez odsunięcie od orzekania sędziego Biernata oraz trzech sędziów wybranych w roku 2010. Końcowym etapem destrukcji było powołanie do TK czynnych i kontrowersyjnych polityków – S. Piotrowicza i K. Pawłowicz, którzy w momencie powołania nie spełniali wymogów wiekowych.
 
Efektem tego wszystkiego jest trybunał-wydmuszka: osoba pełniąca funkcję Prezesa jest bliską znajomą Jarosława Kaczyńskiego, z którą jada obiady, w składzie Trybunału zasiada komunistyczny prokurator i inne osoby, które ze względu na swoje publiczne karygodne wypowiedzi nigdy nie powinny tam być.
 
Dlaczego o tym przypominam? Trybunał Konstytucyjny ma jedną funkcję: kiedy większość, która wygrała wybory, robi coś, co narusza prawa mniejszości, ta mniejszość może pójść do niezależnego Trybunału Konstytucyjnego i poprosić o ocenę, czy prawo uchwalane przez większość może obowiązywać. Sama demokracja nie załatwia sprawy i niczego nie gwarantuje – 51% kanibali mogłoby demokratycznie zdecydować, że zjedzą pozostałe 49%. Trybunały i sądy konstytucyjne wzmocniono po II Wojnie Światowej właśnie po to, żeby większość już nigdy nie złamała nienaruszalnych praw mniejszości. 
 
U nas do Trybunału mniejszość już nie chodzi – liczba spraw po przejęciu go przez PiS spadła o 80 procent. Mniejszość do Trybunału nie chodzi, bo po co, skoro jest on przedłużeniem władzy większości? Do Trybunału chodzi za to często właśnie ta większość, z prośbą o uprzejme potwierdzenie, że wolno im zrobić to, co chcą. Albo po to, żeby decyzją Trybunału rozmontować następną instytucję, która tej większości przeszkadza.
 
Piszę o tym dzisiaj, bo coraz większa grupa ludzi z różnych stron sceny politycznej zaczyna odczuwać bardzo konkretne efekty ataku na rzekomo abstrakcyjne zasady praworządności. Odczuwa to konserwatywny mężczyzna-rolnik, któremu nagle, bez chronienia jego interesów w toku zakaże się hodowli zwierząt, i liberalna kobieta, której za tydzień Niby-Trybunał wyda decyzję w sprawie aborcji (oczywiście na wniosek większości). Rozumie to przedsiębiorca, który ma problem z dochodzeniem odszkodowania za zamknięcie firmy. Nagle ludzie rozumieją, że władza, której nie kontroluje Konstytucja, może absolutnie wszystko.
 
Powinniśmy zrozumieć to wszyscy. Gdyby szanowano Konstytucję, nie byłoby propagandowej telewizji publicznej, która wykorzystuje 2 mld złotych w sytuacji, gdy lekarzom brakuje kombinezonów i maseczek – zmiana ustawy medialnej została uznana za niekonstytucyjną, ale przecież nikt się tym nie przejmuje. Gdybyśmy mieli normalny Trybunał Konstytucyjny, nie zmarnowano by 70 milionów na niekonstytucyjny pocztowy plebiscyt w maju, bo zaskarżono by do niego ustawę, którą w wariackim tempie uchwalano. Co więcej, pewnie nikt by jej nie próbował uchwalić, bo wiedziałby, że nigdy przez konstytucyjne sito nie przejdzie. Gdyby był Trybunał, nie byłoby latem wymuszonych, pandemicznych wyborów Prezydenta, bo ustawy, które je umożliwiły zostałyby wyrzucone do kosza przez niezależnych sędziów. A gdyby nie było tych niekonstytucyjnych wyborów, cały aparat państwa mógłby się skupić na przygotowaniu do skutecznego zwalczania pandemii. Ponieważ wybory były, rząd promował prezydenta, prezydent siebie, a ministrowie zastanawiali się, czy dotknie ich powyborcza rekonstrukcja rządu – nie było czasu myśleć o przygotowaniu się na drugie uderzenie wirusa.
 
W ten sposób zamach na abstrakcyjne zasady konstytycyjne skończył się bardzo konkretnym cierpieniem chorych ludzi, którzy nie mogą liczyć na swoje państwo, które – zamiast im pomagać – było zajęte czymś innym. W ten sposób zniszczenie systemu państwa dotyka nie tylko rolników, nie tylko kobiety, ale każdego z nas, bo każdy może zachorować.
 
Kiedyś Mao kazał zabić w Chinach wszystkie wróble, bo wyjadały ziarno. Kiedy ludzie to zrobili, okazało się, że naruszyli równowagę ekosystemu – brak wróbli spowodował plagę szarańczy, która zniszczyła uprawy i doprowadziła do wielkiego głodu. Trybunał Konstytucyjny może się wielu wydawać nie ważniejszy od wróbla. Ale jest elementem systemu, który bez niego upada i przygniata konkretnych ludzi.
 
Dlatego mówię zupełnie poważnie i niepolitycznie: precz z władzą, która nie szanuje Konstytucji! Nieważne, czy to lewica, czy prawica, czy dół, czy góra, czy środek. Precz z samowolą i poczuciem bezkarności! Następnym razem, kiedy będziecie wybierać sobie liderów, pamietajcie proszę, że przywódca, który ma uczciwe zamiary, nie boi się Konstytucji i kontroli Trybunału Konstytucyjnego. A taki, który się boi, nie zasługuje na powierzenie mu władzy i powinien być wyrzucony precz. Wybierajcie, kogo chcecie, ale niech, do cholery, szanuje zasady, które wspólnie ustaliliśmy.