Jakiego Prezydenta potrzebuje Polska?

Przed niedzielnymi wyborami zacząłem się zastanawiać, jakiego Prezydenta potrzebuje Polska. Odpowiedziałem sobie tak:

Polska potrzebuje Prezydenta, który będzie umiał zszyć to okropne rozdarcie między dwiema krainami – krainą Tradycji i krainą Postępu – które nas dotknęło. Prezydenta, który będzie rozumiał, że nie ma prawdziwej Polski bez którejkolwiek z tych krain. Polska nie potrzebuje Prezydenta, który to rozdarcie będzie świadomie pogłębiał, który będzie sypał w nie sól propagandy i budował swoją pozycję jako obrońca którejkolwiek z tych krain przeciwko drugiej.

 
Polska potrzebuje Prezydenta, który będzie czerpał energię z jedności, a nie z napuszczania jednej grupy społecznej na drugą. Prezydenta, który rozumie, że w głębi serca wszyscy jesteśmy podobni, bez względu na powierzchowne różnice, a nasze dobre wzajemne relacje zależą w dużej mierze od tego, czy nasi liderzy będą poświęcać swój czas na podkreślanie powierzchownych różnic, czy na szukanie głębokich podobieństw.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który ma pokorę uszanowania wartości konstytucyjnych, których sam nie ustanowił. Polska nie potrzebuje Prezydenta, który ustanowione przez wspólnotę wartości ciągle podważa, deprecjonuje i chce zmieniać. Te wartości są jedyną rzeczą, która nas łączy – może nas dzielić religia, poglądy polityczne czy kibicowanie innym drużynom piłkarskim. Ale Konstytucja stanowi absolutne minimum wartości, co do którego jako Polacy musimy się zgadzać, bo inaczej nie damy rady ze sobą żyć. To minumum zawiera w sobie szacunek dla ludzkiej godności, zakaz dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu, wolność słowa, czy niezależność polityczna sądów, które rozstrzygają nasze spory.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który z wielości prawdziwie polskich wartości będzie umiał wybrać i promować te, które przyniosły nam w przeszłości wielkość: tolerancję dla inności, która powinna być postrzegana jako szansa na wzbogacenie kulturowe, a nie jak śmiertelne zagrożenie; gościnność, która jest przeciwieństwem ksenofobii i znajduje oparcie w najgłębszych podstawach tradycji judeo-chrześcijańskiej, odwagę sprzeciwienia się zagrożeniom realnym, a nie wydumanym, jak wiatraki, z którymi walczył Don Kichot; szacunek dla nauki, która dała światu polskich matematyków zdolnych do zdekodowania Enigmy, nie pochwalanie zabobonu, byleby jego wyznawcy oddali na Prezydenta swój głos.
 
Polska potrzebuje Prezydenta rozumiejącego to, że Unia Europejska jest projektem, który dał części Europy, którą obejmuje, najdłuższy okres pokoju w jej dziejach. Prezydenta, który nie krzyczy, ale rozmawia, który nie siłą głosu, ale siłą argumentu negocjuje z innymi członkami Unii, którzy są sojusznikami, ale i konkurentami, jak w każdym wspólnym przedsięwzięciu. Prezydenta, który nie musi ciągle mówić o potrzebie szanowania Polski, bo zachowuje się tak, że szacunek jest naturalną konsekwencją jego działań, a nie wymuszoną krzykiem deklaracją. 
 
Polska zasługuje na Prezydenta, który potrafi się sprzeciwić sile politycznej, która wyniosła go na stanowisko. Prezydenta, który ma kręgosłup ze stali, nie z waty, i który rozumie, że istotą podziału władz jest konieczność dogadywania się i negocjowania stanowiska, a nie walenie w stół pięścią w stylu domorosłego dyktatorka. Prezydenta, który rozumie, że bezmyślne wykonywanie woli partii jest obelgą dla Prezydenta wybieranego przez Naród w wyborach powszechnych i że kiedy ta partia atakuje jakąkolwiek mniejszość – czy to mniejszość z krainy Tradycji, czy to mniejszość z krainy Postępu, rolą Prezydenta jest powstrzymać ten atak, nie dołączyć się do niego.
 
Polska zasługuje na Prezydenta, który będzie rzeczywistą Głową Państwa, a nie (czyimś) uchem, lewą czy prawą ręką, pępkiem (świata), czy też.., a może lepiej nie schodzić anatomicznie niżej. Polska zasługuje na Prezydenta, którego głównym celem będzie utrzymanie wśród Polaków poczucia wspólnoty, który będzie strażnikiem wartości konstytucyjnych, nie partyjnych, obrońcą mniejszości atakowanej przez tymczasową większość, który będzie jak oliwa uspokajająca wzburzone morze emocji, a nie benzyną dolewaną do ognia. Prezydenta, który obroni ateistę przez katolikiem, i katolika przed ateistą, lewaka przez prawakiem i na odwrót, jeśli będzie trzeba. Prezydenta, który wie, że na świecie jest już wystarczająco dużo cierpienia i agresji, i że nie ma sensu ich mnożyć.
 
Polska potrzebuje Prezydenta, który rozumie, że między prawdziwym chrześcijaństwem a prawdziwym humanizmem nie ma prawie żadnej różnicy. To, co je różni, jest we wspólnocie szanujących się ludzi pomijalne. Polska nie potrzebuje Prezydenta-konkwistadora, który z religii miłości czyni bat do nawrócenia siłą tych, których uważa za niewiernych. Nie potrzebuje Prezydenta, który prowadzi ciągłą krucjatę, zachęcany do tego przez dostojników Kościoła, który mentalnie uwolnili się od Ewangelii i zwierzchnictwa Papieża. 
 
Nie wiem, czy Rafał Trzaskowski jest w stanie być takim Prezydentem, zwłaszcza wtedy, gdy do władzy dojdzie jego formacja polityczna. Nie wiem, bo nie miał okazji się wykazać. Wiem jednak, że Andrzej Duda takim Prezydentem nigdy nie był i nie będzie. Druga kadencja nie jest cudownym lekarstwem, która powoduje, że kręgosłup zmienia swoją konsystencję. Nie jest głęboką zmianą duchową, która powoduje, że wobec niszczonych propagandą grup społecznych, takich jak LGBT, ktoś nagle będzie się odnosił z szacunkiem. Druga kadencja nie spowoduje, że ktoś zacznie jednoczyć, skoro cały czas dzielił. 
 
Nie wiem, czy w niedzielę wybierzemy Prezydenta, na którego Polska zasługuje. Ale na pewno warto próbować.

W dziesiątą rocznicę katastrofy smoleńskiej

Pamięć o zmarłych jest rzeczą świętą. W ostatnich 10 latach po katastrofie smoleńskiej doświadczaliśmy wielu pięknych i wzniosłych ekspresji tej pamięci. Jedną z nich była spontaniczna manifestacja narodowej żałoby na Krakowskim Przedmieściu, zaraz po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy wszyscy, z lewa i prawa, z początku i końca, oddawaliśmy hołd ofiarom tego niepojętego wypadku. One także przecież reprezentowały cały wachlarz poglądów, historii i oczekiwań, nie jedną tylko opcję polityczną.

Jednak nagle z tą łączącą absolutnie wszystkich spontaniczną żałobą stało się coś złego. Najpierw przestała być spontaniczna. Została uregulowana, zadekretowana niemal, ustalona co do miejsca, dnia miesiąca i formy. Potem przestała łączyć, a zaczęła dzielić. Z początku słowem: absurdalnym oskarżeniem o zamach, zdradę i zabójstwo. Potem fizycznie – barierami. Stawianymi na tym samym Krakowskim Przedmieściu, które było wcześniej jak ogromna i dzika rzeka żalu, stawianymi jakby po to, żeby tę rzekę ujarzmić i wykorzystać do własnych celów.

Święta żałoba stała się nieświętym szantażem emocjonalnym, który żeruje na zakorzenionym w nas szacunku dla zmarłych i tych, którzy ich opłakują. Modlitwa stała się manifestem politycznym – daleka od spokojnej medytacji i refleksji, zamieniła się w seanse nienawiści wobec urojonego wroga. Szacunek dla zmarłych stał się uczuciem wybiórczym – dla jednych spokój, dla innych tragedia ekshumacji i ponownego pogrzebu, rozdrapywania świeżo zabliźnionego żalu, wściekłości, że prywatne cierpienie stało się publiczną igraszką władzy.

Będę pamiętał te dziesięć lat jako czas zapadania się w bezsilność, związaną z patrzeniem na to, jak rzeczy święte są obryzgiwane politycznym błotem. Nie tak wygląda szczera pamięć o zmarłych. Ktoś żałobę, która powinna być cichym namysłem nad wspólnym naszym nieszczęściem, zamienił w ogłuszającą polityczną szczekaczkę, która mówi: „Ponieważ cierpię, mogę zrobić ci wszystko. A ty nie możesz zrobić nic, bo przecież pamięć o zmarłych jest święta”.

Na szczęście to nieprawda, że nie mogę zrobić nic. Mogę głośno powiedzieć, że choć pamięć o zmarłych jest święta, tych, którzy tę pamięć zbezcześcili, zamieniając ją w polityczny spektakl, będę pamiętał jak najgorzej.

Ofiarom tragedii 10 kwietnia 2010 roku – spokój wieczny.

Jak powinny zachować się uczciwe władze RP w czasie epidemii

Znajomy zasugerował mi, że warto może napisać post o tym, jak UCZCIWIE powinny zachować się władze RP w obecnej sytuacji konstytucyjnej. Ma rację – nawet jeśli wydaje się to jasne, nie jest oczywiste dla wszystkich.

1. Uczciwe władze RP powinny już dawno ogłosić najmniej inwazyjny ze stanów nadzwyczajnych, czyli stan klęski żywiołowej. Włosi stan nadzwyczajny z powodu koronawirusa ogłosili 31 stycznia, wiele państw zrobiło to niedługo potem. Nasza władza ciągle wmawia nam, że stanu wyjątkowego nie ma, choć kraj został właściwie zamknięty i nic normalnie nie funkcjonuje

2. Uczciwe władze RP powinny oprzeć się na art. 232 Konstytucji i ustawie o stanie klęski żywiołowej, zgodnie z którą taki stan ogłasza się, żeby przeciwdziałać skutkom katastrofy naturalnej (art. 2 ustawy), a katastrofą naturalną jest między innymi masowe występowanie choroby zakaźnej ludzi (art. 3 ustawy). Czyli dokładnie to, co teraz występuje.

3. Uczciwe władze RP powinny wskazać obywatelom, że zgodnie z art. 228 ust 7 Konstytucji, „W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu (…) nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu.” Ten konstytucyjny mechanizm został wpisany do Konstytucji RP 23 lata temu, aby zadziałać dokładnie w takich sytuacjach, jak nasza obecna. Nie jest jednak wciąż wykorzystywany.

4. Uczciwe władze RP powinny na podstawie art. 228 ust. 7 Konstytucji w związku z Jej art. 8 ust. 2 (bezpośrednie stosowanie konstytucji) odwołać wybory 10 maja, poczekać do końca epidemii (np. do czerwca), odliczyć 90 dni i zorganizować wybory w normalnych warunkach. Uczciwe władze RP nie wmawiają obywatelom, że odsunięcie wyborów grozi destabilizacją polityczną. Nie grozi, bo zgodnie z Konstytucją kadencja Prezydenta zostaje odpowiednio przedłużona.

5. Uczciwe władze RP nie powinny w czasie epidemii ani chwili poświęcać wyborom, bo jest to po prostu zbrodnia – wokół umierają ludzie i upada gospodarka. Czas pracy parlamentu i rządu nie jest z gumy. Każda chwila poświęcona a spotkania, analizy, negocjacje polityczne (np. Kaczyńskiego z Gowinem), każde ustalenia dotyczące wyborów (np. Morawieckiego z Sasinem) to czas, którego zabraknie, aby uratować czyjeś życie lub zdrowie, aby uratować dorobek czyjegoś życia, czyjeś miejsce pracy. W czasie epidemii nie ma czasu na nic innego niż zwalczanie epidemii! Poczta Polska powinna skupić się na przyspieszonym przekazywaniu przesyłek ważnych dla ratowania życia i zdrowia, a u nas musi przestać dostarczać zwykłe przesyłki, żeby podołać organizacji wyborów. Przecież to jest absurd. W idei stanu nadzwyczajnego klęski żywiołowej chodzi o jedno – spory polityczne mają zostać odsunięte na bok, a nie stać się centrum zainteresowania rządu, wszyscy, absolutnie wszyscy muszą zająć się ratowaniem ludzkiego życia i zdrowia, a nie zagwarantowaniem sobie kolejnych pięciu lat na państwowym garnuszku!

6. Uczciwe władze RP nie wmawiają ludziom, że nie można ogłosić stanu klęski żywiołowej, bo państwo musiałoby płacić odszkodowania firmom, które nie mogą z powodu takiego stanu funkcjonować. Przecież o to właśnie chodzi, że kiedy dla ochrony nas wszystkich poświęca się dobytek, dorobek i majątek niektórych, należy im się odszkodowanie. To najbardziej normalna zasada i uczciwe władze nie nadużywają prawa, żeby wykpić się z obowiązku pomocy szczególnie poszkodowanym. Władze, które tak działają, korzystają z cudzego nieszczęścia.

7. Uczciwe władze RP nie okłamują obywateli, że wprowadzenie stanu nadzwyczajnego klęski żywiołowej oznacza wojsko na ulicach i zamknięte media, niczym w stanie wojennym. Konstytucja jasno mówi w art. 228 ust. 5, że wszelkie działania władz w czasie stanu nadzwyczajnego muszą być PROPORCJONALNE, a więc adekwatne do zagrożenia. W stanie klęski żywiołowej wojsko nie jeździ po ulicach czołgami, tylko pomaga lekarzom albo osobom starszym. W czasie klęski żywiołowej władza nie zamyka mediów, tylko korzysta z ich pomocy, aby skuteczniej komunikować się ze społeczeństwem.

8. Uczciwe władze RP nie kłamią i nie wykorzystują narodowej tragedii do własnych, egoistycznych celów politycznych, bo to jest obrzydliwe. Po prostu.

Tak robią uczciwe władze. A jak robią nasze, każdy widzi.

Wojna metafor w sprawie list poparcia do neoKRS

Mamy walkę metafor w sprawie list poparcia do neoKRS. PiS przedstawia dwie fałszywe metafory:

(1) poparcie jest jak wrzucenie głosu do urny. Nie można go wycofać.

(2) Poparcie jest jak głosowanie w sprawie osobistej – zasadą jest tajność, żeby nie było nacisku.‬
 
‪Poparcie kandydata nie jest jak głosowanie w wyborach – jest ono warunkiem, aby można było na kogoś głosować. Zanim sejm głosuje nad ustawą, musi wiedzieć, że popiera ją 15 posłów. Musi więc wiedzieć, kto podpisał i czy był posłem. Bo poparcia  anonimowego nie można zweryfikować.‬
 
‪Poparcie kandydata do KRS nie jest jak  wrzucenie głosu do urny, ale raczej jest podobne do udzielenia komuś pełnomocnictwa. Pełnomocnictwo można cofnąć, gdy utraci się do kogoś zaufanie. A po cofnięciu dana osoba nie może dalej działać w tej roli, którą dawało jej pełnomocnictwo‬.
 
‪Gdy prof.Chojna-Duch najpierw uzyskała poparcie posłów PiS jako kandydatka do TK, a potem to poparcie wycofano, nikt nad nią nie głosował. Czy można by ją wybrać ważnie po wycofaniu poparcia? Nie. Wtedy można było wycofać poparcie, a w przypadku s. Nawackiego nie można było?‬
 
‪Poparcie sędziów w wyborach do KRS jest kluczowe, bo sędziowie delegują na członka KRS obronę swojej niezawisłości. Tak samo jak posłowie delegują na sędziego TK część władzy ustawodawczej (rolę negatywnego ustawodawcy). Utrata poparcia uniemożliwiało kandydowanie Nawackiego do KRS, tak jak uniemożliwiało kandydowanie Chojny-Duch do TK. ‬

Doniosłość niezawisłości

O niezawisłości mówi się w ostatnich latach dużo. Czymże ona jednak tak naprawdę jest? Uznaje się, że ma dwa wymiary: wewnętrzny i zewnętrzny. Wewnętrzna niezawisłość sędziego to jego zdolność do oparcia się naciskom, na przykład naciskom politycznym, ale nie tylko – także naciskom wielkiego biznesu, mediów, czy sądzonego właśnie celebryty i jego zagorzałych fanów. Zewnętrzna niezawisłośćto zorganizowanie w taki sposób pracy sędziego, aby przed naciskami nie miał okazji się bronić, używając do tego celu siły swej wewnętrznej niezawisłości.

Te dwa rodzaje niezawisłości tłumaczy dobrze metafora samolotowa. Niezawisłość wewnętrzna sędziego jest jak wewnętrzna zdolność kapitana samolotu, aby nie podporządkować się naciskom pasażerów. Nawet jeśli tymi pasażerami są ważni politycy, którzy koniecznie chcą zmienić trasę lotu samolotu, a to oznaczałoby przelot na niebezpiecznym terytorium. Oprócz jednak odporności pilota na naciski, zapewnia mu się takie warunki pracy, aby się tą odpornością jak najrzadziej wykazywać musiał. Zewnętrzny wymiar niezawisłości obrazuje zasada sterylności kokpitu – nikogo nie ma w nim być, nikt nie mapilotowi przeszkadzać pilotowi w staraniach, aby bezpiecznie wylądować. Podobnie, nikt nie ma sędziemu przeszkadzać w jego staraniach, aby wydać bezstronny wyrok.

Jak wyjaśnić doniosłość niezawisłości? Z pomocą przychodzi nam metafora lekarza. Wyobraźmy sobie, że w naszym kraju władzę zdobywa partia, która ma bardzo zdecydowane stanowisko w jakichś sprawach medycznych. Na przykład Partia Absolutnych Przeciwników Aborcji, Partia Ochrony Dzieci przed Złem Szczepionek, czy też partiazrzeszająca tzw. świadków Jehowy, którzy ze względów religijnych sprzeciwiają się transfuzji krwi. Wyobraźmy sobie następnie, że partia ta wymienia wszystkich lekarzy w polskich szpitalach – zwalnia bardziej doświadczonych, powołuje mniej doświadczonych, a jednocześnie jasno komunikuje, że oczekuje od lekarzy „postawy służebnej wobec państwa”. Dodatkowo, lekarze, którzy publicznie sprzeciwiają się poglądom medycznym bliskim partii rządzącej są publicznie krytykowani w mediach rządowych, a nawet zaczyna się wobec nich prowadzić postępowania dyscyplinarne. Oczywiście – jak głosi propaganda – wszystko to robi się, aby wśród lekarzy nie było świętych krów, a ci, którzy są uczciwi, mogą spać bezpiecznie.

 

Następnie wyobraźmy sobie, że przychodzimy do takiego zreformowanego szpitala z problemem medycznym. Przychodzi kobieta w ciąży, dla której donoszenie dziecka zagrożą jej życiu. Przychodzi ojciec z dwulatkiem, aby go zaszczepić. Po wypadku trafia tam dziewczyna, którapotrzebuje przetoczenia krwi. I lekarz radzi, aby ciąży nie usuwać, aby dziecka nie szczepić, i aby nie dokonywać transfuzji. Pytamy, czy jest co do tego absolutnie przekonany. Mówi, że robi to wyłącznie w oparciu o swoją wiedzę medyczną. Pytamy, czy nie mówi tak, bo jest naciskany przez rząd. Odpowiada, że on się czuje niezawisły i żeby go takim pytaniem nie obrażać.

 

Wiecie, co jest najgorsze w naruszeniu niezawisłości zewnętrznej? To, że nawet jeśli ten lekarz jest porządnym, odważnym człowiekiem, nawet  jeśli w tym konkretnym przypadku ma rację, nawet jeśli istnieją rzeczywiste medyczne powody dla jego decyzji, i tak mu nie uwierzycie. Przecież czasami nie wolno szczepić. Być może zdarza się tak, że transfuzja nie jest rekomendowana. Nie ma to znaczenia – i tak nie uwierzycie, bo w najważniejszej dla was sprawie nie macie pewności, czy ktoś nie uległ naciskom. I pójdziecie do innego lekarza.

Zniszczenie niezawisłości w jej wymiarze zewnętrznym niszczy sens zawodu lekarza i niszczy sens zawodu sędziego, bo niszczy zaufanie. Nawet jeśli w konkretnym wyroku sędzia orzeknie wyłącznie na podstawie swojego sumienia i praw, nie uwierzymy mu, jeśli publicznie się na niego naciska, a decyzja jest przypadkowo zgodna z tymi naciskami. Dlatego właśnie nie wolno naruszać niezawisłości ani w przypadku lekarza, ani w przypadku pilota, a przede wszystkim w przypadku sędziego. Bo nie ma „prywatnych” sędziów, do których można by pójść, aby skonsultować swój przypadek, tak jak można pójść do prywatnego lekarza, jeśli nie ufa się temu, którego wynagradza państwo. Dlatego prawo polskie, unijne i międzynarodowe mówi, że sąd zależny od kogoś nie spełnia podstawowego wymogu bycia sądem. Taki sąd nie może decydować o ludzkich sprawach, bo nikt mu nie uwierzy, że decyduje w oparciu o prawo.

Fragment mojego artykułu z dzisiejszego wydania Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej.

 

 

Czas się cofnąć

Jak wygląda krajobraz polskiej praworządności po wczorajszej uchwale SN? Podsumujmy fakty:

 
a) obecne polskie władze od pięciu lat twierdzą, że mandat demokratyczny, otrzymany przez nie w zwyczajnych wyborach, pozwala im dowolnie zmieniać polskie sądownictwo;
 
b) ponieważ nawet dla nich jest jasne, że wygranie zwykłych wyborów nie pozwala łamać Konstytucji, swoje urzędowanie nowe władze zaczynają od zamachu stanu – Sejm unieważnia wybór trzech legalnie wybranych sędziów TK, prezydent pomaga powołać ich dublerów, premier polskiego rządu odmawia opublikowania i podporządkowania się wyrokom Trybunału Konstytucyjnego; Prezydent ponownie łamie Konstytucji poprzez powołanie do kierowania TK osoby pełniącej funkcję prezesa; 
 
c) te działania oraz wynikające z nich kroki (m.in. odsunięcie wiceprezesa TK i trzech innych sędziów od orzekania, manipulowanie składami TK)pozwalają ubezwłasnowolnić Trybunał – staje się on narzędziem rozmontowania i blokowania innych instytucji konstytucyjnych (KRS i SN);
 
d) potem idzie już gładko, bo Konstytucja bez niezależnego TK jest jak prawo o ruchu drogowym bez policji – wolno wszystko. Władza przejmuje KRS, przeprowadza zamach na SN (częściowo udany dzięki oporowi obywateli) i w brutalny sposób dyscyplinuje sędziów niepoddających się nielegalnym działaniom;
 
e) pod płaszczykiem „reformy” władze dokonują drastycznej wymiany kadrowej w sądach, nieopartej na indywidualnej ocenie sędziów, ale na populistycznym zarzucie zbiorowej odpowiedzialności za bycie „komunistą”. Ten zarzut jest kierowany wobec grupy zawodowej sędziów, która średnio w 1989 roku miała kilkanaście lat.
 
f) w efekcie tej wymiany do KRS i do niektórych sądów trafiają ludzie, którzy są w dokładnie takim samym wieku jak usuwani z nich „komuniści”, mają jednocześnie niskie kompetencje merytoryczne i moralne, co daje swój wyraz m.in.  w bulwersującej aferze hejterskiej. Ideą zmiany w sądach jest więc hasło „Zmieniać dla samej zmiany – nawet na gorsze”.
 
g) sytuacja „zreformowanych” sądów drastycznie się pogarsza – liczba spraw w TK spada o 80 proc, obrazując spadek zaufania do tej instytucji. Sprawy w sądach trwają dłużej, nie krócej. Ogromna większość polskich sędziów, ściganych absurdalnymi zarzutami dyscyplinarnymi, np. za noszenie koszulki z napisem „Konstytucja”, czuje, że ich niezawisłość jest zagrożona.
 
h) sprawa polskiego sądownictwa przenosi się na poziom unijny – dla instytucji UE jest jasne, że działania polskiego rządu naruszają wspólne dla państw Unii, w tym dla Polski, wartości. Jest to także jasne dla polskich wydziałów prawa, rad adwokackich w Polsce i na świecie, dla Komisji Weneckiej, dla ONZ i szeregu innych krajowych i międzynarodowych instytucji;
 
i) polskie sprawy trafiają do najwyższego unijnego sądu – TSUE. On także nie ma wątpliwości, że działania polskich władz naruszają zasady praworządności. W ostatniej sprawie z listopada TSUE upoważnia polski Sąd Najwyższy do ostatecznej oceny, czy sędziowie powołani po zmianach wprowadzonych przez PiS mogą wydawać ważne wyroki;
 
j) polski Sąd Najwyższy dwukrotnie stwierdza, że nie mogą – najbardziej dobitnie we wczorajszej uchwale wydanej przez kilkudziesięciu sędziów. Oznacza to jasno, że zmiany wprowadzone przez PiS były wadliwe i muszą zostać cofnięte;
 
k) polskie władze atakują TSUE i Sąd Najwyższy, politycy ponownie przypisują sobie prawo do oceny, czy decyzje sądów są wiążące. Premier kieruje do ubezwłasnowolnionego TK bezpodstawny wniosek, który ma unieważnić uchwałę SN. W ten sposób podważa nie tylko decyzję SN, ale także decyzję TSUE. 
 
l) TK, do którego powołano osoby nienawidzące Unii Europejskiej, w tym panią Pawłowicz, nazywającą Unię „szmatą”, zapewne poprze Premiera. Będziemy mieli więc wojnę polskiej Konstytucji, interpretowanej przez panią Pawłowicz, z prawem Unii. Wojnę Polski z organizacją, do której przystąpiliśmy na mocy decyzji Suwerena, i który na taką wojnę nikomu nie dał zgody.
 
W imię jakich wartości to wszystko jest robione? Jakie korzyści z działań polskich władz mają obywatele? W sądach jest chaos, relacje Polski z UE są w najgorszym stanie od naszego do niej przystąpienia, istnieje poważne ryzyko, że czystka sądowa pozbawi nas funduszy unijnych. A co mamy w zamian? Poczucie, że zdekomunizowaliśmy sądy? Z prokuratorem Piotrowiczem w TK? Poczucie, że odpolityczniliśmy sądy? Z panią Pawłowicz w TK? Poczucie, że sędziowie polscy są lepsi moralnie i bardziej kulturalni? Z agresją panów Nawackiego i Radzika, wylewającą się z ekranu? Poczucie suwerenności? Tak, jeśli suwerenność rozumiemy jako prawo do samozniszczenia.
 
Czas sobie uświadomić, że od pięciu lat zmierzamy do katastrofy. Czas zrozumieć, że trzeba się cofnąć. Trzeba powołać na nowo KRS, trzeba załatwić sprawę sędziów przez nią powołanych, trzeba oczyścić tę stajnię Augiasza. Zamiast walczyć z uchwałą SN i decyzją TSUE, polskie władze powinny je wykorzystać dla naprawy tego, co zostało zepsute. Siłę polityczną naprawdę można pokazać w inny sposób niż poprzez krzyczenie, że ma się w nosie 60 sędziów SN. Decyzja o cofnięciu się pokazuje prawdziwą mądrość, która spotka się z większym szacunkiem obywateli niż krzyk.

Kilka komentarzy do dzisiejszego wyroku TSUE

Wyrok TSUE nie jest bezpośredni, ale kryterialny – daje polskim i europejskim sądom kryteria, wg których mają oceniać legalność neoKRS i status powołanych przez nią sędziów. To kryterium to ich niezależność od polityków w percepcji społecznej – np. brak reprezentowania sędziów

„Percepcja” została obśmiana przez polski rząd jako „wrażenie”, ale to poważne kryterium prawne, wynikające między innymi z orzecznictwa Trybunału w Strasburgu i dające się zmierzyć. Np. w żadnym kraju EU 90 proc. sędziów nie uznaje, że ich KRS ich nie reprezentuje.

Wyrok TSUE oznacza odroczoną śmierć neoKRS, Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Ta śmierć nastąpi nie w wyniku bezpośredniego działania TSUE, ale przez działanie sądów w PL i UE, które na podstawie wyroku TSUE będą pomijać decyzje sędziów powołanych przez neoKRS.

W wyniku wyroku TSUE sądy będą mieć prawo i obowiązek (1) przejąć kompetencje sądów, w których zasiadają sędziowie powołani przez neoKRS, (2) zlekceważyć ich wyroki. To oznacza, że bez zmiany neoKRS i każda jej decyzja o powołaniu sędziów nie będzie miała żadnego prawnego skutku.

Po wyroku TSUE każda decyzja neoKRS o powołaniu sędziów będzie zwiększać chaos prawny w Polsce. Każdy sąd wyższej instancji i każdy sąd zagraniczny będzie musiał ocenić, czy taki sędzia jest w ogóle sędzią i czy wyroki przez niego wydane są wyrokami.

Żaden obywatel nie będzie mógł polegać na wyroku wydanym przez sędziego powołanego przez neoKRS – taki wyrok, w sprawie nieruchomości czy opieki nad dzieckiem, będzie mógł zostać zakwestionowany przez inny sąd tylko z tego powodu, że osoba go wydająca nie była sędzią.

Dalsze kroki po wyroku TSUE: polski SN oceni legalność neoKRS i Izby Dyscyplinarnej w sprawie, w której zadał pytanie. Ta sprawa będzie precedensowa dla innych sądów w Polsce – na podstawie tego wyroku SN będzie mógł ocenić także legalność Izby Kontroli Nadzwyczajnej i SP.

Dyskusja o wieku kandydatów PiS do TK

Rozwija się nam z prędkością lawiny dyskusja, czy kandydaci PiS do TK spełniają warunki wiekowe niezbędne do ich powołania. Jedni twierdzą, że nie spełniają tych warunków, bo ustawa mówi o spełnianiu „wymagań niezbędnych do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego SN”. Jeśli ktoś ma więcej niż 65 lat (a wszyscy kandydaci mają), nie może „pełnić urzędu na stanowisku sędziego SN”, może być co najwyżej sędzią SN w stanie spoczynku, a taki nie pełni urzędu, bo nie może orzekać. Inni twierdzą, że chodzi wyłącznie o kwalifikacje merytoryczne, nie o wiek. Uważam, że pierwsze stanowisko jest poprawne, jednak chcę zwrócić uwagę na inną rzecz.

 
Już sama wątpliwość, czy Państwo Pawłowicz, Chojna-Duch i Piotrowicz spełniają warunki bycia kandydatami do TK jest zabójcza dla państwa prawa. A winę ponosi za to PiS. To jego posłowie rozpoczęli tragiczną w skutkach praktykę kwestionowania statusu nieodwoływalnych sędziów TK z powodu bzdurnych zarzutów proceduralnych. Najpierw zakwestionowali wybór całej piątki sędziów TK wybranych na jesieni 2015 z powodu domniemanego naruszenia procedury ich zgłoszenia. Później Zbigniew Ziobro zakwestionował powołanie trójki sędziów, dokonane w 2010 roku (tej trójki, która właśnie  odchodzi), przez złożenie wniosku do TK o uznanie ich powołania za niezgodne z konstytucją. Powód ponownie był absurdalny – głosowanie na jednej, a nie na trzech kartach.
 
Wiecie, do czego prowadzi ta praktyka? Do tego, że kiedy za cztery lata obecna opozycja wygra wybory, natychmiast zakwestionuje wybór proponowanej teraz przez PiS trójki z powodu tego, że nie spełniali wymogów wiekowych, gdy byli powoływani. Co więcej, w porównaniu z wcześniejszymi zarzutami PiS opozycja będzie mieć argumenty sto razy silniejsze. W ten sposób TK nigdy nie będzie już sądem stabilnym, a żaden sędzia nie będzie mógł czuć się bezpieczny. I nie bronię w tej sposób pani Pawłowicz czy pana Piotrowicza – przeciwnie, uważam, że są kandydatami, o których nikt nigdy nie powinien nawet pomyśleć. Chodzi mi o państwo i jego instytucje – najgorszym skutkiem niszczenia państwa prawa przez PiS jest uznanie wszystkiego w prawie za wględne i możliwe do zakwestionowania. Najgorszym skutkiem zamachu na państwo prawa jest uznanie, że kaprysem wodza można zdestabilizować każdą instytucję. Nie można pozwolić na to, żeby anomalia wprowadzona przez PiS stała się zwyczajem konstytucyjnym.
 
Dlatego apeluję do PiS – powołajcie do TK kandydatów, którzy nie budzą wątpliwości formalnych. Powołajcie ich lege artis, z zachowaniem wszelkich terminów. Po to, aby nikt nie miał pokusy kontynuowania waszej cynicznej politycznej gry, którą rozpoczęliście cztery lata temu. Pokażecie przez to, że dbacie o interes i stabilność instytucji, a nie względy osobiste. 
 
Wiem, że doradzam wam w sprawie umocnienia pozycji waszych kandydatów, a potem sędziów w TK. Ale tak powinno się robić, jeśli dla kogoś ważniejsza jest stabilność instytucji państwowych niż umieszczenie w najważniejszym polskim sądzie swoich bliskich znajomych.

Jak zdobyć rząd dusz – 10 lekcji, które mogą nam dać polscy raperzy

Zbigniew Hołdys zwrócił mi swoimi publicznymi wpisami na TT i FB uwagę na pewną ważną rzecz – na absolutną hegemonię hip-hopu we współczesnej polskiej i nie tylko polskiej muzyce. Najpierw napisał, że Bedoes, gwiazda SBM Label, pod jednym swoim utworem na You Tube ma kilkadziesiąt milionów wyświetleń. To więcej niż kilka czy nawet kilkanaście gwiazd muzyki pop razem wziętych. Po drugie, słusznie cieszył się z faktu, że Taco Hemingway i Dawid Podsiadło wysprzedali w 30 minut Stadion Narodowy – dotąd udawało się to największym gwiazdom muzyki światowej, takim jak Metallica.

Nie znam się na muzyce hip-hopowej, ale zazdroszczę raperom sukcesu – jest to dla mnie sukces nie tylko muzyczny, ale przede wszystkim sukces w zakresie tzw. rządu dusz, a więc sukces w zakresie wpływu na ludzi. Ich publiczność słucha przecież nie tylko dźwięków, ale przede wszystkim tekstów, które w hip-hopie są najważniejsze. Uważam, że słuszne uwielbienie i popularność muzyków ma głębokie uzasadnienie w wartościach, które w nienachalny, ale wyraźny sposób komunikują.

Po przesłuchaniu wielu utworów przygotowałem subiektywny dekalog wartości hip-hopu – prezentuję go poniżej. Uważam, że każdy, kto chciałby mieć szacunek ludzi, w szczególności wśród młodzieży, powinien ten dekalog wziąć sobie do serca. Czy to polityk, czy nauczyciel, czy profesor. Oczywiście nie twierdzę, że są to jedyne wartości głoszone przez hip-hop, albo że hip-hop popularyzuje wyłącznie wartościowy styl życia. Ale w te 10 wartości, które są obecne w nowoczesnym polskim hip-hopie, warto się wsłuchać.

  1. Pełna autentyczność – nieudawanie kogoś innego, nieoszukiwanie i niemydlenie oczu
  2. „Vulnerability” – odwaga przyznania się do słabości, przyznanie się do nieodporności na ciosy.
  3. Szacunek dla inności.
  4. Brak narzucania swojego zdania innym.
  5. Kodeks honorowy – wierność wyraźnemu zestawowi wartości.
  6. Braterstwo (przyjaźń).
  7. Lojalność wobec ludzi.
  8. Pamięć o biednych mimo bycia bogatym.
  9. Pokora – niewywyższanie się.
  10. Chęć przekazania wiedzy młodszym, ale przekazywanie swojego osobistego doświadczenia bez napuszenia i udawania mądrzejszego.

 

 

 

 

Czy Janusz Palikot powinien zasiadać w komitecie upamiętniającym śp. Lecha Kaczyńskiego?

Pamiętacie taki film na You Tube, w którym Jarosław Kaczyński wita się z politykami, ale nie podaje ręki Januszowi Palikotowi. Powód – Palikot ostro atakował śp. Lecha Kaczyńskiego, kiedy ten był Prezydentem RP. Dla Jarosława Kaczyńskiego Palikot był niewątpliwie symbolem bezpardonowych ataków na wartości, które uznawał za podstawowe dla siebie, stąd decyzja o niepodawaniu ręki.

K. Pawłowicz i S. Piotrowicz dla wielu Polaków są symbolem bezpardonowego ataku na wartości dla Nich podstawowe, takie jak praworządność. Nie byłem nigdy w sytuacji, w której musiałbym podawać im rękę, dlatego nigdy nie miałem okazji odmówić tego podania. Ale tak bym zrobił, bo tak powinien zrobić każdy, dla kogo praworządność jest wartością ważną. Ja w każdym razie tak robię, kiedy w poczekalni telewizyjnej spotykam wiceministrów sprawiedliwości, np. Sebastiana Kaletę.
 
Dlaczego o tym mówię? Bo najwyraźniej członkowie i zwolennicy PiS stracili całkowicie empatię i zrozumienie dla tego, że istnieje bardzo duża grupa Polaków, którzy na nich nie głosowali. I że ta grupa będzie tu mieszkać i żyć, i nie da się jej pozbyć. Tymczasem PiS poprzez nominację Pawłowicz i Piotrowicza wykonuje ruch, który jest obrazą tej grupy, jest prowokacją i grą na podzielenie Polaków. Jest sadystyczną próbą wzbudzenia najgorszych emocji, bo ludzi będących symbolem niszczenia wartości dla nich ważnych powołuje się do instytucji, która odpowiada za strzeżenie tych wartości.
 
Chciałbym wzbudzić resztki tej empatii przykładem, który odwołuje się do początku tej krótkiej historii. Członkowie i zwolennicy PiS! Jak byście się czuli, gdyby opozycja powołała J. Palikota na szefa komitetu mającego upamiętnić Prezydenta Kaczyńskiego? Gdyby w instytucji mającej się troszczyć o wartości dla Was ważne miał zasiadać człowiek, którego uważacie za uosobienie zamachu na te wartości? Uznalibyście takie powołanie za zasadne? Normalne? Jeśli tak, to oznacza, że jest z Wami coś nie tak. Bardzo poważnie nie tak.

Te kandydatury powinny zostać natychmiast wycofane. Jest wielu porządnych, konserwatywnych prawników, których PiS może powołać do TK. Powołanie K. Pawłowicz i S. Piotrowicza jest aktem agresji wobec przeciwników politycznych, jest polityczną prowokacją i działaniem obliczonym na polaryzację i tak już podzielonego polskiego społeczeństwa. Wycofajcie się z tej decyzji póki jest jeszcze czas.