Ziobro podkłada bombę pod polskie członkostwo w Unii Europejskiej

Wniosek Z. Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego trzeba rozpatrywać na dwóch poziomach. 

Po pierwsze, zaskarżenie art. 267 Traktatu bez względu na szczegóły wniosku zostanie odebrane przez całą Europę jako kwestionowanie podstawowego mechanizmu prawnego UE, a więc współpracy sądów krajowych z Trybunałem Sprawiedliwości UE w Luksemburgu, czyli zadawania pytań co do zgodności regulacji krajowych z unijnymi i udzielania odpowiedzi, które mają ujednolicić stosowanie prawa Unii w całej Europie. Jako takie, działanie to będzie odebrane jako wrogie.
 
Dodatkowo, Polska zaakceptowała te rozwiązania w referendum, a TK oceniał już raz cały traktat pod kątem zgodności z Konstytucją i uznał, że jest zgodny z Konstytucją. Sprawa będzie więc postrzegana jak odgrzewanie starego kotleta dla podgrzania konfliktu z Unią. Po co nam to? Dla wymachiwania szabelką. A pozycja w kluczowym dla nas sojuszu w czasie tego wymachiwania nadal będzie lecieć na łeb, na szyję.
 
Na drugim, szczegółowym poziomie, Ziobro będzie tłumaczył, że on nie chce z UE wychodzić. Że nie kwestionuje samego prawa do zadawania pytań i udzielania przez Trybunał odpowiedzi, ale kwestionuje nadużywanie tego prawa – zadawanie pytań niezwiązanych ze sprawą, bo dotyczących statusu sędziów i polskiego sądownictwa. Takie tłumaczenie, że Ziobro i rząd RP jest w gruncie rzeczy proeuropejski, oczywiście nic nie da. Tak wrogie gesty ocenia się w polityce międzynarodowej co do istoty, nie co do detali. Ale także na tym szczegółowym poziomie wniosek Ziobry prowadzi Polskę do polexitu. 
 
Zobaczmy bowiem, jakie będą skutki wyroku TK zgadzającego się z wnioskiem Ziobry. TK orzeknie, że co do zasady zadawanie pytań do Trybunału UE jest zgodne z polską Konstytucją, ale niezgodne jest zadawanie pytań niezwiązanych ze sprawą, krotochwilnych, nadużywających tego prawa, ponieważ dotyczących niezależności sądów, które daną sprawę rozstrzygają. I Minister, i TK zapewne pominą to, że Traktaty wyraźnie zobowiązują Polskę do zapewnienia skutecznych środków ochrony sądowej (a takie zapewnia wyłącznie niezależny sąd) oraz, że Trybunał UE wyraźnie stwierdziłw sprawie sędziów portugalskich, że sprawa niezawisłości sędziowskiej jest sprawą o charakterze europejskim, nie lokalnym.
 
Będziemy mieli zatem dwa rodzaje pytań – dobre i złe, związane ze sprawą i niezwiązane, bo dotyczące sądownictwa. Spróbujmy zgadnąć, kto będzie oceniał, czy pytania są dobre, czy złe.  Sądy polskie nadal będą zadawać pytania, które uznają za związane ze sprawą, Trybunał w Luksemburgu nadal będzie odpowiadał na pytania, które będzie uznawał za związane ze sprawą. Jedyna różnica będzie polegać na tym, że po korzystnym dla siebie wyroku TK po każdym pytaniu prejudycjalnym polskiego sądu, a w szczególności po każdej odpowiedzi Trybunału UE na takie pytanie przed mikrofony będzie wychodził Zbigniew Ziobro, mówiąc z zafrasowaną twarzą: „Szanujemy Unię Europejską, ale to pytanie jest niestety niekonstytucyjne. Dlatego też niekonstytucyjna jest  odpowiedź. Oznacza to, że ja, jako Prokurator Generalny, że Prezydent, jako Prezydent, że rząd, jako rząd, my wszyscy szanujący od zawsze polską Konstytucję, nie możemy niestety ani tego pytania, ani tej odpowiedzi Trybunału UE uznać. Dziękuję Państwu”.
 
Jedynym skutkiem wyroku TK będzie więc przyznanie Ministerstwu Sprawiedliwości prawa każdorazowej oceny zasadności zadawania pytań prejudycjalnych przez polskie sądy oraz każdorazowej oceny legalności odpowiedzi udzielanej przez Trybunał UE. A to da prawo ignorowania decyzji Trybunału, co jest jednoznaczne z podłożeniem bomby pod nasze członkostwo w Unii.
 
Takie działanie Ministerstwa wpisuje się w dalekosiężny plan skupienia w rękach Prokuratora Generalnego wszystkich kompetencji dotychczas wykonywanych przez sądy bądź sędziów. Ma on już prawo oceny konstytucyjności ustaw przez kontrolowany politycznie TK, prawo powoływania sędziów przez kontrolowaną politycznie KRS, prawo dyscyplinowania sędziów przez kontrolowaną politycznie Izbę Dyscyplinarną SN. Obecnie uzurpuje sobie prawo do oceny legalności postanowień o zabezpieczeniu, wydawanych przez SN i NSA, a także do oceny zasadności pytań prejudycjalnych do Trybunału UE i odpowiedzi na nie. Dodatkowo, w stosunku do każdego wyroku może złożyć skargę nadzwyczajną, którą rozpatrzy kontrolowana politycznie Izba Kontroli Nadzwyczajnej SN. W ten sposób Ministerstwo Sprawiedliwości staje się supersądem, supertrybunałem i superinstancją, i dzięki temu zyskuje możliwość powolnego wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Do tego bowiem prowadzi zniszczenie podziału i równowagi władz, które są fundamentem europejskiego porządku prawnego.

Łapczywość na życie – parę słów o powieści George’a Saundersa “Lincoln w Bardo”

Wiele już napisano o poruszającej powieści Saundersa. Że to oparta na faktach historia śmierci Williego, syna Abrahama Lincolna, dziecka, które umierało, kiedy w Białym Domu wydawano wielki bal. Że to opowieść o rozpaczy ojca, który wielokrotnie przychodzi na cmentarz w Georgetown, wyciąga z trumny ciało syna i w jakiejś niewyobrażalnej piecie okazuje mu spóźnioną czułość. Że to historia, która łączy Mickiewiczowskie “Dziady” i “Boską Komedię” Dantego – historia ciał i dusz, które nie wierzą, że umarły, krążą w zawieszeniu po cmentarzu i zazdroszczą małemu Williemu dotyku ojca. Ale nie napisano, że to książka bardziej o życiu niż o śmierci.

W wywiadzie dla “Moich książek” autor “Lincolna w Bardo” powiedział, że duchy – bohaterowie jego powieści są jak goście wyrzuceni z życia jak z przyjęcia, które mogą tylko podglądać je przez okno. “Myślą: ‘Co to były za czasy!’, mówi Saunders, i wyjawia, że duchy lubią podobno, kiedy zachowujemy wokół siebie ich zdjęcia. Jeśli jednak niszczymy należące do nich rzeczy lub traktujemy je bez szacunku, są bardzo nieszczęśliwe. “Podoba mi się ta łapczywość na życie”, podsumowuje.

Ta właśnie łapczywość jest najbardziej poruszająca w tej książce. To zaprzeczanie, że się umarło i niezgoda na pełne odejście. Bohaterowie są “chorzy”, wierzą, że mają szansę na wyzdrowienie, bo trumny, w których spoczywają, nie są trumnami, ale “szpitalnymi skrzyniami”. Wnikają w ludzi, żeby znowu poczuć, że żyją. Nie przyjmują do wiadomości, że to już koniec.

“Lincoln w Bardo” to arcydzieło opowiadające o pożegnaniu ze światem i niemożliwości tego pożegnania. Tak w swoim monologu mówi jeden z bohaterów, Roger Bevins III:

„Nie pozostało mi nic innego, jak tylko odejść.
Acz sprawy świeckie wciąż mocno mnie trzymały.
Jako to: dzieci gromadka przez kosolotną zamieć grudniową brnąca (…)
Zastygły zegar w swej wieży wysokiej ptactwem nawiedzany; zimna woda z cynowego dzbana; po czerwcowym deszczu lgnącej do ciała koszuli ręcznikiem wycieranie.
Perły, szmaty, guziki, włosie dywanu, piwna piana.
Czyjeś dla cię dobre życzenia; ktoś pamięta napisać; ktoś zauważa, żeś nieswój.
Krwawy befsztyk na talerzu śmiercią czerwony; wierzch żywopłotu pod dłonią, kiedy pędzisz spóźniony do budynku szkoły o woni kredy i drzewnego dymu.
W górze gęsi, w dole koniczyna, dźwięk własnego oddechu, gdy go nie starcza.
I jeszcze to, jak wilgoć w oku zamazuje poletko gwiazd; bolesne miejsce na ramieniu od sanek taszczenia, na zamarzniętej szybie palcem w rękawiczce imienia ukochanego pisanie.
Buta sznurowanie; supła na paczce wiązanie;czyjeś usta na twoich; dłoń na twej dłoni; koniec dnia, początek dnia; wrażenie, że zawsze będziesz miał przed sobą dzień.
Żegnajcie, trzeba mi teraz pożegnać to wszystko. (…)
Zakurzone szczebelki żaluzji uginają się pod twym sunącym palcem, a tymczasem dochodzi południe i musisz coś postanowić; widziałeś to, coś widział, zraniło cię to i wydaje się, że masz tylko jedno wyjście.
Skrwawiona misa z porcelany kolebie się do góry dnem na drewnianej podłodze; skórka pomarańczowa ani drgnie pod ostatnim niedowierzającym tchnieniem pośród warstwy drobniuteńko rozpylonego lata, a zgubny nóż, odłożony w mimochodnej panice na znajomą chwiejną poręcz, upuści potem (wrzuci) Matka (droga Matka) (z sercem rozdartym) w powolne, czekoladowe fale Potomaku.
Żadna z tych rzeczy nie była prawdziwą; nic prawdziwym nie było.
Wszystko było prawdziwym; niepojęcie prawdziwym, nieskończenie drogim.
Te oraz inne rzeczy były zrazu niczym, utajone w bezkresnym bulionie energii, lecz potem nazwaliśmy je i pokochali, wybawiając ta modą z niebytu.
A teraz musimy je utracić.
Ślę to wam, drodzy przyjaciele, nim odejdę, w momentalnym gejzerze myśli, z miejsca, gdzie czas zwalnia i w końcu ustaje, my zaś możemy odtąd już zawsze żyć w jednej jedynej chwili.
Żegnajcie żegnajcie żegna….”

I przeczytajcie tę książkę.

 

„Jesteś za Legią czy za Polonią?” albo o fałszywej dychotomii między pasywizmem a aktywizmem sędziowskim

Od długiego już czasu w prawoznawstwie toczy się dyskusja, czy która wizja roli sędziego jest optymalna – pasywizm czy aktywizm. Pasywizm kojarzy się z podejściem proponowanym przez Monteskiusza, według którego sędzia ma być „ustami ustawy”. Ma być idealnym kanałem komunikacji, który tylko transmituje to, co mówi prawodawca, niczego nie dodawać i niczego nie odejmować. Aktywizm z kolei opisuje rolę sędziego, który widzi swoją rolę szerzej – jako osoby, która bierze odpowiedzialność za ostateczną jakość normy prawnej, w tym za to, żeby była sensowna nie tylko logicznie, ale i aksjologicznie. Dlatego, jeśli ta norma prawna zakomunikowana sędziemu przez prawodawcę taka nie jest, sędzia wyznający aktywizm ma prawo tę normę poprawić, na przykład przez wybranie takiego rozumienia tekstu prawnego, które będzie maksymalnie zgodne z konstytucją czy konwencjami międzynarodowymi chroniącymi prawa człowieka.

Opozycja „pasywizm-aktywizm” jest pułapką pojęciową. Podobną do sytuacji, w której grupa młodych kulturystów o minimalistycznej fryzurze, na twoje nieszczęście bez widocznych, emblematów klubowych, zadaje ci na ulicy Warszawy nieśmiertelne pytanie „Jesteś za Legią czy za Polonią?”. Pochopna odpowiedź nie jest w tej sytuacji wskazana. Lepiej odrzucić tę alternatywę i wybrać jakąś trzecią odpowiedź (uwaga: nie powinien to być Bayern Monachium, mimo że gra tam Lewandowski, bo to jednak klub niemiecki, ale np. wybór Realu Madryt może pozwolić wyjść z tej trudnej sytuacji obronną ręką).

Podobnie sędzia zapytany, czy jest za aktywizmem czy pasywizmem, powinien odrzucić tę pułapkę pojęciową. Jest to pułapka, bo oba te pojęcia w gruncie rzeczy przestawiają sędziego w złym świetle. Pasywizm kojarzy się z biernością, lenistwem i niezdolnością do ponoszenia odpowiedzialności. Aktywizm kojarzy się natomiast z nadaktywnością, a więc z odejściem od „normalnej” roli sędziego. Aktywizm wydaje się zatem w tym świetle czymś nienormalnym.

Odrzucenie pułapki pojęciowej „pasywizm-aktywizm” polega na zadaniu pytania o to, czy jest trzecia możliwość. Taką trzecią możliwością jest obszar normalnej roli sędziego. Na czym ta rola polega?

Rola sędziego jako „ust ustawy” była adekwatna dla XVIII i XIX wieku. Wynikała ona z faktu, że w państwach narodowych wtedy funkcjonujących występował jeden prawodawca – prawodawca krajowy, a królujący wtedy klasyczny pozytywizm prawniczy uznawał prawo za rozkaz suwerena zabezpieczony sankcją. Komunikacja pomiędzy prawodawcą a sędzią była w tym czasie jednokanałowa, bo prawodawca był jeden. Ta wizja prawa upadła wraz z tragedią II Wojny Światowej i zbrodniami Trzeciej Rzeszy. To dzięki pozytywistycznej, jednokanałowej wizji prawa sprawcy tych zbrodni mogli mówić „my tylko wykonywaliśmy rozkazy”.

Aby nikt nigdy więcej nie mógł się tak tłumaczyć, po wojnie wprowadzono istotne zmiany w porządkach prawnych współczesnych państw. Wzmocniono rolę konstytucji, podkreślono konieczność ochrony praw człowieka, które wyrażono w międzynarodowych konwencjach. Te elementy stały się odpowiednikiem prawa natury, zbiorem wartości, które mają ograniczać prawodawcę zwykłego. W efekcie wzmocniono także rolę sędziów, którzy stali się ważnym elementem równoważenia władzy politycznej.

Ten nowy porządek spowodował, że współczesne prawo funkcjonuje według wizji pozytywizmu wyrafinowanego. Jego głównym elementem jest to, że sędzia rozstrzygając sprawy słucha nie jednego prawodawcy – ustawodawcy krajowego, ale wielu prawodawców jednocześnie: oprócz ustawodawcy krajowego słucha jeszcze prawodawcy konstytucyjnego oraz prawodawcy ponadnarodowego, bo umowy międzynarodowe, w tym konwencje chroniące prawa człowieka, są pełnoprawnym elementem naszego prawa. Obecnie zatem komunikacja pomiędzy prawodawcą a sędzią jest wielokanałowa – rozmawia on jednocześnie z wieloma prawodawcami i jego zadaniem jest realizacja woli ich wszystkich. Redefiniuje to główne zadanie sędziego, jakim jest wierniść prawodawcy – obecnie wierność ta oznacza także wierność prawodawcy konstytucyjnemu i międzynarodowemu. Tego ostatniego nakazuje słuchać prawodawca konstytucyjny, czyli suweren, ponieważ konstytucja uznaje umowy międzynarodowe za źródło prawa w Polsce.

Pomiędzy pasywizmem a aktywizmem jest więc obszar, w którym sędzia ma być po prostu wierny Prawu (przez duże „P”), a więc nie pojedynczemu rozkazowi ustawodawcy zwykłego, ale systemowi prawa jako całości. Oznacza to, że musi w swojej aktywności pogodzić reguły ustawowe z zasadami konstytucyjnymi a przepisy krajowe z przepisami ponadnarodowymi. Ma to robić poprzez stosowanie wykładni prokonstytucyjnej i prowspólnotowej, poprzez rozstrzyganie wątpliwości na rzecz realizacji podstawowych praw i wolności oraz przez bezpośrednie stosowanie konstytucji oraz prawa międzynarodowego, które zgodnie z naszą konstytucją ma pierwszeństwo przed ustawami krajowymi, jeśli są z nim sprzeczne.

Podsumowując – pewne działania sędziów tradycyjnie nazywane aktywistycznymi, takie jak stosowanie całościowego podejścia do prawa, są normalną działalnością sędziego, wynikającą z natury współczesnych, posttotalitarnych porządków prawnych. A jeśli niektórym się marzy powrót do dziewiętnastowiecznego, twardego pozytywizmu, pozytywizmu prostego wykonywania rozkazów, to powinni spojrzeć jeszcze raz na historię Europy w XX wieku i czegoś się z niej nauczyć.

Dlaczego Andrzej Duda dzisiaj kolejny raz złamie prawo

Jak wiadomo, dzisiaj Prezydent Duda odbierze przysięgę od osób, które uważają, że są ważnie wyselekcjonowanymi kandydatami do SN. Tak oczywiście nie jest, bo procedura ich powołania jest nieważna – ciąży na niej grzech pierworodny nieważnego prezydenckiego obwieszczenia, które wbrew Konstytucji nie było kontrasygnowane przez premiera.

Ale nie o tym chciałem pisać. Dzisiaj kolejny raz Andrzej Duda pokaże, że ma w pogardzie prawo. Jest strażnikiem Konstytucji, najwyższego naszego prawa, a jednocześnie w najwyższym stopniu prawo lekceważy, zachęcając tym samym innych, by robili podobnie. Zlekceważenie dotyczy tym razem postanowienia sądu administracyjnego, który zamroził procedurę powoływania sędziów do SN, ponieważ wstrzymał przekazanie uchwały dotyczącej kandydatów Prezydentowi.

Po raz kolejny mamy więc do czynienia ze zignorowaniem decyzji sądu przez głowę państwa. Po raz kolejny Prezydent zachęca swoim postępowaniem do anarchii, wysyłając jasny sygnał: „jeśli masz inny pogląd prawny niż sąd, możesz ten sąd zignorować”. Nie ma bardziej szkodliwego publicznego działania niż otwarte lekceważenie decyzji sądowych przez osoby pełniące wysokie funkcje publiczne, bo ryba psuje się od głowy.

Podobnie wyraźną zachętą do łamania prawa jest zachowanie KRS. To do niej głównie swoje postanowienie kierował sąd. Tymczasem ciało, które zgodnie z Konstytucją ma chronić sędziów, poniża ich. Poniża ich mówiąc społeczeństwu, że są nieważni. Że wystarczy zamówić opinię prawną, która ma inną konkluzję niż decyzja sądu, a następnie działać w oparciu o tę opinię, lekceważąc sądową decyzję. Czy za moment każdy skazany przez sąd będzie zamawiał u swojego adwokata opinię prawną, z której będzie wynikać, że nie musi iść do więzienia, a następnie będzie twierdził, że ta opinia jest ważniejsza niż to, co powiedział sąd?

Szczególnie niepokojące jest uzasadnienie przedstawione w prasie przez KRS. Jak czytamy, w opinii stwierdzono, że intencją prawodawcy było, aby proces odwoławczy przed sądem administracyjnym nie wstrzymywał procesu powołania nowych sędziów. Rozumiem, że intencja prawodawcy ustalona przez autora opinii jest ważniejsza niż wyraźne i jasne postanowienie sądu. To jest zaiste rewolucja w prawie i w prawoznawstwie. Już nie mogę się doczekać, kiedy prokurator powie podsądnemu: „Wprawdzie sąd w swoim wyroku cię uniewinnił, ale intencją prawodawcy było, abyś siedział”.

Lekceważenie postanowienia sądu przez KRS i Prezydenta jest w mojej ocenie przestępstwem przekroczenia uprawnień z art. 231 kodeksu karnego, jest bowiem oczywistym działaniem poza prawem. Jestem pewien, że ze względu na pełną kontrolę polityczną nad prokuraturą ścigania tego przestępstwa nie należy się teraz spodziewać. Ale „teraz” nie będzie trwało wiecznie i przyjdzie kiedyś czas, w którym osądzenie takich oczywistych naruszeń prawa będzie możliwe.

I jeszcze jedno. Działania KRS i Prezydenta nie mają wpływu na to, co dzieje się na poziomie Unii Europejskiej. Dotychczasowe powołania (oraz te dzisiejsze) to powołania do Izby Dyscyplinarnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. To całkowicie nowe izby, a więc powołanie do nich, mimo iż nieważne z powodu braku początkowej kontrasygnaty premiera, nie jest powołaniem dublerów sędziów, którzy przekroczyli wiek 65 lat. Nadal więc Trybunał Sprawiedliwości może wydać postanowienie o zabezpieczeniu w odniesieniu do sędziów, których nowa ustawa niezgodnie z Konstytucją przenosi natychmiastowo na emeryturę. I miejmy nadzieję, że to zrobi. Miejmy także nadzieję, że polskie władzę taką decyzję uszanują.

List do córki Piotra Wielguckiego

Szanowna Pani,

 
Nie znamy się, ale ze względu na jedną z moich publicznych wypowiedzi być może dotrą do Pani niepokojące wiadomości. Wiadomości te, które wynikają z błędnej interpretacji moich słów, mogą wskazywać, że chciałem Pani zaszkodzić w planowanych studiach prawniczych. 
 
Postanowiłem napisać ten publiczny list, żeby wyraźnie potwierdzić, że nigdy nie miałem i nigdy nie będę miał wobec żadnego młodego człowieka intencji zaszkodzenia mu. Nie było to w żadnym wypadku ani treścią, ani intencją moich słów.
 
Chcę Panią gorąco zachęcić do studiowania prawa. To pasjonujące studia, które dają wielką satysfakcję oraz potrzebny społeczeństwu zawód. Zapewniam Panią, że na każdym polskim uniwersytecie spotka Pani ludzi, których misją jest wychować młodego człowieka w szacunku dla tradycji, w szacunku dla innego człowieka i – co równie ważne – w szacunku dla samego siebie.
 
Niech nie zniechęca Pani w szczególności powtarzane często twierdzenie, że prawnikiem w Polsce może zostać tylko ktoś, kto wychował się w dużym mieście i pochodzi z prawniczej rodziny. Ja sam wychowałem się w miejscowości, która liczy cztery tysiące mieszkańców, moi rodzice nie są prawnikami, a mój dziadek był górnikiem. Nie tylko nie przeszkodziło mi to w skończeniu studiów i zdobyciu zawodu, ale wręcz pomogło – dało mi większą determinację, której także Pani życzę.
 
Niech Pani nie ustaje w realizacji swoich marzeń. Zrozumienie świata i dzielenie się tym zrozumieniem z innymi to piękna intelektualna przygoda. Niech z sukcesem zdaje Pani na studia, skończy je ze świetnymi wynikami i zdobędzie wymarzony zawód. Niech Pani przyniesie dumę swoim Rodzicom.
 
Wszystkiego najlepszego,
 
Marcin Matczak
 

Dlaczego nadal będę dyskutował z hejterami

Od ponad roku angażuję się w prowadzone w mediach społecznych dyskusje z hejterami. Wczoraj po raz kolejny wszedłem w dyskusję z Piotrem Wielguckim (Matka Kurka), który w swoim tłicie kierowanym do prof. Wojciecha Sadurskiego napisał o defekacji i podcieraniu się ludźmi, a następnie napisał, że będzie nas (prof. Sadurskiego i mnie) bił po pyskach i że będziemy piszczeć.

W odpowiedzi na te słowa napisałem, że wyślę jego wypowiedź na Uniwersytet Wrocławski, aby prowadzący tam zajęcia przeanalizowali ten wpis w ramach zajęć z zakresu mowy nienawiści. Ponieważ Wielgucki kiedyś mówił, że jego córka zamierza studiować prawo i ponieważ Wielgucki mieszka na Dolnym Śląsku, napisałem, że prowadzący zajęcia powinni przeanalizować jego wpis na zajęciach w grupie, w której będzie studiować jego córka.

Nie znam córki Piotra Wielguckiego, nie wiem, ile ma lat, nie wiem, czy w ogóle istnieje (Napalony Wikary, inny bohater Twittera, często mówi, że ma córkę, ale jest, zdaje się, fikcyjna). Nie wiem, czy rzeczywiście chce studiować prawo i czy chce to robić we Wrocławiu. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, bo ten tłit był kierowany do Wielguckiego, nie do jego córki. A jego celem było uświadomienie mu, że jego słowa mogą być hipotetycznie czytane przez kogoś, kto jest mu bliski. Taki eksperyment myślowy jest najlepszym sposobem na uświadomienie sobie, jaka jest wartość moralna naszych słów. Ja często, kiedy piszę albo mówię, staram się sobie wyobrazić, co powiedziałby mój syn, gdyby to przeczytał. Czy byłby ze mnie dumny, czy też czy wstydziłby się mnie. Gdyby Wielgucki napisał, że wyśle mój wulgarny tłit do szkoły mojego syna, do głowy by mi nie przyszło, że jest to atak na mojego syna – to byłby atak na mnie i ja bym musiał sobie z nim poradzić.

Tymczasem Wielgucki z właściwym sobie poczuciem honoru odbił mój wpis, kierowany do niego, i skierował go w stronę swojej córki. W ten sposób chciał ukazać, że jestem bezdusznym, podłym człowiekiem, który atakuje jego rodzinę. Każdy sądzi po sobie – w swoim innym tłicie, tym razem poświęconym wymiotowaniu, Wielgucki zaatakował ojca prof. Sadurskiego. Nie miałem zamiaru atakować nikogo oprócz Wielguckiego i jego mowy nienawiści. Chciałem, żeby przez chwilę zmienił perspektywę, popatrzył na to, co robi, z trzeciej pozycji, i pomyślał, jaki przykład daje młodym ludziom. Jest to mój obowiązek jako nauczyciela akademickiego.

Ale tak naprawdę nie o tym chciałem głównie pisać. Chciałem wyjaśnić wszystkim, którzy po opisanej powyżej wymianie pisali do mnie, nie pierwszy raz, z zapytaniem, czy mój post to fake, czy naprawdę muszę angażować się w te poniżające dyskusje, że mi to szkodzi i że hejter zawsze sprowadzi mnie do swojego poziomu i pokona doświadczeniem, itd.

Doceniam Waszą troskę, ale wydaje mi się, że nie rozumiecie, dlaczego to robię. Też kiedyś myślałem, że lepiej jest siedzieć w swojej bańce na FB, gdzie ma się samych zwolenników, że lepiej zachowywać się jak dostojny profesor przemawiający z katedry, że lepiej zachowywać dobre samopoczucie, że przecież „ci ludzie”, „ten sort” nie jest godzien naszej uwagi.

I wtedy przeczytałem tekst George’a Lakoffa, który próbował zrozumieć fenomen popularności Trumpa. Lakoff pisze, że inteligentni obserwatorzy nie mogą zrozumieć, dlaczego Trump jest popularny, mimo że jest wulgarny i agresywny, i że w dyskusji nie dąży do zrozumienia, ale do zniszczenia swojego przeciwnika. Po prostu w głowie im się to nie mieści. A tymczasem Trump w ten sposób zdobywa sobie zwolenników – pokazuje atawistyczną siłę, traktuje spotkanie z drugim człowiekiem nie jako rozmowę, ale jako pojedynek. A ludzie, zwłaszcza ludzie młodzi, w jakiś dziwny sposób podziwiają to, jak to robi.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jedną z najbardziej popularnych osób wśród młodzieży jest Janusz Korwin-Mikke, jeden z najbardziej agresywnych werbalnie polityków, mistrz „masakrowania”? Dlaczego Krystyna Pawłowicz, która codziennie przekracza nowe poziomy wulgarności, jest tak popularna na prawej stronie sceny politycznej? Dlaczego Matka Kurka jest idolem dla wielu osób?

Jest tak dlatego, że zmienił się świat, a my tego nie zauważyliśmy. Wielu ludzi jest sfrustrowanych, wielu zwłaszcza młodych ludzi jest ofiarą hejtu, a sami nie potrafią się odgryźć. Dlatego ataki słowne wyprowadzane przez ich idoli w atawistyczny sposób dają im poczucie satysfakcji. Obserwują dyskusję jak walkę gladiatorów i pieją z zachwytu, kiedy tryska krew. Traktują hejterów jak swoich reprezentantów w konkursie politycznej niepoprawności, w symbolicznym akcie zemsty, którego ci hejterzy w ich imieniu dokonują. I w ten sposób hejterzy stają się ich bohaterami.

A gdzie są tzw. dobrze wychowani ludzie? Z wysokości swojej pozycji i autorytetu patrzą na te potyczki w błocie i dość wyniośle twierdzą, że nie ma się co w nie angażować. A w tym czasie badania opinii publicznej wskazują, że 70% naszej młodzieży chce głosować na Kaczyńskiego, Kukiza albo Korwina. Dlaczego? Bo w atawistycznie rozumianej walce słownej, jak pisze Lakoff, ten, który nie się nie broni przed atakami, pokazuje swoją słabość. A jako taki nie nadaje się na wzorzec do naśladowania, bo nikt nie chce być słaby. Nasze wyniosłe milczenie, czy tego chcemy czy nie, jest traktowane przez wielu jak przyznanie, że atakujący ma rację. Bo kiedy młody człowiek milczy, kiedy jest atakowany, nikt go nie podziwia. Taki chłopak czy dziewczyna słyszy „zatkało kakao!” i żegna ją lub jego drwiący śmiech.

Czy to oznacza, że mamy stać się wulgarni? Że mamy stać się hejterami, żeby zdobyć popularność? Oczywiście nie. Ale musimy dać odpór w tej słownej walce. A żeby to zrobić, trzeba zrozumieć, jak to wszystko działa. Nie da się tego zrobić bez wejścia w tę rzeczywistość i rozpoznanie bojem.

Jakie są korzyści z dyskusji z hejterami? Jest ich wiele:

  1. Jesteś ciągle recenzowany i każdy słaby punkt w twojej argumentacji jest natychmiast wykorzystywany. Nie masz szansy otrzymać tak precyzyjnej, choć czasami bolesnej informacji zwrotnej od swoich podwładnych czy studentów, kiedy jesteś szefem albo profesorem. Po prostu nikt oficjalnie nie powie ci, w jakim zakresie twoja argumentacja jest głupia. Wszyscy się ciebie boją i wytykają twoje błędy za twoimi plecami.
  2. Jeśli jesteś sprawny w dyskusjach, pokazujesz, że można być sprawnym gladiatorem słowa bez wulgarności i mowy nienawiści. W ten sposób adresujesz atawistyczną potrzebę traktowania kogoś jako twojego reprezentanta, który jednak walczy w innym stylu. I pokazujesz, że można być silnym, ale niekoniecznie wulgarnym. Masz dzięki temu szansę zasłużyć na szacunek twitterowej ulicy, co daje ci większą wiarygodność.
  3. Lepiej rozumiesz frustrację i potrzeby ludzi, którzy są inni niż ty. Najczęściej po pierwszej dawce „pajaców”, „idiotów” i „dzbanów” pojawia się jakiś zaczątek argumentu. A nawet, jeśli się nie pojawia, analiza samego zachowania przeciwnika w dyskusji wiele może cię nauczyć. Mnie np. wiele nauczyła obserwacja tego, kogo Matka Kurka banuje, a kogo nie banuje, choć ten ktoś także go atakuje. To fascynujące studium psychologiczne i socjologiczne.
  4. Zaczynają cię rozpoznawać i słuchać ludzie, do których ze swojej bańki nie masz normalnie dostępu. Oznacza to, że podziwiany przez prawą stronę hejter staje się dla ciebie portalem, przez który docierasz do jego (jej) publiczności. Dopóki nie zaatakowała mnie Krystyna Pawłowicz i Rafał Ziemkiewicz, nie mogłem nawet pomarzyć o mówieniu do ich followersów czy zaproszeniu do prawicowej telewizji. Teraz to się zmienia – zaprasza mnie TV Republika i TVP Info, Zaprosił mnie Bronisław Wildstein, a dzisiaj zadzwonił do mnie red. Rachoń. Nie są to łatwe i przyjemne rozmowy, ale dzięki nim żelazna kurtyna, która zapadła między dwiema grupami naszych obywateli nieco się podnosi.

A czy są jakieś ryzyka? Są i to duże. Kiedy wchodzisz między ludzi cierpiących na trąd mowy nienawiści, możesz się zarazić. Możesz na przykład powiedzieć o słowo za dużo. Możesz pozwolić przeciwnikom wyrwać twoje zdanie z kontekstu i wtedy w sieci wrze. Dostajesz od prawdziwych i fałszywych przyjaciół dobre rady, żebyś przestał, że ci to szkodzi. Żebyś wrócił do swojej bańki.

Nie zamierzam wracać. Dlatego, że nie jestem i nie zamierzam być politykiem, który musi zawsze gładko mówić, bo nie może zaryzykować, że się nie spodoba. Nie zamierzam być archetypowym akademikiem, który godnie siedzi w fotelu i pyka fajeczkę, mówiąc co chwila po łacinie, ani ładnie ubraną i uczesaną lalką, którą obwozi się, żeby machała do ludzi. Jeśli mój wyrwany z kontekstu tłit wydaje się wam fejkowy albo uważacie, że nie licuje z moją rolą, to możliwe jest, że macie złe wyobrażenie mnie i mojej roli. Ja widzę swoją rolę tak: chcę zrozumieć ludzi i świat, a potem podzielić się z wami tym rozumieniem. Zrozumieć świata nie da się bez wyjścia do tego świata, a jeśli wchodzisz w bagno świata, ono cię czasami ochlapie. Nie ma rady. Uważam, że wyrazem ludzkiej wolności jest to, że nie musi się nikomu podobać i dorastać do czyjegoś wyobrażenia o sobie. Dlatego nie zakończę mojej obserwacji uczestniczącej w świecie hejterów, którzy zdominowali polski i nie tylko polski internet. Życzcie mi powodzenia.

Latem w Polsce dzieją się rzeczy dające nadzieję

A jednak prawdą jest, że kropla drąży skałę. I prawdą jest, że lato w Polsce ma szczególny charakter, bo wtedy dochodzi do zdarzeń, które budzą nadzieję. Po wielu miesiącach systematycznego niszczenia niezależności polskich sądów, po długich tygodniach, w czasie których wydawało się, że nic nie zdoła zatrzymać demontażu polskiego państwa prawa, coś się zmieniło. Po roku od prezydenckich wet, po długich dwunastu miesiącach od ostatniego momentu, kiedy można było mieć nadzieję, że da się spowolnić łamanie konstytucji, coś się stało. 
 
Najpierw Komisja Europejska na początku lipca rozpoczęła procedurę naruszeniową, w której zażądała od Polski zmiany ustawy o Sądzie Najwyższym jako naruszającej fundamentalną dla Unij Europejskiej zasadę niezawisłości sędziów. Później polski Sąd Najwyższy na początku sierpnia wydał postanowienie o zawieszeniu niektórych przepisów ustawy o SN wobec sędziów, którzy przekroczyli 65 rok życia i zapytał Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu o jakość polskich ustaw sądowniczych. We wrześniu podobne pytania zadały sądy w Łodzi i w Warszawie, a na początku tego tygodnia Komisja Europejska poprosiła Trybunał Sprawiedliwości o zastopowanie wycinki polskich sędziów Sądu Najwyższego, podobnie jak kiedyś poprosiła o wstrzymanie wycinania prastarych drzew w Puszczy Białowieskiej. Wreszcie dzisiaj dotychczas mało aktywny Naczelny Sąd Administracyjny zawiesił wykonanie uchwały KRS o przedstawieniu Prezydentowi kandydatów do Sądu Najwyższego, opóźniając ich powołanie, a sędziowie Sądu Najwyższego odmówili powołania nowych prezesów izb, bo – wierni swojemu postanowieniu z początku sierpnia – uznali, że dotychczasowi prezesi nadal zajmują swoje stanowiska.
 
Dlaczego doszło do tego przesilenia? Jest to skutek długiego, wytrwałego wysiłku ogromnej rzeszy obrońców polskiej praworządności, którzy nigdy nie zwątpili. Jest to sukces wspólnego sprzeciwu, który połączył opozycję uliczną z opozycją uniwersytecką, rebeliantów z inteligentami, ludzi z wielkich miast i z małych miasteczek: wszystkich, którzy wytrwale stali pod sądami, manifestowali, ubierali pomniki w koszulki z napisem „Konstytucja”, wszystkich, którzy wspierali trzecią władzę w trudnych chwilach. To aktywność tych ludzi dała siłę Komisji Europejskiej i polskim sędziom, aby walczyć do końca o obronę wartości podstawowych.
 
Oczywiście, jeszcze wszystko może się zdarzyć. Izba Dyscyplinarna, która będzie zapewne biczem na sędziowską niezawisłość, została prawie obsadzona. Działania Komisji i sędziów nie powstrzymają prawdopodobnie obsadzenia tej izby SN, która będzie decydować o ważności wyborów. Poza tym imperium ma to do siebie, że kontratakuje. Ale chwile radości są potrzebne, bo bez nich trudno dalej walczyć. Dlatego cieszmy się. Wspólne działania rzeszy prawdziwych polskich patriotów, którzy wierzą, że nie ma wolności bez praworządności, zaczynają przynosić wymierny skutek. Niszczenie polskiego państwa prawa spowalnia, może ulegnie trwałemu zawieszeniu. Jeszcze wszystko jest możliwe.

 

Skarga KE do Trybunału UE – zwycięstwo polskiego patriotyzmu

Decyzja Komisji Europejskiej o skierowaniu sprawy polskiej ustawy o SN do Trybunału Sprawiedliwości UE została podjęta w ostatnim możliwym momencie. Jesteśmy obecnie w drugiej fazie zmian personalnych wśród sędziów SN. Pierwsza faza skupiona była na powoływaniu sędziów do nowych izb – dyscyplinarnej i kontroli nadzwyczajnej oraz spraw publicznych. Ponieważ są to nowe izby, powołanie do nich nowych osób nie zabiera miejsca obecnym sędziom. Druga faza, która zaczęła się pod koniec sierpnia i jeszcze się nie zakończyła ma inny charakter – powołanie nowego sędziego oznaczałoby trwałe pozbawienie miejsca w SN sędziego odesłanego na wcześniejszą emeryturę. Właśnie tę fazę, dzięki wnioskowi Komisji, ma szansę przerwać Trybunał, jeśli wyda  postanowienie o zabezpieczeniu.

Komisja prosi Trybunał o takie właśnie zabezpieczenie – o swoiste cofnięcie czasu. Prosi o przywrócenie, do momentu wydania ostatecznego wyroku, stanu rzeczy z 3 kwietnia 2018, a więc z momentu wejścia w życie nowej ustawy o SN. Nie oznacza to, że Trybunał wstrzyma całą ustawę i wszystkie jej skutki. Jeśli Trybunał przychyli się do tego wniosku, do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia anulowane zostaną skutki całej procedury wniosków do Prezydenta o przedłużenie orzekania przez sędziów +65. W efekcie do normalnej pracy przywróceni zostaną sędziowie przeniesieni w stan spoczynku, w tym sędziowie Zabłocki i Iwulski. Normalnie swoje obowiązki będzie też mogła pełnić I Prezes SN, Małgorzata Gersdorf. Ewentualna decyzja Trybunału nie wpłynie jednak np. na już dokonane powołania do Izby Dyscyplinarnej. Wynika to z faktu, że dotychczasowe działania Komisji, podjęte w dwóch poprzednich etapach procedury naruszeniowej, dotyczyły sprawy przejścia sędziów w stan spoczynku, a nie nowej struktury SN, a skarga do Trybunału nie może wychodzić poza zakres wcześniejszych negocjacji z polskim rządem.  Mimo to ewentualne zabezpieczenie będzie, podobnie jak zeszłoroczne prezydenckie weta, ciosem dla polskich władz i dużym opóźnieniem procesu przejmowania kontroli nad SN.

To wszystko zdarzy się pod jednym, ważnym warunkiem – że polskie władze podporządkują się decyzji Trybunału. Nie jest to oczywiste, ponieważ już od dawna słychać pohukiwania, że nie będzie nam Europa urządzać Polski. Problem w tym, że Europa niczego nam nie urządza, tylko oczekuje, że zgodnie z naszymi zobowiązaniami zapewnimy polskim sądom niezależność, którą narusza uzależnienie losu sędziów od arbitralnej decyzji władzy wykonawczej, czyli prezydenta. Brak niezależności sądu polskiego oznacza brak niezależności sądu rozstrzygającego sprawy europejskie, bo każdy sąd krajowy jest w Unii jednocześnie sądem europejskim.

Można sobie wyobrazić, że te pohukiwania zamienią się w czyny i polskie władze podejmą próbę siłowej kontynuacji zmian w SN. Będzie to oznaczało w krótkiej perspektywie wysokie finansowe kary, a w długiej perspektywie dalszą degradację Polski w hierarchii Unii Europejskiej, i doprawdy to drugie będzie nas kosztować więcej, jeśli stanie się faktem.

Bardziej jednak prawdopodobne jest, że polskie władze będą kluczyć, rozkładając decyzję Trybunału na semantyczne części, aby znaleźć w niej miejsce na korzystną dla siebie interpretację.   Takiego samego podejścia można się spodziewać w stosunku do późniejszego wyroku Trybunału, który zostanie zapewne wydany za kilka miesięcy. Jeśli przyzna on rację Komisji, będzie to oznaczało całkowitą klęskę pomysłu „przewietrzenia” Sądu Najwyższego, zapoczątkowanego przez Ministra Ziobrę, a kontynuowanego przez Prezydenta Dudę. Jakoś będzie trzeba to wytłumaczyć swoim wyborcom u progu roku wyborczego. Trudno jednak spodziewać się otwartego niepodporządkowania się wyrokowi, bo opozycji udało się wpisać działania PiS w ramę dążenia do polexitu, w której każdy poważny objaw wrogości wobec Unii jest postrzegany jako krok w kierunku jej opuszczenia. Dlatego zamiast bojkotu wyroku należy spodziewać się raczej kluczenia i próby takiej interpretacji decyzji Trybunału, która będzie dla polskich władz najmniej bolesna.

To oczywiście wszystko gdybanie. Poczekajmy najpierw na ewentualną decyzję o zabezpieczeniu (pewnie około tygodnia), a potem na wyrok (najpewniej przełom roku). Na pewno dzisiaj wiemy, że polskie władze chyba nie spodziewały się tak zdecydowanej reakcji Komisji Europejskiej i teraz mają z tą decyzją problem. A obrońcy polskiej praworządności zyskali dużą szansę na wybronienie Sądu Najwyższego przed całkowitym przejęciem, co jest wielkim sukcesem mądrego, prounijnego polskiego patriotyzmu. Polska, która przestrzega unijnego prawa i szanuje unijne instytucje to Polska silna w Europie. Nie ma dla takiej Polski żadnej sensownej alternatywy.

Skrócona wersja tego wpisu pojawiła się dzisiaj w Gazecie Wyborczej: http://wyborcza.pl/7,75968,23963481,komisja-europejska-pozywa-rzad-pis-sukces-polskiego-patriotyzmu.html

Odpowiedź studentowi, który nie chce, żebym Go uczył, jak się buntować

Zaraz po opublikowaniu pisemnej wersji mojego wykładu z 3 września dotarła do mnie informacja, że w Gazecie Wyborczej pojawił się artykuł polemiczny wobec mojego wykładu. Można go znaleźć tutaj:

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,23900704,student-do-prof-matczaka-nie-mowicie-nam-jak-sie-buntowac.html

Artykuł zawiera trochę złośliwości wobec mnie: że słuchali mnie ci, co zawsze (pierwszy raz prowadziłem wykład dla społeczności tej szkoły), że dzieci biły brawo, bo wypada (skąd Autor to wie), albo, że nie mam mówić, że żyłem w komunizmie i z tego wyprowadzać nauki dla młodzieży (nic o komunizmie nie mówiłem).

Ale najważniejsza teza jest niezłośliwa i poważna. Że jako profesor UW nie mam prawa mówić młodym ludziom, jak mają się buntować. Nie powinienem im mówić, jak mają się buntować przeciwko tradycji, nie powinienem mówić, że jest sensowna, a więc że bunt powinien być poprzedzony analizą, dlaczego ta tradycja z nami ciągle jest. I nie powinienem mówić, że bunt przeciw autorytetowi najlepiej przeprowadzić samemu stając się autorytetem.

Moja odpowiedź jest prosta. Po pierwsze, proszę mi nie mówić, co mam mówić i kogo czego mam uczyć. Jest dla mnie najbardziej naturalnym odruchem, że kiedy uda mi się coś zrozumieć ze złożoności świata, chcę się tym kawałkiem zrozumienia podzielić. Podzielić, a nie narzucić. W moim wykładzie nie mówiłem, przeciwko jakiej tradycji i przeciwko jakim autorytetom słuchacze mają się buntować. Mówiłem o samej idei buntu, która ma autonomiczną wartość moralną, a której współcześnie brakuje. Jesteśmy apatyczni i z tego powodu dzieje się zło. Trudno chyba uznać takie gadanie za narzucanie komuś czegokolwiek.

Po drugie, i tu pozwolę sobie zwrócić się do autora osobiście –  zapomnij, że jestem profesorem Twojego uniwersytetu, że jestem starszy od Ciebie. To jest zupełnie nieważne. Mów mi po imieniu. Zobacz – mam coś do powiedzienia, a Ty się z tym nie zgadzasz. Przekonaj mnie, że jest inaczej. Zmierz się ze mną, wyjdźmy na intelektualne solo i pokaż, że jesteś lepszy. Uważam, że Twoje argumenty są słabe. Piszesz, że nie dostaję mandatów – skąd wiesz? Piszesz, że nie wydaje się wobec mnie wyroków – skąd wiesz? Myślisz, że jak człowiek od trzech lat pyszczy w mediach przeciwko władzy i ludziom, którzy są moralnymi łajzami, to nikt go nie pozywa?  Piszesz, że armatki wodne i czołgi są użyteczne – oczywiście, że są i dlatego się z nich korzysta, i dlatego są elementem tradycji policyjnej i wojskowej. Armatki i czołgi są złe, Twoim zdaniem? A czym Państwo ma się bronić? To ma być teza przeciwko mojej tezie? Jest to bardzo słabe. Po co piszesz o tym, jaki autorytet PiS zastąpił i czym? W moim wykładzie nie mówiłem o PiS-ie, więc to nie ma sensu.

Twój główny argument jest następujący – ponieważ jestem profesorem, wolno mi mniej niż Tobie. Ale to nie ma znaczenia, kim jestem. Jest tylko moja głowa i Twoja, i nasz spór, który moim zdaniem przegrywasz. Nie stałeś się dla mnie autorytetem, ale możesz się stać. Tylko musisz lepiej argumentować. 

 

 

 

 

Jak mądrze buntować się przeciw autorytetom i tradycji? Wykład na rozpoczęcie roku szkolnego.

Zespół Szkół „Bednarska” w Warszawie zaprosił mnie do wygłoszenia wykładu na rozpoczęcie roku szkolnego. Bardzo dziękuje Dyrekcji za ten honor i pozwalam sobie zamieścić skróconą wersję wykładu w formie pisemnej.

Wykład na rozpoczęcie roku szkolnego powinien być oczywiście poświęcony tradycji i autorytetom. Tak się przyjęło. Mój wykład będzie dotyczył tradycji i autorytetów, ale będę o nich mówił w sposób inny niż zazwyczaj i w sposób, który nie zawsze może przypaść do gustu Waszym nauczycielom. Ostrzegam o tej kontrowersji, żebyście już na początku wykładu nie zasnęli.

Zajmijmy się najpierw tradycją. Co do zasady młodzież jej nie lubi. Postrzega ją jako zbiór skostniałych zasad, które nie mają innego sensu poza utrudnianiem nam życia. Konwenanse drażnią sztucznością w świecie, w którym stawia się na wolność i ekspresję swojego ja. Tradycja, z jej normami narzuconymi przez innych, stoi na przeszkodzie temu, abyśmy osiągnęli szczyt współczesnego samorozwoju – abyśmy byli sobą. Tradycja jest generalnie słaba. Taką opinię można, kiedy porozmawia się z nastolatkiem. 

Nie przekonuje go do zmiany zdania na temat tradycji klasyk, który mówi, że żeby być sobą, najpierw trzeba być kimś. Być może jednak przekona go biologiczno-ewolucyjne spojrzenie na tradycję. Takie spojrzenie na tradycję pozwala ją postrzegać jako ciąg zachowań, które są kopiowane z pokolenia na pokolenie, przez jednego człowieka na podstawie zachowań drugiego człowieka. Ktoś kiedyś zachował się w jakiś sposób, ktoś to zachowanie powtórzył i potem dalej już poszło.

Kopiowanie zachowań nie jest bezsensowne. Ma miejsce z jakiegoś powodu – dokonuje się, ponieważ wcześniejsze zachowania przyniosły jakiś skutek, były w jakiś sposób pożyteczne. Użycie patyka do wyciągania owadów z dziupli było przydatne, bo dzięki patykowi można było wyciągnąć z dziupli więcej owadów niż za pomocą palca, a dzięki temu można się było nimi lepiej najeść. Użycie podniesionego tonu do wydania rozkazu było skuteczne, ponieważ częściej powodowało zachowanie zgodne oczekiwaniem rozkazującego. Z tego powodu konwencja posługiwania się patykiem i konwencja językowa użycia intonacji rozkazującej była kopiowana. Wszystkie konwencje tworzące naszą tradycję są efektem długotrwałego kopiowania zachowań, które pełniły ważną funkcję i dlatego przetrwały.

Zapomniana tradycja proszenia rodziców o rękę dziewczyny umożliwiała bliższe poznanie się zięcia z teściami i wczesną ocenę, czy do siebie pasują. Było to ważne, ponieważ dobre relacje między rodzicami a dziećmi były kluczowe. Wsparcie rodziców było kluczowe np. w wychowaniu wnuków. Obecnie tradycja ta zanika, bo istnieje wiele innych sposobów wsparcia młodych rodziców niż wsparcie rodziców. Emancypacja kobiet oraz dostępność usług uczyniła tę konwencję zbędną, dlatego zanika. Ale inne konwencje – np.   zwyczaj bycia uprzejmym nawet dla nieznajomych, ma głęboki sens z punktu widzenia korzyści dla stosującego tę konwencję. Od czasu odkrycia tzw. neuronów lustrzanych wiemy, że nasza uprzejmie uśmiechnięta twarz powoduje uśmiech u rozmówcy, a twarz zaciśnięta w grymasie uruchamia reakcję „walcz albo uciekaj”. Postępujemy zatem mądrze stosując tę i inne konwencje uprzejmościowe w naszych relacjach, np. w czasie rozmowy o pracę. Nie chcemy przecież, aby przyszły pracodawca miał ochotę z nami walczyć lub ochotę uciec. 

Konkluzja wynikająca z tych rozważań jest następująca: tradycja jest wielką kserokopiarką. Kopiujemy zachowania z przeszłości, które mają sens, ponieważ przynoszą nam korzyść. Dlatego zanim zaczniecie się buntować przeciwko tradycji i konwenansom, pomyślcie, czemu one historycznie służyły. Jeśli są z nami, oznacza to, że mają sens. Zanim je odrzucicie, pomyślcie, czy czegoś nie tracicie.

Drugi temat to autorytety. Szkoła uczy nas, by im się podporządkować. Wszystko wskazuje jednak, że bezmyślne podporządkowanie się autorytetom jest złą strategią. Wszystkie ważne odkrycia naukowe brały się z buntu przeciw autorytetom. Mówią, że odkrycia Einsteina były możliwe dlatego, że nie pracował na uniwersytecie z jego sztywną hierarchią, ale był wyrzutkiem – pracownikiem urzędu patentowego. W jego czasach żyło kilku innych uczonych, np. Poincare, którzy mieli tę samą wiedzę, ale nie mieli odwagi przeciwstawić się autorytetowi swoich mistrzów, prezentując rewolucyjną teorię. Współczesne badania karier naukowych także wskazują, że młodzi, obiecujący naukowcy po przejściu z gorszego na lepszy uniwersytet wcale nie rozwijają się lepiej naukowo. Wprost przeciwnie – jakość ich pracy naukowej pogarsza się. Być może dlatego, że kiedy siadają przy stole z trzema noblistami, trudniej jest im obstawać przy swoim własnym naukowym zdaniu. A jest ono niezbędne, żeby coś ważnego naprawdę odkryć.

Umiejętność mądrego buntu przeciwko autorytetom jest potrzebna także z powodów moralnych. Od czasów kiedy Hannah Arendt przedstawiła tezę o banalności zła, wiemy, że aby zło wygrało, wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili. Obawa przed wyrażeniem swojego zdania, potulność wobec autorytetu, który może okazać się niemoralny, jest groźna. Kiedy widzisz zło, musisz się mu przeciwstawić, choćby twój nauczyciel, mistrz, profesor myślał inaczej. A do tego potrzebujesz wykształcić w sobie odwagę.

Jak to zrobić? Jak mądrze buntować się przeciw autorytetom? Jest tylko jedna droga – sam stań się autorytetem. Jeśli chcesz obalić teorię, stwórz własną. Możemy się tego uczyć od naszych wielkich uczonych, o ile będziemy w stanie dostrzec, że tak naprawdę byli wielkimi buntownikami. Popatrzcie na Mikołaja Kopernika i Marię Curie-Skłodowską. Tradycyjne nauczanie o ich odkryciach jest nudne jak flaki z olejem. Zawsze, kiedy słyszałem, że Kopernik „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, polskie wydało go plemię”, zupełnie nie wiedziałem, co mam z tym nauczaniem zrobić. To ma być dla mnie wzór? Mam go naśladować? Jeszcze raz ruszyć Słońce? A może zatrzymać?

Kiedy słyszałem, że Maria Curie-Skłodowska odkryła polon i rad, nie było dla mnie jasne, czy i w jaki sposób mam ją naśladować. Dopiero kiedy wyobraziłem sobie Kopernika i Skłodowską jako małe dzieci i nastolatków, zrozumiałem trochę więcej. Zróbcie sobie takie mentalne ćwiczenie – wyobraźcie sobie Mikołaja, jak biega w krótkich portkach po podwórku i patrzy w niebo. Widzi, że Słońce się porusza. Widzi to codziennie. Widzą to wszyscy. A w nim rośnie od jakiegoś momentu przekonanie, że jest inaczej, mimo tych wielu lat patrzenia. Kiedy po raz pierwszy odważa się powiedzieć, że jest inaczej, ludzie mają go za wariata. Mówią: „Mikołaj, przecież każdy widzi, że to słońce się rusza.” „Mikołaj, jesteś głupi!” A Mikołaj obstaje przy swoim i wbrew wszystkim i wszystkiemu udowodnia, że ma rację. Żeby to zrobić, musiał być buntownikiem.

Podobnie buntownikiem była Maria Skłodowska. Ile razy musiała się buntować, żeby w świecie rządzonym przez mężczyzn nie zniechęcić się, żeby dopiąć swego. Dlaczego tak mało mówi się o tej cesze Jej charakteru? Przecież ona właściwie żyła według recepty na życie Charlesa Bukowskiego – znajdź, coś, co kochasz, i pozwól, aby to cię zabiło. Odkrycie zjawiska radioaktywności, o którym nie mogła wiedzieć, że jest niebezpieczne dla życia i zdrowia, spowodowało, że była przez wiele lat wystawiona na duże dawki promieniowania, co ostatecznie doprowadziły do jej śmierci. Podobno jeszcze dzisiaj książka kucharska, której używała, jest tak napromieniowana, że nie wolno się do niej zbliżać. Tak żyła i tak umarła – robiła to, co kocha i dokładnie to ja zabiło. Takie podejście pozwala się lepiej z Marią utożsamić niż powtarzanie, że odkryła polon i rad.

Bycie buntownikiem daje dobre efekty i w nauce, i w życiu. Ale bunt wobec tradycji musi być poprzedzony zrozumieniem, jaki jest sens tej tradycji. Bo to, że jest z nami, oznacza najprawdopodobniej, że jest ważna i potrzebna. Dlatego trzeba dwa razy zastanowić się, zanim tradycję czy konwenans odrzucimy. Podobnie z buntem w stosunku do autorytetów – jest objawem niezależności w myśleniu i odwagi chodzenia swoimi ścieżkami. Jest ważny w nauce i w życiu, gdzie tylko odważni ludzie są w stanie przeciwstawić się złu. Ale jeśli chcesz odrzucić autorytet, najlepiej sam się nim stań. To niestety o wiele trudniejsze niż sam bunt.