Category Prawo

Instytucje-wydmuszki czyli strategia BMW w powołaniach do TK, KRS i SN

Niszczenie sądów i sędziów rzadko odbywa się współcześnie tak, jak ma to miejsce w Turcji. Tam prezydent wsadza sędziów do więzienia (podobnie jak akademików i dziennikarzy) za rzekome popieranie przebywającego za granicą odpowiednika naszego Sorosa. Mimo że zgodnie z planami naszych przywódców chcemy być Turcją, w Polsce, którą od Turcji różni to, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, instytucje sądowe niszczy się w inny, znany z najnowszej historii sposób – przez ich wydrążanie.

Wydrążanie, znane w literaturze jako „hollowing out”, polega na formalnym pozostawieniu instytucji, ale pozbawieniu jej zupełnie treści i funkcji. W ten sposób zawsze można powiedzieć, że trybunał, sąd czy rada działają, podczas gdy są już tylko wydmuszkami. Działanie takie jest bardziej skuteczne, bo zlikwidowanie sądu albo wsadzenie sędziów za kratki mogłoby spowodować w niektórych krajach poważne protesty. A tak jest spokojniej.

Jak przebiega wydrążanie? Poprzez tzw. mierne powołania (“mediocre appointments”). Zamiast ludzi wykwalifikowanych do instytucji chroniących państwo prawa powołuje się ludzi, którzy nie mają kwalifikacji merytorycznych, etycznych, albo po prostu nie mają kręgosłupa. Ludzie ci w normalnych warunkach nigdy nie trafiliby do tych instytucji, więc są bezgranicznie wdzięczni za to powołanie, co objawia się w lojalności wobec powołujących. Co więcej, jedyną szansą powołanych na pozostanie na stanowiskach jest obrona pozycji tych, którzy ich powołali. W ten sposób koło lojalności się domyka.

Instytucja powstała w wyniku miernych powołań jest łatwym do sterowania narzędziem w rękach polityków, którym normalne instytucje państwa prawa przeszkadzają w działaniu, bo je recenzują. Po pierwsze, osoby zasiadające w instytucjach są wobec polityków bezgranicznie lojalne, pod drugie, ponieważ nie mają kwalifikacji, są podatne na sterowanie merytoryczne (bo same nie wiedzą, co robić) oraz sterowanie moralne (a raczej amoralne), ponieważ nie potrafią się sterującemu sprzeciwić. Dzięki temu instytucje, które powinny być recenzentem polityków, stają się ich klakierami.

Powyższy proces wydrążania instytucji przez mierne powołania oczywiście nastąpił u nas najpierw w przypadku Trybunału Konstytucyjnego. Przykładem miernego powołania było powołanie sędzi Julii Przyłębskiej, której kwalifikacje sędziowskie zostały drastycznie nisko ocenione w przeszłości. Nie stało to jednak na przeszkodzie powierzeniu jej najwyższej funkcji sędziowskiej w Polsce. Także inne powołania do TK budziły poważne wątpliwości w zakresie etycznym (tu przykładami są Muszyński czy Zielonacki), czy też w zakresie niezależności i apolityczności. W efekcie tych i innych działań Trybunał stał się wydmuszką, i nie tylko nie pełni swojej podstawowej roli recenzowania ustaw rządzącej większości, ale aktywnie wspiera ją w niszczeniu innych instytucji, w tym KRS i SN.

Proces wydrążania z treści przez mierne powołania przeniósł się następnie na KRS. Niektórzy sędziowie w niej zasiadający mają na swoim koncie dyscyplinarki oraz przerażająco niski wynik 90-procentowych uchyleń wyroków w wyższych instancjach, co oznacza, że niemal wszystkie ich wyroki były błędne. To powoduje, że sędziowie-członkowie KRS są zadowoleni z tego, że dostali stołek i ani ważą się sprzeciwić politykom zasiadającym w KRS, kiedy ci na przykład oceniają sędziów na podstawie listy wizyt w siedzibie Komisji Europejskiej. W ten sposób KRS, zamiast pełnić swoją konstytucyjną rolę ochroniarza sędziowskiej niezawisłości, jest wygodnym narzędziem jej niszczenia.

Wreszcie proces wydrążania w całej swej okazałości jest widoczny w powoływaniu sędziów do Sądu Najwyższego. Tu nawet nie udaje się, że strategia BMW (bierny, mierny, ale wierny) jest strategią jedyną. Powołania prokuratora Rocha, który kazał przesłuchiwać rodzącą kobietę, co zostało uznane za równe torturom i nieludzkiemu traktowaniu, czy też powołania takich osób, jak mec. Tomczyński, z jego wątpliwą etycznie przeszłością, czy mec. Ułaszonek-Kubacka z dyscyplinarką, dowodzą, że trend został utrzymany. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem miernego powołania było dopchnięte kolanem powołanie prof. Zaradkiewicza. I nie chodzi tu o merytorykę – na prawie cywilnym kandydat się bardzo dobrze zna. Chodzi o kręgosłup, a raczej jego brak, oraz o zależność od Ministra Ziobry. Skoro dzisiaj profesor zmienił zdanie w sprawie związków tej samej płci, bo minister potrzebował odpowiedniego dokumentu na posiedzenie KRS, w ilu sprawach w przyszłości sędzia SN Zaradkiewicz zmieni zdanie, bo czegoś będzie potrzebował minister Ziobro?

Nie ma żadnego znaczenia, czy instytucję niszczy się przez likwidację czy przez wydrążenie. Efekt jest ten sam – instytucja chroniąca państwo prawa nie działa, bo nie może pełnić swojej funkcji. A politycy robią wtedy, co chcą. I dlatego trzeba się wydrążaniu przeciwstawiać.

Jak bronić polskiej praworządności? Pięć rad z Rosji

 

Sergeya Gołuboka poznałem dwa lata temu w Pradze na konferencji poświęconej kryzysowi rządów prawa w Europie Środkowej i Wschodniej. Wydał mi się bardzo pogodnym człowiekiem, co było nieco zaskakujące. Adwokatów broniących w Rosji praw człowieka wyobrażałem sobie raczej jako postaci posępne, w stylu Clinta Eastwooda. Tymczasem rozmawiałem z dowcipnym, nad wyraz sympatycznym człowiekiem, który dzięki swemu doświadczeniu zdobytemu m.in. w tak głośnych politycznych sprawach jak proces Ildara Dadina, rzucał ciekawe światło na nasze polskie sprawy.

Minęły dwa lata, polski kryzys po 3 lipca, wraz z wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym, wszedł w nową, jeszcze bardziej krytyczną fazę. Pomyślałem, że na ten nowy czas, w którym Polakom być może przyjdzie się zmierzyć w pełni zależnymi od polityków sądami, potrzebujemy rady kogoś, kto z taką rzeczywistością ma do czynienia od dawna i na co dzień. Dlatego poprosiłem Sergeya o radę dla polskich obrońców praworządności – prawników i nieprawników. Sergey udzielił pięciu takich rad, które poniżej udostępniam i uzupełniam własnymi przemyśleniami.


1. Nie poddawajcie się desperacji. Nie ma takiej opcji, jak zaprzestanie działań w obronie praworządności.

 

Polski kryzys konstytucyjny trwa już prawie trzy lata. To długi dystans. Mało było w tym czasie spektakularnych sukcesów, jak na przykład wymuszenie publicznymi protestami wet Prezydenta do ustaw sądowniczych. Nie mieli obrońcy praworządności tak błyskawicznych efektów swoich protestów jak Czarny Marsz – zdecydowane wyjście na ulice tysięcy kobiet zmusiło rząd do wycofania legislacji zaostrzającej przepisy aborcyjne. To wszystko powoduje obawy: czy ludziom starczy sił, aby przychodzić na protesty, czy nie zniechęcą się lub nie poddadzą zwątpieniu.

Rada Sergeya jest prosta – praworządność to zbyt poważna sprawa, aby przestać jej bronić. Nawet jeśli protesty nie zmuszają rządu do wycofywania się z aktów prawnych niszczących państwo prawa, to są inne, ważne efekty publicznej obrony praworządności. Badania opinii publicznej wskazują, że publiczne protesty są machiną komunikacyjną, która daje odpór rządowej propagandzie. Mimo ciągłego przekonywania przez telewizję publiczną, że polski rząd niczego złego w sprawie Konstytucji nie robi, większość Polaków wie, że Prezydent złamał Konstytucję i że Profesor Gersdorf jest prawowitym I Prezesem Sądu Najwyższego. Bez protestów tak by zapewne nie było, bez protestów demontaż praworządności przebiegałby szybciej. To protesty utwierdziły sędziów w przekonaniu, że należy użyć wszelkich dostępnych narzędzi prawnych, by zatrzymać prawo niszczące sędziowską niezawisłość – także z tego powodu odważyli się wystosować pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości, choć wiedzieli, że spotka ich za to atak. To są bardzo namacalne efekty ogromnej akcji protestacyjnej, która od prawie trzech lat zalewa Polskę.

Protestować więc trzeba, ale trzeba to robić mądrze. Długość i częstotliwość trwania protestów powoduje ryzyko ich inflacji. Protesty w sprawie sądownictwa odbywają się niemal codziennie, organizowane przez wiele podmiotów. To powoduje, że powszednieją i rozmieniają się na drobne. Dodatkowo, ponieważ protestów jest wiele i odbywają się w różnych miejscach, pojawia się problem koordynacji i poinformowania o dacie i miejscu, które nie są przecież stałe.Między innymi z powodu tej inflacji na niektórych protestach liczba protestujących jest niska. To zniechęca i daje pożywkę do kpin. W mediach społecznościowych zwolennicy rządu z lubością pokazują jakiś niezbyt liczny protest, opatrując go kpiącym „w mieście, które liczy kilkaset tysięcy mieszkańców, pod sądem protestuje 14 osób”.

Może więc warto pomyśleć o zmianie struktury protestów. Zamiast wielu, jeden, organizowany w stałym terminie, w stałym miejscu. Na przykład protest organizowany pod Sądem Najwyższym w Warszawie i jednocześnie w całej Polsce tego samego dnia (np. 3 dnia każdego miesiąca, aby przypominać o dacie, w której haniebna ustawa o SN weszła w życie). Taki protest miałby większą moc i bardziej wyrazistą wymowę. To rozwiązywałoby problem inflacji protestów – nie da się z taką samą siłą i przekonaniem manifestować codziennie, ale siłę można pokazać raz w miesiącu.

Protest organizowany jednego dnia miesiąca w całej Polsce byłby nie tylko bardziej efektywny, ale i bardziej efektowny. Można by rzucić nań wszystkie siły, do odśpiewania hymnu zaprosić pod SN kilkudziesięcioosobowy chór, a na scenę zaprosić tłum znanych ludzi, którzy dzięki swojej rozpoznawalności mogą lepiej dotrzeć z przekazem obrony konstytucji do nieprzekonanych. Jeśli dodatkowo oprawa protestu byłaby podobna do protestów z lipca 2017 roku, podniosła, spokojna, z dodatkiem teatrum w postaci świec, jest szansa na piękną i mądrą uroczystość, która przyciągnie więcej osób. To może rozwiązać problem liczebności i zwiększyć skuteczność protestów. Nie ma bowiem wątpliwości, że powinny być kontynuowane.

 
2. Zachowajcie spokój. Działajcie bez histerii i dramatyzowania.


Właśnie, spokój. Jak trudno go zachować, kiedy ktoś z uśmiechem niszczy wartości, które są dla nas podstawowe. Z każdym nowym pomysłem legislacyjnym polskiego rządu wydawało się, że już gorzej być nie może. Stąd w komentarzach często padały wielkie słowa – zamach stanu, pucz, przewrót. Potem okazywało się, że słowa się skończyły, bo skoro przejęcie Trybunału Konstytucyjnego było zamachem stanu, to jak nazwać wyrzucenie sędziów z Sądu Najwyższego?

Nie chodzi o to, by nie używać wielkich słów w obronie praworządności. To, co stało się w Polsce w ostatnich trzech latach, to bez wątpienia jest zamach stanu, bo zamachem stanu jest zmiana konstytucyjnego ustroju państwa bez zmiany Konstytucji. Chodzi jednak o to, by mimo ciągłego, bezczelnego lekceważenia podstawowych zasad, mimo buty i chamstwa niszczycieli, zachować spokój. Nie dlatego, że nerwy szkodzą na serce – na marginesie istnieje zapewne jakiś związek z deklarowaną przez GUS zwiększoną śmiertelnością wśród Polaków oraz zwiększonym w ostatnich latach poziomem stresu w życiu publicznym, jestem tego pewien. Trzeba zachować spokój, ponieważ działanie spokojne, bez histerii i dramatyzowania, jest po prostu bardziej skuteczne.

Dla zewnętrznych obserwatorów sporu o wartości, zwłaszcza dla tych, którzy jeszcze nie zdecydowali, kto w danym sporze ma rację, ważną przesłanką dla tej decyzji jest sposób zachowania prowadzących spór. Mówi się, że ten, kto pierwszy daje się w czasie sporu wytrącić z równowagi, ma słabsze argumenty. Coś w tym jest. Z tego powodu narracja prowadzona w obronie praworządności spokojna i godna, unikająca ataków personalnych i zbyt nacechowanych emocjonalnie słów. Mistrzem takiej narracji jest prof. Adam Strzembosz – człowiek, który jest jednocześnie uznawany za najtwardszego i najbardziej kulturalnego obrońcę Konstytucji. Wzorujmy się na nim, nie na stylu Krystyny Pawłowicz, który niektórzy z obrońców praworządności niestety przejmują. Niech nasza prawda będzie jak Pacyfik – potężna i spokojna. Przyjdzie taki moment, że ta prawda zaleje kłamców.


3. Mówcie do szerokiej publiczności. Nawet kiedy występujecie przed sądem, który nie jest niezależny, mówcie przede wszystkim do ludzi.

 

Ta rada Sergeya dotyczy prawników, którym być może coraz częściej będzie przychodziło stawać przed sądem, którego skład będzie wątpliwy. Dotyczyć będzie ona niedługo adwokatów i radców prawnych reprezentujących swoich klientów przed nowo wybranym składem Sądu Najwyższego, którego wybór dokona się w nieważnej procedurze (obwieszczenie Prezydenta, które rozpoczęło tę procedurę, nie było kontrasygnowane przez premiera, a tak kontrasygnata zgodnie z Konstytucja jest konieczna, aby było ono ważne).

Rada ta będzie dotyczyć także sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych, którzy będą mieli nieszczęście trafić przed nowo powołaną Izbę Dyscyplinarną SN. Kiedy patrzy się na listę kandydatów do tej Izby, wydaje się bardzo prawdopodobne, że – zgodnie z zapowiedziami Ministra Ziobry – stanowić ona będzie bat na nieposłusznych władzy prawników. Stanięcie przed sądem, który nie spełnia wymogów niezależności, wiąże się z pokusą wyniosłego milczenia. Tymczasem można tę okazję wykorzystać, aby pokazać wszystkim, jak działa zależny od polityków sąd. Zwłaszcza w gorących sprawach politycznych sprawa sądowa staje się spektaklem, który żywo interesuje opinię publiczną. Ważne, aby z tej okazji skorzystać i mówić nie tylko do sędziów, ale do opinii publicznej.

Jest to wreszcie rada dla nas wszystkich – walka o polską praworządność jest walką o świadomość Polaków. Każda publiczna wypowiedź, która nieprawnikom objaśnia hermetyczny świat prawa i działające w nim mechanizmy, jest cenna. Jest ona bowiem elementem konstytucyjnej edukacji społeczeństwa, która długofalowo utrudni niszczenie praworządności. Temu, kto rozumie znaczenie konstytucyjnych praw i wolności, trudniej te prawa i wolności odebrać.


4. Używajcie kreatywnych, nie tylko prawniczych argumentów.  Pokazujcie na przykład powiązanie między stanem praworządności a rozwojem gospodarczym waszego kraju. To powiązanie nie jest dla ludzi wcale oczywiste.

 

Kolejna rada komunikacyjna – bo właściwa komunikacja jest w obronie praworządności kluczowa. Mamy tendencję, aby w dyskusji na temat prawa skupiać się na samym prawie, a nie na jego konsekwencjach dla innych sfer życia. A przecież to te sfery najbardziej interesują ludzi. Mówienie im, że warto bronić praworządności dla samej praworządności ma oczywiście sens. Przecież ważne jest w społeczeństwie dotrzymywanie raz złożonych obietnic – czymże bowiem jest Konstytucja, jeśli nie obietnicą złożoną sobie nawzajem przez obywateli oraz obietnicą złożoną obywatelom przez władzę, że wszystkie strony będą się szanowały? Ideę tę pięknie pokazuje powszechny na protestach plakat o Konstytucji, który w Jej nazwie podkreśla dwa słowa, dwie strony tej umowy, którymi są „ty” i „ja”.

Ale praworządność dla samej praworządności nie musi wszystkich przekonywać. Mówią przecież, że ludzie zazwyczaj nie przejmują się prawami konstytucyjnymi, podobnie jak nie przejmują się prawami fizyki. Dopóki nie uderzą samochodem w drzewo. Dlatego na możliwość takiego uderzenia warto im nieraz wskazać. Wymaga to na przykład uwidocznienia, jak poważne mogą być konsekwencje naruszania praworządności dla gospodarki.

Związek pomiędzy stanem praworządności a rozwojem gospodarczym jest potwierdzony zarówno w teorii, jak i w praktyce. Analizy teoretyczne wykazują, że przejrzystość otoczenia prawnego oraz niezależne, stabilne orzecznictwo sądowe sprzyjają inwestycjom zagranicznym, a tym samym przyczyniają się do sukcesu gospodarczego danego kraju. Jest to teza dość jasna: inwestor, który ryzykuje swoje pieniądze budując fabrykę czy kupując istniejąca spółkę, chce mieć pewność, że jego własność będzie chroniona przed nacjonalizacją, arbitralnym przepadkiem czy innym aktem agresji ze strony rządzących w danym kraju. Inwestor, który takiej pewności nie ma, zainwestuje gdzieś indziej. Po co ma ryzykować, że w razie sporu z państwem sądy kontrolowane przez to państwo nieuczciwie wezmą stronę państwa.

W praktyce o skutkach niszczenia państwa prawa dla gospodarki przekonują się właśnie takie kraje jak Turcja, stające powoli na skraju kryzysu. Także Polska ma obecnie bardzo niski poziom inwestycji zagranicznych. Jednym z głównych czynników z rezygnacji z inwestycji jest obawa przed upolitycznionymi sądami. Takie związki należy pokazywać, bo one sprowadzają abstrakcyjne zasady praworządności na ziemię – do realnego świata naszego dobrobytu bądź naszego kryzysu. Dlatego trzeba o nich mówić.



5. Dla pokazania bezsensu działań osłabiających praworządność używajcie spraw dotyczących pomocy prawnej między państwami (ekstradycja, Europejski Nakaz Aresztowania) i spraw dotyczących uznawania polskich wyroków za granicą.

 

I wreszcie ostatnia rada, z której pierwsza skorzystała irlandzka sędzia Donnelly, kierując do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytanie prawne w sprawie Celmer. Majstrowanie przez niezależności sądów może nie wydawać się bolesne w skutkach, dopóki skutki te obserwujemy wewnątrz naszego systemu prawnego. Widać to na przykładzie chociażby Trybunału Konstytucyjnego – po „dobrej zmianie” działa o wiele wolniej niż kiedyś, rozstrzyga mało spraw, ale zwyczajny obywatel nie cierpi z tego powodu jakoś szczególnie, a przynajmniej nie wie, że cierpi.

Każdy system prawny jest jednak powiązany z innymi systemami. Decyzje polskich sądów są wykonywane za granicą, nakazy aresztowania wydawane przez polskie władze są za granicą egzekwowane. Oczywiście pod warunkiem, że polski wymiar sprawiedliwości spełnia minimum jakościowe, a tym minimum jest niezależność sądownictwa.

Sprawa Celmera pokazała jak na dłoni, że hucznie zapowiadane usprawnienie polskiego wymiaru sprawiedliwości w drodze tzw. reform skończyło się upośledzeniem tego wymiaru. Wcześniej wydane przez Polskę nakazy aresztowania były przez inne kraje Unii wykonywane automatycznie, obecnie, po wyroku TSUE, będą dokładnie badane pod względem tego, czy Polska daje gwarancje sprawiedliwego procesu. To w najlepszym razie opóźni ściganie przestępców, a w najgorszym może to ściganie uniemożliwić. A wszystko to dlatego, że polskie sądy przestały być niezależne od polityków.

Następnym negatywnym efektem upadku polskiej praworządności może być nieuznawanie polskich wyroków za granicą. Zwykłego człowieka może nie obchodzić stan Trybunału Konstytucyjnego. Ale będzie go obchodzić sytuacja, w której nie będzie mógł widywać swojego dziecka, choć w wyroku rozwodowym ma takie prawo, bo wyrok ten będzie w Europie uznawany za nic nie warty świstek papieru. Szczególnie wtedy, gdy małżonek wywiezie dziecko do innego kraju Unii. Dlatego właśnie o tych namacalnych skutkach niszczenia polskiej praworządności trzeba głośno mówić.

 

Pięć rad Sergeya sprowadza się do zachęty, aby nie ustawać w walce o praworządność mimo zniechęcenia, aby działać spokojnie, choć w człowieku wszystko się gotuje, i by nie zapominać, że walka o praworządność jest przede wszystkim walką o ludzkie umysły. Jest to także zachęta, aby tę walkę o umysły toczyć skutecznym słowem, które wskazuje na realne negatywne skutki niszczenia praworządności dla naszej kieszeni, dla naszego bezpieczeństwa i dla możliwości realizacji naszych życiowych planów. Jest to niezły, racjonalny plan. Warto z niego skorzystać.

Na zakończenie naszego praskiego spotkania, dwa lata temu, Sergey powiedział: „Kryzys konstytucyjny, który przechodzicie teraz w Polsce, to nie epidemia. To szczepienie. Pozwoli wam lepiej zrozumieć, jaką wartością jest praworządność i uodporni was na podobne sytuacje w przyszłości”. Ciągle mu wierzę. Ale to, czy obecny kryzys polską praworządność zabije czy wzmocni, zależy przede wszystkim od nas samych, i od tego, czy naszą dalszą obronę państwa prawa poprowadzimy mądrze.

 
*Tekst ten ukazał się jednocześnie w najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego.

 

Judyta i Holofernes, albo czy interpretacja prawnicza wymaga specjalnej wiedzy?

 

W czasach Twittera i Facebooka każdy zna się na prawie. Wiedza się demokratyzuje i można właściwie odnieść wrażenie, że prawnicy nie są do niczego potrzebni. Wynika to z faktu, że najbardziej znany internetowy lekarz zyskał brata: mecenasa Googla, a ponieważ mecenas ten jest dostępny 24h na dobę, każdy może czuć się specjalistą.

Przekonanie, że prawnicy nie posiadają jakiejś tajemnej wiedzy, dotyczy szczególnie interpretacji prawniczej. Prawo jest sformułowane w języku powszechnym, więc każdy posługujący się językiem polskim jest je w stanie zrozumieć. Stąd w ogólnym przekonaniu prawnik nie musi pośredniczyć w akcie rozumienia prawa. Jeśli chce to robić, to albo uzurpuje sobie jakąś władzę, albo kombinuje. Zwłaszcza wśród zwolenników „reform” polskiego sądownictwa panuje przekonanie wywodzone jeszcze od Napoleona, że prawnicy powinni mieć zakaz wykładania prawa. Co bardziej obeznani przywołują paremię „clara non sunt interpretanda” – to, co jasne, nie podlega wykładni. Zasada ta ma ukrócić interpretacyjne zapędy prawników.

Czy rozumienie prawa jest rzeczywiście tak proste, że jego interpretacji może dokonywać każdy? Moja odpowiedź brzmi: tak. Tekst prawny może interpretować każdy, tak jak każdy może zinterpretować dzieło malarstwa. Weźmy dla przykładu obraz Gustawa Klimta „Judyta z głową Holofernesa”. Oto różne sposoby interpretacji tego dzieła:

„Ty, goła baba!” – interpretacja 10-latka zwiedzającego muzeum.

„To złoto będzie dawało wrażenie bogactwa i będzie pasować do zasłon. Tylko ten odcięty łeb, ohyda…” – interpretacja prawnuczki Pani Dulskiej.

„Obraz jest ilustracją opisanej w Księdze Judyty biblijnej sceny zdekapitowania Holofernesa, wodza Asyryjczyków oblegających żydowską Betulię, która nastąpiła po wcześniejszym uwiedzeniu go przez Judytę. Następnie Judyta umieściła głowę Holofernesa na murach miasta, co tak przeraziło wojska asyryjskie, że uciekło” – interpretacja biblisty.

Wszystkie te wypowiedzi są jakimiś interpretacjami przekazu zawartego w dziele Klimta. Żadna z nich nie jest jednak zadowalająca. Zadowalającą interpretacją jest być może ta, dana przez Erica Kandela w książce „The Age of Insight”:  Judyta przedstawiona przez Klimta, mimo stylizowanego stroju, jest kobietą z początku XX wieku, na co wskazuje fryzura i makijaż. Jej wyraz twarzy wskazuje na satysfakcję seksualną z uwiedzenia Holofernesa. Biblijna historia jest więc zaaplikowana do współczesności: uwiedzenie Holofernesa i odcięcie mu głowy może być rozpatrywane w kategoriach działania femme fatale – kobiety-modliszki, i we Freudowskich kategoriach obawy mężczyzn przed kobietami. Na taką interpretację wskazuje także wiedeńskie pochodzenie dzieła i czas jego powstania.

Czy interpretacja Kandela jest lepsza od wcześniej podanych? Tak. Ponieważ pełniej wiąże w całościowym rozumieniu wszystkie elementy widoczne w obrazie (np. uwzględnia nowoczesną fryzurę Judyty, której nie uwzględnia interpretacja biblisty, znaczenie Freuda dla intelektualnej atmosfery Wiednia z przełomu wieków). W ten sposób bardziej wiernie oddaje zamiar komunikacyjny autora lub cel samego dzieła. A o to przecież chodzi w interpretacji, także w interpretacji prawa.

Ktoś powie, że interpretacja obrazu i interpretacja tekstu prawnego to dwie różne sprawy. Czyżby? Prawo jest przekazem kierowanym do nas przez prawodawcę, a naszym obowiązkiem jest go w pełni zrozumieć, tak jak zadaniem interpretatora obrazu Klimta jest zrozumienie, co jego autor chciał nam przekazać. Nie jesteśmy w stanie tego zrobić bez wiedzy, dociekliwości czy w sposób pomijający jakieś elementy tego przekazu.

Weźmy fragment artykułu 2 polskiej Konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym”. Te sześć słów rozumie każdy, kto posługuje się językiem polskim, tak jak każdy, kto ma oczy, widzi obraz Klimta. Czy te sześć słów wskazuje po prostu, że w Polsce ma być demokracja i obowiązywać prawo? A może, żeby go zrozumieć, trzeba znać historię koncepcji Rechtsstaat i rule of law, rozwijanych w niemieckiej i brytyjskiej kulturze prawnej od wielu wieków, tak jak biblista zna historię Judyty i w ten sposób jest w stanie dokonać interpretacji pełniejszej niż nastolatek czy nowobogacka mieszczanka?

Może wreszcie trzeba rozumieć ten artykuł Konstytucji w stylu Kendalowskiej interpretacji „Judyty z głową Holofernesa”? Nie jako dawno temu opowiedzianą historię, ale jako ideę, którą oczywiście musimy zrozumieć w jej wymiarze historycznym, ale odnieść do współczesności, jak nakazuje nam starożytna sztuka hermeneutyki? I wyprowadzić z niej konsekwencje, wskazując, że demokratyczne państwo prawne oznacza zakaz działania prawa wstecz, zakaz formułowania przepisów w sposób nieprecyzyjny, obowiązek posiadania niezależnych sądów i wiele innych kwestii. Dlaczego? Nie dlatego, że takie widzimisię ma prawnik, ale dlatego, że bez tych elementów zasada demokratycznego państwa prawnego nie ma treści. A nie sposób przyjąć, że o to chodziło prawodawcy. Ten, nadając komunikat zawarty w początkowym fragmencie art. 2 Konstytucji, przekazał historyczną treść zawartą w sześciu użytych w nim słowach, i chciał, aby ta treść została zastosowana do naszej rzeczywistości.

Każdy ma prawo czytać prawo. Każdy ma prawo je interpretować. Ale kiedy polityk mówi (jak miało to niedawno miejsce u nas), że żaden akt prawa europejskiego nie definiuje zasady rządów prawa, to jest w swojej interpretacji niedaleki od poziomu podekscytowanego dzieciaka w muzeum. W rzeczywistości jest od niego gorszy – bo odmawia przekazowi zawartemu w prawie polskim i europejskim jakiejkolwiek treści. I robi to po to, by zwolnić siebie i swoich kolegów z obowiązku zrozumienia i wykonania przekazu prawodawcy. Ten przekaz, nawet ogólny, coś przecież jednak znaczy.

Tak jak pełnowartościowa interpretacja dzieła Klimta wymaga szerokiej wiedzy, aby oddała zamiar komunikacyjny twórcy, tak szerokiej wymaga wiedzy prawniczej wymaga interpretacja prawa, która ma oddać zamiar zawarty w tekście prawnym. Można ten tekst interpretować bez tej wiedzy. Ale wtedy taka interpretacja albo nie realizuje celu przekazu, bo jest niepełna, albo go wypacza, bo rozumie przekaz niezgodnie z jego historycznym przeznaczeniem, albo wreszcie ten przekaz trywializuje, bo jest prymitywna.

Interpretacja, która nie realizuje celu prawa, która go wypacza albo trywializuje, nadal jest interpretacją. Tylko po co nam taka interpretacja?

TK jako prawniczy kij bejsbolowy w ręku Ministerstwa Sprawiedliwości

Po raz kolejny powtarza się podobny scenariusz: jakiś polski sędzia myśli, że jest niezależny i podejmuje jakąś decyzję. Ta decyzja nie podoba się Ministrowi Sprawiedliwości. Minister zaskarża przepis,  a podstawie którego decyzję podjął sędzia do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał nie stwierdza, że przepis, na którym oparł się sędzia, jest niezgodny z Konstytucją, ale stwierdza, nie można interpretować tak, jak go zinterpretował dany sędzia.

Ten mechanizm znamy na przykład ze sprawy dziwnego ułaskawienia M. Kamińskiego. Sąd Najwyższy podjął decyzję złą dla Pana Kamińskiego, Minister zaskarżył do Trybunału, Trybunał powiedział, że nie można interpretować przepisów tak, jak chce Sąd Najwyższy, tylko tak jak chce Minister – czyli skorzystanie z prawa łaski przez Prezydenta ma skończyć postępowanie.

Teraz podobna akcja Ministra dotyczy decyzji SN o zadaniu pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawieszenia przepisów ustawy o SN. Przepisy, na podstawie których działał SN zostały właśnie zaskarżone przez Ministra Sprawiedliwości/Prokuratora Generalnego do TK.

Tej decyzji o zaskarżeniu można było się spodziewać – przecież sędzia Julia Przyłębska wręcz do niej zachęcała, mówiąc publicznie w telewizji, że SN nie mógł zrobić tego, co zrobił, bo zawieszania przepisów nie mieści się w polskim porządku konstytucyjnym. Wyrok w tej sprawie został więc wydany zanim ta sprawa w ogóle się zaczęła. To smutne, że sędzia TK wydaje wyrok w telewizji i że nie zna prawa europejskiego. Ale co zrobić.

Drugi problem to pytanie, jak długo przyjdzie nam czekać na rozstrzygnięcie. Dziwnym trafem te sprawy, w których przedłużanie wydania rozstrzygnięcia jest dla Ministra-Prokuratora dogodne, TK rozpatruje bardzo długo (vide sprawa rzekomego nielegalnego wyboru trzech sędziów w 2010 roku, nad którą TK zastanawia się już półtora roku, co daje Ministrowi pretekst do żądania wyłączania tych sędziów ze spraw). Te zaś sprawy, kiedy decyzja jest potrzebna Ministrowi szybko, żeby np. mógł zaatakować decyzję sądu, są rozpatrywane szybko. Coś mi się wydaje, że omawiana sprawa będzie rozstrzygnięta ekspresowo.

Największym problemem jest to, że TK po raz kolejny jest wykorzystywany jako prawniczy kij bejsbolowy do zdyscyplinowania sędziów. Wyroki, które na życzenie Ministerstwa Sprawiedliwości wydaje TK dokonują w rzeczywistości powszechnie wiążącej wykładni ustaw – jest to kompetencja, której TK został pozbawiony w 1997 roku. Co więcej, jest to wykładnia proponowana przez władzę wykonawczą w celu zmniejszenia kompetencji władzy sądowniczej i wykładnia, która atakuje w drodze abstrakcyjnego wniosku konkretną sędziowską decyzję.

Ktoś powie, że przecież po 1997 roku TK wielokrotnie wydawał wyroki interpretacyjne. To prawda. Jednak tamta praktyka TK różniła się istotnie od tej obecnej w zakresie, o którym pisałem powyżej: nie była nakierowana na podważenie pojedynczej decyzji konkretnego sądu, ale na korektę pewnej utrwalonej praktyki orzeczniczej.  Wyrok interpretacyjny negatywny był więc skierowany w przeszłość – stwierdzał, że wypracowana w praktyce sądowej norma prawna jest niekonstytucyjna. W ten sposób decyzja TK ratowała obywateli przed niekonstytucyjnością normy prawnej, z którą w rzeczywistości mieli do czynienia. Jeśli bowiem sądy stale rozumiały jakiś przepis w określony sposób, to TK musiał ocenić konstytucyjność tej utrwalonej w praktyce normy wyinterpretowanej z zaskarżonego przepisu.

Obecnie Minister w swoich wnioskach do TK nie wykazuje utrwalonej praktyki, ale zwalcza konkretną interpretację, która mu wadzi. Nie sposób przecież powiedzieć, że ostatnia decyzja SN wynika z utrwalonej praktyki, skoro była precedensowa. Podobnie nie było utrwalonej praktyki reagowania sądów na przedwczesne ułaskawienia, bo przed A. Dudą nikt tego nie robił. Z tych względów właśnie uważam, że TK wydając obecnie wyroki interpretacyjne ustala raczej sposób rozumienia danego na przyszłość, dyscyplinując w niedopuszczalny sposób sądy. Takie ustalenie jest równoważne powszechnie obowiązującej wykładni ustaw, do której TK od 20 lat nie ma kompetencji.

Z powyższych powodów wniosek Min. Ziobry do TK jest kolejny raz narzędziem atakowania niezawisłego sądu. A jeśli TK jest zgodny w swoich ocenach z Ministrem, sam TK narusza niezawisłość sędziów, wychodzą przy tym poza swoje kompetencje – dokonując powszechnie obowiązującej wykładni ustaw, której to kompetencji został pozbawiony 20 lat temu.

Zupełnie na marginesie – marzy mi się kiedyś dokładna kontrola bilingów, spotkań i innej komunikacji między Ministerstwem Sprawiedliwości a obecnym Trybunałem Konstytucyjnym i jego sędziami (i niesędziami także). Ciekawe, co z takiej kontroli wyniknie.

Nagłe przyspieszenie KRS – kalendarze, sędziowie i pomniki

Dzisiejsze przyśpieszenie prac nad wyborem sędziów SN wiele mówi o tym, co jest obecnie ważne dla polskich władz.

Obwieszczenie Prezydenta (zresztą nieważne, ze względu na brak kontrasygnaty) rozpoczęło procedurę wyboru sędziów na przełomie czerwca i lipca. Mniej więcej w tym samym czasie Kancelaria Sejmu ogłosiła konkurs przetargowy na dostawę kalendarzy kieszonkowych dla posłów na rok 2019. Konkurs na sędziów SN zostanie rozstrzygnięty jutro, a konkurs na kalendarze ciągle trwa. Okazuje się, że polskie władze poświęcają więcej czasu wyborowi kalendarzy kieszonkowych niż sędziów najwyższego organu sądowego, decydującego o ważności wyborów. W pewnym sensie nic w tym dziwnego – wybór kalendarzy ma pewnie dla posłów jakieś znaczenie, bo mogą bez niego zapomnieć o ważnym spotkaniu. Wybór sędziów większego znaczenia nie ma, bo decyzje w państwie bez podziału władz i tak są podejmowane gdzie indziej.
 
Tymczasem konkursy naprawdę ważne dla obecnej władzy oparte są na głębokim i długim namyśle. Na przykład konkurs na projekt pomnika smoleńskiego rozpoczął się 26 kwietnia 2017 roku, a rozstrzygnięto go niemal sześć miesięcy później, 20 października 2017 roku.  Szkoda, że namysłowi nad wyborem sędziów SN nie poświęcono choćby połowy tego czasu. Przecież ten wybór to też wybór jakiegoś pomnika – niestety, jest to pomnik upadku państwa.
 
I jeszcze do sędziów zasiadających w niby-KRS. Kogo reprezentujecie? Sędziowie SN, których powinniście reprezentować w KRS, bo reprezentujecie tam przecież wszystkich sędziów, zawiesili działanie niektórych przepisów ustawy o SN, a inni sędziowie, ci zasiadający w Trybunale Sprawiedliwości, mogliby sprawę procedury powoływania do SN we wrześniu wstrzymać. Dlaczego nie pozwolicie im tego zrobić? Dlaczego działacie wbrew innym sędziom? I nie mówcie mi, że robicie to w interesie wymiaru sprawiedliwości i dla jego efektywności. Że chcecie możliwie szybko uzupełnić wakaty w SN, żeby mógł „normalnie” działać. U Prezydenta RP leżą od ponad roku kandydatury do SN zaproponowane przez poprzednią KRS. Czy sędzia Mazur, przewodniczący KRS, zatroskany on obsadę SN, nie powinien zaapelować do Prezydenta powołanie tych sędziów, skoro SN ich potrzebuje? 
 
Odpowiedź na powyższe pytania jest prosta – nie chodzi o reprezentowanie sędziów, ani o skuteczne działanie SN. Chodzi o realizację agendy politycznej rządu – po to mamy obecnie KRS. I do pełnienia tej funkcji rzeczywiście nie musi być ona członkiem europejskiej sieci rad sądownictwa.

Jak prowadzić kampanię wyborczą na stanowisko sędziego w Polsce po 2015 roku – przykład prof. Zaradkiewicza i mec. Tomczyńskiego

 

24 października 2016 przestawiłem w poście na FB krótką analizę konta Twitter prof. Kamila Zaradkiewicza (konta, niestety, już nieistniejącego). Wskazałem wtedy, że podejmuje on wiele aktywności, które przedstawiają go jako idealnego kandydata na sędziego TK. Sformułowałem nawet 10 rad dla kogoś, kto prowadziłby kampanię wyborczą w celu uzyskania stanowiska sędziego w Polsce po roku 2015 (wszystkie rady zostały oparte na autentycznych wpisach prof. Zaradkiewicza). Rady te przypominam poniżej, a robię to dlatego, ponieważ w ślady K. Zaradkiewicza idzie obecnie mec. Adam Tomczyński, kandydat na sędziego SN. Ale najpierw przypomnijmy rady oparte na profilu K. Zaradkiewicza:

1.  Wybierz sobie hasło, które brzmi wystarczająco niezłomnie i twardo, ale jednocześnie inteligencko: na przykład „Do tych, co mają tak za tak, nie za nie — Bez światłocienia”

2.  Pokaż ludzką, ale i tradycyjną twarz – zamieszczaj fotografie z rodziną, najlepiej w tradycyjnych, góralskich strojach.

3.  Jeśli masz konto na Twitterze, retweetuj oficjalne wypowiedzi Prezydenta RP, który mówi, że próba skoku na TK nie może stanąć na przeszkodzie ważnym zmianom dla Polski. Dodaj piękne zdjęcie charyzmatycznego Prezydenta.

4.  Bądź wierny i nie bój się okazywać emocji – ze wszystkich możliwych ludzi, którym można okazać szacunek, okazuj go żołnierzom wyklętym; opisz ze szczegółami swój osobisty proces żałoby po katastrofie smoleńskiej.

5.  Bądź bezstronny – ze wszystkich ludzi, których można krytykować, krytykuj wyłącznie obecnego Prezesa TK Rzeplińskiego i byłego prezesa TK Stępnia, no może jeszcze Sorosa, Borysa Budkę z PO i Fundację Batorego, no i generalnie wszystkich krytykowanych przez Prawo i Sprawiedliwość.

6.  Bądź zdecydowany, nie bierz jeńców – jeśli ktoś broni Trybunału, nawet jeśli jest Prezesem francuskiego czy niemieckiego sądu konstytucyjnego, napisz wyraźnie, że obaj są socjalistami, wklej na profil informację, że sąd konstytucyjny Twojego kraju był komunistyczną instytucja fasadową; popraw wskazaniem, że TK jest winny dzikiej reprywatyzacji, a co.

7.   Nie wstydź się swojej wiary – przypomnij od czasu do czasu, że brakuje w wolnej Polsce głosu księdza Popiełuszki. Wklej zdjęcie Księdza z młodości.

8.   Bądź wrażliwy na ludzką krzywdę – poinformuje oficjalnie, że zacząłeś śledzić profil Misiewicza w momencie, kiedy stał się on przedmiotem bezpardonowych ataków.

9.   Wspieraj tych, którzy ciebie wspierają – jeśli ktoś pisze, że powinieneś zostać sędzią TK, pokaż wszystkim kilkadziesiąt razy, że ludzie naprawdę chcą, żebyś został sędzią, a nawet zbierają w tym celu podpisy.

10. Bądź w tym wszystkim wstrzemięźliwy i taktowny – nigdy nie mów, że chcesz zostać sędzią, ani jakie są twoje sympatie polityczne, bo to byłoby zbyt oczywiste.

Jak powiedziałem, mec. Tomczyński ewidentnie skorzystał z moich rad! Na jego profilu na Twitterze (@artomczynski) w ostatnim czasie, już po ogłoszeniu kandydowania do SN, zauważamy następujące aktywności:

– mocne zainteresowanie Rotmistrzem Pileckim („patriotyczny rock, pieśń o ROTMISTRZU, polecam”, „WITOLD PILECKI – dzięki”),

– wyraźne przeciwstawienie zdrowego, polskiego patriotyzmu zgniłej sympatii do Unii Europejskiej: „[cytat z innej osoby: „gdy słyszę Odę do radości to drżę”] – ja drżę i zatrzymuję się na dźwięk polskiego hymnu.”

– krytykę kulinarną polityków PO („Bronisław  Komorowski – bigos, Ewa Kopacz – kotleciki ładnie pachną, Rafał Trzaskowski – dżem (…) I jak ich wszystkich traktować poważnie?”)

– analizy porównawcze stanu praworządności w Polsce i za granicą („kornik, policja, sądy – u nas to naruszenie prawa UE, u nich to NORMALKA”)

– mocne wsparcie dla kampanii Patryka Jakiego („ma zdrowie i ma słuchaczy”, „Jaki bije Trzaskowskiego na głowę naturalnością i otwartością, no i ODDAJE kamienice”),

– bezpośrednie, wyraźne uwielbienie dla Premiera: „Morawiecki trafia do ludzi – bardzo dobre przemówienie w Sandomierzu”, „tak, ma tę umiejętność człowiek z elit, człowiek z banku, a przypatrzył się Beacie i Dudzie – jest dobrze”.

Ten ostatni element nieco mnie zaniepokoił – pomyślałem, że może jest mec. Tomczyński, kandydat na apolitycznego sędziego SN, jednak zbyt bezpośredni w deklarowaniu swoich politycznych sympatii. Może jest to jednak zbyt grubymi nićmi szyte? Kamil Zaradkiewicz, jak wskazałem w radzie nr 10, był przecież jednak bardziej wstrzemięźliwy…

Ale w końcu zrozumiałem, że nie doceniam mecenasa. Przecież Kamil Zaradkiewicz swoją kampanię wyborczą na sędziego TK przegrał! Może właśnie ta wstrzemięźliwość go zgubiła? Mec. Tomczyński jak każdy inteligentny człowiek uczy się na błędach i opowiada się jednoznacznie za  jedyną słuszną siłą polityczną. Co za spryt!

Działania obu panów dowodzą, że chyba jednak powinniśmy w Polsce, wzorem USA, wprowadzić powszechne wybory na niektóre stanowiska sędziowskie. Ależ byłaby to fascynująca kampania wyborcza!

PS. Zawsze, kiedy napiszę ironiczny i sarkastyczny post, zastanawiam się, czy go otwartym tekstem jednak nie wyjaśnić. Ale odrzucam tę pokusę. Trzeba wierzyć w ludzką inteligencję.

Polityka Insight staje się symetrystyczna w sprawie zamachu na praworządność

Zauważam, że popularny i profesjonalny serwis informacyjny Polityka Insight staje się bardzo symetrystyczny w kwestiach polskiej praworządności. We wtorek opublikował artykuł pt. „Prawnicy podzieleni w sprawie SN” . Odnoszę się do tego artykułu z dwóch powodów – po pierwsze, jest on nierzetelny, po drugie jestem w nim wspomniany.

Główna teza artykułu jest taka, że sprawa zagrożenia polskiej praworządności jest niejednoznaczna, bo zdania prawników są podzielone. Są bowiem zarówno prawnicy krytykujący rząd, jak i wspierający.

Z jednej strony autorzy artykułu pokazują środowiska polskich adwokatów i radców prawnych: są krytyczni, bo oba samorządy podjęły jasne uchwały krytyczne w sprawie kandydowania do SN, ale są… nieskuteczni, bo niektórzy radcowie i adwokaci jednak kandydują. Autorzy mają jednak problem z pokazaniem oficjalnych stanowisk radców prawnych i adwokatów, którzy popieraliby zmiany dotyczące SN.

Z drugiej strony – prawników popierających rząd – autorzy pokazują pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości, np. prof. Kamila Zaradkiewicza. Ten akurat popiera zmiany w SN i jest skuteczny, bo sam kandyduje. Oprócz niego po stronie wspierających rząd mamy grono „niezależnych” (mój cudzysłów) prawników-naukowców, o takich nazwiskach, jak Muszyński, Manowska, czy Bosek. Wszyscy są w sposób oczywisty związani z politykami PiS albo wprost dla nich pracują. Ale ich zdanie jest w artykule przeciwstawione zdaniu niezależnych samorządów prawniczych.

Artykuł daje nam wiec obraz dość zbalansowanej równowagi zdań: Zaradkiewicz i spółka vs. dwie, liczące kilkadziesiąt tysięcy prawników korporacje. Można by zburzyć ten zbalansowany obraz twierdzeniem, że nie wszyscy pracownicy Ministerstwa Sprawiedliwości i prawnicy powiązani z rządem kandydują do SN, więc może jednak nie wszyscy popierają zmiany wprowadzane przez rząd. Byłby to jednak równie rzetelny argument jak ten, że kandydowanie niektórych radców i adwokatów oznacza poparcie dla tych zmian przez adwokatów i radców prawnych w ogóle. Ale zostawmy tę kwestię.

Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego artykuł do grupy prawników krytykujących rząd kwalifikuje radców i adwokatów, a do grupy popierających kwalifikuje, jak piszą autorzy, „autorytety naukowe”? Dlaczego w pierwszej grupie nie wspomina się autorytetów naukowych? Bo zburzyłoby to symetrystyczny, fałszywy balans? Dlaczego artykuł nie wspomina kilkunastu uchwał polskich wydziałów prawa, krytycznych pod adresem zmian w polskiej praworządności? Dlaczego nie padają w artykule nazwiska takich krytyków, jak Strzembosz, Zoll, Łętowska, Zimmermann, Wyrzykowski, czy Sadurski? Skoro po stronie popierających wskazuje się naukowców, dlaczego nie robi się tego po stronie krytyków? Czy były jakiekolwiek uchwały polskich wydziałów prawa popierające zmiany w polskim wymiarze sprawiedliwości wprowadzane przez PiS?

Oczywiście, autorzy odpowiedzą: piszemy o radcach prawnych i adwokatach. Ale dlaczego tylko o nich? A nawet jeśli o nich: dlaczego artykuł pomija list kilkuset partnerów polskich kancelarii, także radców i adwokatów, krytykujących zmiany w SN, a kierowany do Prezydenta?

Niestety, trudno zrozumieć, dlaczego żadnej z tych kwestii artykuł nie porusza. Pokazuje za to, że po stronie krytyków najbardziej aktywni są adwokat Giertych i radca prawny Matczak. Pomijam już fakt, że moją krytykę zawsze formułowałem jako profesor UW, nie jako radca prawny. Artykuł pokazuje, że krytyka Giertycha i Matczaka nie jest do końca wiarygodna, bo jest polityczna. Wszak Giertych aktywnym politykiem był, a Matczak… No cóż, wprawdzie nie był, ale chyba będzie. Autorzy piszą tak:

„Giertych jest b. politykiem i adwokatem czynnych polityków, a Matczakowi przypisuje się ambicje polityczne.”

„Przypisuje się”? Wygodna bezosobowa forma gramatyczna. Czy naprawdę rzetelny dziennikarz może zrównać czyjąś wieloletnią aktywność polityczną, w tym udział w rządzie PiS, i fakt, że mnie „przypisuje się” polityczne ambicje? Czy rzetelny dziennikarz może uznać, że stan „przypisywania” osłabia wiarygodność argumentów tak, jak formułowanie argumentów przez rzeczywistego polityka? Wreszcie, czy rzetelny dziennikarz nie powinien wskazać, że wyraźnie, publicznie oświadczyłem, że żadnych ambicji politycznych nie mam? Te pytania są oczywiście retoryczne.

Smutną prawdą jest to, że artykuł ustawia sobie relacje między prawniczymi krytykami rządu i zwolennikami jak chce – a chce, żeby wyszła mu symetrystyczna równowaga: adwokat-polityk Giertych i radca prawny-polityk in spe Matczak z jednej strony oraz autorytet naukowy prof. Zaradkiewicz z drugiej. A poza tym nic i nikt.

Konkluzja artykułu jest następująca: „To osłabia wiarygodność protestu środowiska prawniczego i działa na korzyść rządu, który może przekonywać wyborców, że prawnicy są podzieleni w ocenie zmian, a krytycy mają prawo do swoich opinii, ale nie muszą mieć racji.”

Rozumiem, że wśród prenumeratorów Polityki Insight są ludzie popierający rząd, a podobno nawet sam premier. Rozumiem, że lubią sobie oni przeczytać, że coś działa na ich korzyść. Ale teza Polityki Insight, że prawda w sprawie zamachu na SN leży pośrodku, bo prawnicy są podzieleni, jest podwójnie fałszywa. Po pierwsze, polscy prawnicy nie są podzieleni, ale jednoznaczni w swojej krytyce tych zmian. Po drugie, prawda w sprawie zamachu na polską praworządność nie leży pośrodku, ale leży tam, gdzie leży: zamach jest zamachem i nigdy w naszej historii takiego zamachu nie było.

W związku z tym wszystkim proponuję dziennikarzom Polityki Insight napisanie w kolejnym numerze artykułu zatytułowanego „Polscy lekarze podzieleni w sprawie szczepionek”. Na pewno da się znaleźć jakiegoś doktora wspierającego antyszczepionkowców i zestawić go ze stanowiskiem samorządu lekarskiego. A potem pokazać, że stanowisko samorządu jest nieskuteczne, bo przecież nie wszyscy się szczepią. Powodzenia!

Pomnikowa inwazja konstytucyjnych fartuszków

Rysunek – Aleksandra Lechańska

 

Każda władza o zapędach autorytarnych boi się ośmieszenia jak diabeł święconej wody. Pewnie dlatego policja chce ścigać ludzi, którzy ubierają pomniki w fartuszki z napisem „Konstytucja” i tych, którzy naklejają na budynki biur poselskich naklejki „PZPR”. Takie działania stanowią podobno znieważenie pomników i niszczenie mienia. Uważam te zarzuty za bezpodstawne. Nie tylko dlatego, że uznawanie konstytucyjnych fartuszków za „banery reklamowe” (a tak przecież kwalifikuje je policja) jest żywcem wyjęte z Monty Pythona. Nawiasem mówiąc reklama Konstytucji jest niewątpliwie w opinii partii rządzącej reklamą sprzeczną z dobrymi obyczajami, a także – ponieważ Konstytucja ustala kadencję I Prezes SN – z przepisami prawa. W szczególności reklama Konstytucji, zwłaszcza artykułu o 6-letniej kadencji I Prezes SN, jest sprzeczna z ustawą o Sądzie Najwyższym. Dlatego pewnie policja ją ściga.

Akcje fartuszkowa i naklejkowa mają charakter artystycznych happeningów i jako takie korzystają z ochrony prawnej związanej z wolnością wypowiedzi i wyrażania poglądów. Wolność wypowiedzi chroni nie tylko wolność słowa, ale wolność dokonywania wszelkich aktów mowy, nawet takich, do których dokonania nie trzeba użyć słów. Chronionym przez tę wolność niewerbalnym aktem mowy może być trzymana w trakcie hymnu narodowego w górze zaciśnięta pięść, polubienie postu na Facebooku (like) czy spalenie flagi.

W związku z tym ostatnim przypadkiem warto przywołać znaną amerykańską sprawę  Texas v. Johnson, w której za działanie chronione swobodą wypowiedzi Sąd Najwyższy USA uznał spalenie amerykańskiej flagi w proteście przeciwko zaangażowaniu wojennemu USA. Spalenie flagi to rzeczywiście zniszczenie mienia i  znieważenie, a jednak uznano to za działanie usprawiedliwione. Jak stwierdził sędzia Brennan:

„Jeżeli jest jakaś fundamentalna zasada, na której opiera się swoboda wypowiedzi, jest nią twierdzenie, że rząd nie może zabronić wyrażania jakiejś idei po prostu dlatego, że społeczeństwo uznaje ją za obraźliwą bądź nieprzyjemną”.

Ochrona, jaką w prawie amerykańskim otacza się wolność wypowiedzi, jest oczywiście dalej idąca niż w Europie. Z drugiej strony jednak w przypadku fartuszków na pomnikach i naklejek na biurach nie mamy  do czynienia ze zniszczeniem mienia (fartuszki z Konstytucją i naklejki można łatwo usunąć). Napis „Konstytucja” na pewno nie jest obraźliwy, a nazwa „PZPR” jest skrótowym wyrażeniem opinii o działaniach posłów partii rządzącej wobec sądownictwa, które nawet w opinii Komisji Weneckiej zostały porównane do działań podejmowanych w Związku Radzieckim. Ponadto, do osób pełniących funkcje publiczne powinno się w zakresie zniewagi stosować zasadę „grubej skóry” – innymi słowy w ich krytyce można sobie pozwolić na więcej.

Zupełnie absurdalny jest także zarzut, że posługiwanie się skrótem „PZPR” na naklejkach jest promowaniem totalitaryzmu. Zarzut ten wpisuje się w inne, popularne ostatnio działania, polegające na takim przekwalifikowaniu danej sytuacji, aby podpadła pod określony paragraf. Jakiś czas temu przykładowo pozostawienie zapalonych zniczy pod biurem poselskim uznano za „zaśmiecanie”. Takie ruchy są manipulacją, która wyrywa dane działanie z jego kontekstu kulturowego i odrywa od zamiaru osoby, która tych działań dokonuje. Na wagę obu tych elementów zwracała w swoich analizach akcji fartuszkowej prof. Ewa Łętowska, słusznie wskazując, że każdą wypowiedź, każdy akt mowy  należy oceniać w kontekście. Ten zaś wskazuje, że intencją intencją używającej skrótu „PZPR” było oskarżenie kogoś o działanie podobne do działania PZPR. To oznacza, że skrót „PZPR” został użyty pejoratywnie. Jako taki nie może być uznany za propagowanie czegokolwiek – promowanie polega przecież na przedstawianiu czegoś w pozytywnym, nie negatywnym świetle. Kiedy nazywam kogoś faszystą, bo nie akceptuję jego działań, to przecież nie propaguję faszyzmu, tylko potępiam faszyzm, bo odnoszę to słowo do negatywnego zachowania.

Wszystkie powyższe argumenty prowadzą do konstatacji, że policja i prokuratura nie powinny wspomnianych akcji ścigać, a jeśli będą, sądy powinny ludzi biorących udział w tych akcjach uniewinniać stosując bezpośrednio konstytucję. Inną sytuacją jest rzeczywiste niszczenie mienia, na przykład pisanie sprajem na murach budynków – takie działanie jest wandalizmem. Nie jest ono także konieczne dla zachowania możliwości swobodnego wyrażania swoich poglądów, bo istnieją – jak pokazano – bardziej łagodne a równie skuteczne środki ekspresji, takie jak moje ulubione konstytucyjne pomnikowe fartuszki.

Diabeł ubrał się w ornat i na mszę dzwoni

Prokuratura przystąpiła do postępowania, na tle którego SN zadał do Trybunału Sprawiedliwości. Oto uzasadnienie:

„W ocenie prokuratury działanie Sądu Najwyższego podjęte w interesie sędziów tego sądu prowadzi do naruszenia interesu skarżącego poprzez niezasadne odroczenie rozpoznania sprawy. Ponadto w opinii prokuratury działania Sądu Najwyższego, w tym decyzja o tak zwanym zawieszeniu działania ustawy, jest jawnym nadużyciem i naruszeniem ustawy zasadniczej. Konstytucja RP nie przewiduje bowiem dla żadnego organu Państwa prawa do zawieszania obowiązujących ustaw””

Jest więc tak – trzyletnie łamanie praworządności nie jest żadnym zagrożeniem dla skarżącego, osłabienie SN, który nie może działać z braku sędziów z niego usuniętych, nie jest zagrożeniem dla skarżącego, ale zadanie pytania do TSUE jest naruszeniem interesu skarżącego. Co więcej, skorzystanie prze SN z obowiązującej w całej Unii od dekad zasady zadawania pytań prejudycjalnych jest działaniem podjętym w interesie sędziów, nie w interesie praworządności.

Prokuratura Zbigniewa Ziobry wykonuje populistyczny ruch, który ma rzekomo bronić jednej osoby w jednym postępowaniu, żeby zaatakować działanie SN podjęte w interesie wszystkich skarżących sprawy do polskich sądów. Ci ludzie, tak jak i skarżący w tej sprawie, mają prawo do rozpatrzenia swojej sprawy przed niezawisłym sędzią i o to walczy SN zadając pytanie do TSUE.

Jednocześnie kolejny raz polska Prokuratura pod kierownictwem Ziobry pokazuje, że nie uznaje prawa UE jako prawa obowiązującego w Polsce i lekceważy jasne orzecznictwo TSUE, na które powołał się SN, a które pozwala zawiesić działanie krajowej ustawy na czas udzielania odpowiedzi przez TSUE. Takie działanie ma podstawę w art. 91 Konstytucji, która wyraźnie ustala, że umowy międzynarodowe, w tym Traktaty UE, mają pierwszeństwo w stosowaniu przed polskimi ustawami. Tak zdecydował Suweren konstytucyjny i do czasu zmiany Konstytucji nikt, a szczególnie prokuratura, nie mają prawa tego kwestionować.

To prawo UE wymaga, aby każda sprawa sądowa była rozstrzygana przez sąd, który nie jest poddawany żadnym naciskom. Dlatego SN pyta, czy sędzia, który oczekuje na decyzję Prezydenta, jest nadal niezawisły w rozstrzyganiu sprawy – a więc między innymi, czy fakt bycia ocenianym przez przedstawiciela władzy wykonawczej nie jest elementem nacisku na sędziego.

Działanie prokuratury jest więc ruchem populistycznym, antyeuropejskim i ma charakter kolejnego osobistego ataku na sędziów. Ich mądre i podjęte w interesie publicznym działanie jest przedstawiane jako działanie szkodliwe.  Taka jest natura propagandy.

Najzabawniejsze jest to, że działanie to jest podejmowane na polecenie człowieka, który już doprowadził do drastycznego spadku efektywności działania polskiego wymiaru sprawiedliwości przez tzw. sprawę irlandzką – od czasu decyzji TSUE w sprawie Celmer wydawanie Polsce podejrzanych na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania będzie znacząco opóźnione. Może więc jednak prokuratura zajęłaby się ściganiem przestępców a nie pojedynczą sprawą z zakresu ubezpieczeń społecznych?

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/pk-zglasza-udzial-w-postepowaniu-przed-sn-ws-zabezpieczenia-spolecznego/tq03d7m

Organizujmy konstytucyjne miesięcznice

Rysunek – Aleksandra Lechańska

3 lipca 2018 roku polski kryzys konstytucyjny wszedł w nową fazę a ostatnie zmiany legislacyjne dotyczące Sądu Najwyższego wskazują jasno, że zmierzamy do całkowitego upolitycznienia polskiego sądownictwa.  Niebawem Sąd Najwyższy, któremu kierunek nadawali Adam Strzembosz i Stanisław Zabłocki stanie się Sądem Najwyższym, o którego jakości decydować będą Adam Tomczyński i Stanisław Piotrowicz. Jest jasne, że takiemu obrotowi spraw trzeba się przeciwstawiać. Stąd też nasiliły się w ostatnich tygodniach zbiorowe protesty.

Zastanawia mnie, czy protesty te mogą być bardziej skuteczne. Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw zdiagnozować kilka ryzyk, które czyhają na protestujących.

Po pierwsze, inflacja protestów. Protesty w sprawie sądownictwa odbywają się niemal codziennie, organizowane przez wiele podmiotów. To powoduje, że powszednieją i rozmieniają się na drobne. Dodatkowo, ponieważ protestów jest wiele i odbywają się w różnych miejscach, dochodzi problem koordynacji i poinformowania o dacie i miejscu, które nie są przecież stałe.

Po drugie, frekwencja. Miedzy innymi z powodu inflacji protestów na niektórych protestach liczba protestujących jest niska. To zniechęca i daje pożywkę do kpin. W mediach społecznościowych zwolennicy rządu z lubością pokazują jakiś niezbyt liczny protest, opatrując go kpiącym „w mieście, które liczy kilkaset tysięcy mieszkańców pod sądem protestuje 14 osób”

Po trzecie fokus, czyli skupienie się na jednym temacie. W sposób naturalny spontanicznie organizowane protesty przyciągają ludzi walczących o rozmaite ważne publiczne sprawy. Z tego powodu coraz częściej w czasie protestów, zwłaszcza w Warszawie, pojawiają się wystąpienia związane nie tyle bezpośrednio z praworządnością, co z innymi ważnymi społecznie tematami. W proteście, w którym brałem udział w lipcu, bezpośrednio przed moim wystąpieniem ze sceny dość agresywnie mówiono o klerykalizacji życia publicznego w Polsce. W rozmowie z kolegą, który aktywnie działa w Klubie Inteligencji Katolickiej, usłyszałem, że on i wielu jego znajomych chętnie poszłoby na protest, ale nie wyobraża sobie protestowania razem z uczestniczkami czarnych marszów, które w czasie protestów wypowiadają się na temat konieczności legalizacji aborcji. Tak złożony jest świat, czy tego chcemy, czy nie. Czy w związku z tym powinniśmy się pokłócić? A może raczej uznać, że obrona praworządności jest wspólnym mianownikiem, który może połączyć tak różne środowiska, jak KiK i aktywistki Czarnego Marszu? Skupmy się więc na tym, co nas łączy, nie na tym, co nas dzieli i w czasie protestów mówmy o praworządności.

Po czwarte, ego organizatorów protestów. Nie mam na myśli konkretnych osób, ale dochodzą mnie słuchy, że pogłębiają się spory pomiędzy liderami kluczowych organizacji odpowiedzialnych za protesty. Ponownie – taki jest świat, że ludzie na tyle odważni, aby publicznie występować w obronie wartości, to jednocześnie ludzie z charakterem i dużym ego. To jest taki psychologiczny pakiet.Powyższe problemy może rozwiązać pomysł, który jest starszy niż polityczna kariera Jarosława Kaczyńskiego: cykliczne, zrytualizowane protesty/marsze, upamiętniające jakieś wydarzenie. Mówią, że pierwszy naprawdę skutecznie zastosował ten pomysł Chomeini, który po rewolucji irańskiej co 40 dni organizował uroczystości upamiętniające męczenników islamskiego przewrotu. W tym ujęciu miesięcznice smoleńskie były po prostu naśladowaniem tej tradycji cyklicznej, długotrwałej mobilizacji grupy wyznającej podobne wartości. A jest to tradycja warta rozważenia, nie ze względu na jej  wyznawców, ale ze względu na mobilizacyjną skuteczność.

Protest organizowany w całej Polsce, w tym samym miejscu (pod Sądem Najwyższym), tego samego dnia (np. 3 dnia każdego miesiąca, aby przypominać o dniu, w którym haniebna ustawa o SN weszła w życie), miałby większą moc i bardziej wyrazistą wymowę. To rozwiązywałoby problem inflacji protestów – nie da się z taką samą siłą i przekonaniem manifestować codziennie, ale siłę można pokazać raz w miesiącu.

Protest organizowany jednego dnia miesiąca w całej Polsce byłby nie tylko bardziej efektywny, ale i bardziej efektowny. Można by rzucić nań wszystkie siły, do odśpiewania hymnu zaprosić pod SN kilkudziesięcioosobowy chór, a na scenę zaprosić tłum znanych ludzi, którzy dzięki swojej rozpoznawalności mogą lepiej dotrzeć z przekazem obrony konstytucji do nieprzekonanych. Jeśli dodatkowo oprawa protestu byłaby podobna do protestów z lipca 2017 roku, podniosła, spokojna, z dodatkiem teatrum w postaci świec, jest szansa na piękną i mądrą uroczystość, która przyciągnie więcej osób, w tym więcej osób młodych. To może rozwiązać problem liczebności.

Sam organizacja cyklicznych, comiesięcznych spotkań nie rozwiąże problemu skupienia się na problemie praworządności i nie rozwiąże problemu konfliktów personalnych wśród organizatorów. Rozwiązaniem tych problemów mogłoby być powołanie honorowego komitetu protestów w obronie demokracji, w skład którego wchodziliby tak powszechnie szanowani ludzie, jak Władysław Frasyniuk czy Henryk Wujec. Komitet zatwierdzałby program protestów i dbał o jednolitość tematyki, która pozwoliłaby uczestniczyć w protestach ludziom o rozmaitej aksjologicznej proweniencji.

Ktoś mógłby powiedzieć, że miesięcznice konstytucyjne to przerost formy nad treścią. Oczywiście, sprawa konstytucji powinna bronić się sama. Ale doświadczenie pokazuje, że sama się nie obroni. Cykliczne, comiesięczne spotkania dałyby ludziom poczucie rytuału i przynależności. Ich powtarzalność miałaby charakter społecznej mantry, wskazującej, że protesty mogą trwać bez końca, co daje siłę.

Powtarzalne, podobne w konstrukcji protesty, rozpoczynane  polskim hymnem i odczytaniem preambuły Konstytucji, a kończone publicznie odczytanym aktem oskarżenia przeciwko politykom łamiącym Konstytucję, miałyby w sobie dużo teatrum, którego potrzebuje praworządność. Już od dawna mówi się, że wartości liberalne, takie właśnie, jak praworządność, muszą być promowane w sposób populistyczny, jeśli mają dotrzeć do szerokich grup społecznych. Dlatego uważam, że powinniśmy zacząć organizować podniosłe konstytucyjne miesięcznice i organizować je tak długo, aż praworządność w Polsce zostanie przywrócona.