Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

Photo by Adrian Grycuk (CC)

Jednym z najbardziej cynicznych argumentów większości parlamentarnej, która gwałci niezależność sądownictwa, jest argument z domniemania konstytucyjności. Brzmi on tak: wszystko, co robimy, jest zgodne z Konstytucją, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi, że nie jest. Więc wara od tego, co robimy.

Można na ten argument odpowiedzieć w stylu PiS: pokażcie przepis Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W przeciwieństwie np. do domniemania niewinności, które jest wprost wskazane w art. 42 ust. 3, nie ma przepisu Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W kategoriach ich prymitywnego konstytucjonalizmu taki argument powinien wystarczyć. Nie będziemy się jednak zniżać do ich poziomu.

Domniemanie konstytucyjności wynika z cech systemu konstytucyjnego. Żeby prawo obowiązywało, trzeba przyjąć, że do ustaw uchwalanych przez parlament ludzie muszą się stosować. Gdyby mogli dowolnie (podkreślam to słowo: DOWOLNIE) kwestionować legalność ustaw, prowadziłoby to do anarchii. Parlament wprowadza np. nowy podatek, a przedsiębiorca twierdzi, ze nie będzie go płacił, bo w jednej z poprawek sejmowych była literówka, a dwóch posłów, jak głosowało, to tylko nacisnęło guzik, a nie podniosło ręki. Dlatego jego zdaniem ustawa jest niekonstytucyjna, a więc nie musi płacić podatku. W takich sytuacjach ma zastosowanie domniemanie konstytucyjności: dopóki specjalnie powołany do tego organ, czyli Trybunał Konstytucyjny, nie uzna ustawy za niekonstytucyjną i nie uchyli jej, ustawa obowiązuje. Musis więc płacić.

Domniemanie konstytucyjności zatem to założenie, że akty wydawane przez władzę uznaje się za ważne, a więc wiążące adresatów, dopóki nie zostaną uznane za niewiążące. Stąd wywodzi się drugi argument, który można podnieść przeciwko twierdzeniom gwałcicieli Konstytucji, że mogą gwałcić, dopóki sąd nie powie, że gwałcą. To PiS pierwszy zakwestionował takie domniemanie, kiedy Beata Szydło zakwestionowała wyroki Trybunału Konstytucyjnego, choć one korzystają z domniemania legalności. Gdy PiS nazywał te wyroki „opiniami wydanymi przy kawie i ciasteczkach”, a Jarosław Kaczyński mówił, że są „non est”, było to uzurpowanie sobie prawa do niepodporządkowania się aktom władzy sądowniczej, choć nie zostały one w żadnej procedurze zakwestionowane. Dlaczego wtedy PiS sam siebie nie oskarżał o szerzenie anarchii i niepodporządkowywanie się aktom władzy sądowniczej, które zgodnie z Konstytucją są ostateczne i powszechnie obowiązujące. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze? Teraz PiS oskarża sędziów o anarchię, gdy ci odmawiają podporządkowania się aktom władzy ustawodawczej. Można powiedzieć, że uczą się od najlepszych. Kiedy mówicie sędziom, że przecież zgodnie z Konstytucją podlegają ustawom, oni powinni wam powiedzieć, że zgodnie z Konstytucją wy podlegacie wyrokom Trybunału Konstytucyjnego. Nie przyszło wam do głowy, że uznali wasze ustawy za „non est? W końcu jest jakaś równość wobec prawa i jakaś równowaga władz, prawda?

Ten argument nie powinien nas jednak zadowalać. Jest on oparty na idei „ale to PiS zaczął, proszę Pani!”, a więc jest zbudowany na tej samej konstrukcji, co najbardziej bzdurny argument symetrystów, czyli „rząd PO/PSL też łamał Konstytucję”, albo w innej wersji „ skoro ty ukradłeś, ja mogę zabić”. W państwie prawa łamanie prawa przez naszych przeciwników nie uzasadnia łamania prawa przez nas. Jedynym wyjątkiem jest działanie w obronie koniecznej i to być może różni nasz argument od argumentu symetrystów – sędziowie nie podporządkowując się ustawie o SN bronią się przed zamachem na ważne dobro: ich niezawisłość.

Jest jednak trzeci, najważniejszy argument, którym można odeprzeć argument z domniemania konstytucyjności. Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych” wskazał, że rewolucje takie polegają na zmianie paradygmatu, a więc na stwierdzeniu, że dotychczasowy sposób widzenia rzeczywistości jest nieadekwatny, i że trzeba go zastąpić nowym paradygmatem. Domniemanie konstytucyjności i jego rozumienie jest wytworem nauki prawa konstytucyjnego – elementem jej paradygmatu. Ten paradygmat był adekwatny w warunkach, w których funkcjonował niezależny Trybunał Konstytucyjny. Funkcją domniemania konstytucyjności jest zapewnienie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Innymi słowy, kiedy działa niezależny TK, parlament ma świadomość tego, że musi się samoograniczać w działaniach legislacyjnych, a więc że nie może robić, cokolwiek mu się podoba. Jest to gwarancją przyzwoitej jakości prawa i dlatego może się ono cieszyć domniemaniem konstytucyjności.

Obecnie ten paradygmat upadł, ponieważ w Polsce nie funkcjonuje niezależny TK. Zasiadają w nim nieuprawnione osoby, pani Przyłębska manipuluje składami, co przyznaje jej kolega, pan Muszyński. A ten ostatni zamiast chronić prawa i wolności obywatelskie, brutalnie atakuje Rzecznika Praw Obywatelskich, a więc inny konstytucyjny organ chroniący te wartości. Liczba spraw w TK spadła o ponad połowę w porównaniu do czasów sprzed duetu Przyłębska/Muszyński, a rząd dobrze wie, że ze strony takiego Trybunału nic mu nie grozi. Robi więc, co chce. Prawo tworzone w warunkach całkowitej dowolności nie zasługuje na domniemanie konstytucyjności. Domniemanie takie nie zapewnia już obecnie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Zapewnia tylko skuteczność.

Nauka prawa konstytucyjnego uporczywie trwa przy dawnym paradygmacie, bo nie potrafi zareagować na zmianę rzeczywistości. Reagują sędziowie, którzy stosują bezpośrednio konstytucję, aby obronić się przed prawną przemocą rządzącej większości. Domniemanie konstytucyjności zaczyna funkcjonować inaczej: ustawa jest uznawana za konstytucyjną, dopóki na podstawie art. 8 ust. 2 i na podstawie zasady lex superior derogat legi inferiori (prawo wyższe ma pierwszeństwo stosowania przed prawem niższym) nie zakwestionują jej sądy.

Takie rozumienie domniemania nie narusza roli TK, bo niezastosowanie reguły ustawowej w konkretnej sprawie przez sąd nie oznacza jej wyrzucenia z systemu. To może zrobić tylko TK. Nie jest ono także czymś zupełnie nowym, bo podobne myślenie stało za słynnym sporem pomiędzy TK a SN o kompetencję do oceny konstytucyjności ustaw w procesie ich stosowania – sporu powstałego długo przed dzisiejszym kryzysem. Wreszcie, nie powoduje ryzyka anarchii, bo niezastosowanie przepisu sąd musi uzasadnić, a więc nie jest ono dowolne.

Ktoś uważny może powiedzieć, że I Prezes SN, niestosująca się do ustawy o SN, nie jest sądem, a więc nie może obalić domniemania konstytucyjności nawet w prezentowanym, nowym ujęciu. Oczywiście, nie jest sądem, jest organem sądu, organem konstytucyjnym i obywatelem . Ale nowe ujęcie domniemania konstytucyjności działa tak: obywatele nie podporządkowują się ustawie powołując się na swoje konstytucyjne prawa, a ich racje ocenia sąd, który dla tego celu stosuje bezpośrednio Konstytucję. Tak robią Obywatele RP, niestosujący się do ustawy o zgromadzeniach. Są łapani przez policję, sprawa trafia do sądu i sąd rozstrzyga, czy mogli się sprzeciwić ustawie, powołując się na Konstytucję. Tak też robi Małgorzata Gersdorf, obywatel. Nie podporządkowuje się ustawie o SN, a to, czy ma rację, oceni niezależny sąd. Tym sądem będzie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, działający w procedurze naruszeniowej, rozpoczętej 2 lipca.

Kiedy więc ktoś was spyta, co z domniemaniem konstytucyjności, odpowiedzcie: obowiązuje, ale w nowej formie. Nie jest ono przeszkodą dla obywatelskiego nieposłuszeństwa, którego zasadność oceni niezależny sąd. A ten niezależny sąd może to domniemanie obalić, odmawiając zastosowania niekonstytucyjnej ustawy w danej konkretnej sprawie. Zrobi to na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którą Konstytucję stosuje się bezpośrednio, lub na podstawie art. 91 Konstytucji, zgodnie z którym umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo w stosowaniu przed postanowieniami ustaw, których nie da się z nimi pogodzić. Zapewniam was, że przepisów ustaw pozwalających gwałcić niezależność polskich sądów i niezawisłość polskich sędziów nie da się pogodzić z wieloma umowami międzynarodowymi, które ratyfikowała Polska.

15 Comments Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

  1. Maciej Marek July 8, 2018 at 4:40 pm

    Panie Profesorze…

    Domniemanie konstytucyjności wynika z Konstytucji:
    Artykuł 2
    Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym…
    Jednak w tejże Konstytucji znajduje się
    Artykuł 8
    2. Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej.

    Z czegoś to musi wynikać. Konstytucja nakazuje stosować przepisy bezpośrednio bo może ktoś chce uchwalić przepisy mające inną intencję.
    Np. jaką Prezydent pełni rolę gdy działa wg art. 179? – Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony.
    Czy ustawa o tym, że praktyczny czas sprawowania funkcji Sędziego jest oznaczony co do wieku jest konstytucyjna czy nie?

    Reply
  2. Tom Ozi July 8, 2018 at 7:53 pm

    Otóż to. Mam nadzieję, że takie spojrzenie trafi do jak największej liczby odbiorców.

    Reply
  3. Jack July 10, 2018 at 6:03 am

    A czy nie jest tak, że o konstytucyjności decydują intencje, zamiar i faktyczne zachowanie jakiegoś organu, na przykład sejmu. O ile są wypadki, kiedy jednoznaczna ocena tychże może budzić wątpliwości czy spór, to są też przypadki, w których watpliwości być nie może. Zatem ten, kto z konstytucji czyni użytek poprzez stanowienie z niej wynikającego prawa MUSI zadbać, żeby nie urągać temu domniemaniu, a raczej czynić mu zadość. Gdybym miał się mylić, to nawet przy legalnym TK, na dodatek pracowitym, możnaby było unieczynnić prawne funkcjonowanie państwa poprzez “taśmowe” uchwalanie ustaw i praw jawnie niezgodnych z konstytucją, paraliżując i unieczynniając w ten sposób TK, czyniąc z nadrzędnego prawa fikcję do czasu, gdy po np. kilkinastu latach TK uporałby się z niekonstytucyjnością konkretnego przepisu.
    Proszę sobie wyobrazić, że budujemy budowle, podług swojego widzimisię, wbrew nauce o konstrukcji i oddajemy takie budowle do publicznego użytku do czasu, aż zespół ekspertów nie orzeknie na piśmie, że budowla niechybnie się zawali. Otóż tak się nie da budować. Budujemy od początku zgodnie z prawidłami, a tylko w szczególnych wypadkach poddajemy je ekspertyzie, kiedy rysy stają się widoczne, albo kto po sprawdzeniu obliczeń kwestionuje bezpieczeństwo.

    Reply
    1. Marcin Matczak July 10, 2018 at 12:52 pm

      Bardzo jest to sensowne, co Pan pisze. W doktrynie prawa konstytucyjnego USA jest pojęcie “illicit legislative motive”, którego używa się na opisanie tworzenia prawa z niezasługującą na ochronę prawną intencją. Mamy bardzo dużo takiej legislacji w Polsce ostatnio.

      Reply
    1. Marcin Matczak July 10, 2018 at 12:52 pm

      Dziękuję. Nie jestem tylko pewien, czy zaprezentowane wyjaśnienie kwestii domniemania konstytucyjności jest rzeczywiście, jak twierdzi Autor, prostsze 😉

      Reply
  4. Jack July 10, 2018 at 6:43 pm

    To oczywiście jest tylko “miękka” wykładnia, bo jeśli ktoś ma złą wolę, to zawsze przyjmie taktykę, że wg najlepszej jego wiedzy konstruował prawo z konstytucją zgodne. W naszym konkretnym przypadku ustawodawca jest w pełni świadom, że funkcjonowanie TK zostało w pewnym stopniu wyłączone, wobec czego system trójpodziału władzy uległ dezintegracji, która prowadzi do sprzecznego z jego istotą stosowania słusznej zasady domniemania konstytucyjności. Wydaje się, że prawo ze względu na immanentną i nieuniknioną w jakimś rozmiarze jego abstrakcyjność zakłada dobrą wolę podmiotów, które go używają i tworzą prawa zależne czy wtórne. O ile zupełne wyeliminowanie wrażliwości systemu prawnego na złą wolę nie jest możliwe, o tyle nasz system okazał się zbyt mało odporny na zagrożenia w tym zakresie, właściwe dla demokracji na wczesnym etapie rozwoju. Oczywiście żadne prawo nie zastąpi, nie wyręczy, społeczeństwa z odpowiedzialności za brak obywatelskiego zaangażowania, jakie jest naszym udziałem w trakcie kolejnych wyborów.
    Wydaje się, że na całą sprawę należy od początku spoglądać z punktu widzenia postępowania dowodowego w ewentualnych procesach karnych czy przed TS, przeciwko osobom i organizacjom, jak partie, które poprzez działania i zaniechania, wywołują chaos, narażają organy władzy na choćby częściową dysfunkcję, które w konsekwencji, i może nie tylko potencjalnie, prowadzą do istotnego osłabienia państwa i zachwiania jego stabilności.
    Wyrokowanie w takich procesach jest sprawą wtórną, bo trudno do końca przewidzieć i osądzić a priori racje wszystkich stron takich procesów, ale zaniechanie postawienia zarzutów i przeprowadzenia procesów należałoby uznać za niedopuszczalne z punktu widzenia już powstałych skutków i skutków, które dopiero nadejdą. Nie bez znaczenia jest tutaj również narażenie wizerunku i dobrego imienia Polski na arenie wewnętrznej i międzynarodowej.

    Reply
  5. Lidka Woźniak July 11, 2018 at 9:06 am

    Jako laik, czy też “zwykła obywatelka”, pozwolę sobie na przedstawienie swojego punktu widzenia. Tudzież zastanowienie się, co oznacza “domniemanie konstytucyjności” dla zwykłego obywatela.
    Wydaje mi się, że “domniemanie konstytucyjności” powinno być definiowane jako prawo (niekoniecznie obowiązek) obywatela do zakładania, że dana ustawa jest konstytucyjna – i to powinien być punkt wyjścia do rozważań. W szczególności, jeżeli postępuje zgodnie z ustawą, to nie może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej – nawet, jeżeli ktoś kiedyś uzna, że nie była konstytucyjna.
    W sprawach cywilnych jest to zagadnienie trudniejsze, bo załóźmy, że ktoś postąpi zgodnie z ustawą czyimś kosztem, ale poniesie też jakiś własny koszt, następnie dana ustawa zostanie uznana za niekonstytucyjną, i pytanie, czy te koszty powinny zostać jakoś wyrównane, i przez kogo? (wydaje mi się oczywiste, że w takiej sytuacji obustronne straty powinno wyrównać Państwo).
    Natomiast wydaje mi się też, że każdy obywatel ma pełne prawo do domniemywania, że dana ustawa może nie być konstytucyjna. W szczególności ma też pełne prawo do niestosowania się do danej ustawy, jeżeli o jej niekonstytucyjności jest przekonany (również ten drugi obywatel ze sprawy cywilnej). Owszem, może to się skończyć rozprawą przed sądem, ale jeżeli argumentem obywatela jest niekonstytucyjność przepisów (oczywiście konkretna niezgodność z konkretnym zapisem Konstytucji wraz z argumentacją), to sąd powinien ten argument rozważyć, w szczególności sam nie powinien stosować argumentu “domniemania konstytucyjności”, tylko albo samodzielnie dokonać z analizy zgodności, bądź przekazać to do odpowiedniej wyższej instancji (docelowo TK).
    Natomiast “domniemanie konstytucyjności” ustaw w ogóle nie powinno dotyczyć organów takich jak SN czy TK. W szczególności, jeżeli przed TK jest już rozprawa dotycząca jakiegoś przepisu, to TK wręcz powinien wyjść z założenia, że ten przepis, skoro został zaskarżony, cieszy się “domniemaniem niekonstytucyjności”; więc jeżeli jest to w szczeólności ustawa o TK, to TK ma pełne prawo nie stosować się do jej zapisów.
    Reasumując: “domniemanie konstytucyjności” to jedynie (i aż) prawo obywatela do stosowania się do zapisów ustaw – ale prawdopodobnie nic poza tym.

    Reply
    1. pep July 18, 2018 at 12:12 am

      Wniosek zawarty w ostatnim akapicie jest nad wyraz trafny. Domniemanie konstytucyjności (co za tym idzie ustawa obiektywnie niekonstytucyjna nieuchylona przez TK) wiąże zasadniczo tylko organy władzy publicznej, natomiast nie wiąże podmiotów prywatnych. Do obywatela odnosi się tylko w tym aspekcie, że obywatel (każdy podmiot prywatny) nie może ponieść konsekwencji zastosowania się do ustawy sprzecznej z aktem wyższego rzędu .
      Zarazem każdy podmiot prywatny nie ma obowiązku zastosowania się do ustawy obiektywnie sprzecznej z aktem wyższego rzędu (nie tylko w polskim systemie prawa ale też z twardym aktem prawa unijnego korzystającego z zasady pierwszeństwa). I tu następuje wyrywkowa polemika z poglądem Pana Profesora- zawsze tak było także w dotychczasowym rozumieniu zasady domniemania konstytucyjności, tu nie trzeba zmieniać paradygmatu. W tym sensie obywatel miał i nadal ma uprawnienie do każdorazowego samodzielnego dokonania oceny występowania ,,niekonstytucyjności” (i innej hierarchicznej niezgodności) – jeśli ma co do tej oceny rację to naruszając ustawę działa legalnie od samego początku! Jedyna niedogodność dla obywatela podjęcia przez niego sprzecznego z ustawą zachowania jest taka, że nie może on liczyć na to, że jego ocenę doraźnie podzieli organ ścigania, organ porządku publicznego lub organ administracji. Musi liczyć tylko na to, że racja zostanie mu przyznana dopiero ex post tj. następczo przez sąd lub TK pod warunkiem że obywatel skorzysta ze wszelkich dostępnych środków prawnych. Zawsze(pod rządami aktualnej Konstytucji) tak było bo zawsze ktoś miał tę drogę wykazania swoich racji o niekonstytucyjności otwartą (a realnie- ,,inny ” TK – miał ją otwartą szerzej niż teraz i niejeden obywatel z tego korzystał świadomie od samego podjęcia zachowania naruszającego ustawę).
      Powyższe wynika z norm konstytucyjnych. Jeśli w postępowaniu sądowym po rozpoznaniu pytania prawnego TK orzeknie korzystnie dla obywatela, to niezależnie od tego jak będzie data utraty mocy obowiązującej ustawy (a może być odroczona!- art. 190 ust. 3) to w jego sprawie tenże przepis ustawy ,, nie liczy się ” tak jakby go ,,nigdy nie było” i nie może być on podstawą rozstrzygnięcia w jego sprawie. Taki sam skutek osiągnie obywatel wskutek skutecznej skargi konstytucyjnej i późniejszego terminowego wznowienia postępowania sądowego. To nic innego jak deklaratywne późniejsze stwierdzenie, że ustawa takiej treści NIGDY tego konkretnego obywatela nie obowiązywała. Ergo- ustawa obiektywnie niekonstytucyjna – pomimo braku orzeczenia TK- nigdy nie ma mocy obowiązującej w stosunku do podmiotów prywatnych (ryzyko- czy będzie to deklaratywnie stwierdzone, czy nie będzie, np wobec sytuacji z nowym TK). Zasadniczo ma ona natomiast (w normalnych warunkach) moc obowiązującą organy władzy publicznej. W ogóle jest raczej tak, że skonstruowanie zasady domniemania konstytucyjności ustaw na podstawie wielu norm konstytucyjnych ma właśnie taką główną funkcję, że ma chronić wyłączność niektórych kompetencji TK przed zakusami innych organów (stąd niemądre było kiedyś wskazywanie że sam TK niby naruszył tą zasadę, choć podlega on tylko Konstytucji i zasada ta ma być na jego korzyść, a nigdy nie mogła być interpretowana na jego niekorzyść i służyć ograniczeniu kompetencji ). Oczywiście nie dla samozadowolenia Trybunału, ale dla uniknięcia anarchii, ale nie rozumianej w sensie zapobiegania podejmowania różnych zachowań przez samych obywateli lecz rozumianej w odniesieniu do działania organów władzy, które powinno być przewidywalne dla obywateli (m.in. zasada zaufania do państwa i jego organów- wniosek z art. 2) co wymaga m,in tego, aby nie było tak że jeden organ widzi ,,takie” prawo a inny ,,inne”i postępują różnie. Nadto organy władzy wiąże zasada legalizmu

      W tym miejscu warto odpowiedzieć na wątpliwość zawartą w wypowiedzi co do tego co Sąd powinien. Otóż na gruncie każdej procedury postępowania sądowego w Polsce, Sąd dokonując tzw subsumpcji ma obowiązek rozważyć (nie wnikajmy czy zawsze urzędu bo iura novit curia czy niekiedy tylko ,,na zarzut”) to, czy przepis danego aktu prawnego naruszony przez stronę jest zgodny z aktami wyższego rzędu. Tzn po stwierdzeniu faktu naruszenia przepisu ustawy lub choćby faktu potencjalnego jej naruszenia (gdy w gre wchodzą różne możliwości wykładni przepisu ustawy i trzeba jakąś wybrać) ma obowiązek badać hierarchiczną zgodność norm. Oczywiście de facto rozważenie to jako proces myślowy ma miejsce tylko wtedy jak zasygnalizują się jakieś wątpliwości samemu sądowi lub gdy strona zgłosi taki ,,zarzut”. Zarzut tej natury zatem zawsze wymaga rozważenia.

      W relacji Konstytucja-ustawa wynik rozważań sądu może być taki:
      a) brak wątpliwości co do niezgodności = zastosowanie przepisu ustawy po DOKONANEJ analizie co do hierarchicznej zgodności norm (jak widać TK nigdy nie miał wyłącznego prawa do badania zgodności ustaw z Konstytucją gdyż sądy to badają wyczerpująco, tyle ze często wynik badania jest pozytywny co do zgodności, ani tym bardziej do ,,interpretacji” ustaw,
      b) są wątpliwości lub pewność co do niezgodności = albo sąd stosuje się do dotychczasowo pojmowanej zasady domniemania konstytucyjności i występuje z pytaniem prawnym do TK lub zawiesza postępowania czekając na wyrok TK gdy ktoś wniósł wcześniej podobną kwestię albo poszukuje takiego możliwego rezultatu wykładni przepisu ustawy który byłby zgodny z Konstytucją tzw technika wykładni w zgodzie z Konstytucją, albo odpowiednio interpretuje w tym kontekście nieostry zwrot normy ustawowej (np czy istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa na użytek aresztowania to skoro operuje się tu prawdopodobieństwem to nie trzeba mieć pewności co do niekonstytucyjności przepisu ustawy a wystarczy jedynie wątpliwość) albo- a to już po porzuceniu dotychczas pojmowanej treści zasady domniemania konstytucyjności jeśli przyjmiemy że wolno – bezpośrednio stosuje przepis Konstytucji albo nawet pomija przepis ustawy. Uwaga- system prawa (w tym sama zasada domniemania konstytucyjności) natomiast nie daje sądowi uprawnienia zastosowania ustawy którą on sam uzna za niekonstytucyjną z dodatkowym warunkiem że TK dotąd o danym problemie hierarchicznej zgodności się nie wypowiadał

      Ta ostatnia uwaga pozwala sprecyzować jedną ze wcześniejszych konstatacji- otóż o ile domniemanie konstytucyjności nie wiąże podmiotów prywatnych, a zasadniczo wiąże organy władzy publicznej, to sądy – tak, czy siak – wiąże ona w istotnie ograniczonym zakresie, a sam TK niemal wcale ona nie wiąże.

      Jak widać nieodzownym elementem tego systemu (i funkcjonowania zasady domniemania konstytucyjności ustaw w dotychczasowym brzmieniu) jest niezależny TK Inaczej obywatel mający rację w niestosowaniu się do obiektywnie niekonstytucyjnej ustawy może mieć duże trudności w jej wykazaniu. Co zatem zrobić jak są problemy ze spełnieniem tego warunku i kto ma oceniać tę niezależność? Być może wyjściem jest właśnie wykładnia dynamiczna różnych przepisów Konstytucji ze strony sądów prowadząca do przyjmowania – w zmienionych okolicznościach- odmiennej niż dotychczas treści zasady domniemania konstytucyjności w oparciu o niezmienione przepisy. Ta odmienna treść ma dawać upoważnienie sądom do najdalej idących posunięć omówionych wyżej w pkt b) bez wnoszenia pytań prawnych.
      Jest to konieczne.
      Wyobraźmy sobie bowiem uznanie zasady domniemania konstytucyjności (co gorsza w błędnym ujęciu- że ustawa taka rzekomo wprost obowiązuje obywateli od jej wejścia w życie) np w odniesieniu do takiej ustawy wchodzącej w życie z dniem ogłoszenia o takiej wymyślonej treści : ,,w terminie do 24 godzin od dnia wejścia w życie niniejszym skazuje się na śmierć wszystkich sędziów trybunału i wskazanych z nazwiska stu obywateli , zakazuje się składania wniosków do trybunału w terminie 24 godzin od wejścia w życie ustawy Wykonanie ustawy powierza się szefowi sztabu generalnego w”
      Że to nie jest akt normatywny (generalny i abstrakcyjny)? Że wkracza w kompetencje zastrzeżone Konstytucją dla władzy sądowniczej (wymiar sprawiedliwości wymierzanie kar- które w ustawie nie są nazwane karą, że łamie Konstytucję w wielu punktach i wprost , że nie będzie komu zbadać konstytucyjności tej ,,ustawy” zanim zostanie wykonana. A co za różnica- w końcu domniemanie konstytucyjności, obowiązuje i kropka. Obowiązuje też obywateli, więc niby co- mieli by się jej poddać i stawić się dobrowolnie na rozstrzelanie?

      Reply
  6. Tomasz July 11, 2018 at 12:18 pm

    Wszystko dość trafnie, ale… obalenie domniemania konstytucyjności ustaw w myśl Thomasa Kuhna trąci zerwaniem z pozytywizmem prawniczym, a wręcz formułą Radbrucha. Taki pogląd byłby trudny do zaakceptowania przez większość polskiego świata prawniczego. Czytał Pan ostatni wywiad z prof. Łętowską w Kulturze Liberalnej? Ona jawi się tam jako skrajna pozytywistka: każda strona sporu ma jakieś argumenty i pomimo wyższości wykładni prokonstytucyjnej, ostateczna ocena należy do stosującego prawo prezydenta, której trzeba się będzie podporządkować (a z czym się nie zgadzam).

    Uważam, że aby “spotkać się u Radbrucha”, odmawiając zastosowania ustawy o SN w pisowskim wydaniu, można jeszcze, obok zasady z art. 8 ust. 2 Konstytucji i lex superior derogat legi inferiori, odwołać się do argumentu o tym, iż próba usunięcia Pierwszej Prezes i innych sędziów SN rażąco narusza Konstytucję. Koncepcja rażącego naruszenia prawa, obecna na gruncie prawa prywatnego i publicznego (vide: KPA i KPC), pozwala odmówić waloru wykładni wobec interpretacji przyjmowanej przez władzę wykonawczą. Pojęcie rażącego naruszenia prawa, jako okrzepłe w polskim systemie prawnym, jest najprostszą drogą do uznania przepisów ustawy o SN za nieobowiązujące. Innymi słowy – po pierwsze – nie stanowi wykładni prawa taka interpretacja przepisów, pozwalająca usunąć Pierwszą Prezes przed upływem konstytucyjnej kadencji. Po drugie, rażąco narusza zasadę ochrony praw nabytych, nieusuwalności sędziów oraz niezależności sądownictwa wyinterpretowanie normy: (1) nakazującej stosować wobec obecnych sędziów SN obowiązek “proszenia” prezydenta o zgodę na dalsze orzekanie, (2) przypisującej prezydentowi kompetencję do wyrażania przez niego arbitralnej zgody na dalszą pracę sędziego. Powyższe normy konstytucyjne są przy tym na tyle jasne i określone, że nie trzeba się odwoływać do TK.

    Dodam jeszcze, że Konstytucja stanowi, iż to “sędziowie” podlegają Konstytucji oraz ustawom (a więc nie: “sądy” w rozumieniu poszczególnych składów orzekających – organów stosujących prawo). Zatem nie tylko Pierwsza Prezes, lecz również poszczególni piastuni organów władzy sądowniczej, mogą oceniać własną sytuację prawną godzącą w ich niezawisłość wedle podanych reguł.

    Reply
    1. Marcin Matczak July 12, 2018 at 4:41 pm

      tak, było ono na tym blogu już komentowane.

      Reply
      1. Mariusz July 13, 2018 at 3:42 am

        Mogę prosić o link do tego tekstu …. Wkleiłem link Pańskiego tekstu na moją stronę, ale właśnie w odpowiedzi dostałem ww link do tekstu A. Grabowskiego. Chciałbym ripostować. Pozdrawiam. I z góry dziękuję.

        Reply
        1. Marcin Matczak July 13, 2018 at 7:57 am

          chodziło mi o to, że juz ktoś w komentarzu podrzucił ten tekst prof. Grabowskiego.

          Reply
  7. Paweł September 20, 2018 at 9:25 am

    To bardzo ciekawe, że idee historyka nauki (fizyki) stają się podstawą do rozwiązań prawnych. Wydaje mi się, że odwołuje się Pan do tak odległych idei, bo nie znajduje Pan podstaw do uzasadnienia swoich poglądów w nauce prawa. A poza wszystkim pierwszy domniemanie konstytucyjności złamał Rzepliński wydając orzeczenia w składzie niezgodnym z obowiązującą ustawą. To od niego rozpoczęła się destrukcja systemu prawnego w Polsce. Nie potrafił zastosować się do obowiązującego prawa. Konsekwencją jego zachowania, była odmowa publikowania orzeczeń przez B. Szydło.

    Reply

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *