Posts by Marcin Matczak

Jak wychować rapera. Bezradnik

Nie wiem, czy jesteście zainteresowani takimi radami, ale napisałem książkę pt. „Jak wychować rapera”. Jest to książka o relacji ojca z synem, patodemokracji i potrzebie rebelii.

Napisałem ją, ponieważ wydawnictwo „Znak” zaproponowało mi stworzenie poradnika, jak wychować obywatela. Pomyślałem, że byłaby to zapewne pouczająca książka z jedną istotną wadą – mało kto chciałby ją przeczytać. Zamiast tego napisałem więc książkę o tym, jak wychować rapera, bo w tym przynajmniej mam pewne doświadczenie. Ostatecznie książka o tym, jak wychować rapera, jest o tym, jak wychować obywatela. Ma mieć dzikie serce i empatię, wrażliwość i siłę. Ma być odważny i mówić prawdę, nawet jeśli głos mu drży.

Każdy rozdział tego „bezradnika” poświęcony jest jednemu utworowi Michała, a treść tego utworu staje się przyczynkiem do rozważań szerszych – o życiu, o nas jako społeczeństwie i o naszym państwie. Jest to biografia przemieszana z analizą literacką tekstów Michała, lekcja WoS-u przemieszana z wychowaniem do życia w rodzinie, opowieść o buncie młodego chłopaka i o ojcu, który próbuje zrozumieć swoje dziecko.

Być może ta książka ma szansę stać się przyczynkiem do dyskusji międzypokoleniowej o sprawach ważnych. Wiem, że utwory mojego Syna stały się dla części z Was pretekstem, by między dziećmi a rodzicami takie rozmowy się toczyły. Michał obdarował mnie swoją twórczością, ja starałem się Mu odwdzięczyć możliwie głębokim zrozumieniem tego, co On tą twórczością do mnie mówi. Może rodzice i dzieci mogą tę książkę czytać wspólnie i tak jak my wymienić się czymś wartościowym – oglądem świata.

„Jak wychować rapera. Bezradnik” to książka, z którą chciałbym dotrzeć do jak największej rzeszy czytelników. Pomóżcie mi w tym! Będę Wam bardzo wdzięczny za posłanie tej zapowiedzi dalej. Książkę można już zamówić pod poniższym linkiem, a jej oficjalna premiera nastąpi z pierwszym szkolnym dzwonkiem, czyli 1 września. Niedługo napiszę trochę więcej o jej treści.

https://www.empik.com/jak-wychowac-rapera-bezradnik-matczak-marcin,p1274787839,ksiazka-p

List do osób sceptycznych wobec szczepień

Dzisiaj o północy minie 15. doba od kiedy przyjąłem drugą dawkę szczepionki Astra Zeneca. Według badań od tej doby osiągnę maksymalną odporność przeciw Covid, jaką daje ten lek. Czekam na ten moment z radością i niedowierzaniem, że taki cud jest dzięki nauce możliwy: cud polegający na tym, że wirus, który mógł mnie zabić, najprawdopodobniej mnie nie zabije i będę mógł jeszcze przez jakiś czas robić to wszystko, co jest dla mnie ważne

Covid zabrał jedną z najbliższych mi osób. Przyszedł jak złodziej w nocy i nic nie dało się zrobić. To straszna choroba, która oprócz życia zabiera bliskość, możliwość pożegnania, szansę na ostatnią rozmowę. Nie mogę w związku z tym milczeć, kiedy widzę, jak bardzo znane i mniej znane osoby, w ogromnej większości niebędące lekarzami, publikują wypowiedzi, które budzą strach przed szczepieniami i zniechęcają do nich.

Nie róbcie tego, proszę. Być może wydaje Wam się, że w ten sposób wykazujecie swoją wnikliwość, mądrość i ostrożność. Myślicie, że świadomy człowiek powinien sam analizować fakty, wyciągać wnioski, aby nie dać się oszukać. To ułuda. Kiedy wsiadacie w samolot, nie sprawdzacie, czy jest sprawny. Kiedy wchodzicie na most, nie analizujecie jego konstrukcji. Dlaczego? Bo nie macie ku temu odpowiedniej wiedzy. I musicie zaufać.

Szczepionki, jak każde leki, są bardzo rygorystycznie sprawdzane przed wprowadzeniem na rynek. Wyspecjalizowane urzędy państwowe analizują tysiące stron dokumentacji przed wydaniem zgody na szczepienie ludzi. To sprawdzanie jest o wiele bardziej dokładne niż sprawdzanie samolotu przed lotem czy mostu przed oddaniem do użytku. Ktoś bierze za to odpowiedzialność.

Powiecie, że samoloty czasami się psują, a mosty zawalają. I giną ludzie. Oczywiście, bo świat jest cholernie nieprzewidywalny. I mimo naszych starań nie jesteśmy w stanie całemu złu zapobiec. Mimo to latacie samolotami i wchodzicie na mosty. A nawet, jeśli tego nie robicie, nie publikujecie codziennie raportów z katastrof lotniczych i budowlanych, które przerażają ludzi.

Samoloty i mosty dają ludziom milion razy więcej szans, radości i prawdziwego życia niż cierpienia i śmierci. Pozwalają realizować plany i wyznawać miłość (a potem powiesić kłódkę i wyrzucić klucz do wody). Tak samo jest ze szczepionkami. Nie piszecie o mostach i samolotach, że trzeba być wobec nich sceptycznym, bo mogą zabić. Mimo to gdy czyta się Wasze posty o szczepionkach, można odnieść wrażenie, że są narzędziem niosącym przede wszystkim cierpienie i śmierć. I zamiast się nimi cieszyć, trzeba ich unikać jak ognia.

Szczepionki, jak samoloty i mosty, są cudem możliwym dzięki potędze ludzkiego rozumu. Nie udawajmy, że jesteśmy w stanie ocenić wartość tego cudu przez podanie dalej jednego czy dwóch postów. Okażmy trochę pokory wobec ludzi, którzy poświęcili swoje zdolności i swoje życie, żeby cud szczepień odkryć. Nie udawajmy, że znamy się na tym lepiej od nich, bo przeczytaliśmy coś na Facebooku.

Nie znamy się i musimy zaufać lekarzom, tak jak ufamy pilotom i inżynierom. Lekarze nam mówią, że wielokrotnie większe ryzyko zakrzepicy ponoszą palacze i osoby przyjmujące środki antykoncepcyjne niż ci, którzy przyjmują szczepionkę przeciw Covid. To jest logika i wiedza. Czy ważniejsza od nich jest nasza podejrzliwość?

Nawet jeśli sami boicie się latać, nie powodujcie, by inni z tego rezygnowali. Jeśli boicie się wejść na most, idźcie spokojnie brzegiem rzeki i nie zniechęcajcie innych. Nie podnoście poziomu strachu przed szczepieniami. Zwłaszcza że niechęć do szczepień jest śmiertelnie groźna dla nas wszystkich. Nieostrożny post, a w szczególności kampanie znanych ludzi, zniechęcające do szczepień, mogą prowadzić do o wiele większego cierpienia niż to, przed którym mają rzekomo kogoś ochronić.

Szczepcie się, uspokajajcie emocje i namawiajacie innych, aby się szczepili. Dajcie jak największej liczbie ludzi szansę polecieć tam, dokąd zawsze chcieli polecieć. Dajcie zakochanym szansę, by wyznawali sobie miłość na najpiękniejszych mostach świata. Dajcie innym (i sobie) szansę na ostatnią rozmowę i pożegnanie, kiedy zamiast dusić się w obcym szpitalu, otoczeni rodziną będą kiedyś spokojnie umierać we własnym łóżku ze starości. Pozwólcie, aby ostatnie słowa, które usłyszą brzmiały inaczej niż nazwy trzech leków, które podaje się przed intubacją, z której już nigdy się nie obudzą.

Szczepcie cię i nie zniechęcajcie do szczepień!

Apel do Prezydenta Andrzeja Dudy w związku z moją nominacją profesorską

Szanowny Panie Prezydencie,
 
15 lutego 2021 roku w Monitorze Polskim opublikowano postanowienie, w którym nadaje mi Pan tytuł profesora nauk społecznych w dyscyplinie nauk prawnych. Pragnę zupełnie szczerze i bez żadnej ironii podziękować Panu za to, że z mojej nominacji profesorskiej nie uczynił Pan sprawy politycznej i że krytyka, którą wobec Pana i Pana obozu politycznego wielokrotnie kierowałem, nie została przez Pana wykorzystana, aby tę nominację opóźniać.
 
Doceniam i dziękuję Panu za normalność, którą Pan tą decyzją pokazał. Jednocześnie proszę, aby wprowadził Pan tej normalności w nasze życie więcej. Na podobną nominację wciąż czekają inni polscy uczeni, tacy jak prof. Michał Bilewicz czy prof. Walter Żelazny. Proszę nie kazać im dłużej czekać – oni także poświęcili istotną część swojego życia, aby zrozumieć, jak działa ten złożony świat i aby służyć społeczeństwu tą wiedzą. Także oni zasługują na nominacje profesorskie, a czekają na nie o wiele dłużej, bo już kilka lat. Zasługują na te nominacje nie mimo krytyki, którą publicznie w rozmaitych kwestiach przedstawiają, ale właśnie ze względu na to, że ją głoszą. Głoszona publicznie krytyka zawsze wymaga okazania podstawowej cechy uczonego, czyli odwagi, i zawsze – proszę mi uwierzyć – jest efektem troski o Rzeczpospolitą, czyli, jak mówi nasza Konstytucja, o dobro wspólne wszystkich obywateli.
 
Nominacja profesorska jest wielkim zaszczytem, na który każdy z nas pracuje wiele lat. Jest ukoronowaniem katorżniczej pracy, efektem wielu wyrzeczeń, także ze strony naszych Bliskich. Jest także ich wielkim marzeniem, w niektórych wypadkach niestety niespełnionym czy raczej niedoczekanym. Zapewne kiedy obronił Pan doktorat, Pana Bliscy byli z Pana dumni, a Pan cieszył się ich radością, i wzruszał ich wzruszeniem. Za uczonymi, którzy jeszcze nie otrzymali swojej nominacji profesorskiej, także stoją Rodziny, które czekają na swoją chwilę radości, wzruszenia i wielkiej dumy. Pan może im ją dać.
 
Myślę, że zgadzamy się co do tego, że różnica w poglądach na kwestie publiczne nie powinna mieć żadnego wpływu na ocenę czyichś dokonań naukowych. Jeśli kiedyś zdecyduje się Pan na napisanie pracy habilitacyjnej, teoretycznie będę mógł być jej recenzentem. Gdybym w takiej sytuacji oceniał Pana poglądy na kwestie publiczne zamiast Pana dorobku naukowego, z pewnością uznałby Pan to za zachowanie głęboko niewłaściwe. I miałby Pan świętą rację. Niestety, opóźnianie awansu Profesorów, o których wspomniałem, pozwala snuć niepotrzebne przypuszczenia, że nie o ocenę dorobku naukowego w ich przypadku chodzi, bo tej przecież dokonali inni profesorowie. Pan może jedną decyzją te niepotrzebne spekulacje przeciąć.
 
Nie tylko otrzymanie nominacji profesorskiej jest wielkim zaszczytem, ale także jej uroczyste odebranie w Pałacu Prezydenckim. Z tym większym żalem informuję, że nawet jeśli otrzymam zaproszenie na uroczystość wręczenia nominacji profesorskiej, nie będę mógł, niestety, jej z Pana rąk odebrać. Odebranie tego honoru z rąk Prezydenta RP było zawsze moim wielkim marzeniem. Byłoby także wielką radością dla mojej Mamy i Babci, które zawsze wierzyły, że można pokonać tę trudną drogę z małego, prowincjonalnego miasta, w którym się wychowałem, do wielkiego Pałacu, w którym mieszka Prezydent. Ta radość nie będzie nam jednak dana, i to nie z naszej winy. Szczególnie teraz jestem zobowiązany pozostać wierny wartościom, które są bliskie każdemu prawnikowi: wierności Konstytucji i szacunkowi dla prawa. Pana działania w ostatnich latach były, niestety, zaprzeczeniem tych wartości. Nie jest to moja prywatna opinia, ale zdanie podzielane przez ogromną większość polskich prawników, a także potwierdzone przez niezależny, polski Trybunał Konstytucyjny oraz Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Nie mogę pozwolić na to, aby uściśnięcie Pana dłoni zostało odebrane jako choćby cień akceptacji dla tych działań. To są sprawy absolutnie najważniejsze i mam nadzieję, że jako człowiek i prawnik Pan to rozumie, nawet jeśli jako polityk poszedł Pan na nieakceptowalne kompromisy. 
 
Liczę na Pana zrozumienie w jeszcze jednej kwestii: także po tej nominacji jakiekolwiek dalsze działania polityczne zmierzające do łamania wartości konstytucyjnych, czy to z Pana strony, czy ze strony kogokolwiek innego, spotkają się z moją jednoznaczną krytyką. Nie dlatego, że Pana czy kogokolwiek innego nie lubię, ale dlatego, że tak po prostu trzeba.
 
 
Pozostaję z głębokim szacunkiem dla urzędu Prezydenta RP i z nadzieją, że wykorzysta Pan pozostałe lata Pana kadencji, aby wypełnić ten urząd treścią moralną i prawną, na który bezsprzecznie zasługuje.
 
 
Z życzeniami zdrowia w tym trudnym czasie,
 
 
Marcin Matczak

O obojętności polskich władz wobec ataków na demokrację

Sytuacja, która ma miejsce w USA, jest testem dla demokracji nie tylko tam, ale w pewnym sensie na całym świecie. Oto Trump, który przez całą kadencję atakował podstawy demokracji liberalnej, takie jak niezależność sądownictwa i mediów, użył swoich zwolenników do fizycznego ataku na instytucje państwa, w celu zmiany siłą wyników demokratycznych wyborów. Jest to sytuacja jednocześnie bez precedensu i taka, której po antydemokratycznej retoryce Trumpa można było się spodziewać.

 
Piszę, że sytuacja ta jest testem dla demokracji na całym świecie, bo jestem oburzony i głęboko zaniepokojony reakcją polskich władz na amerykański kryzys. Dla tych ludzi demokracja, praworządność i przemoc jest wewnętrzną sprawą innych państw. W pewnym sensie nie dziwi takie stanowisko, bo przez ostatnie pięć lat ciągle rezerwują sobie prawo do tego, aby ataki na praworządność i demokrację oraz przemoc (na razie prawna) były traktowane przez inne państwa jako nasza wewnętrzna sprawa. Mówią tak, bo oczekują obojętności, która jest przyzwoleniem na przemoc. Dlatego sami zachowują obojętność. Używają suwerenności, wielkiej wartości, aby uzasadnić małostkowość w realizacji swojego egoistycznego interesu. 
 
Jeżeli ktoś jest przeciwny przemocy, nie może być obojętny na przemoc. Jeżeli komuś zależy na demokracji, nie może być obojętny wobec ataków na demokrację. Ale jeśli ktoś uważa Trumpa za męża stanu i stosuje podobną do niego retorykę, jeśli ani przemoc, ani zamach na demokrację mu nie przeszkadzają, to znaczy, że jest z kimś takim coś bardzo nie tak. I to należy zachować w pamięci, i tego należy się bardzo obawiać.

Czy Polska ugrała cokolwiek na szczycie w Brukseli?

Tym z Państwa, którzy czują się nieco zagubieni w natłoku informacji o sukcesie/porażce polskiego rządu w Brukseli, polecam załączony tekst, który precyzyjnie wyjaśnia, co w sensie prawnym stało się 10 grudnia 2020 roku na spotkaniu europejskich przywódców. A ponieważ wszyscy jesteśmy zabiegani, pozwalam sobie na krótkie streszczenie tego tekstu i uzupełnienie go o kilka przemyśleń.

 
1. Polska i Węgry zagroziły wetem wobec budżetu UE, aby wymusić zmianę nowego unijnego prawa, które uzależnia wypłatę pieniędzy unijnych od stanu praworządności w danym kraju.
 
2. Unia nie zgodziła się na zmianę tego prawa – pozostaje ono dokładnie takie, jakie było. Pozwala ono wstrzymać wypłatę pieniędzy unijnych, gdy w danym kraju naruszona jest niezależność sądownictwa lub jeśli władza nie ściga skutecznie naruszeń prawa w zakresie wydawania pieniędzy unijnych, ale także np. działań dyskryminacyjnych (to z tym przepisem wiążą się obawy Z. Ziobry, że w Polsce nie będzie można już bezkarnie ustanawiać stref wolnych od jakichś mniejszości).
 
3. To, co uzyskał w czwartek M. Morawiecki, to umowa polityczna, która nie ma formalnie mocy prawa, a  zgodnie z którą nowe prawo chroniące praworządność będzie stosowane dopiero po przygotowaniu przez Komisję Europejską szczegółowej metodologii jego stosowania. Dodatkowo, jeśli Polska i Węgry zaskarżą to nowe prawo do Trybunału Unijnego w Luksemburgu, wytyczne (a więc i stosowanie nowego prawa) rozpocznie się dopiero po wyroku Trybunału.
 
4. Autorzy artykułu wyjaśniają, że umowa polityczna zawarta w czwartek jest całkowicie bezprawna. Jak piszą, można ją porównać do umowy między Prezydentem Dudą a Premierem Morawieckim, że na mocy ich ustaleń politycznych nowo uchwalona przez polski Parlament ustawa nie będzie stosowana przez jakiś czas, skoro jednej ze stron sporu się nie podoba. Oczywiście, dla nas takie rzeczy nie są już, niestety, szokujące, bo mieliśmy w ostatnich latach w Polsce i decyzje polityczne, które przesuwały w czasie obowiązywanie wyroków (patrz sprawa wyroków TK), i umowy polityczne o niestosowaniu ustaw, które w opinii premiera zawierały błąd. Na świecie jednak ludzi przywyczajonych do praworządności takie rzeczy szokują.
 
5. Autorzy piszą, że umowa polityczna zawarta w czwartek albo zostanie zlekceważona jako prawnie niewiążąca, albo – ponieważ próbuje jednak wywoływać efekt prawny – zostanie zaskarżona do unijnego Trybunału, który prawdopodobnie potwierdzi, że jest ona bezprawna, bo na takie rozstrzygnięcie wskazuje wcześniejsze stanowisko Trybunału w sprawie tego typu umów. Zaskarżyć mógłby ją np. Parlament Europejski. Jeśli zostanie zlekceważona, a powinna ze względów prawnych, będzie to oznaczało, że Morawiecki w sprawie praworządności nie ugrał nic. Jeśli Trybunał ją unieważni, a do tego czasu nie zostanie ona zlekceważona, zyska czas.
 
6. Co to wszystko dla nas znaczy? Po pierwsze, Morawiecki skorzystał z liny ratunkowej, rzuconej przez Angelę Merkel.  Merkel najprawdopodobniej miała świadomość, że proponowane rozwiązanie jest pozorne, a jego jedyna wartość polega na tym, że pozwala Morawieckiemu zachować twarz i opowiadać wszystkim, że uratował budżet, jednocześnie osłabiając siłę nowego prawa dotyczącego praworządności. Z drugiej strony można spojrzeć na działania Morawieckiego jako jedyne racjonalne wyjście z sytuacji, w którą PiS sam się zagonił – wstrzymanie budżetu i strata bądź chociażby opóźnienie w wypłatach dunduszy po-Covidowych byłyby niewybaczalną szkodą dla polskiego interesu. Ponadto, być może Morawiecki liczy na to, że umowa polityczna, choć nielegalna, będzie honorowana. Być może – ale co zrobi wtedy, gdy Trybunał Sprawiedliwości uzna ją za nieważną?
 
7. Zachowanie Morawieckiego, mimo że stanowi ratowanie się z opresji, w którą samemu się siebie wprowadziło, jest i tak superracjonalne na tle zachowania Z. Ziobry. Ziobro wie, że umowa polityczna, którą zawarł Morawiecki, niewiele znaczy i niczego nie gwarantuje. Dlatego oskarża wszystkich o zdradę. Jego zachowanie jest jednak zachowaniem człowieka, który jest w stanie pozbawić Polskę 800 miliardów złotych pomocy, której tak potrzebujemy, byleby tylko mógł nadal zwiększać swoją władzę nad sądami i wspierać ataki na mniejszości seksualne w Polsce. Takie działanie jest prawdziwą zdradą polskiej raciji stanu. 
 
8. Koniec końców, wszystko to jest bardzo przygnębiające. Zamiast rozdawać w Unii karty, jesteśmy małymi krętaczami. Aby uratować resztki honoru polskich władz, Unia nagina swoje prawo, a my udajemy, że polityczny deal próbujący zmodyfikować uchwalone i zatwierdzone prawo jest naszym wielkim sukcesem. Tak, dobrze mnie rozumiecie – sukcesem naszego rządu jest machlojka prawna, do której zmuszany Unię, aby nie musiała pozbawiać nas pomocy po-Covidowej. Przykro to mówić, ale to jest po prostu wstyd dla silnego i ważnego kraju, jakim jesteśmy. 
 
Zachęcam do przeczytania poniższego artykułu:

Czy ważność w prawie ocenia się tak jak ważność ruchów w szachach?

Czy prawo jest podobne do szachów? Andrei Marmor twierdzi, że tak. Szachy jako gra są kreowane przez tzw. reguły konstytutywne, na mocy których coś fizycznego uzyskuje specjalny status: kawałek drewna w kształcie konia staje się szachowym skoczkiem i może w określony sposób poruszać się po szachownicy. Podobnie w prawie – konkretny człowiek otrzymuje status sędziego i w związku z tym może wykonywać pewne „ważne ruchy” – np. wydawać ważne wyroki.

W nowym artykule staram się pokazać, że mimo pewnych podobieństw między szachami a prawem, istnieje między nimi kluczowa różnica: szachy, jak każda gra wg J. Huizingi, są praktyką oderwaną od życia, sztucznie z niego wydzieloną, udawaną. Jak pisze Huizinga, słowo „iluzja” pochodzi od „in-ludere”, a więc od bycia w grze, zabawie. Tymczasem prawo, mimo że oparte na wyobrażeniach i swoistych iluzjach (czymże bowiem jest np. „spółka z o.o.” jeśli nie tworem mentalnym) oddziałuje na życie realne z całą mocą.

Dlatego też rozważania na temat ważności czy nieważności czynności prawnych, w przeciwieństwie do ważności czy nieważności szachowych ruchów, muszą być powiązane ze skutkami tych czynności w świecie rzeczywistym. W innym przypadku pozostaniemy ślepymi formalistami. Nie piszę o tym wprost, ale dyskusja na temat ważności czy nieważności pewnych działań prawnych (np. „wyroków” TK), okazała się ostatnio kluczowa nie tylko dla prawników, ale dla wielu z nas, którzy oceniali decyzję TK w sprawie aborcji, dyskutowali nad tym, czy trzeba ją publikować, i zastanawiali się, czy ważniejsza jest jej formalna ważność czy raczej rzeczywista efektywność, związana z jej stosowaniem przez lekarzy, prokuraturę czy sądy.

Ten i inne argumenty ważne dla dyskusji o ważności w prawie przedstawiam w poniższym artykule. Stawiam pytanie, czy można uzyskać kompetencję do wydawania rozkazów przez sam fakt, że ludzie je wykonują, mimo że wcześniej nikt nam takiej kompetencji nie przyznał. Proponuję także eksperyment myślowy, porównujący obrączkę ślubną jako obiekt społeczny z pierścieniem, którego pożądał Sauron we „Władcy pierścieni”.

Zainteresowanych filozofią prawa zachęcam do przeczytania artykułu „Constitutive Conventions in Law and the Problem of Their Primacy” oraz do przedstawiania uwag w komentarzach.

https://papers.ssrn.com/sol3/papers.cfm?abstract_id=3724962

 

 

 

Precz z władzą, która nie szanuje zasad

Ciągle zastanawiam się, czy w Polsce ktoś jeszcze nie może spać, bo jest łamana Konstytucja. Może jednak ktoś zastanawia się, co by było, gdyby Kaczyński i spółka nie rozwalili państwa prawa? Poniżej staram się w tym pomóc.
 
Kiedy PiS w 2015 roku zaczął drastycznie i systemowo łamać Konstytucję, jako prawnicy ostrzegaliśmy, że demontaż systemu praworządności źle się skończy. W czasie jednego z przemówień pod Pałacem Prezydenckim mówiłem, że łamanie Konstytucji nie jest łamaniem abstrakcyjnej idei. Łamanie Konstytucji jest zawsze łamaniem człowieka – jego wolności, dobrobytu, zdrowia, a czasem życia. Wielu mówiło wtedy, że histeryzujemy.
 
Dlatego wielu z nas pozwoliło na to, aby PiS przejął nielegalnie kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Najpierw przez powołanie dublerów, potem przez nielegalne powołanie J. Przyłębskiej na prezesa TK, następnie przez odsunięcie od orzekania sędziego Biernata oraz trzech sędziów wybranych w roku 2010. Końcowym etapem destrukcji było powołanie do TK czynnych i kontrowersyjnych polityków – S. Piotrowicza i K. Pawłowicz, którzy w momencie powołania nie spełniali wymogów wiekowych.
 
Efektem tego wszystkiego jest trybunał-wydmuszka: osoba pełniąca funkcję Prezesa jest bliską znajomą Jarosława Kaczyńskiego, z którą jada obiady, w składzie Trybunału zasiada komunistyczny prokurator i inne osoby, które ze względu na swoje publiczne karygodne wypowiedzi nigdy nie powinny tam być.
 
Dlaczego o tym przypominam? Trybunał Konstytucyjny ma jedną funkcję: kiedy większość, która wygrała wybory, robi coś, co narusza prawa mniejszości, ta mniejszość może pójść do niezależnego Trybunału Konstytucyjnego i poprosić o ocenę, czy prawo uchwalane przez większość może obowiązywać. Sama demokracja nie załatwia sprawy i niczego nie gwarantuje – 51% kanibali mogłoby demokratycznie zdecydować, że zjedzą pozostałe 49%. Trybunały i sądy konstytucyjne wzmocniono po II Wojnie Światowej właśnie po to, żeby większość już nigdy nie złamała nienaruszalnych praw mniejszości. 
 
U nas do Trybunału mniejszość już nie chodzi – liczba spraw po przejęciu go przez PiS spadła o 80 procent. Mniejszość do Trybunału nie chodzi, bo po co, skoro jest on przedłużeniem władzy większości? Do Trybunału chodzi za to często właśnie ta większość, z prośbą o uprzejme potwierdzenie, że wolno im zrobić to, co chcą. Albo po to, żeby decyzją Trybunału rozmontować następną instytucję, która tej większości przeszkadza.
 
Piszę o tym dzisiaj, bo coraz większa grupa ludzi z różnych stron sceny politycznej zaczyna odczuwać bardzo konkretne efekty ataku na rzekomo abstrakcyjne zasady praworządności. Odczuwa to konserwatywny mężczyzna-rolnik, któremu nagle, bez chronienia jego interesów w toku zakaże się hodowli zwierząt, i liberalna kobieta, której za tydzień Niby-Trybunał wyda decyzję w sprawie aborcji (oczywiście na wniosek większości). Rozumie to przedsiębiorca, który ma problem z dochodzeniem odszkodowania za zamknięcie firmy. Nagle ludzie rozumieją, że władza, której nie kontroluje Konstytucja, może absolutnie wszystko.
 
Powinniśmy zrozumieć to wszyscy. Gdyby szanowano Konstytucję, nie byłoby propagandowej telewizji publicznej, która wykorzystuje 2 mld złotych w sytuacji, gdy lekarzom brakuje kombinezonów i maseczek – zmiana ustawy medialnej została uznana za niekonstytucyjną, ale przecież nikt się tym nie przejmuje. Gdybyśmy mieli normalny Trybunał Konstytucyjny, nie zmarnowano by 70 milionów na niekonstytucyjny pocztowy plebiscyt w maju, bo zaskarżono by do niego ustawę, którą w wariackim tempie uchwalano. Co więcej, pewnie nikt by jej nie próbował uchwalić, bo wiedziałby, że nigdy przez konstytucyjne sito nie przejdzie. Gdyby był Trybunał, nie byłoby latem wymuszonych, pandemicznych wyborów Prezydenta, bo ustawy, które je umożliwiły zostałyby wyrzucone do kosza przez niezależnych sędziów. A gdyby nie było tych niekonstytucyjnych wyborów, cały aparat państwa mógłby się skupić na przygotowaniu do skutecznego zwalczania pandemii. Ponieważ wybory były, rząd promował prezydenta, prezydent siebie, a ministrowie zastanawiali się, czy dotknie ich powyborcza rekonstrukcja rządu – nie było czasu myśleć o przygotowaniu się na drugie uderzenie wirusa.
 
W ten sposób zamach na abstrakcyjne zasady konstytycyjne skończył się bardzo konkretnym cierpieniem chorych ludzi, którzy nie mogą liczyć na swoje państwo, które – zamiast im pomagać – było zajęte czymś innym. W ten sposób zniszczenie systemu państwa dotyka nie tylko rolników, nie tylko kobiety, ale każdego z nas, bo każdy może zachorować.
 
Kiedyś Mao kazał zabić w Chinach wszystkie wróble, bo wyjadały ziarno. Kiedy ludzie to zrobili, okazało się, że naruszyli równowagę ekosystemu – brak wróbli spowodował plagę szarańczy, która zniszczyła uprawy i doprowadziła do wielkiego głodu. Trybunał Konstytucyjny może się wielu wydawać nie ważniejszy od wróbla. Ale jest elementem systemu, który bez niego upada i przygniata konkretnych ludzi.
 
Dlatego mówię zupełnie poważnie i niepolitycznie: precz z władzą, która nie szanuje Konstytucji! Nieważne, czy to lewica, czy prawica, czy dół, czy góra, czy środek. Precz z samowolą i poczuciem bezkarności! Następnym razem, kiedy będziecie wybierać sobie liderów, pamietajcie proszę, że przywódca, który ma uczciwe zamiary, nie boi się Konstytucji i kontroli Trybunału Konstytucyjnego. A taki, który się boi, nie zasługuje na powierzenie mu władzy i powinien być wyrzucony precz. Wybierajcie, kogo chcecie, ale niech, do cholery, szanuje zasady, które wspólnie ustaliliśmy.

Jeśli nie jesteś zwierzęciem futerkowym, masz legislacyjnego pecha

Problem z Morawieckim, który latem przekonywał Polaków, że wirus jest w odwrocie, polega nie tylko na tym, że wprowadzał wtedy ludzi w błąd. Wszystko wskazuje na to, że tak myślał i dlatego jako premier nie przygotował swojego rządu i Polski na drugą falę COVID. Zamiast tego rząd zajmował się wyborami, walką o stołki i wpadkowymi ustawami, jak np. ustawa futerkowa. O ryzyku zajmowania się problemami społecznymi w złej kolejności piszę w dzisiejszym felietonie w Magazynie Gazety Wyborczej.

Tworzenie prawa ma uznaną na świecie metodologię – nazywa się oceną skutków regulacji (OSR). Jej zadaniem jest wylanie wiadra zimnej wody na rozpalone głowy polityków, którzy właśnie uznali, że dany problem jest donioślejszy od innych, i dlatego trzeba wszystko rzucić. Jednym z elementów OSR jest racjonalne ustalenie, które problemy społeczne wymagają rozwiązania w pierwszej kolejności. To kluczowe z jednego powodu: czas parlamentarny nie jest z gumy. Parlament ma określoną liczbę posiedzeń, które trwają określoną liczbę godzin, i w danej kadencji może uchwalić określoną liczbę ustaw.

Dlatego potrzebna jest selekcja problemów, które zasługują na rozwiązanie legislacyjne w pierwszej kolejności. OSR dogłębnie analizuje problem oraz pokazuje, co się stanie, gdy się go nie rozwiąże. Premier na podstawie OSR może ocenić, które problemy są kluczowe, bo ich nierozwiązanie spowoduje najpoważniejsze negatywne skutki.

U nas jednak błyskawiczny, intuicyjny OSR przeprowadza siedzący na kanapie przed telewizorem lub komputerem Jarosław Kaczyński. Jego ogląd sytuacji decyduje, jakie problemy się rozwiązuje, a jakich nie. Jeśli jesteś kotem albo innym zwierzęciem futerkowym, masz szczęście. Ale jeżeli znajdujesz się poza empatycznym zasięgiem emocji Kaczyńskiego, to masz pecha. To legislacja współczucia. To polityka indywidualnego wglądu w to, co dobre i słuszne. Znane zresztą z historii. Kiedy Saparmurat Niyazov, dożywotni prezydent Turkmenistanu, rzucił w 1997 roku palenie, nakazał to samo wszystkim członkom gabinetu. A ponieważ akurat kochał konie, to zrobił dla nich wiele dobrego. Dodatkowo zakazał baletu, opery, a także noszenia brody oraz długich włosów przez mężczyzn. Nie wiem dlaczego. Może po prostu ich nie lubił.

Tak to wygląda. Kiedy Słońce Narodu nie ma akurat nikogo w szpitalu, trudniej o ustawy reformujące służbę zdrowia. Jeśli akurat nie ma dzieci, trudno o reformę dziecięcej opieki psychiatrycznej. Ale za to, jeśli coś kocha lub czegoś nienawidzi, ta miłość lub nienawiść stają się najlepszym powodem uchwalenia ustawy.

Więcej na ten temat pod linkiem:

https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26382813,marcin-matczak-jako-prawnika-ustawa-futerkowa-niepokoi-mnie.html

 

Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Nie ośmieszajmy osób transpłciowych.

Słucham prostackiego rechotania dochodzącego z prawej strony na temat osób transpłciowych. Czy możemy myśleć nieco głębiej niż żenujący przyklad zmiany płci z powodu chęci uzyskania wcześniejszej emerytury, który ma jakoby ukazać absurd oczekiwań osób transpłciowych?

Czy możemy znaleźć przykłady tłumaczące, zwłaszcza ludziom prawicy, dlaczego wmawianie osobie czującej się kobietą, że jest mężczyzną (i vice versa) jest przemocą? Jest to przemoc co do czyjejś tożsamości – jacyś ludzie wiedzą lepiej, kim ktoś jest, niż on sam czy ona sama.

Pierwszy przykład: tożsamość narodowa. Jeśli ktoś mieszkający pod zaborami czuł się Polakiem, a wmawiano mu, że jest Rosjaninem czy Niemcem, to była to przemoc. Czy ktoś z zewnątrz ma prawo decydować, że moje poczucie polskości jest moim wymysłem? Czy ktoś wie lepiej, kim jestem?

Drugi przykład: w III Rzeszy ludzie nieczujący się Żydami nagle dowiadywali się, że nimi są (tak było np. z rodziną Wittgensteina). Była to przemoc co do tożsamości. Ktoś miał na tę tożsamość nawet podobno obiektywne, medyczne dowody i wyciągał z nich brutalne konsekwencje.

Nikt nie zmienia płci, narodowości czy religii dla zabawy czy kaprysu. Tożsamość płciowa jest odczuwana o wiele głębiej niż narodowa czy religijna. Dlaczego prawica rozumie ludzi walczących o te ostatnie, a nie jest w stanie nawet zacząć rozumieć walczących o prawo do tej pierwszej?

Wiem, że ten wątek zwabi trolle i że jego rozpoczęcie jest ryzykowne. Ale, na Boga, myślmy więcej! Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Naszym obowiązkiem jest wzajemne zrozumienie, a nie wzajemne ośmieszanie się. Nie uważam, że moje przykłady załatwiają sprawę. Ale chcę zrozumieć.

Na kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego

Powstanie Warszawskie jest dla mnie wydarzeniem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Nie mogę wzbudzić w sobie poczucia, że było warto poświęcić życie tych setek tysięcy ludzi (nawet ta liczba oddczłowiecza, bo zaciera wyjątkowy, pojedynczy świat każdego i każdej z nich, który zniknął wraz z pojedynczą śmiercią, poprzedzoną nieowybrażalnym, pojedynczym strachem i cierpieniem).

Nie mogę siebie przekonać, że było warto poświęcić Warszawę, miasto, które już stało się moim miastem, mimo że nie stąd pochodzę. 1 sierpnia nie mogę przestać myśleć o tym, jaki byłby świat, gdyby ci, którzy podjęli decyzję o Powstaniu, zrobili inaczej. Gdyby zdecydowali, że nie ma sensu wysyłać ludzi na śmierć, poczekali kilka miesięcy.

W tym dniu, w którym często cytuje się wojenne wiersze K. K. Baczyńskiego, wolę przywołać Jego przedwojenną „Piosenkę” i pomyśleć o sierpniu, który nie kojarzy się ze śmiercią, ale z ciepłem. O takim świecie, w którym Krzysztof Kamil żyje i dostaje po wojnie zasłużonego Nobla, i ludzie wiwatują na Jego cześć przed Pałacem Saskim, a potem idą na spacer na Nalewki. Tak mogło być – dzisiaj opłakujemy także tę utraconą przyszłość, która nigdy się nie wydarzyła.

K. K. Baczyński

Piosenka

Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
(Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.)

Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.

A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.

Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem.