Łapczywość na życie – parę słów o powieści George’a Saundersa “Lincoln w Bardo”

Wiele już napisano o poruszającej powieści Saundersa. Że to oparta na faktach historia śmierci Williego, syna Abrahama Lincolna, dziecka, które umierało, kiedy w Białym Domu wydawano wielki bal. Że to opowieść o rozpaczy ojca, który wielokrotnie przychodzi na cmentarz w Georgetown, wyciąga z trumny ciało syna i w jakiejś niewyobrażalnej piecie okazuje mu spóźnioną czułość. Że to historia, która łączy Mickiewiczowskie “Dziady” i “Boską Komedię” Dantego – historia ciał i dusz, które nie wierzą, że umarły, krążą w zawieszeniu po cmentarzu i zazdroszczą małemu Williemu dotyku ojca. Ale nie napisano, że to książka bardziej o życiu niż o śmierci.

W wywiadzie dla “Moich książek” autor “Lincolna w Bardo” powiedział, że duchy – bohaterowie jego powieści są jak goście wyrzuceni z życia jak z przyjęcia, które mogą tylko podglądać je przez okno. “Myślą: ‘Co to były za czasy!’, mówi Saunders, i wyjawia, że duchy lubią podobno, kiedy zachowujemy wokół siebie ich zdjęcia. Jeśli jednak niszczymy należące do nich rzeczy lub traktujemy je bez szacunku, są bardzo nieszczęśliwe. “Podoba mi się ta łapczywość na życie”, podsumowuje.

Ta właśnie łapczywość jest najbardziej poruszająca w tej książce. To zaprzeczanie, że się umarło i niezgoda na pełne odejście. Bohaterowie są “chorzy”, wierzą, że mają szansę na wyzdrowienie, bo trumny, w których spoczywają, nie są trumnami, ale “szpitalnymi skrzyniami”. Wnikają w ludzi, żeby znowu poczuć, że żyją. Nie przyjmują do wiadomości, że to już koniec.

“Lincoln w Bardo” to arcydzieło opowiadające o pożegnaniu ze światem i niemożliwości tego pożegnania. Tak w swoim monologu mówi jeden z bohaterów, Roger Bevins III:

„Nie pozostało mi nic innego, jak tylko odejść.
Acz sprawy świeckie wciąż mocno mnie trzymały.
Jako to: dzieci gromadka przez kosolotną zamieć grudniową brnąca (…)
Zastygły zegar w swej wieży wysokiej ptactwem nawiedzany; zimna woda z cynowego dzbana; po czerwcowym deszczu lgnącej do ciała koszuli ręcznikiem wycieranie.
Perły, szmaty, guziki, włosie dywanu, piwna piana.
Czyjeś dla cię dobre życzenia; ktoś pamięta napisać; ktoś zauważa, żeś nieswój.
Krwawy befsztyk na talerzu śmiercią czerwony; wierzch żywopłotu pod dłonią, kiedy pędzisz spóźniony do budynku szkoły o woni kredy i drzewnego dymu.
W górze gęsi, w dole koniczyna, dźwięk własnego oddechu, gdy go nie starcza.
I jeszcze to, jak wilgoć w oku zamazuje poletko gwiazd; bolesne miejsce na ramieniu od sanek taszczenia, na zamarzniętej szybie palcem w rękawiczce imienia ukochanego pisanie.
Buta sznurowanie; supła na paczce wiązanie;czyjeś usta na twoich; dłoń na twej dłoni; koniec dnia, początek dnia; wrażenie, że zawsze będziesz miał przed sobą dzień.
Żegnajcie, trzeba mi teraz pożegnać to wszystko. (…)
Zakurzone szczebelki żaluzji uginają się pod twym sunącym palcem, a tymczasem dochodzi południe i musisz coś postanowić; widziałeś to, coś widział, zraniło cię to i wydaje się, że masz tylko jedno wyjście.
Skrwawiona misa z porcelany kolebie się do góry dnem na drewnianej podłodze; skórka pomarańczowa ani drgnie pod ostatnim niedowierzającym tchnieniem pośród warstwy drobniuteńko rozpylonego lata, a zgubny nóż, odłożony w mimochodnej panice na znajomą chwiejną poręcz, upuści potem (wrzuci) Matka (droga Matka) (z sercem rozdartym) w powolne, czekoladowe fale Potomaku.
Żadna z tych rzeczy nie była prawdziwą; nic prawdziwym nie było.
Wszystko było prawdziwym; niepojęcie prawdziwym, nieskończenie drogim.
Te oraz inne rzeczy były zrazu niczym, utajone w bezkresnym bulionie energii, lecz potem nazwaliśmy je i pokochali, wybawiając ta modą z niebytu.
A teraz musimy je utracić.
Ślę to wam, drodzy przyjaciele, nim odejdę, w momentalnym gejzerze myśli, z miejsca, gdzie czas zwalnia i w końcu ustaje, my zaś możemy odtąd już zawsze żyć w jednej jedynej chwili.
Żegnajcie żegnajcie żegna….”

I przeczytajcie tę książkę.

 

Leave A Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *