Trójpodział władzy według Bronisława Wildsteina

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Wczorajszy program w TVP Info, w którym dyskutowałem z sędzią Mazurem i redaktorem Wildsteinem, stanowi gotowy materiał edukacyjny na lekcję WOS pod tytułem: „Trójpodział władzy w praktyce IV Rzeczypospolitej”. Dyskutanci odegrali w nim rolę władz w klasycznym ich podziale: rolę władzy politycznej (ustawodawczej i wykonawczej) o jasno określonej ideologii i chęci zmiany świata (Wildstein) oraz dwóch wizji władzy sądowniczej: milczącej (Mazur) i pyskatej (Matczak).

Podział i równowaga władz są oparte na starym, dobrym przekonaniu: co dwie głowy, to nie jedna. Chodzi o to, żeby władze dyskutowały i spierały się co do właściwego kierunku działań, bo w takim sporze łatwiej jest znaleźć dobre rozwiązanie. Kiedy ktoś nie dyskutuje, tylko jest święcie przekonany o swojej racji, najczęściej popełnia błąd.

Jaką władzę sądowniczą preferuje Bronisław Wildstein? Widać to w jego brawurowej tezie, którą przedstawił na moje pytanie, czy zna jakikolwiek historyczny przykład zamachu stanu albo totalitaryzmu, który spowodowali sędziowie. Zadałem to pytanie, ponieważ red. Wildstein uznał, że demokratyczna większość (historycznymi przykładami takiej większości byli np. Aryjczycy wobec Żydów, czy Hutu wobec Tutsi) nie jest zagrożeniem dla wolności, natomiast śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji są sędziowie. Odpowiedź brzmiała: przykładem takim są Stany Zjednoczone.

Potraktujmy tezę, że USA są krajem totalitarnym jako stanowisko władzy politycznej. Skoro tak jest, Polska nie powinna zmierzać w stronę USA. Redaktor Wildstein najlepiej wie, co znaczy totalitaryzm w praktyce i na pewno nie chciałby, by Polska w jego stronę zmierzała. Zatem konieczny jest odwrót od USA i skierowanie naszych politycznych dróg w stronę przeciwną. Skoro Stany są totalitarne, to zapewne Rosja jest oazą wolności i demokracji: można tam na przykład spokojnie pograć w piłkę.

Jak na taką tezę odpowiada w systemie podziału i równowagi władz władza sądownicza. W wersji pyskatej władza sądownicza mówi „Czy Pana, przepraszam, pogięło?”, choć ze względu na bycie w telewizorze nie wyraża tego tak bezpośrednio. Władza sądownicza w wersji milczącej milczy. A kto milczy, ten się zgadza, zatem w wizji milczącej władzy sądowniczej USA zaiste są krajem totalitarnym.

Jaką wizję władzy popiera redaktor Wildstein? Jak mówi, władza sądownicza w wersji pyskatej to oligarchia. W tym akurat przypadku milcząca władza sądownicza budzi się z letargu i mówi: „Tak, tak, i w dodatku nadzwyczajna kasta”. Ponieważ milcząca władza sądownicza zgadza się z redktorem Wildsteinem i popiera jego brawurową tezę, redaktor, reprezentujący w naszym przykładzie władzę polityczną, jakby bardziej woli taką władzę.

Morał: trójpodział władzy, w którym władza sądownicza jest dobierana tak, aby milczała, a nie spierała się z innymi władzami, prowadzi do tego, że nawet najgłupsza teza władzy politycznej (USA jako państwo totalitarne) znajduje poklask. Prowadzi to do absurdu w postaci jedynowładztwa i jedyno-myślności. Nasz obecny ustrój jest oparty na podziale władz, ponieważ wszyscy (nie tylko redaktor Wildstein) przeżyliśmy totalitarną traumę. Aby nigdy się ona nie powtórzyła, odeszliśmy od znanej z konstytucji PRL zasady jedności władzy państwowej w kierunku podziału i równowagi władz. Jest chichotem historii, że człowiek tak skrzywdzony przez totalitaryzm, jak redaktor Wildstein, wraca mentalnie do tego totalitaryzmu i zwalcza prawdziwy podział władz. Tak też robi obecna większość polityczna: władza sądownicza ma milczeć i nie przeszkadzać w marszu w kierunku wspaniałego nowego świata, w którym Stany Zjednoczone są totalitaryzmem, a białe jest czarne.

A ja zamierzam w tej sprawie pyskować.

 

Prof. Matczak w TVP INFO 11.07.2018Rozmowa z Wildsteinem jest przerażająca, uświadamia, że nigdy się nie dogadamy, nigdy ich nie przekonamy

Opublikowany przez Jerzy Kuta Środa, 11 lipca 2018

Wielka Polska

Richard Bernstein pisze w jednym z ostatnich NYT: “Wielu liberałów jest zdziwionych, gdy poprzez analizę faktów jednoznacznie wykażą, że kłamstwo jest kłamstwem, a na ludziach nie robi to większego wrażenia. Ale Hannah Arendt rozumiała, jak naprawdę działa propaganda. Fikcyjna historia, która obiecuje rozwiązać czyjeś problemy, jest o wiele bardziej pociągająca niż fakty i „sensowne” argumenty”.

Ostatnie dwa i pół roku to wszędobylstwo propagandy i nadmuchanej narracji, w której wszystko jest dramatyczne. Polska jest w ruinie, Polacy wstają z kolan, odzyskujemy godność, dechrystianizujemy Europę, Mamy wielkie plany, porty lotnicze, autostrady wodne. Kończy się komunizm, żyjemy w czasach przełomu. Idee i wyrażające je słowa stały się jak wielkie balony, w które rządzący wciąż pompują powietrze. Dlaczego? Bo tego potrzebujemy. Potrzebujemy fikcji, która rozwiąże nasze problemy i rządzący Polską dobrze to wiedzą. Podskórnie wyczuwają, że nasz główny problem to brak sensu życia, i dlatego oferują te wielkie narracje, a wraz z nimi namiastkę tego sensu.

Polska przechodzi kryzys wieku średniego. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat ciężko pracowała, bogaciła się, była skupiona na osiągnięciu sukcesu materialnego. I osiągnęła go. Jest nasycona i chce czegoś więcej – jak czterdziestolatek, który ma dom, dwa samochody i dzieci na studiach za granicą. To ‚więcej” nie ma jednak wymiaru materialnego. Polska, jak człowiek w kryzysie wieku średniego, chce sensu życia. Ponieważ jej potrzeby podstawowe zostały zaspokojone, przesuwa się w górę piramidy Maslowa i chce szacunku, poczucia tożsamości i uczestnictwa w czymś większym niż codzienność . Chce emocji, bo życie bez emocji nie ma sensu.

Gdyby Polska była intelektualistką, mogłaby odnaleźć emocje i sens w odwiecznych lekarstwach duszy: wielkich opowieściach literatury i postawach jej bohaterów (Gilgamesza, Hektora, Rolanda), w głębokiej, prawdziwej duchowości religijnej, która wielu daje ukojenie, w projektach większych niż życie, takich jak pomoc innym, która wymaga poświęcenia i pochłania człowieka, ale daje poczucie spełnienia. Ale Polska nie czyta, nie medytuje i jest generalnie leniwa. Polska lubi posiedzieć przed telewizorem i wypić piwko. Nie znaczy to, że nie ma potrzeb emocjonalnych i że nie przechodzi kryzysu. Ale w ogromnej większości niezdolna do czerpania z wielkich narracji literatury i religii, karmi się fast foodem narracji politycznej i od niej oczekuje emocji.

„Jeśli ktoś ma wizje, powinien iść do lekarza”. Te słowa Donalda Tuska pokazują, że polityk centrowy ma problem ze zrozumieniem potrzeby wielkiej narracji. Co więcej, wstydzi się jej, bo technokrata, jakim chce być, jest przecież zimny i racjonalny.  Nienawidzi patosu, lubi sceptycyzm i cynizm. Tymczasem polityk prawicowy, a najlepiej skrajnie prawicowy, nie wstydzi się niczego. Serwuje ludziom wielkie opowieści na śniadanie, obiad i kolacje, sypie z rękawa wartościami, tworzy wielkie projekty, by stworzyć wiekopomne dzieła. To, że tak naprawdę jest dwulicowy (jak np.Trump), lub cyniczny (jak Orban), to że opowieści są kłamliwe, a plany zwyczajnie głupie, nie ma żadnego znaczenia. “Fikcyjna historia, która obiecuje rozwiązać czyjeś problemy, jest o wiele bardziej pociągająca niż fakty i „sensowne” argumenty””.

Sukces narracji prawicowej wśród młodzieży i klasy średniej, który stoi za wysokim poparciem politycznym dla partii prawicowych, nie jest przypadkiem. Prawica snuje swoje opowieści, podczas gdy pozostała część sceny politycznej nieco pogardliwie się uśmiecha. Ale ludzie potrzebują emocji – czasami dziecinnych, prostych, ale potrzebują ich. Zwłaszcza wtedy, kiedy tracą orientację w zbyt skomplikowanej rzeczywistości, doceniają lidera, który serwuje im prosty, atrakcyjny plan na życie. Skończyły się nam w Polsce wielkie, jednoczące projekty, które kanalizowały nasze dążenia: materialne dogonienie Zachodu, wejście do UE i NATO, zbudowanie autostrad przed EURO. W publicznej przestrzeni emocjonalnej jest pustka i ktoś ją sprytnie wypełnia, zawłaszczając historię, tożsamość, patriotyzm i przyszłość. Krzycząc w czasie marszów z pochodniami „Chwała wielkiej Polsce!”, rezerwuje dla siebie określenie, co znaczy „wielka” i co znaczy „Polska”.

Co więc zrobić, żeby nie przegrać walki o ludzkie emocje? Po pierwsze, mieć wizję – wielki, ale realny plan, który jednoczy ludzi we wspólnym działaniu. Jego sformułowanie nie jest łatwe. Musi opierać się na wartościach bliskich Polakom, ale jednocześnie być nowoczesny. Dobrym kierunkiem jest zaniedbany przez obecny rząd kierunek europejski.  Wielka Polska w Europie? Polska liderem Europy, nie ramię w ramię z małymi Węgrami, ale razem z Francją i Niemcami? Odpowiedzią na patriotyzm nacjonalistyczny może być patriotyzm europejski, zwłaszcza w czasach antagonizmów pomiędzy USA a Europą. Trump staje się w pewnym sensie przydatny jako zewnętrzny wróg Europy, a przeciw wspólnemu wrogowi łatwiej się zjednoczyć. Europejskość Polski nie może być jednak bezideowa, oparta na strategii kameleona, który rezygnuje ze swoich barw, by przybrać barwy aktualnego otoczenia. Pomysłowi rechrystianizacji premiera Morawieckiego trzeba przedstawić dojrzałą wizję aksjologiczną Europy, której Polska może przypomnieć o jej judeo-chrześcijańskich, greckich i rzymskich korzeniach w sposób inny niż przez zapowiedź nowej krucjaty. Wielka Polska w Europie to Polska wzorowana na Polsce Jagiellonów – otwarta, tolerancyjna, wielonarodowa i właśnie z tych powodów silna. Polska, która nie musiała wstawać z kolan – to inni przed Nią klękali. To Polska Dywizjonu 303, która narażała życie, by pomóc innym, a nie tchórzliwie zamykała swoje granice przed potrzebującymi. To Polska „Solidarności” Lecha Wałęsy, która wytrwale broniąc wolności, obaliła komunistyczny totalitaryzm, nie Polska flirtująca z autorytaryzmem. Plan budowy takiej Polski trzeba skonstruować i ułożyć o nim opowieść.

Po drugie, wielki plan trzeba komunikować w sposób emocjonalny – symbolami, z wykorzystaniem teatrum. Ludzie pragną być częścią wielkiego przedsięwzięcia, a więc muszą czuć, że jest ono rzeczywiście wielkie. A wielkie przedsięwzięcia potrzebują wielkich słów, przemówień, symboli narodowych, a nawet parad i marszów. Jeśli politycy centrowi i lewicowi będą się wstydzić języka wartości, nie chcąc wypaść z roli technokratów, nie porwą ludzi. Mówi się, że liberalizm polityczny rozumiany jako aksjologia wolności ma przetrwać, musi zacząć się komunikować jak populizm. Jeżeli polityczne centrum i lewica nie zbudują konkurencyjnej, wielkiej narracji, przegrają walkę o polskie serca i umysły. Jeśli nie znajdą atrakcyjnego, aksjologicznego programu, który ochroni takie wartości, jak wolność i praworządność, te wartości nie przetrwają. A program atrakcyjny, to taki, który ma swoje symbole i rytuały. Ma swoje święta, ma swoich bohaterów, ma swoje emocje. Jedyny moment, kiedy ludzie naprawdę stanęli w obronie praworządności, to zorganizowane latem zeszłego „Łańcuchy światła”. Chciałoby się wierzyć, że o uczestnictwie w nich decydował wyłącznie rozum. Ale tak nie było – decydowały o tym także emocje, podniosły charakter tych spotkań, wspólne śpiewanie hymnu czy słuchanie konstytucyjnej preambuły. I narracja, że staropolskim zwyczajem zapalaliśmy świece, żeby odpędzić złe duchy. Czy tego chcieliśmy, czy nie, te świecie były naszą odpowiedzią na pochodnie i race. Potrzebowaliśmy teatrum i nadal go potrzebujemy.

Po trzecie, każda wielka opowieść potrzebuje swoich bohaterów. Wie to dobrze prawa strona sceny politycznej, kreując legendę Żołnierzy Wyklętych. Gdzie są wielcy bohaterowie partii centrowych i lewicowych? Gdzie jest upamiętnianie, budowanie mitologii ludzi, którzy mogliby się stać wzorem czegoś innego niż zabijanie bądź umieranie? Nie robimy filmów o Kościuszce czy Paderewskim, na grobach Lasalle’a czy Pużaka w rocznice ich śmierci nie gromadzą się tłumy, by odśpiewać „Międzynarodówkę”. Nawet praworządność może mieć swoich bohaterów i herosów. W USA po śmierci sędziego Sądu Najwyższego trumnę owiniętą w amerykańską flagę wystawia się w budynku sądu i ludzie oddają zmarłemu sędziemu hołd. Pisze się biografie sędziów, robi się o nich filmy, w których z rozwianym włosem, w zwolnionym tempie walczą o praworządność, a w tle brzmi muzyka z „Rydwanów ognia”. A u nas? My na to wszystko odpowiadamy „Sędzią Anną Marią Wesołowską”, która ma swoje zalety edukacyjne, ale raczej nikogo nie porwie. Właściwa polityka historyczna to także promowanie postaw za publiczne pieniądze. Jeśli nie promuje się właściwych, ktoś w końcu zacznie promować niewłaściwe.

Kiedy w „Tangu” Mrożka Artur mówi do Stomila, żeby ten zapiął rozchełstaną piżamę, interpretujemy to jako głos młodego pokolenia, które szuka konwenansu, porządku i hierarchii wartości w nieuporządkowanym świecie rodziców. Polska jest obecnie krajem z  Mrożkowego „Tanga” – liberalni rodzice mają konserwatywne, szukające wartości dzieci. Jeżeli ci liberalni rodzice nie przedstawią atrakcyjnego aksjologicznego programu, taki program przedstawi ktoś pokroju innego bohatera „Tanga” – ktoś pokroju Edka. Ten prostacki, w istocie totalitarny program powoli staje się w Polsce faktem. I jest atrakcyjny nie tylko dla młodzieży, ale i dla klasy średniej. Jeśli czegoś z tym nie zrobimy, za jakiś czas nie będzie co zbierać.

 

Dlaczego w Polsce nie obowiązuje już tradycyjne domniemanie konstytucyjności?

Photo by Adrian Grycuk (CC)

Jednym z najbardziej cynicznych argumentów większości parlamentarnej, która gwałci niezależność sądownictwa, jest argument z domniemania konstytucyjności. Brzmi on tak: wszystko, co robimy, jest zgodne z Konstytucją, dopóki Trybunał Konstytucyjny nie stwierdzi, że nie jest. Więc wara od tego, co robimy.

Można na ten argument odpowiedzieć w stylu PiS: pokażcie przepis Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W przeciwieństwie np. do domniemania niewinności, które jest wprost wskazane w art. 42 ust. 3, nie ma przepisu Konstytucji, który ustanawia domniemanie konstytucyjności. W kategoriach ich prymitywnego konstytucjonalizmu taki argument powinien wystarczyć. Nie będziemy się jednak zniżać do ich poziomu.

Domniemanie konstytucyjności wynika z cech systemu konstytucyjnego. Żeby prawo obowiązywało, trzeba przyjąć, że do ustaw uchwalanych przez parlament ludzie muszą się stosować. Gdyby mogli dowolnie (podkreślam to słowo: DOWOLNIE) kwestionować legalność ustaw, prowadziłoby to do anarchii. Parlament wprowadza np. nowy podatek, a przedsiębiorca twierdzi, ze nie będzie go płacił, bo w jednej z poprawek sejmowych była literówka, a dwóch posłów, jak głosowało, to tylko nacisnęło guzik, a nie podniosło ręki. Dlatego jego zdaniem ustawa jest niekonstytucyjna, a więc nie musi płacić podatku. W takich sytuacjach ma zastosowanie domniemanie konstytucyjności: dopóki specjalnie powołany do tego organ, czyli Trybunał Konstytucyjny, nie uzna ustawy za niekonstytucyjną i nie uchyli jej, ustawa obowiązuje. Musis więc płacić.

Domniemanie konstytucyjności zatem to założenie, że akty wydawane przez władzę uznaje się za ważne, a więc wiążące adresatów, dopóki nie zostaną uznane za niewiążące. Stąd wywodzi się drugi argument, który można podnieść przeciwko twierdzeniom gwałcicieli Konstytucji, że mogą gwałcić, dopóki sąd nie powie, że gwałcą. To PiS pierwszy zakwestionował takie domniemanie, kiedy Beata Szydło zakwestionowała wyroki Trybunału Konstytucyjnego, choć one korzystają z domniemania legalności. Gdy PiS nazywał te wyroki „opiniami wydanymi przy kawie i ciasteczkach”, a Jarosław Kaczyński mówił, że są „non est”, było to uzurpowanie sobie prawa do niepodporządkowania się aktom władzy sądowniczej, choć nie zostały one w żadnej procedurze zakwestionowane. Dlaczego wtedy PiS sam siebie nie oskarżał o szerzenie anarchii i niepodporządkowywanie się aktom władzy sądowniczej, które zgodnie z Konstytucją są ostateczne i powszechnie obowiązujące. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze? Teraz PiS oskarża sędziów o anarchię, gdy ci odmawiają podporządkowania się aktom władzy ustawodawczej. Można powiedzieć, że uczą się od najlepszych. Kiedy mówicie sędziom, że przecież zgodnie z Konstytucją podlegają ustawom, oni powinni wam powiedzieć, że zgodnie z Konstytucją wy podlegacie wyrokom Trybunału Konstytucyjnego. Nie przyszło wam do głowy, że uznali wasze ustawy za „non est? W końcu jest jakaś równość wobec prawa i jakaś równowaga władz, prawda?

Ten argument nie powinien nas jednak zadowalać. Jest on oparty na idei „ale to PiS zaczął, proszę Pani!”, a więc jest zbudowany na tej samej konstrukcji, co najbardziej bzdurny argument symetrystów, czyli „rząd PO/PSL też łamał Konstytucję”, albo w innej wersji „ skoro ty ukradłeś, ja mogę zabić”. W państwie prawa łamanie prawa przez naszych przeciwników nie uzasadnia łamania prawa przez nas. Jedynym wyjątkiem jest działanie w obronie koniecznej i to być może różni nasz argument od argumentu symetrystów – sędziowie nie podporządkowując się ustawie o SN bronią się przed zamachem na ważne dobro: ich niezawisłość.

Jest jednak trzeci, najważniejszy argument, którym można odeprzeć argument z domniemania konstytucyjności. Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych” wskazał, że rewolucje takie polegają na zmianie paradygmatu, a więc na stwierdzeniu, że dotychczasowy sposób widzenia rzeczywistości jest nieadekwatny, i że trzeba go zastąpić nowym paradygmatem. Domniemanie konstytucyjności i jego rozumienie jest wytworem nauki prawa konstytucyjnego – elementem jej paradygmatu. Ten paradygmat był adekwatny w warunkach, w których funkcjonował niezależny Trybunał Konstytucyjny. Funkcją domniemania konstytucyjności jest zapewnienie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Innymi słowy, kiedy działa niezależny TK, parlament ma świadomość tego, że musi się samoograniczać w działaniach legislacyjnych, a więc że nie może robić, cokolwiek mu się podoba. Jest to gwarancją przyzwoitej jakości prawa i dlatego może się ono cieszyć domniemaniem konstytucyjności.

Obecnie ten paradygmat upadł, ponieważ w Polsce nie funkcjonuje niezależny TK. Zasiadają w nim nieuprawnione osoby, pani Przyłębska manipuluje składami, co przyznaje jej kolega, pan Muszyński. A ten ostatni zamiast chronić prawa i wolności obywatelskie, brutalnie atakuje Rzecznika Praw Obywatelskich, a więc inny konstytucyjny organ chroniący te wartości. Liczba spraw w TK spadła o ponad połowę w porównaniu do czasów sprzed duetu Przyłębska/Muszyński, a rząd dobrze wie, że ze strony takiego Trybunału nic mu nie grozi. Robi więc, co chce. Prawo tworzone w warunkach całkowitej dowolności nie zasługuje na domniemanie konstytucyjności. Domniemanie takie nie zapewnia już obecnie balansu między skutecznością prawa a jego konstytucyjnością. Zapewnia tylko skuteczność.

Nauka prawa konstytucyjnego uporczywie trwa przy dawnym paradygmacie, bo nie potrafi zareagować na zmianę rzeczywistości. Reagują sędziowie, którzy stosują bezpośrednio konstytucję, aby obronić się przed prawną przemocą rządzącej większości. Domniemanie konstytucyjności zaczyna funkcjonować inaczej: ustawa jest uznawana za konstytucyjną, dopóki na podstawie art. 8 ust. 2 i na podstawie zasady lex superior derogat legi inferiori (prawo wyższe ma pierwszeństwo stosowania przed prawem niższym) nie zakwestionują jej sądy.

Takie rozumienie domniemania nie narusza roli TK, bo niezastosowanie reguły ustawowej w konkretnej sprawie przez sąd nie oznacza jej wyrzucenia z systemu. To może zrobić tylko TK. Nie jest ono także czymś zupełnie nowym, bo podobne myślenie stało za słynnym sporem pomiędzy TK a SN o kompetencję do oceny konstytucyjności ustaw w procesie ich stosowania – sporu powstałego długo przed dzisiejszym kryzysem. Wreszcie, nie powoduje ryzyka anarchii, bo niezastosowanie przepisu sąd musi uzasadnić, a więc nie jest ono dowolne.

Ktoś uważny może powiedzieć, że I Prezes SN, niestosująca się do ustawy o SN, nie jest sądem, a więc nie może obalić domniemania konstytucyjności nawet w prezentowanym, nowym ujęciu. Oczywiście, nie jest sądem, jest organem sądu, organem konstytucyjnym i obywatelem . Ale nowe ujęcie domniemania konstytucyjności działa tak: obywatele nie podporządkowują się ustawie powołując się na swoje konstytucyjne prawa, a ich racje ocenia sąd, który dla tego celu stosuje bezpośrednio Konstytucję. Tak robią Obywatele RP, niestosujący się do ustawy o zgromadzeniach. Są łapani przez policję, sprawa trafia do sądu i sąd rozstrzyga, czy mogli się sprzeciwić ustawie, powołując się na Konstytucję. Tak też robi Małgorzata Gersdorf, obywatel. Nie podporządkowuje się ustawie o SN, a to, czy ma rację, oceni niezależny sąd. Tym sądem będzie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, działający w procedurze naruszeniowej, rozpoczętej 2 lipca.

Kiedy więc ktoś was spyta, co z domniemaniem konstytucyjności, odpowiedzcie: obowiązuje, ale w nowej formie. Nie jest ono przeszkodą dla obywatelskiego nieposłuszeństwa, którego zasadność oceni niezależny sąd. A ten niezależny sąd może to domniemanie obalić, odmawiając zastosowania niekonstytucyjnej ustawy w danej konkretnej sprawie. Zrobi to na podstawie art. 8 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którą Konstytucję stosuje się bezpośrednio, lub na podstawie art. 91 Konstytucji, zgodnie z którym umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo w stosowaniu przed postanowieniami ustaw, których nie da się z nimi pogodzić. Zapewniam was, że przepisów ustaw pozwalających gwałcić niezależność polskich sądów i niezawisłość polskich sędziów nie da się pogodzić z wieloma umowami międzynarodowymi, które ratyfikowała Polska.

Śmierć nie jest niekonstytucyjna

Rysunek – Aleksandra Lechańska

Zawsze chciałem zostać pogromcą mitów. Okazję daje jak zwykle niezastąpiony rząd RP i Prezydent uzasadniając na różne sposoby, że czarne jest białe, a więc że kadencja I Prezes SN, która zgodnie z Konstytucją trwa 6 lat, może trwać krócej.

Argument główny to teza, że kadencja I Prezes nie jest święta, bo istnieje wiele sytuacji, w których może być przerwana. Te sytuacje powodują, że ktoś przestaje być sędzią, a tym samym przestaje być Prezesem Sądu. Przykłady:  rezygnacja sędziego z bycia sędzią, skazanie sędziego za przestępstwo przez sąd i usunięcie z zawodu, i mój ulubiony przykład – śmierć sędziego.

Skoro pozbawienie statusu sędziego w powyższych przypadkach niewątpliwie skutkuje pozbawieniem pozycji I Prezesa SN (bo skutkuje), to – argumentuje rząd i Prezydent – przejście w stan spoczynku też ma taki skutek. Skoro prof. Gersdorf przechodzi w stan spoczynku, przestaje być sędzią, a ponieważ przestaje być sędzią, przestaje być Prezesem – tak jak w przypadku rezygnacji z własnej woli, albo w przypadku skazania przez sąd. Logiczne, prawda?

Niestety, nie. Konstytucja chroni kadencję I Prezes ze względu na ochronę podstawowej wartości konstytucyjnej, jaką jest niezależność sądownictwa (art. 173 Konstytucji). To jest rama, w której argumenty rządu i Prezydenta trzeba rozpatrywać, i to jest narzędzie, która te argumenty rozbija w puch. Otóż nie ma żadnego problemu, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi z wewnątrz władzy sądowniczej (dobrowolna rezygnacja albo skazanie przez SĄD) lub jest efektem siły wyższej (śmierć Prezesa). Naruszenie konstytucji pojawia się wtedy, kiedy zdarzenie pozbawiające Prezesa statusu sędziego pochodzi od innej władzy – ustawodawczej bądź wykonawczej. Innymi słowy, śmierć nie jest niekonstytucyjna, a przeniesienie sędziego w stan spoczynku przez parlament (władza ustawodawcza) lub Prezydenta (władza wykonawcza) jest. Dlatego sędzia Kennedy z Sądu Najwyższego USA może napisać do Prezydenta Trumpa list, w którym informuje, że dobrowolnie przechodzi na emeryturę. Gdyby jednak to Prezydent Trump napisał do sędziego Kennediego, że go na emeryturę wysyła, to sędzia Kennedy swoją odpowiedzią zrobiłby Prezydentowi Trumpowi z mózgu jesień średniowiecza.

Obniżenie wieku, w którym sędziowie przechodzą w stan spoczynku, jest oczywiście dozwolone Konstytucją. Ale ponieważ nie jest działaniem siły wyższej ani dobrowolną decyzją sędziów, a działaniem innej władzy, musi respektować zasadę niezależności władzy sądowniczej. Dlatego musi być wprowadzone na przyszłość, wobec nowo powołanych sędziów, nie zaś natychmiast wobec urzędujących. Gdy wchodzi w życie natychmiast, przerywa pracę sędziego, a więc wpływa na jego orzekanie. A tym samym ogranicza jego lub jej niezależność.

Z tego powodu jeśli sędzia przestaje być sędzią przez działania innej władzy, która tym działaniem narusza niezależność sądownictwa, to taka sytuacja jest rażąco niekonstytucyjna. Takie niekonstytucyjne działanie innej władzy, w odróżnieniu od śmierci, wyroku sądu bądź dobrowolnej rezygnacji sędziego, nie może przerywać kadencji I Prezes SN. Gdyby było inaczej, rząd bądź Prezydent mogliby właściwie dowolnie pozbawiać I Prezes statusu sędziego – np. odbierając jej obywatelstwo albo unieważniając jej pracę magisterską. Bez bycia magistrem prawa nie można być sędzią, a utrata statusu sędziego pozbawia statusu I Prezes, prawda?

Cały ten dziwny argument wziął się z pędu obecnej władzy do jedynowładztwa. Mam wrażenie, że nie może sobie ona wyobrazić rządzenia, w którym trzeba z kimś dyskutować, przekonywać i ustalać, a tak jest w państwie opartym na trójpodziale władzy. W efekcie ludziom przedstawiającym takie argumenty, jak powyższy, w głowie się nie mieści, że bycie przywódcą to naprawdę coś więcej niż mówienie ludziom, co mają robić.

Wyprowadzą nas z Unii, poprowadzą na Wschód

Photo by Wojciech Muła – Own work, CC BY-SA 4.0

Porównajcie sobie historie dwóch ustaw – tej o IPN, która miała karać za obrażanie polskiego Narodu i tej o Sądzie Najwyższym, która wyrzuca najbardziej doświadczonych sędziów. W obu przypadkach rząd odtrąbił zwycięstwo nad wrogą materią. W przypadku IPN była nią nienawiść świata do Polski, realizująca się w ciągłym obrażaniu Narodu Polskiego. W przypadku Sądu Najwyższego wrogą materią byli sędziowie-komuniści, bezczelnie strojący się w togi przez ostatnie 30 lat. W obu przypadkach zwycięstwo odniesione zostało szybko i bezkrwawo, orężem w postaci kawałka papieru z napisem „ustawa” i nadzieją, że świat potulnie podda się papierowi.

W obu przypadkach ustawy wywołały poważną krytykę międzynarodową: ustawę o IPN skrytykowały Izrael i USA, ustawę o Sądzie Najwyższym skrytykowała Unia Europejska, Komisja Wenecka, Rada Europy, ONZ i generalnie pół świata. W obu przypadkach polski rząd ogłosił, że w sprawie ustaw nie ustąpi, że będzie o nie walczył do krwi ostatniej.

I tu analogie się kończą. Kiedy tylko Izrael i USA tupnęły nogą, podkuliliśmy ogon w sprawie ustawy o IPN, tej dotyczącej naszego honoru i naszej narodowej dumy. Posłowie zaczęli mówić o nieznanym polskiej Konstytucji „zamrożeniu” ustawy, które nie jest niczym innym jak przestępczym namawianiem prokuratury, żeby nie stosowała uchwalonego prawa. A następnie rakiem wycofaliśmy się z tej ustawy, pokazując światu, że jak Polak chce, to potrafi ustawę zmienić w dziewięć godzin. Nic to, że zmiana odbyła się z pogwałceniem wszystkich zasad parlamentaryzmu. Nie ma przecież czasu na szczegóły, kiedy chodzi o polski honor.

Inaczej rzecz się ma z ustawą o Sądzie Najwyższym. Komisja Europejska poszła z tą ustawą do unijnego sądu – Trybunału Sprawiedliwości. Nie ma bardziej poważnej procedury, którą można uruchomić. Co na to Polska, w szczególności Jej ponoć proeuropejski Prezydent? Nic. Dlaczego nie proponuje „zamrożenia” ustawy o SN do czasu rozstrzygnięcia sporu? Dlaczego nie apeluje o niestosowanie ustawy wobec sędziów? Dlaczego? Bo najwyraźniej chce pokazać, że Polska ma sojuszników z Unii Europejskiej gdzieś. Nie są dla nas ważni, bo sama Unia Europejska przestaje być dla nas ważna. Wolimy podlizywać się Stanom Zjednoczonym i Prezydentowi, którego główne hasło może zostać przetłumaczone jako „Mamy was gdzieś” (America first!”).

Stawiam tezę, że PiS i Prezydent Duda chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. Wskazywały na to już wcześniejsze działania, takie jak lekceważenie zarządzeń tymczasowych Trybunału Sprawiedliwości (“mamy gdzieś wasz europejski sąd”) czy pomysł na pt. „Czy mamy gdzieś prawo europejskie?”, które – pod płaszczykiem wyższości prawa polskiego nad unijnym chce zadać Prezydent w referendum konstytucyjnym. Obecnie wyraźnie pokazujemy Unii, że jeśli kogoś naprawdę szanujemy, potrafimy dostosować się do jego uwag i zrezygnować z baraniego upierania się przy swoich błędach, które mylnie nazywamy suwerennością. Ale Unii Europejskiej nie szanujemy, bo mentalnie polscy przywódcy już z niej wyszli, dlatego nie mamy zamiaru nawet kiwnąć palcem w zakresie dostosowania ustawy o SN do uwag Komisji Europejskiej. Problem w tym, że po wyjściu z Unii Europejskiej, także wyjściu mentalnym, nie ma dokąd pójść. Jedyna droga wiedzie na Wschód, w ręce Rosji. Takie są prawa politycznej grawitacji.

Takim oto sposobem ustawa o Sądzie Najwyższym staje się papierkiem lakmusowym polskiej obecności w Unii Europejskiej. Patrzmy Prezydentowi i rządowi na ręce – ich działania w sprawie tej ustawy zdecydują nie tylko o przyszłości sędziów, ale o przyszłości nas wszystkich, którzy chcielibyśmy w Europie zostać. Jeśli polskie władze spowolnią powoływanie sędziów i spokojnie poczekają na werdykt Trybunału Sprawiedliwości, pokażą, że naszą przyszłość wciąż wiążą z Unią Europejską. Jeśli natomiast, podobnie jak w przypadku Trybunału Konstytucyjnego, przyśpieszą i powołają sędziów pod osłoną nocy, aby tylko uprzedzić trybunalski wyrok, zakomunikują jasno, że od zachodnich standardów praworządności bliższe nam są ich wschodnie odpowiedniki.

e.s.t. i wywyższenie miłości

Kiedy zaczynasz pisać blog 14 czerwca, a twoim ukochanym zespołem jest e.s.t, nie masz wyjścia. Musisz napisać coś o Esbjörnie Svenssonie, który dokładnie dziesięć lat temu, niedaleko Sztokholmu słuchał po raz ostatni dziwnych dźwięków wody, zanim – jak poinformowali ci, którzy go znaleźli – zasnął na dnie i umarł. Oficjalna wersja: wypadek w czasie nurkowania. Ale jest wiele poszlak, że Esbjörn tak jak, wtedy, gdy siadał przy fortepianie, tak i w sprawie żegnania się ze światem wziął sprawy w swoje ręce. Dla fanów kluczowym dowodem jest ostatnia płyta e.s.t. wydana za Jego życia, „Leucocyte” i ostatnie cztery utwory – Ab Initio, Ad Interim (które jest po prostu minutą przygniatającej ciszy), Ad Mortem i Ad Infinitum. Przypadek? Nie sądzę. Dodatkowo jeszcze ten wywiad jak z Bergmana, kiedy tym surrealistycznym szwedzkim Esbjörn opowiada o spotkaniu z samobójcą i w Jego głosie brzmi spokojna i przerażająca fascynacja śmiercią…

e.s.t. to jazzowe trio dekady 2000-2010, jedyny europejski zespół, który trafił na okładkę amerykańskiego Downbeat, potwór o jednym mózgu i sześciu rękach, jak mówił o nich Jamie Cullum, wirtuozi i wizjonerzy, którzy wyznaczyli nową drogę dla współczesnego jazzu i dla których nie sposób znaleźć substytutu po śmierci lidera. Sam Christie, dziennikarz muzyczny „Guardiana” po śmierci Esbjörna napisał:

“Kiedy jesteś didżejem w radiowym programie o jazzie, tak jak ja, w końcu będziesz musiał się zmierzyć ze śmiercią wielkiego muzyka. Kiedy mówisz na żywo, nie jest to łatwe zadanie: w jaki sposób masz właściwie powiedzieć, że ktoś umarł? Jak utrzymać odpowiedni poziom formalności i jednocześnie powiedzieć godnie o radości, jaką daje muzyka? Łatwo powiedzieć coś głupiego, a kiedy jesteś na żywo, już nigdy nie będziesz miał szansy, aby okazać swój podziw dla tej osoby, czy też, w tym konkretnym przypadku, dla szwedzkiego pianisty Esbjörn a Svenssona, twojej miłości”.

Niewątpliwie, ludzie kochali Esbjörna, co nie jest typowe dla gwiazdy jazzu. Jedni za to, że był skromnym geniuszem, jak wtedy, gdy w wywiadzie nagranym w Zabrzu mówi, że improwizacja jest dla niego rodzajem medytacji i że pozwala muzyce płynąć przez siebie, a także, że często gra Chopina, którego niezwykły rytm jest da niego przewodnikiem w tej medytacji. Inni za to, że był gigantem ekspresji i emocji, które wprowadzały w ekstazę słuchaczy niemal heavymetalowego „Behind the jashmak”, którym zwykł kończyć koncerty. Jeszcze inni za to, że był komiwojażerem muzycznego piękna i prawdy, jak w subtelnym „Seven days of Falling”, czy w dziele najwyższym: „Elevation of love”. O nim pisał także dziennikarz „Guardiana”:

“Miałem szczęście przeprowadzić z nimi wywiad w Southampton. Pozwolili mi posłuchać soundchecku i usiadłem na końcu audytorium, żeby pooglądać e.s.t. wykonujące “Elevation of Love” dla mnie, jako jedynej osoby na sali. Pamiętam, że wstrzymywałem łzy, kiedy tam siedziałem, z otwartymi ustami, oszołomiony tym, co ci faceci potrafili zrobić na żywo. Do dzisiaj jest to mój utwór: jego idealne wariacje i hołdy oddawane wszystkim muzycznym stylom wciąż mnie zachwycają. Esbjörn stworzył najbardziej poruszające dzieło muzyczne, które, gdy się rozwija, zawija słuchacza w koc zrobiony z piękna”

Cóż więcej możesz publicznie powiedzieć o muzyce, która brzmi jak soundtrack twojego życia, żeby nie popaść w patos? Może to: kiedy słuchasz takich utworów, jak „Elevation of Love”, stajesz się lepszy i chcesz żyć. Philip Roth w jednej ze swoich książek opisuje genialnego pianistę słowami, które powinny być napisane o Esbjörnie:

„Nie pozwala fortepianowi niczego ukryć. Cokolwiek jest w środku wychodzi, i to wychodzi z podniesionymi rękami. A kiedy wychodzi i trwa w otwartej przestrzeni, ostatnia z ostatniej pulsacji, on sam wstaje i wychodzi, zostawiając za sobą nasze odkupienie. Jak beztroska fala, nagle znika, i choć zabiera ze sobą cały swój ogień niemal jak Prometeusz, nasze własne życie wydaje się nie do ugaszenia. Nikt nie umiera, nikt – nikt, jeśli Esbjörn ma coś w tej kwestii do powiedzenia.”

Ale sam Esbjörn umarł i nie ma go już 10 lat. Z tej okazji wydano koncert e.s.t z 2005 roku Londynu, który pokazuje trio u jego szczytu – pokazuje ich liryczność, ich żar, ich telepatyczne zrozumienie. Pozwala na nowo zrozumieć tajemnicę jazzowej improwizacji, która, jak życie, zaczyna się od prostego tematu, potem komplikuje się i dojrzewa, aby na koniec wrócić do tej prostoty, od której wyszła.

Jestem wdzięczny Samowi z Guardiana, bo 10 lat temu napisał wszystko, co ja chciałbym dzisiaj o Esbjörnie napisać:

„Nie czekam z radością na mój wieczorny jazzowy program. Ale przekażę w nim całemu światu, jak wiele Esbjörn Svensson znaczył dla jazzu i jego fanów. Straciliśmy geniusza i to łamie mi serce”.

Dlaczego UR?

W opowiadaniu „Tlón, Uqbar, Orbis Tertius” napisanym w roku 1945, Jorge Louis Borges przedstawił ideę książki-encyklopedii, która z niezwykłą szczegółowością opisywała nieistniejący świat:

„Dwa lata wcześniej, na stronicach pewnej encyklopedii-plagiatu, odkryłem zwięzły opis fikcyjnego kraju; obecnie przypadek dostarczał mi czegoś bardziej jeszcze cennego i trudnego. Miałem teraz w ręku obszerny i metodyczny fragment całkowitej historii nieznanej planety, z jej budowlami i wojnami, z przerażeniem jej mitologii i zgiełkiem jej języków, z jej cesarzami i morzami, z jej minerałami, z jej ptakami i rybami, z jej algebrą i ogniem, z jej kontrowersjami teologicznymi i metafizycznymi. I wszystko to na piśmie, spoiste, bez widocznej intencji doktrynalnej czy parodystycznej.”

Odnaleziony tekst, „studium iluzorycznego świata”, „metodyczna encyklopedia iluzorycznej planety”, nosiło tytuł „Orbis Tertius”, a sam świat opisywany przez tekst to „Tlón”. Cechą charakterystyczną Tlónu jest tendencja do wpływania na rzeczywistość pozatekstową. Jak pisze Borges, rzeczywistość ta w wielu punktach stopniowo poddaje się wizji Tlónu, ostatecznie przekształcając się w tę opisaną w tekście, ulegając „szczegółowej i rozległej rzeczywistości zorganizowanej planety”. Tlón nie urzeczywistnia się sam: do tego procesu potrzebuje ludzi, którzy czytają tekst i przekształcają świat realny na podobieństwo tego opisanego w księdze. Jak pisze Borges, Tlón jest labiryntem „utkanym przez ludzi, przeznaczonym do odczytania przez ludzi”.

To jest blog o Tlónie: o przedmiotach, które najpierw istnieją jako wizja, później jako tekst bądź dźwięk, ale ostatecznie przekształcają się w twardą rzeczywistość. Takim przedmiotem jest idea filozoficzna, która zmienia świat, takim przedmiotem jest prawo, które kształtuje naszą rzeczywistość, takim przedmiotem jest muzyka, która inspiruje do zmiany świata na lepsze. Borges pisze, że w rzeczywistość Tlónu tworzą przedmioty zrodzone z fikcji, choć stające się prawdą. Taki przedmiot to ‘UR’: „rzecz wyprodukowana przez sugestię, przedmiot wywołany przez nadzieję”.